Dzisiaj blodżek skromniutki jak dwa nadwiędłe płatki róży z emeryckiego ogródka

Piszę na luzie, z wolnej stopy, czując się jak więzień w klatce przesłuchań, sam nie wiem dlaczego. Po marnie przespanej nocy wyszedłem jakiś taki słabosilny na balkon, a tam słoneczko też dychawiczne, ledwie ogrzewa barierki balkonu.

Zamierzałem pisać o rzeczach wielkich, a tu nici wskutek braku energii. Coraz mniej węgla w naszym bogacącym się kraju, coraz mniej energii w człowieku – myślę, i jest w tym chyba trochę racji. Miałem pisać o psach i będę, ale może jeszcze nie dzisiaj. Wybaczcie mi to, o szlachetne zwierzęta, zrodzone z prawego i nieprawego łoża, o skłonnościach prawidłowych jak życzą sobie władze, jak i te o wykoślawionych zainteresowaniach płcią.

Wczoraj dzień też był rachityczny, nie taki jak trzeba. Do mojej ulubionej apteki zaszedłem jedynie z potrzeby serca i oczu. Traktuję to miejsce jak Luwr, wchodzę oglądać piękne obrazy za ladą. Było pusto, więc się ośmieliłem. Po krótkim pozdrowieniu obydwu pań, jedna była czarnulą, druga blondyneczką, przemówiłem zgrabnymi słowami człowieka parającego się piórem wyjaśniając, że przychodzę jedynie w celach towarzyskich, aby popatrzeć na widoki.

– Proszę nie liczyć na mnie jako na klienta, nic nie kupuję, bo zdrów jestem jak ryba, zachodzę tu tylko z tęsknoty. W Paryżu byłem kilka razy i to po kilka tygodni, ale w okresie zimowym. Były to wyjazdy służbowe, w Luwrze byłem tylko jeden raz, i to tak krótko, że pozostawiło mi to tylko smutek i dlatego tu zaglądam.

Rozmowa zeszła na psy, to znaczy ja zapytałem, czy mają te zwierzęta. Obydwie panie miały i to nas uwzniośliło, a mnie dodatkowo umocniło w przekonaniu, że powinienem pisać o psach i ich właścicielach, bo to jedyna nadzieja ludzkości wobec dewastacji środowiska naturalnego. Na rząd już nie liczę, robi bokami, prokuruje prawdę, obietnice i trolle; jest to wspaniałe, bo każdy robi to co umie i lubi, ale dla mnie to za mało.

Tym optymistycznym akcentem kończę i życzę dnia świątecznego wypasionego dobrym żarciem, żartami i wycieczkami do ogródka za oknem.

0Shares

Piękno

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne. Jest to moja ulubiona apteka.

2Shares

Wzorem – świat zwierzęcy

Wczorajszy film o zwierzętach na kanale Planet wywarł na mnie wrażenie. Oglądałem wiele takich filmów, ten uznałem jednak za przełomowy. Okazał się brakującym ogniwem łańcucha mojej wiedzy, jak utrzymać się w doskonałej formie i zdrowiu do końca życia. Jedynym dobrym wzorem są zwierzęta. Po nich dopiero idzie Jane Fonda i podobni pasjonaci fitness.-– Wiktor rozpoczął filozoficzno-zwierzęce refleksje nad tematem, którym obydwaj się pasjonujemy. Nie jest to pasja przypadkowa.

Już wcześniej wspomniałeś, Wiktorze, o analogii życia ludzi i zwierząt, i dawałeś przykłady, kiedy te dwa nurty życia się rozeszły.

Zgadza się. Rozeszły się w sposób zgubny dla człowieka. Kiedy obserwujesz żyjące dziko zwierzęta (nie zwierzęta domowe, którym człowiek narzucił własna sposób odżywiania i tryb życia) to w oczy się rzuca natychmiast ich piękno: sylwetki, futerka, sprawności, kondycji, zdrowia. Tam nie ma cherlaków, istot upośledzonych fizycznie, zbyt tęgich i niezgrabnych. Nie jest to sprawą przypadku. Decyduje o tym przyroda. Jest ona nie tyle okrutna, ile bezwzględna. Nie utrzymujesz się w doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej – odpadasz, przegrywasz. Z ludźmi jest inaczej. Mówię o tym, ponieważ współczesny świat razi mnie deformacją ludzkiego ciała. Wygląda tak, jakby straciło ono walor dla jego posiadacza.

