Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 108: Testament. Pani Godano i ksiądz Terrano.

Śmierć Sefardiego Baroki przyniosła znaczące odszkodowanie jego najbliższej rodzinie. Okazało się, że był wysoko ubezpieczony od ponad dwóch lat. Nie była to kwota szokująca, ale na tyle duża, że można było za nią kupić dom w dobrej dzielnicy. Nie pałac czy dworek z wielkim parkiem, ale przyzwoity kilkupokojowy dom z ogrodem, ogrodzony i osłonięty gęstym żywopłotem przed oczami ciekawskich. Odszkodowanie przypadło drugiemu pokoleniu zstępnych, wnukom i wnuczkom zmarłego. Dokonując zapisu darczyńca zastanawiał się, czy osoby pominięte w testamencie nie rozpętają wojny domowej. Aby zmniejszyć ryzyko niesnasek rodzinnych, starał się nie dyskryminować ani nie wyróżnić nikogo, dając jedynie wyraz swojemu poczuciu sprawiedliwości. Sefardi nie byłby jednak sobą, gdyby nie użył sztuczki gwarantującej akceptację jego postanowień. Postawił prosty warunek. Wyjaśnił go z pewną wylewnością w liście do rodziny, stanowiącym formalny załącznik do testamentu.

„Nie jestem apodyktyczny, chciałem jak najlepiej, ustaliłem jak najmądrzej, kierując się rozumem, uczuciami jak i poczuciem sprawiedliwości. Nie jestem apodyktyczny i dlatego daję wam wybór: albo w ciągu trzech miesięcy od otwarcia testamentu zgodnie przyjmiecie jego zapisy, takie jakie one są, albo całość darowizny przeznaczona zostanie na cel dobroczynny. Na świecie jest tyle ubóstwa, że obdarowani będą całować ślady moich rąk na testamencie i stóp wyciśniętych na płycie Muzeum Sefardiego Baroki, które zafundowałem sobie z próżności”.

W imieniu rodziny głos zabrała Penelopa. Przyznała, że żyli obok siebie od wielu lat, często nie widząc się i nie kontaktując przez kilka tygodni z rzędu. Zachęciła członków rodziny do przyjęcia testamentu, określając go jako „okrutny wyrok niezrównoważonego świętej pamięci męża”. Po namyśle, którego długość zaczęła niepokoić zebranych, dodała: teraz rozumiecie, dlaczego unikałam tego człowieka mieszkając pod jednym dachem. Trudno mi nie nazwać go inaczej niż … Poszukiwanie właściwego słowa zajęło jej dostatecznie dużo czasu, aby siostrzenica zdążyła podejść do niej i ujmując ją za rękę, odwieźć od zamiaru składania dalszych wyjaśnień:

– Ciociu, to wszystko, co o nim powiesz, dostanie się do prasy. Chyba nie chcesz, aby i ciebie określono mianem potwora?

*****

Kiedy Anastazja Godano zadzwoniła i poprosiła o widzenie, ksiądz Terrano niezbyt chętnie zgodził się na spotkanie. Umówili się w salce katechetycznej przy plebanii. Kobieta zaskoczyła księdza podwójnie: była w pełnej żałobie i wyraziła pragnienie nawrócenia na wiarę katolicką, wiarę przodków, jak to określiła. Ksiądz uznał jej życzenie za niezwykłe; przez lata uważał ją za nieugiętą agnostyczkę, choć nie obnosiła się ze swoim niedowiarstwem. Oboje wiedzieli o sobie dużo, ponieważ oboje byli bliscy Sefardiemu. Do spotkania i prośby ośmielił ją fakt, że Sefardi mówił jej dużo dobrego o Amizgao.

– Uważał księdza za osobę godną najwyższego zaufania. – Podsumowała, schylając głowę z uznaniem. Wyznała to ze szczerością kobiety, która straciła więcej niż przyjaciela i poszukuje pocieszenia. – Sefardi mówił mi, że ksiądz uważa Boga za swego przyjaciela. On sam był księdza przyjacielem większym niż Bóg. – Pewne wahanie widoczne w jej głosie wynikało z niepewności, czy dostatecznie dobrze rozumie relacje między Bogiem a człowiekiem.

