Historia głowy, która nie wiedziała, czy się wybić

Chodzi o głowę nie byle jaką, pierwszą z brzegu, ale wysoko sytuowaną, głowę państwa średniej wielkości, targanego drgawkami niepewności, co to będzie.

Siedząc na tronie w swoim pałacu głowa słyszała dwa głosy. Jeden dochodził zza okna, wielkiego jak szafa gdańska, były to głosy skandujące: Wybij się! Wybij się! Zagłosuj 3 x Nie. Drugi głos był równie mocny, a może nawet i mocniejszy i dochodził z telefonu komórkowego. Nie wybijaj się! Nie wybijaj się! Głosuj 3 x Tak. Raz lub dwa razy ten głos nawet krzyczał. Głowa wahała się między pragnieniem wybicia się a obowiązkiem niewybijania się, który jej zaszczepiono, kiedy była jeszcze mała i umocniono, kiedy doszła do wysokości.

Ktoś zapytał dworzanina z pałacu, czy głowa widziała głosy za oknem. Okazało się, że nie, bo okno było z drugiej strony pałacu.

– To dlaczego głowa nie przejdzie na drugą stronę pałacu? Widok jest bardzo fajny, bo głosy machają światełkami, bardzo atrakcyjnymi i są ich tysiące.

– Głowa nie może chodzić, prawdopodobnie boli ją brzuch. – Odpowiedział dworzanin, niezwykle sprawny w wyjaśnianiu spraw zdrowotnych i innych. – Chcieliśmy głowę przenieść w lektyce, ale lektyka jest w naprawie. To wspaniała lektyka, wygodna – wyjaśnił i uśmiechnął się uroczo spod rzadkiej brody.

W sprawie były tzw. elementy krytyczne: potężniejące krzyki za oknem, uparta perswazja w telefonie oraz coś trudnego do określenia, wewnętrznego, szarpanego wątpliwościami dotyczącymi upadku popularności, reakcji zagranicy, strachu przed nieznanym, może jeszcze czymś innym. Chodziło prawodopodbnie o sumienie.

Wszystkie głosy czekały na decyzję głowy, czy zechce się wybić się czy nie, ale ona nie wiedziała, co zrobić, poszła więc spać. Czy miała sny i jakie, nie wiadomo, bo jeszcze się nie obudziła.

Marsz wolności pana prezydenta

Trwała parada wolności. Towarzyszyła jej aura radości i szczerości. Pan prezydent aktywnie uczestniczył, przyglądając się demonstracji z boku. Na życzliwą wzmiankę o sobie wygłosił przemówienie okolicznościowe:

– Śmiać i płakać mi się chce, jak słyszę, że nie jestem prezydentem wszystkich obywateli, bo podpisałem jakąś ustawę, z którą jakaś grupa się nie zgadza. Stwierdzam z całą mocą, że jestem prezydentem wszystkich obywateli, czy im się to podoba czy nie. Muszę to powiedzieć, ponieważ oprócz serdecznie mi życzliwego sponsora, kocham także prawdę. – Prezydent przerwał, aby wzrokiem ogarnąć słuchające go tłumy i zebrać ich brawa. – Oczywiście pamiętam, że wybrało mnie tylko 51 % z ogonkiem, ale czy dla ogonka warto toczyć boje? Jestem prezydentem wszystkich i basta. Nawet tego ministra, który mąci mi wodę w stawie pałacowym. Tego pajaca – prezydent zakrztusił się, gdyż ostatnie słowo przechodząc mu przez gardło podrażniło mu boleśnie jabłko Adama.

– W związku z powyższym – kontynuował prezydent – moja kancelaria sporządzi listę wszystkich obywateli i będzie im przesłać na imieniny moje zdjęcie z przypomnieniem, że jestem prezydentem wszystkich obywateli i podpisem: „To jestem ja, Twój Prezydent. Serdecznie pozdrawiam, Twój Prezydent”.

