Pies gończy słowa mówionego. Groteska.

Rano jadę tramwajem. Lubię jeździć tramwajem, bo mam wtedy czas dla siebie. Nikt do mnie nic nie mówi, ani ja nie odzywam się do nikogo.

W tramwaju pracuję, obserwując ludzi. Zachowuję się automatycznie; nikt na mnie nie zwraca uwagi, ponieważ wszyscy są już półautomatami; poruszają się jak ludzie, zachowują się jak automaty. W tramwaju mechaniczność moich ruchów i zachowania mniej rzuca się w oczy. Wyglądam bardziej ludzko, człowiekopodobnie, choć jest we mnie coraz mniej człowieczeństwa, indywidualności. Takie nastały czasy. Myślę o tym, co mnie łączy z innymi ludźmi i równocześnie co mnie odróżnia od nich. Tkwi w tym niełatwa do określenia złożoność. 

Jestem pracownikiem Portalu Pies Gończy Słowa Mówionego. Moim zadaniem jest śledzenie przejawów słowa mówionego. Jest go coraz mniej na świecie, z racji szybkiego upowszechniania się normy zachowań SPOD czyli Słowo Pisane, Obraz i Dźwięk. Chodzi o słowo pisane na smartfonie i podobnych urządzeniach. Ma ono znikomy związek ze słowem mówionym; widoczny jest on tylko wtedy, kiedy piszący na smartfonie porusza ustami i wydaje z siebie coś na podobieństwo głosu. Albo kiedy czytający słowo napisane na smartfonie porusza ustami z tym samym efektem.

Obserwuję współpasażerów. Wyglądają jednakowo. Ta sama poza, to samo wpatrzenie się w ekran smartfonu, czasem tabletu, podobne przekrzywienie głowy, pochylenie pleców, ten sam zastygły wzrok. Ślęcząc nad smartfonami, ludzie przebierają palcami, najczęściej kciukami obydwu dłoni. Siedzący obok mnie tęgawy mężczyzna w okularach o grubości i wyglądzie szkła pancernego utrzymuje twarz w odległości pięciu centymetrów od ekranu smartfonu. Widzę, że uczestniczy w jakiejś grze video.

– To człowiek niewidomy – myślę. – Ślepy – poprawiam się, uznając, że taki stopień niewidzenia to już ślepota. Właściwie to jestem pewien. – Ślepy automat – tak mi się to niezręcznie kojarzy. Chwilę później nachodzi mnie skojarzenie z kurami: „Ślepy jak kura ze szczęśliwie znalezionym ziarnem”. Biję sobie brawo, ale tylko w myśli, aby nie zakłócać atmosfery milczenia.

Odrywam się od tłuściocha, jego niepełnosprawności oraz skojarzenia z kurami, i ponownie ogarniam wzrokiem pasażerów. Nie wszyscy, ale większość, jest pogrążona w smartfonach. Ci, którzy nie mają telefonu lub tabletu przed sobą, mają wzrok wbity w przestrzeń. Siedzą nieruchomo jak mumie. To ostra obserwacja, ale chyba trafna. Nie ma nawet do kogo zagadać. Myślę, że żyją już w przyszłości, podobnie jak ja, choć ciałem tkwią jeszcze w teraźniejszości.

Na żadnej twarzy nie znać zamyślenia albo zadumy. Nie widzę, żeby ktoś czytał książkę, nad czymś się zastanawiał, patrzył na innych pasażerów lub choćby miał przytomny a nie zamglony wzrok; żeby wykazywał chęć nawiązania jakiegoś znaczącego kontaktu z bliźnim, zapytania o coś istotnego, porozmawiania o czymś więcej niż sprawy codzienne. Mam poczucie, że wysycha w nas człowieczeństwo; wrażliwość, zdolność znaczącej obserwacji, głębsze zainteresowanie otaczającym nas światem. 

*****

W ciągu dnia, kiedy jestem poza tramwajem i innymi środkami lokomocji, moich tradycyjnych miejsc pracy dla Platformy Psa Gończego Słowa Mówionego, biegam i obserwuję świat w ruchu. Dzięki temu widzę, jak wiele osób porusza się, po ulicach i miejscach odosobnionych, na własnych nogach lub na kółkach, z wózkami dziecięcymi lub bez, we wszystkich kierunkach. Ze wzrokiem wbitym w przestrzeń lub w przegub, gdzie mają zegarek lub krokomierz, ze słuchawkami na uszach, zachowują się jak półautomaty i automaty ludzkie, tym razem ruchome, ale również w jakiś sposób zagubione.

– To smutne – myślę sobie, choć nie jestem w innej sytuacji niż oni. Mogę powiedzieć, że bieganie wywołuje we mnie nostalgię.

*****

Wieczorem zamyślam się na temat czytania. Przypomina mi się wywiad.

– Czy pan coś czytał Olgi T, ostatniej noblistki? – pada pytanie w kierunku ministra kultury i sztuki. Nazwisko w pytaniu pozostaje w ukryciu, aby zmusić słuchacza do wysiłku.

Ten myśli długo, bo to ważny człowiek i ma tysiące spraw na głowie, w końcu marszczy czoło. Właściwie to czoło samo mu się marszczy jakby niezależnie od niego. Widać, że jest mu ciężko.

– Tak – odpowiada. – Pamiętam jedną jej książkę, była bardzo gruba. Przeczytałem przednią i tylną okładkę. To było męczące.

– Olga T napisała kilkadziesiąt książek – wyjaśnia dziennikarz. Może czyni to niepotrzebnie, bo wie o tym nawet wielu niepiśmiennych, rzecz można by powiedzieć bez znaczenia w tym kontekście. Ale dziennikarz to dziennikarz. Ma prawo błądzić.

