Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 5: Rehab i Cadillac

Piszę skąpo, bo czas nagli. Za chwilę jadę na rehab. Potrzebuję się wyluzować, choć to tylko trzy zabiegi, aby mi także w plecach, a nie tylko w sercu grało. Zauważam, że używam skrótów. To znak czasów; myśleć i mówić krótko i zwięźle. Dobrze, jeśli w dodatku niegłupio.

Na rehabie w zastępstwie pieszczot otrzymuję masaż i różne prądy. Leżę na luzie i konwersuję. Słucham otaczających mnie ludzi. Zewsząd dochodzą głosy. To jakaś wada genetyczna, że wszyscy coś mają do powiedzenia. Czasem mówią głupoty. A ja nic. Jak ta skała leżę lub siedzę nieruchomo. Od czasu do czasu tylko warknę ostrzeżenie w rodzaju:

– Nie ze mną takie sztuczki, Bruner! – to zawołanie jeszcze z PRL-u, ale wciąż skuteczne.

Rehab oferuje mi coś w rodzaju pieszczoty miłosnej, jedwabiście delikatnej, zastępczej oczywiście. Pieszczoty należą się każdemu. Kiedy jesteś oseskiem, to pieszczą cię do znudzenia, w miarę dojrzewania, choć potrzeby rosną, podaż pieszczot maleje. Takie są prawa rynku. Co do demokracji, to wolność nie znaczy równość. Chyba pierwszy wyłożył to Georg Simmel na początku dwudziestego wieku. Zilustruję to z grubsza przykładem. Tam gdzie jest wolność, niektórzy ludzie, bardziej przedsiębiorczy, energiczni, pomysłowi czy bardziej oszczędni wybiją się, staną się bogaci, zajmą wysokie stanowiska, zdobędą władzę. Kiedy to już się stanie, przestają być równi wobec tych, którzy pozostali na tym samym szczeblu drabiny społecznej.

Idę z parkingu do gabinetu zabiegowego. Mija mnie limuzyna, długi, czarny Cadillac z zaciemnionymi szybami.

Boki samochodu zdobią postacie mrocznych aniołów. Limuzyna jedzie powoli, dostojnie, zwalnia na nierównościach. A ja nic! Jakby to mnie nie dotyczyło, jakbym nie był ciekaw, kto jest w środku, czy ten ktoś stoi, siedzi czy leży, dokąd go wiozą i po co. Mówię sobie:

– Spoko! Czy ja jestem nienormalny, żeby brać sobie do serca taki widok i zadawać pytania, kto, gdzie, kiedy?

Nie pozostaję jednak całkiem obojętny. Intel pracuje. Znaczy się intelekt. Tak sobie spekuluję, że to jednak wygodnie jechać takim wypasionym Cadillakiem, bo można nawet na leżąco, czyli superwygodnie. Po głowie snują mi się myśli i marzenia:

– W takim pojeździe jedzie się o niebo wygodniej niż nawet na najbardziej eleganckiej kuszetce w pociągu ekspresowym, który z konieczności łomocze na złączach szyn nie mówiąc o żelaznych mostach. Cadillac z pewnością ma super resorowanie. To czysty luksus. Nie miałem szczęścia jechać takim cudem techniki, ale domyślam się, jak to bosko, bo wyobraźni mi nie brakuje. W dodatku człowiek wieziony takim samochodem, nawet bez zasług, bo kto wie kogo wiozą, otrzymuje wyrazy uznania. Widzę jak dwaj idący chodnikiem mężczyźni zdejmują czapki z głów i pochylają głowy.

– Pełen szacun – myślę. – Każdy chciałby znaleźć się w takiej sytuacji.

Moją myśl w tym momencie zaprząta nie limuzyna, ale szacunek, który należy się każdemu człowiekowi. Czarna limuzyna także, choćby raz na dziesięć lat, ale to niemożliwe. Nie każdy ma tyle pieniędzy, bo państwo u nas niebogate. Wydaje dużo na dzieci i młodzież, choć rządzą nim siwi jak gołąbki staruszkowie. Im to obojętne, nie dlatego, że mają już demencję, ale dlatego, że na wysokich stanowiskach taka limuzyna jest pewna jak gorąca zupa pomidorowa na obiad.  