Mogę ci tylko przytaknąć, Przyglądałem się kiedyś na deptaku w Adelajdzie przechodniom i doszedłem do wniosku, ze ludzie są fatalnie zaniedbani fizycznie. Nie dotyczy to tylko starszych osób. Dzisiaj nawet młodzi chłopcy i dziewczęta są nieforemni: platfusowaty chód, niezgrabne sylwetki, opadające ramiona, otyłość. I to wszystko w Australii, która kojarzy się ze słońcem, zamożnością i fantastycznymi warunkami uprawiania sportów. Nasunął mi się wtedy nieodparty wniosek, że jako społeczeństwo Australijczycy odeszli zdecydowanie od ideału pięknego ciała, a tym samym i zdrowia.

Wiktor wysłuchał mnie z uwagą, pokiwał głową na znak zgody, po czym wrócił do zwierzęcia, które oglądał w telewizji. – Życie tego wspaniałego zwierzaka, coś w rodzaju borsuka, którego oglądałem w telewizji, tym różni się od naszego, że jest pasmem nieprzerwanego wysiłku fizycznego, nieprzejadania się, ale także swoistej przedsiębiorczości. Zwierzę musi utrzymać się w nadzwyczajnej formie fizycznej i psychicznej, aby przeżyć. Najpierw władował mu się do nory jeżozwierz, którego borsuk zdecydował się „wykurzyć”. Wykazał w tym niezwykłą wytrwałość. Nieprzerwanie go „molestował”, że tak powiem, zbliżając się doń tak blisko, jakby chciał go zaatakować. Nie szukał jednak bezpośredniej konfrontacji, walki. Był mądry, ostrożny i wytrwały. Osiągnął sukces, gdyż jeżozwierz opuścił jamę. Ale to nie wystarczyło. Borsuk tak długo go męczył pozorowanymi atakami, że ten opuścił jego rejon. Godnych podkreślenia jest kilka cech jego postepowania: wytrwałość, koncentracja uwagi, dążenie do pełnego, nie połowicznego sukcesu, działanie na długą metę. Czy nie są to cechy, które przypisujemy gatunkowi ludzkiemu?

Następna kwestią okazało się pożywienie. Borsuk przeszedł węsząc setki metrów, zanim wykrył norę z myszami. Wykonał kawał solidnej roboty, dokopując się do niej. Okazało się to nieudanym przedsięwzięciem: mysz uciekła. Po znalezieniu drugiej nory z „posiłkiem”, borsuk po kolejnej kopaniu zdobył wreszcie kawałek mięsa. Zjadł je, i chyba nic więcej. Żadnych ciasteczek, torcików, czekoladek, kawy czy kieliszka alkoholu. Super proste pożywienie. Żadnego dojadania ani popijania. Zwierzę, kiedy je, nie popija pokarmu wodą ani niczym innym. Pokarm jest trawiony „na czysto”.

Wiktorze, może przedstaw jakąś konkluzję, aby twoja relacja nabrała przejrzystości.

Nasuwa mi się kilka wniosków. Pierwszy jest taki: Jako ludzie, jako jedyny „ucywilizowany” gatunek zwierząt, odeszliśmy w sposób szokujący od naturalnego, przypisanego każdemu gatunkowi sposobu życia: ciągły wysiłek fizyczny, dużo ruchu, naturalne pożywienie w ograniczonej ilości, niezbyt urozmaicone, bez popijania lub dojadania. Urozmaicenie to wynalazek człowieka.

Czy sądzisz, że takie proste jedzenie jest smaczne? Ludzie kochają smakować jedzenie. Lubią różnorodność, ponieważ to zaspokaja wyrafinowane podniebienie.

Nie mam cienia wątpliwości, że proste jedzenie jest smaczne, ale pod pewnym warunkiem. Gdybyś widział, z jakim apetytem borsuk zjadał swoje danie. To było lepsze niż frykasy. Prawda jest taka. Zwykłe jedzenie będzie ci nadzwyczajnie smakować, pod warunkiem, że jesteś głodny. Natura nieprzerwanie przypomina o tym, co my znamy z przysłowia, ale ignorujemy: Fames optimus cocus. Głód jest najlepszym kucharzem. Pozwól mi zrobić podsumowanie: Jeśli chodzi o utrzymanie się w idealnej formie fizycznej, sprawności, pięknego wyglądu, dobrego samopoczucia, zdrowia, to moim ideałem jest dziko żyjące zwierzę, nie człowiek. Nawet nie zwierzę domowe, bo ono zmuszone jest żyć tak, jak jego pan czy właściciel.