– To niezwykłe wyznanie. Sefardi był moim przyjacielem podobnie jak jest nim Stwórca, ale to inny rodzaj przyjaźni. Nasz wspólny, nieżyjący już przyjaciel był ciekawym i oryginalnym człowiekiem, bardzo nietuzinkowym. Łączyła nas miłość do literatury, a szerzej – do sztuki. Wie pani, szanowna pani Anastazjo – ksiądz ożywił się, oczy mu rozbłysły – on widział i rozumiał życie jako teatr, scenę, gdzie ludzie nie żyją naprawdę, tylko grają role. Tak to kiedyś określił. Najbardziej bliski był mu teatr groteski i absurdu. Spieraliśmy się nawet ot, oczywiście bardzo przyjaźnie, co oznaczają te dwa pojęcia. Sefardi uważał, że groteska i absurd najlepiej tłumaczą złożoność ludzkiego życia i postępowanie samych ludzi. A jeśli nie tłumaczą, to przynajmniej przybliżają i objaśniają. To go szalenie fascynowało. Miałem wrażenie, że jest bliski szaleństwa, a bardziej konkretnie, bliski choroby psychicznej. Bałem się o niego. Dlatego pogrzeb, jaki zainscenizował, nie zdziwił mnie nadmiernie.

Dziecinnym ruchem ręki rozmówczyni poprawiła sukienkę na kolanach, po czym zaśmiała się serdecznie.

– Nie mogę zgodzić się z księdzem. Sefardi miał tylko bardzo bogatą wyobraźnię. Jeśli coś mówił, co przypominało szaleństwo, to był to tylko wytwór płodnej wyobraźni wynalazcy. Obawiam się, że nie wyjawił księdzu swoich rzeczywistych poglądów na życie, tylko coś w rodzaju złożonych konstrukcji czasomierzy, które uważał za boski wytwór, a później także pomysłów powieści, jakimi się pasjonował. Wiem to najlepiej, ponieważ nikt nie był tak blisko niego jak ja. – Po przedstawieniu swoich racji Anastazja ścisnęła kolana i opuściła oczy. 

Ksiądz w milczeniu zaakceptował jej sprzeciw wobec swoich obserwacji, nie tylko dlatego, że był przyzwyczajony do sprzeciwu i odmienności opinii. W jednej chwili zrozumiał serdeczność relacji łączących siedzącą przed nim kobietę z Sefardim. Nie poświęcił tematowi więcej uwagi. Zdziwił się tylko pierwszemu odruchowi zniecierpliwienia, kiedy usłyszał opinię rozmówczyni.

– Pani mu pomagała w ostatnich dniach jego życia. – Zmienił temat rozmowy.

Brwi Anastazji uniosły się do góry. – Skąd ksiądz to wie?

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 102: Spotkanie z Bogiem

Szybkość zdarzeń oszałamiała Isabelę. Niebo, które widziała i opisywała, nagle okazało się piekłem, gdzie nikt nie był w stanie się zestarzeć.

– Możesz żyć w jednej miejscowości, na jednej ulicy, ba, w jednym domu miliony lat, będziesz mieć wszystkiego po dziurki w nosie, bo wieczność nie ma granic – napisała w natchnieniu.

Poczuła się następczynią Sefardiego. Postanowiła odszukać go. Spojrzała w górę i zobaczyła go. Sefardi zmienił się, rozpaczliwie i jakoś dziwacznie usiłował przedstawić Bogu i jego świcie sens swego życia, który utracił. Kładł się na ziemi, turlał, wykonywał dziwne przewroty, poruszał rękami, gestykulował, robił miny, przekonywał o czymś usilnie, w końcu zdenerwował się z braku porozumienia. Wkrótce sceneria zmieniła się. W niebie, które przybrało postać nieskończonej równiny, pojawił się wielki tłum ludzi, aby wziąć udział w uroczystości zwanej Purgatorium, czyli Czyściec. Każdy musiał oczyścić się z doczesności ziemskiego życia, przejść z życia do wieczności, rozprawić się z samym sobą i pogodzić ze wszystkim i z wszystkimi.