Tyle nara i do zoba.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 70: Dziwne spotkania podróżne Sefardiego

Celem podróży Sefardiego była mało znana miejscowość wypoczynkowa Casi. Była to wieś typu ulicówka, położona w centrum kraju na równinie wśród lasów, między niewielkimi jeziorami cieszącymi się złą sławą licznych utonięć. Tonęli nawet dobrzy pływacy, ludzie sprawni i wysportowani. Okoliczności tragedii nigdy nie udawało się wyjaśnić. Lokalna policja była bezradna, unikała wypowiedzi na drażliwy temat. Prywatnie policjanci żartowali, że dobry pływak to potrafi przezimować pod lodem do następnego sezonu kąpielowego i dopiero wtedy wypłynąć. Ich odpowiedzi na pytania były banalne, głupie albo cyniczne, ponieważ ciała znikały bez śladu. Mieszkańców wsi to już nie dziwiło, ponieważ atmosfera tajemniczości pogłębiała się od dłuższego czasu i zdążyli się do niej przyzwyczaić.

Podróż rozpoczęła się o brzasku, ósmego dnia Planu Czterdziestu Dni. Pociąg był rozciągnięty jak zepsuta harmonia, Sefardi spostrzegł to z okna wagonu na zakręcie. Kiedy odszedł od okna, zauważył na siedzeniu w rogu przedziału kobietę. Nie miał pojęcia jak się tam znalazła, nie słyszał, aby ktoś otwierał drzwi do przedziału. Wydała mu się znajoma. Patrzył na nią, a ona na niego, jakby oboje rozpoznawali się, tylko nie byli pewni lub krępowali się przyznać do znajomości. Wpatrywali się w siebie, najpierw otwarcie, potem ukradkiem. Przed zatrzymaniem się pociągu, kobieta wyszła z przedziału. Dopiero wtedy Mistrz przypomniał sobie przystanek autobusowy: ta sama nalana twarz, tęga sylwetka, szeroki nos. Po kilku minutach wyszedł na korytarz, aby wyprostować nogi. Przyglądając się mijanym kolejno przystankom i stacjom kolejowym, Sefardi zapytał stojącego obok pasażera, jak nazywała się ostatnia stacja, gdzie się zatrzymali.

– Nie wiem, o czym pan mówi. Pociąg nie zatrzymywał się od czasu wyjazdu ze stacji początkowej. Zatrzyma się dopiero za dwadzieścia minut. To ekspres dalekobieżny. – Sefardiemu zrobiło się mdło. Wrócił do przedziału.

*****

W połowie drogi do Casi, patrząc na zegarek Sefardi zauważył pulsowanie czasu: nafosforyzowana wskazówka to rozjaśniała się, to ciemniała w świetle budzącego się dnia. Przyszło mu do głowy, że powodem była wielka szybkość pociągu. Nie umiał znaleźć innego wytłumaczenia. Popatrzył na elektroniczny ekran zawieszony pod sufitem na środku wagonu wyświetlający szybkość: dwieście pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Pasażer nie mógł się skoncentrować, ogarniała go senność. Gubił się w obrazach przelatujących za oknem, łączących się w jedną nieskończoną wstęgę. Siedzący naprzeciw mężczyzna w starszym wieku, lekko łysiejący, z siwą, starannie przyciętą i zadbaną brodą, przyglądał mu się z uwagą nie zważając, że nawet maskowana obserwacja może krępować pasażera. Chwilę później Sefardi popadł w stan odrętwienia, półuśpienia. Wrócił do siebie, kiedy pociąg zwalniał piszcząc hamulcami. Gapiąc się przez okno, przecierał oczy. Nieznajomy uznał to za dobrą okazję, aby podjąć rozmowę. Głos miał gardłowy, dochodzący jakby z przeszłości, spod elegancko przystrzyżonych siwiejących wąsów.

– Obserwowałem pana. Przepraszam, to skrzywienie zawodowe. Jestem doktorem medycyny, mieszkam za granicą, jadę na konferencję naukową. – Rozmówca wyjaśnił i przedstawił się imieniem i nazwiskiem, które utonęły w głośniejszym turkotaniu kół. Sefardi zdał sobie sprawę, że mówił po angielsku z trudnym do określenia twardym akcentem. Jego uwagę zwróciły okulary w brązowej oprawie ze staromodnymi okrągłymi soczewkami oraz obwódki wokół zmęczonych, uważnych oczu.

