Osiedle Panorama. Opowiadanie. Całość, 6 odcinków.

Odc. 1

Osiedle Panorama było wyjątkowo usytuowane na wysokim południowym stoku jeziora Taner blisko granicy z Francją. Mieszkańcami osiedla i samego miasteczka Grosswasser byli ludzie różnych narodowości i wyznań. Wszyscy żyli ze sobą zgodnie i spokojnie, ale tylko do czasu, kiedy na osiedlowym placu zabaw dzieci nie zaczęły spadać z huśtawki. Było to na początku lata, a wypadki dotyczyły prawie wyłącznie chłopców. Przyjeżdżało pogotowie ratunkowe „Grosswasser Express” i ich opatrywało, czasem zabierało do szpitala, gdzie zszywano im rany. Powtarzało się to coraz częściej.

Wyjaśnienie przyczyn wypadków nie stanowiło problemu. Okazało się, że chłopcy byli pijani. Było to o tyle dziwne, że osiedle należało do zamożnych, jego mieszkańcami były osoby zajmujące poważne stanowiska w miasteczku i okolicach, architekci, prokurator, dyrektor pogotowia ratunkowego, nauczyciele, ludzie biznesu.

Problem alkoholizmu młodzieży w kraju nie był niczym nowym; w Grosswasser pojawił się w takiej skali po raz pierwszy.

Burmistrz Aleksy Durer uznał za konieczne zwołanie posiedzenia rady miasta, tym bardziej, że pogotowie ratunkowe zgłosiło roszczenia finansowe wobec miasta. Wystąpił z nimi nie kto inny jak dyrektor pogotowia, barczysty mężczyzna o pełnej twarzy okolonej gęstą, czarną brodą, wyglądający jak dobroduszna postać z bajek. Dyrektor miał tubalny głos, mogący wystraszyć nawet odważnego człowieka; nie bez przyczyny nazywano go Ali Babą. O kosztach interwencji pogotowia na osiedlu mówił coraz głośniej, choć czuł się z tym nie najlepiej.

– Kto nam zapłaci za powtarzające się przyjazdy na plac zabaw? Rodzice ich nie pilnują to dzieciaki rozrabiają. To niebezpieczne zabawy dla nich i kosztowne dla pogotowia. Wydajemy na to majątek a środki mamy limitowane.

Dyrektor pogotowia był osobą, po której burmistrz Durer najmniej spodziewał się takiego wystąpienia, ponieważ Grosswasser było głównym właścicielem pogotowia. Postępowanie Ali Baby wyprowadziło burmistrza z równowagi. Sprawę wziął sobie do serca.

– To nie licuje z pozycją społeczną i zawodową człowieka. Skarży się na swój los jak dziecko. Zachowuje się bardziej jak herszt bandy zbójeckiej niż funkcjonariusz miasta. Przestał mi się kojarzyć z bohaterem bajki z Tysiąca i Jednej Nocy.

Burmistrz nie krył oburzenia ustalając ze swoją sekretarką termin i godzinę zebrania rady miasta. Sekretarka nie była pewna czy szef żartuje czy mówi poważnie, ponieważ nikt z rady miasta nie brał na serio żądań firmy wobec jej głównego właściciela.

Do dyskusji włączyli się rodzice poszkodowanych dzieci. Nie podobało im się oskarżanie ich potomstwa o pijaństwo przez dyrektora i pracowników pogotowia oraz niektórych policjantów. Głos zabrał przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej osiedla.

– Panorama nie jest jakimkolwiek osiedlem, jednym z dziesięciu tysięcy w kraju. Nie wypadliśmy sroce spod ogona. Osiedle wygrało kilka konkursów piękności, jest wspaniale położone nad jeziorem z widokiem na rzekę w oddali i reprezentuje przekrój społeczeństwa, które dzięki inwencji i pracowitości dorobiło się wysokiej pozycji społecznej, dając przykład, że ludzie różnego koloru skóry, pochodzenia etnicznego i wiary mogą przykładnie żyć ze sobą. Nasze dzieci, nawet jeśli przypadkowo zbłądziły w swojej zabawie, nie mogą zrujnować reputacji osiedla i Grosswasser.