– No proszę. Nie wiedziałem. Po co ludzie tyle piszą? – Wybucha minister.

Mam mu za złe, że jest to minister kultury, a wybucha. Kultura to kultura.

– Przecież pisanie książek musi być strasznie męczące – kontynuuje minister. I tak to nikomu nic nie pomoże. O Boże! Nie pomoże! – Minister wpada w rutynę, powtarza rymujące się słowa. – Ja rymuję! – wykrzykuje radośnie. – Czy to nie wspaniałe?

Samoadoracja ministra zniechęca mnie do niego i do władzy, którą reprezentuje. Myślę o sobie i o znaczeniu Olgi T. W konfrontacji z samotnością i zagubieniem pomaga mi ona w życiu. Pisze i mówi o tym, o czym sam często myślę. To mnie ociepla wewnętrznie, dodaje otuchy. Czuję się wtedy mniej automatem.

0Shares

Namiestnik okazuje nienawiść. Powieść psychodeliczna. Odc. 14.

Kilkakrotne wystąpienia Namiestnika Krzepkiego-Kukuły przed sądami umocniły przekonanie, że jest on wyjątkiem wśród ludzi władzy. Jego szacowny wygląd, prawdomówność, opanowanie, kiedy odpowiadał na podstępne pytania prokuratora, oraz emanująca z niego łagodność przyczyniły się do upowszechnienia opinii, że jest człowiekiem sprawiedliwym i dobrym.

Woźni sądowi poznawali go z daleka, zanim jeszcze wysiadł z samochodu, aby udać się do budynku sądu w otoczeniu ochrony osobistej. Telefonicznie wymieniali się opiniami z kolegami z innych sądów, podkreślając, że jest przemiłym, sympatycznym w obejściu staruszkiem. Czasami dodawali coś w rodzaju:

– Bywa u nas coraz częściej. Ludzie nieprzerwanie ciągają go po sądach. I to kto? Najbliżsi krewni! To niesprawiedliwe.

W istocie rzeczy Namiestnik zjawiał się w sądach nie tylko w związku z niezapłaconymi fakturami. Jak tylko czas mu pozwalał, uczestniczył w rozprawach dotyczących zabójstw. Pytany przez dziennikarzy, skąd takie zainteresowania, odpowiadał, niby to żartem, że lubi oddychać duszną atmosferą tajemnicy, krwi, krzywdy i zemsty.

Ostatnim razem, kiedy był w sądzie, toczyła się rozprawa o morderstwo; głównym motywem postępowania sprawcy była nienawiść. Po powrocie Namiestnik wyznał swojej sekretarce:

– Rozprawa, szczególnie zeznania oskarżonego i świadków, podsunęły mi nowe myśli. Jak pani wie, po głowie chodzi mi nieprzerwanie pewien łajdak, którego należałoby przykładnie ukarać.

– To dlaczego go nie ukarzecie? – zapytała. – Jeśli jest winien takich podłości, jak pan to mówi, to aż się prosi o winę i karę. Czytałam powieść na ten temat, tytułu jednak nie pamiętam. Domyślam się o kogo panu chodzi. Też go nie znoszę. To straszny bufon!

– Trudno jest udowodnić mu winę. Ten człowiek zawsze działał w białych rękawiczkach, nie zostawiał śladów. Zajmował wysokie stanowisko i bez problemów znajdował kogoś, kto wybierał za niego gorące kasztany z ognia, jakiegoś pracownika, mogącego nawet nie zdawać sobie sprawy, jak okrutnie jest wykorzystywany. On popełnił najcięższe przestępstwa przeciwko nam wszystkim, narażając na szwank naszą reputację i uszczuplając nasz wspólny dorobek. Jest jeszcze jedna przeszkoda. Nasz system sprawiedliwości jest niesprawny. Jest w nim zbyt wielu nieuczciwych sędziów, nie mających pojęcia, jak stosować prawo, co gorzej, nie mających w sobie poczucia obywatelskiego honoru.

– No i jak to będzie, panie Namiestniku? Pozwoli pan pozostawać na wolności takiemu przestępcy? Przecież pan może wszystko!

Entuzjazm sekretarki z niewiadomych powodów ostudził nastrój Krzepkiego-Kukuły. Na kolejne pytanie „I co dalej, panie Namiestniku?”, nic nie odpowiedział, jakby się zaciął. Widać było po nim, że coś go zjada, coś głęboko przeżywa; twarz mu się zaczerwieniła, oczy znieruchomiały, pierś podnosiła się i opadała konwulsyjnie. Wyglądał, jakby rozjeżdżał go walec, a on nie miał dokąd uciekać.

Sekretarka przeraziła się. Sięgała po telefon, kiedy doszły ją przekleństwa. To tylko pogłębiło jej przerażenie, ponieważ Namiestnik był religijnym człowiekiem, nosił baldachim nad swoim ulubionym księdzem-spowiednikiem, i zasadniczo nie przeklinał.

Czasem tylko zwymyślał któregoś z podwładnych, nazywając go kretynem lub imbecylem, czynił to jednak bez świadków, aby go nie upokarzać. Nie było w tym kloacznych przekleństw. Tym razem było inaczej. Ciężki oddech Namiestnika mógł oznaczać tylko jedno; ten człowiek dyszał zemstą. Sekretarka przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, kiedy usłyszała:

– Jak złapię tego rudego sukinsyna, to go uduszę własnymi rękami a nogi to mu z … – dalsze słowa utonęły w głośnej pracy ciężarówki wypróżniającej pojemniki ze śmieciami przy sąsiednim budynku.

Kiedy Namiestnik wrócił do siebie, dodał spokojniej.

– Powiem pani tylko jedno. Mam pewien pomysł.   

0Shares