Inicjatywa podobała się ogromnie, wszyscy uznali ją za przednią, niezwykle optymistyczną i udaną, odpowiednią do wysyłania nie tylko na imieniny obywateli, ale także na urodziny każdego drugiego i kolejnego dziecka, aby i ono otrzymało zdrową porcję radości, zwłaszcza w przypadku braku żłobka lub przedszkola.

W kraju zrobiło się głośno, ponieważ naród potężnie bił brawo, że w końcu doczekał się prezydenta, którzy należy do wszystkich.

– Nie to, co poprzednik siedzący pod żyrandolem i polujący na kuropatwy, który należał tylko do siebie. – krzyczeli obywatele zachwyceni zmianą.

Komiks literacki. Marionetka. Odcinek 22.

Na scenie wielkością przypominającą salę balową w baśniowym pałacu, gdzie okna są większe niż ściany, przy małym stoliczku do kawy siedzą dwaj mężczyźni. Rozgrywa się scena teatralna rozmowy tete a tete. To po francusku. W ludzkiej mowie oznacza to rozmowę łeb w łeb. Po ubiorach rozpoznajemy, że ci dwaj to Najwyższy Urzędnik Nijaki i dziennikarz, para teatralna kojarząca się, albo i nie kojarząca się, z tą ze spektaklu „Piękna i bestia”, gdzie piękno miesza się z brzydotą.

– Czy jest pan marionetką? – Pyta dziennikarz.

– Czemu pan pyta? Czy to jest ważne? – Sonduje Wysoki Urzędnik, prawie tak wysoki jak wieża.

– Dziennikarz zaskoczony aż dwoma pytaniami, patrzy na siebie, zdumiony własną odwagą zadania takiego pytania takiej osobie, po czym mówi. – Ale ja w to nie wierzę, sądzę, że to bzdura, nigdy w to nie wierzyłem i nie uwierzę, proszę mi wierzyć. – Zaczyna plątać się w zeznaniach, czerwienieć, dostaje drgawek, jego ciało wypręża się i sztywnieje. Nijaki tego nie widzi, gdyż spogląda w głąb siebie, ocenia starannie każdą część ciała, aby upewnić się, jest czy nie jest marionetką, przypomina sobie fragmenty życia, kiedy występował publicznie, bo przecież marionetka to teatr. Niedawno w nim byłem. – Szepcze do siebie, po czym wylicza: marionetka to kukiełka, lalka, pacynka, natomiast w języku, w przenośni, to figurant, manekin, popychadło, pionek, kukła, narzędzie, pantoflarz.

– Chyba nie. – Odpowiada na pytanie dziennikarza. – Na pewno nie. – Potwierdza. No nie, bo skądże i jak? – Po tym, jak to wypowiada, śmieje się z pytania, coraz mocniej, wychyla z fotela, jego okrągłe policzki się trzęsą, dziennikarz, który ledwo sam się uspokoił, przygląda się uważnie i widzi, że nie jest to śmiech, tylko spazm bólu, wiele spazmów, jeden po drugim. Nie rozumie tego, zadaje sobie pytanie: Czy to boli …

…być albo nie być marionetką? – Uzupełnia mocny głos spod sufitu, po czym na platformę nad sceną wkracza Szekspir, ten ze Stratford-on-Avon, aby nadać w swoim języku powagi historyczno-histerycznej kwestii: To be or not to be a puppet!, po czym wygłasza tę kwestię w pięknym tłumaczeniu na ludzki język: Być albo nie być marionetką!

Na scenę zapada kurtyna milczenia z pytaniem: Jest on czy nie jest marionetką? sformułowanym przez dziennikarza albo przez Szekspira, Bóg to jeden wie, oraz sugestią niezwykle sugestywną: Odpowiedz sobie sam!

Wstrząśnięci dramatyzmem sceny widzowie wychodzą z teatru. Jest zima i na dworze śnieg skrzy się w późnym słońcu.