Mówiąc tak, wielu rodziców nie zdawało sobie sprawy, jak dobrze sobie radzi ich potomstwo. Dzieci bardzo szybko nauczyły się wywodzić dorosłych w pole. Zaczęło się od teatrzyku dziecięcego, w którego zajęciach chętnie uczestniczyły. Grając swoje role, wczuwały się w sytuacje pijaków, policjantów, rodziców, nauczycieli, właściciela sklepu spożywczego i alkoholowego, księdza a nawet kobiet złego prowadzenia. Sztuka, w jakiej grały, opowiadała o życiu osiedla. Pomagała im w tym dwójka specjalistów, aktorka i psychiatra, oboje po wyrokach więziennych. Po odsiedzeniu kar nie mogli zdobyć pracy w swoich zawodach. Z zajęć z młodzieżą byli bardzo zadowoleni, choć finansowo nic nie zyskiwali. Oboje żyli z zasiłków dla bezrobotnych, czekając na lepsze czasy.

– Teraz to przynajmniej nie doznajemy frustracji; pracujemy z młodzieżą, robimy coś użytecznego.

W teatrze dzieci nauczyły się różnych praktycznych jak i trochę niebezpiecznych umiejętności: robić niewinne miny, wprowadzać ludzi w błąd swoim zachowaniem, grać niewiniątka, pozorować napady złości i depresji, grozić samobójstwem, a także szantażować groźbą ucieczki z domu.

*****

Sprawa wypadków na placu zabaw i dodatkowych przyjazdów pogotowia została wyciszona. Nie rozwiązało to jednak problemu. Bóg wie, ile czasu mogłyby dzieci raczące się alkoholem, ich upadki z huśtawki i wezwania pomocy, nękać „Grosswasser Express”, gdyby nie zniknięcie huśtawki. Ktoś rozmontował ją po nocy i wywiózł w nieznane miejsce, prawdopodobnie na złomowisko gdzieś w innej miejscowości. Wraz z huśtawką zniknął problem obrażeń i złamanych kończyn, ale tylko na kilka dni. Dzieci przeniosły swoje zainteresowanie na drążek gimnastyczny. Teraz spadały z drążka gimnastycznego. Jak poprzednio przyczyną był alkohol. Znowu przyjeżdżała karetka, wychodzili z niej dwaj sanitariusze i lekarz, poszkodowanych cucili z omdlenia, mocowali uszkodzone kończyny w szynach bądź zabierali chłopca do szpitala. Zdarzyło się nawet, że budzono ofiarę upadku ze śpiączki w szpitalu.

– Budzenie ze śpiączki to czynność skomplikowana. Na szczęście nie mieliśmy jeszcze żadnego cięższego wypadku – pocieszali się pracownicy pogotowia. Były to zdarzenia tak rzadkie, że lekarze i pacjenci zrobili sobie przed wyjściem wspólne zdjęcia na pamiątkę.

Najbardziej interwencje pogotowia przeżywał jej współwłaściciel i dyrektor.

– Kto za te powtarzające się usługi zapłaci pogotowiu? Nieprzerwanie interweniujemy. To straszne koszty. Za każdym wyjazdem karetki na plac zabaw Josef Apfelbaum rwał sobie włosy z głowy.

Jego rozpacz była uzasadniona umową z radą miasta. Jeśli karetka w ciągu roku kalendarzowego przyjeżdżała częściej niż trzy razy w jedno miejsce, pogotowie otrzymywało zmniejszoną stawkę wynagrodzenia za przyjazd. Po kilku miesiącach interwencji na placu zabaw Panoramy, kiedy wieczorem dyrektor patrzył w domu w lustro, miał wrażenie, że ubyło mu włosów na głowie. Sprawa była o tyle skomplikowana, że rodziny poszkodowanych chłopców jak i mieszkańcy osiedla, na którego terenie miały miejsce ekscesy młodzieży, odmawiali pokrycia choćby części kosztów interwencji pogotowia. Ich argumentacja była prosta.