– Nie miałem nic złego na myśli. – Nieznajomy podjął wątek rozmowy. – To po prostu nawyk. Niech mi pan powie, co zapamiętał pan ze swojego snu. Widziałem, jak pańskie gałki oczne poruszają się szybciej w fazie snu REM.

Sefardi zawahał się, lecz po chwili opowiedział mu zapamiętany fragment tego, co mu się śniło, i jak to odebrał. Nie było to trudne, ponieważ przeżyte widziadła senne powracały do niego co jakiś czas. Ciekawość mężczyzny w ogóle go nie zdziwiła. Czuł się tak, jakby rozmawiał z dobrym znajomym, wręcz przyjacielem.

Po jego słowach wywiązała się rozmowa.

– Jestem przyzwyczajony do oglądania śpiących ludzi i wysłuchiwania ich relacji po przebudzeniu. Samemu tego nie można przeżyć, ale można widzieć u innych osób, jak reagują w czasie snu. Obserwowałem niejednokrotnie moich pacjentów. Kiedy pan śnił, obserwowałem pana. Sen to coś w rodzaju halucynacji, omamów. Różne obrazy rzeczywistości ulegają scaleniu i porządkowaniu. Uparcie powtarzające się sny mogą być zapowiedzią choroby psychicznej. Oczywiście, nie można z całą pewnością powiedzieć, że tak jest lub będzie.

– Jaką chorobę ma pan na myśli? – Zapytał Mistrz. Czy pan zaobserwował coś nietypowego w moim śnie? Zaczął pan mówić o chorobie.

Mężczyzna zawahał się, zanim odpowiedział nieokreślnym ruchem ręką, jakby odpychał od siebie coś niemiłego. Wyglądał na zmieszanego.

– To schizofrenia paranoidalna. – Wyjaśnił, zastrzegając się natychmiast: – Ale nie upieram się przy tej diagnozie. Proszę tego nie rozumieć dosłownie, to tylko hipoteza naukowa. Nie mam w tej chwili innego uzasadnienia niż intuicja.

– Sefardi zaśmiał się serdecznie. – Wie pan, pańska idea to znakomity pomysł. Muszę go sobie zapamiętać i wykorzystać. Może w powieści? Gdybym pisał powieść, to bym ją wykorzystał. Przypomniał coś sobie. Wstał, zdając sobie sprawę, że powinien to zrobić wcześniej. Lekko skłonił głowę, po czym przedstawił się: Nazywam się Sefardi Baroka. Jestem wynalazcą z ambicjami pisarskimi. Czuł się winny zaniedbania prostej formalności.

– Miło mi. – Odpowiedział rozmówca i kontynuował swoją wypowiedź, jakby prezentacja była niepotrzebnym przerywnikiem. – Proszę pamiętać, że wspomnienia senne nie trwają długo, o ile nie znikają od razu. Jeśli pan sobie życzy, opowie mi je pan, a ja je spiszę i przekażę panu. Jestem do tego przyzwyczajony.

– Nie, nie! Mogę zrobić to sam. – Sefardi przestraszył się. Nie myślał wcześniej o zapisywaniu snów. Pomysł spodobał mu się. Przeprosił rozmówcę, który chciał mu jeszcze podać formułę szybkiego zapamiętywania, wyjął laptop i zaczął pisać. Pobłogosławił siebie, że pamiętał zabrać to urządzenie. Pamięć coraz częściej go zawodziła. Po pewnym czasie, aby nie pozostawiać złego wrażenia, Sefardi oderwał się od pisania i podjął konwersację z mężczyzną jadącym na konferencję czy też z niej wracającym; nie pamiętał już tego, zresztą nie miało to znaczenia. Rozmawiali o chorobach. Okazało się, że można o nich mówić również w sposób pozytywny, jeśli nie entuzjastyczny.

– Wie pan, choroby mają także swoje pozytywne strony. Na przykład w demencji pozytywne jest to, że każdego dnia poznaje się wciąż nową osobę. Przychodzi do pana jak każdego dnia, a pan ją widzi po raz pierwszy i pyta kim jest, a potem się cieszy, że poznał kogoś nowego. To bardzo miłe. W momencie, kiedy to mówił, jego oczy pozostawały lekko zmrużone, jakby raziło go światło. Obydwaj zaśmiali się w tym samym momencie.

 

3Shares