Zadaję sobie pytanie: dlaczego odeszliśmy od takiego trybu życia? Nie to, ze odeszliśmy w jakiś sposób szczególny, ale w sposób totalny, całkowity, zaprzeczający normom żywienia wyznaczonym przez miliony lat istnienia przyrody i milion czy dwa miliony lat istnienia człowieka.

Nie przesadzasz, Wiktorze?

A skadże! Jedyny wyjątek jaki widziałbym, to to, że zwierzęta jedzą wszystko na surowo, my moglibyśmy stosować obróbkę żywności w formie gotowania lub pieczenie. Tylko to. Wiem, że brzmi to szokująco, ale w tym tkwi prawda. Musimy ją jeszcze rozwałkować. Tego nie da się przełknąć za jednym razem. Co za dużo, to niezdrowo. Muszę sobie wbić do głowy tę maksymę, ponieważ nie jestem bez winy.

0Shares

Recenzja „Babuni” Frederique Deghelt. Świat Książki, Warszawa, 2011. Część 2.

W powieści liczne są fragmenty, które wyjaśniają, w jaki sposób czytelnicy odbierają autora oraz jak treść powieści autora oddziałuje na opinie, zaangażowanie oraz uczucia czytelników w trakcie czytania powieści.

Podziwiam artyzm tłumaczenia. Sam jestem tłumaczem i mimo woli szukałem lub po prostu zwracałem większą uwagę na trafność, oryginalność i piękno form językowych. Wprawdzie nie dysponuję francuskim oryginałem powieści i nie robiłem porównań, ale odczuwałem piękno tłumaczenia. To trudna i pełna wyzwań praca, ale jakżeż wdzięczny jest efekt, jeśli książka w innym języku oddaje kunszt myśli twórcy dzieła.

Nie podobał mi się natomiast tytuł powieści w języku polskim. W oryginale brzmi on „La Grand-Mere de Jade”, co oznacza Babka Jade (Jade to imię wnuczki). Pierwszym zdrobnieniem jest Babcia. Być może byłoby ono do zaakceptowania, ale już zdrobnienie Babunia to niedopuszczalna moim zdaniem deformacja oryginału. Babka to forma taka jak stryj, wuj czy ciotka, a nie stryjaszek, wujcio czy cioteczka.

Autorka jest osobą wrażliwą społecznie i tak też pisze. Przedstawia ona współczesne wielkie miasto (Paryż) i społeczeństwo używając jednoznacznych, trafnych i krytycznych sformułowań: „Obojętność zdobywała teren. Tłum z pogardą mijał biednych i nieszczęśników. Trywialność tematów. Artykuły bez zawartości. Reklamy, puste lub mało wartościowe treści produktów dziennikarskich” (str. 53-54).

Powieść ma charakter małej akademii sztuki pisania powieści fikcyjnych i analizy zachowań czytelnika. Zawiera ona wiele praktycznych złotych myśli o pisaniu i sprawach ważnych szczególnie dla początkującego pisarza.

Słabość powieści widzę w postaci Babuni. Jest to nieco naciągana, niezbyt autentyczna i prawdziwa postać. Babunia jest – moim zdaniem – zbyt pozytywna, postępowa i „słodka”, jak na osobę w wieku 80 lat, prawie bez wad. Jeśli nawet ma ona jakieś wady charakteru, to objawiają się one w niezwykle łagodnej formie. Babunia przez kilka dziesiątków lat nie ujawniła nikomu swojej wielkiej pasji czytania, poznając utwory wielu autorów. I nikt tego nie zauważył, z wyjątkiem jednej osoby arystokratycznego pochodzenia. W powieści Babunia używa wyszukanego języka osoby wykształconej używając określeń takich jak: karykaturalne marionetki, kadr literatury, zakrawa na banał, zwinność umysłu, gimnastyka intelektualna. Jest ich mnóstwo. Stoi to w kontraście z faktem, że według tekstu powieści nikt nie zauważył głębokiej przemiany intelektualnej i językowej Babuni (z pochodzenia wieśniaczki i góralki), jaka dokonała się pod wpływem lektur dziesiątek książek niejednokrotnie trudnych i ambitnych autorów.

Zakończenie powieści jest zaskakujące, może nawet szokujące. Stanowi ono oryginalną „woltę” autorki, co świadczy na jej korzyść (autorka jest także realizatorką telewizyjną).  Forma zakończenia powieści zasmuciła mnie jednak. Ten smutek to prawdopodobnie sprawa osobistej wrażliwości i wieku.

0Shares