Zebrani ustawili się w jedną szeroką kolumnę. Każdy zawód miał swoją kolejkę, każda z nich dzieliła się na sekcje. Pisarze dołączali do pisarzy, prawnicy do prawników, rzeźbiarze, malarze, murarze, rzeźnicy, wszyscy mieli swoje kolejki. Kategorii przynależności było chyba trzy tysiące. Każdy z uczestników niósł plakietkę zawierającą jakąś sentencję podsumowującą życie, wiedzę lub mądrość, jaką sobie przyswoił. Isabela pomyślała, że gdyby to spisywano, to wyszłaby z tego cała encyklopedia. Było to bardzo podniosłe i niezwykle filozoficzne rozwiązanie; każdy musiał przeprowadzić refleksję nad swoim życiem, doczesnością i wiecznością. Zamiast opisywać Bogu swoje życie, najważniejsze wydarzenia, wszyscy odtwarzali je jak aktorzy na prawdziwej scenie teatralnej. Każdy miał rolę do zagrania; musiał w wielkim skrócie przedstawić, to co przeżył i zrobił, i to uczciwie, pokazać, co najbardziej nim wstrząsnęło i co go najbardziej ucieszyło, swoje wady i zalety, groteskę i powagę.

Dla niektórych były to sukcesy lub tragedie osobiste, rzadziej jedno i drugie, dla wszystkich zaś śmierć, która ich unicestwiła. Tę wszyscy przeżywali najbardziej. Presja godzenia się ze śmiercią była tak wielka, że niektóre osoby czekające w kolejce nie były w stanie jej wytrzymać. Starając się zrzucić ją z siebie jak najszybciej, przepychały się do przodu, przed innych, aby bezzwłocznie zeznać to, co mieli do zeznania, zupełnie jakby były na ziemi i starały się zdobyć deficytowy towar. Jeszcze inne w przerażeniu uciekały nie wiadomo dokąd. Były też i takie, którym napięcie lub czekanie tak się podobało, że wpadały w wisielczy humor i żartowały na wszystkie tematy, łącznie z Bogiem. Byli to przeważnie mężczyźni, co sprawiło Isabeli ulgę.

Prezentacja ostatniego momentu życia odbywała się wedle pewnego schematu. Podsądny musiał podać przyczynę lub sposób odejścia, zupełnie jak w urzędzie statystycznym: samobójstwo, śmierć w wypadku drogowym, zgon wskutek działań wojennych, rzadko wskutek starości, choroba, zabójstwo. W roli głównego jurora na trybunie honorowej siedział Bóg, oceniający wystąpienia. Nie był sam. To znaczy był sam, ale wielopostaciowy, jeden stwórca i tysiące wyobrażeń, jakie ludzie mieli o nim na ziemi. Reprezentował cały gigantyczny świat ludzkiej wiary, w podziale na religie, aby wszyscy obecni ostatecznie zrozumieli jego nadzwyczajną naturę.

Przedstawiała to wielka tablica świetlna. Najpierw były kategorie oczywiste dla każdego, z określeniem procentowym udziału każdej religii w ogólnej masie wierzących i niewierzących: chrześcijaństwo – trzydzieści trzy procent, islam – dwadzieścia cztery procent, hinduizm – czternaście procent, buddyzm – siedem procent. Trzy mniej liczebne religie, Sikhizm, Judaizm i Bahaizm miały razem mniej niż jeden procent, bezwyznaniowi natomiast ponad dziewięć procent. Pozostałe jedenaście procent stanowili przedstawiciele tak drobnych wyznań, że nawet Bóg się w nich nie rozeznawał. Isabela pomyślała, że świetlną tablicę wymyślił on po to, aby uświadomić ludziom, że Bóg jest tylko jeden, ale w wielu postaciach, tak jak to sobie wyobrażali każdy wedle swojej wiary.

Mimo ułatwień ze strony Boga, nastąpiło zderzenie dwóch rzeczywistości: doczesności, reprezentowanej przez śmiertelników oraz wieczności, reprezentowanej przez niego samego. Isabela nie widziała niczego bardziej fascynującego. Nazwała to wielką kontrowersją. Pisząc, dziwiła się, z jaką łatwością jej to przychodziło.

Naszła ją chęć zbliżenia się do Sefardiego, tak jak na ziemi, kiedy przynosiła mu kawę lub herbatę. Połączyła się z nim. Różnili się między sobą: on był eteryczny, ona bardziej wyrazista, jakby cielesna. Zdawało jej się, że śni. Jeśli była to prawda, to był to sen bardzo pożyteczny, ponieważ zrozumiała, że życie jest snem, w którym człowiek gra przypisaną mu rolę kilkadziesiąt, może nawet więcej lat; pozostała część to bezbrzeżna wieczność, nie zbliżająca się nawet do obrzeży czasu i przestrzeni.

Dla Boga pogrzeb Sefardiego Baroki był czystą rozrywką. W niebie patrzono na tę uroczystość zupełnie inaczej. Na ziemi było to pożegnanie, na górze – powitanie.

– Wreszcie poznam znanego pisarza osobiście. – Otoczony wielką świtą, wszystkimi świętymi, aniołami i personelem pomocniczym, Bóg cieszył się jak dziecko czekając w sali biesiadnej na przybycie Sefardiego.

– Bóg starzeje się bardzo wdzięcznie – zauważyła Isabela, niezwykle zadowolona z pierwszej części swojego opowiadania. Przeszedł ją dreszcz emocji.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 50: Wspomnienia miłosne i spotkanie w Katakumbach.

Do tematu miłości Isabela wracała niechętnie, może jeszcze raz albo dwa razy. Miała swoją teorię miłości, którą stopniowo dzieliła się z Sefardim. Słuchał jej chętnie, gdyż oprócz pewnej dziwaczności przemawiała przez nią odwieczna kobiecość, płodna i szczera.

– Teraz miłość już mnie mniej interesuje, nie tak, jak dawniej. Może w ogóle mnie nie interesuje? Chyba jestem za stara. – Kiedy to mówiła jej oczy błądziły gdzieś na zewnątrz, po pokoju albo za oknem, połyskując zielenią dalekich nadrzecznych łąk.

– Nie jest pani jeszcze stara, Isabelo. – Mistrz usiłował ją pocieszyć. – Ile pani ma lat? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt?

Śmiała się, kiedy to mówił, lecz nie korygowała ocen swojego wieku.

Sefardi obserwował ją, jej zachowania i reakcje. Potrafiła go zaskakiwać. W rozmowach zachowywała się niekiedy tak, jakby czas istniał obok niej, nieistotny, bez znaczenia albo w ogóle przestał istnieć. Potrafiła nieoczekiwanie wyłączyć się z rozmowy i zamknąć się w sobie, innym razem głęboko zaangażować się w dyskusję, traktując ją jak wspaniałą zabawę, której oddawała się jak dziecko, szczerze i entuzjastycznie. Nic innego wówczas dla niej nie istniało. To była ona, dziecięco naturalna a zarazem dojrzała.

*****

Pod koniec maja Sefardi spotkał się przy krawężniku z Iwanem Iwanowiczem, Wiktorem i kilku innymi osobami, aby pogadać o wpływie fatalnej pogody na zachowanie się społeczeństwa i jednostki. W spotkaniach uczestniczył regularnie. Przywiązywał do nich wielką wagę, gdyż osiedle Aura reprezentowało miniaturę kraju, odzwierciedlając wszystko, co działo się na zewnątrz. Stały się już tradycją, odbywały się regularnie, raz w tygodniu, przy krawężniku drogi wewnętrznej osiedla, o ile tylko pogoda na to pozwalała. Kiedy padał deszcz organizowano je w podziemnym garażu budynku mieszkalnego o nazwie Katakumby, nawiązującej do spotkań pierwszych chrześcijan.

Tego dnia pogoda była nienośna, mroczne chmury zaciemniały horyzont. Przybywający witali się serdecznie, obejmowali się, całowali się w policzki i ściskali sobie dłonie. Nieliczni, bardziej szarmanccy całowali kobiety w rękę. Nie przyjmowały tego mile, ponieważ było to niehigieniczne, ponadto gubernator lubił całować kobiety w rękę, zwłaszcza leciwe. Mimo, że osiedle reprezentowało mieszankę demograficzną, przez co nazywano ich niekiedy zbieraniną, łączyła ich wspólnota przekonań. Byli zdeklarowanymi zwolennikami nieposkromionej wolności jednostki, krytycznymi wobec rządu, skłonnego ją ograniczać. Rekrutowali się spośród liberałów, wolnomularzy, anarchistów i innych grup społecznych zwanych szumowiną przez przedstawicieli rządu.

Pytany, dlaczego całuje kobiety w rękę, choć to niepraktyczne i niegodne z poziomem ich emancypacji, Gubernator odmawiał odpowiedzi. Kiedyś prywatnie miał wspomnieć, że jest to tradycja rodzinna, że tak od wieków postępowali jego przodkowie. Jego przywiązanie do historii było znamienne. Przeciwnicy polityczni mówili, że żyje w przeszłości, wielbi ją i kiedy tylko może wzoruje się na niej.

Na spotkanie kobiety przyniosły ciasta i herbatniki, mężczyźni zaś alkohol, przeważnie w małych buteleczkach zwanych szczeniaczkami, ewentualnie w piersiówkach, oraz soki. Panowała atmosfera komuny z pierwszych lat chrześcijaństwa, kiedy zebrani dzielili się wiarą w ocalenie mimo otaczającego ich bezprawia i okrucieństwa. Rząd Barrasa podejrzewano, że po cichu inwigiluje zbierających się aktywistów osiedlowych. Za rządów Partii Liberalnej atmosfera niepewności i zagrożenia nie była tak silna.

W czasie przeznaczonym na wolne wnioski głos zabrał Sefardi. Nowym uczestnikom zebrania przedstawił się jako zegarmistrz-wynalazca z aspiracjami pisarskimi, zbierający materiały do powieści obyczajowo-kryminalno-politycznej. Z trudem powstrzymał się od przedstawienia fabuły planowanego utworu. Prowadził w tej sprawie śledztwo dziennikarskie i nie był jeszcze pewien jego rezultatów. 

– Fabuła powieści jest poważna i rozwojowa – podsumował Sefardi, natychmiast żałując, że użył słowa „rozwojowa”, ponieważ był to termin używany przez kolejne rządy kraju do rozmydlania kłopotliwych tematów i wyzwań. „Rozwojowy” znaczyło mniej więcej tyle, że dochodzenie jest w rękach policji i prokuratury, że zakres śledztwa jest jeszcze niezbyt jasno określony, że będzie ono kontynuowane, ale nie wiadomo jak długo i co z niego wyniknie, że w ogóle nie jest jasne, czy warto je kontynuować i że społeczeństwo z całą pewnością będzie na bieżąco informowane o rozwoju dochodzenia. Minister Sprawiedliwości Castello opracował definicje terminów „sprawa rozwojowa” i „śledztwo rozwojowe” i zamierzał wprowadzić je do nowej ustawy o prawie karnym, cywilnym i administracyjnym, jednej z tysięcy, nad którymi pracował rząd.

W dyskusjach nie dało się uniknąć ostrych ocen Konserwy i opozycji, choć aktywiści starali się zachować umiar i rozwagę. Unikali zaciętych dyskusji o polityce, ponieważ wyzwalały one gniew i sprzeciwy wobec działań rządu, wywołując wzburzenie graniczące niekiedy z szaleństwem.

Kiedy ktoś zwrócił uwagę, że rząd manipuluje społeczeństwem bardziej niż poprzedni, Wiktor zdecydowanie zaprotestował. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że Wiktor jest wtyczką rządu interesującego się krytycznie myślącymi obywatelami.

Michael Tequila – dzieła literackie: : https://tinyurl.com/y7cza5nc