– Pogotowie jest od tego, żeby przyjeżdżało i ratowało życie ofiar nieszczęśliwych wypadków. Górskie pogotowie ratownicze w czasie akcji zimowej w intensywnej śnieżycy ponosi znacznie wyższe koszty, ratując ludzi, i nikt im z tego powodu nie zwraca żadnych kosztów.

*****

Po roku czasu od pierwszego upadku z huśtawki nikt nie spodziewał się, że problem częstych przyjazdów i rosnących kosztów pogotowia zostanie szybko rozwiązany. Mimo to zdarzył się cud. Tak uważał Ali Baba. Nieznany sprawca zdemontował po nocy drążek gimnastyczny. Robotę wykonano fachowo; pionowe słupki drążka gimnastycznego zostały obcięte na wysokości dziesięciu centymetrów od ziemi, krawędzie cięcia wyrównane, a cała konstrukcja wywieziona w nieznane miejsce. Pozostały tylko opiłki, drobne fragmenty farby, zdeptana ziemia oraz dwa sterczące z ziemi kikuty metalowej rury. Na wniosek wspólnoty mieszkaniowej policja przeprowadziła śledztwo, lecz nie na wiele to się zdało. Śladów obuwia nie udało się dopasować do wzorów podeszew zarejestrowanych w archiwach policyjnych nie tylko lokalnych, ale całego kraju.

Odc. 2

Wydawało się, że tym razem sytuacja ustabilizuje się a ludzie się uspokoją. Już następnego dnia po zakończeniu nieudanego śledztwa, dzieci potykały się o sterczące z ziemi resztki słupków drążka gimnastycznego i raniły sobie nogi. W jednym przypadku doszło nawet do złamania. Za każdym razem okazywało się, że poszkodowani byli w stanie zamroczenia alkoholowego albo wręcz pijani. Wypadków było mniej niż w przypadku huśtawki i drążka gimnastycznego, ale jednak były. Pogotowie znowu przyjeżdżało, jednak tylko do czasu, aż usunięto dwa sterczące kawałki rury z ziemi. Policja przeprowadziła nowe śledztwo, tym razem na okoliczność, skąd dzieci brały alkohol. Dochodzenie prawdy utkwiło w miejscu; dzieci po prostu odmawiały udzielenia informacji. Niektóre milczały, inne prosiły, aby wezwać któregoś z rodziców, w obronie jednego chłopca wystąpił psycholog, żądający zaprzestania przesłuchania z uwagi na niestabilny charakter dziecka. Policja w całym tym śledztwie nie miała wiele do powiedzenia. Prowadzący przesłuchanie podoficer zachowywał ostrożność i nie naciskał świadków.

– Wole zachować pracę i zdrowie psychiczne niż dochodzić takiej głupoty, jak źródło pochodzenia alkoholu. Przecież takiemu dwunastoletniemu szczeniakowi wystarczy naparstek wódki, aby się upić. Czy to ma sens dochodzić, skąd on wziął naparstek wódki? – młody policjant skarżył się żonie w domu.

Pochwaliła go za rozsądek.

– Takie dochodzenie to niech sobie prowadzi sam komendant! Mieszka na tym osiedlu i jego dzieciak też tam rozrabiał. Ponadto, co by nie powiedzieć, to tymi chłopcami faktycznie rodzice się nie zajmują. U nas przynajmniej, kiedy ciebie nie ma w domu, to ja zajmuję się dziećmi. Dlatego nie łamią sobie nóg i nikt nie musi ich przesłuchiwać.

Śledztwo znowu stanęło w miejscu. Podejrzewano, że chłopcy korzystali z zapasów domowych, podkradając alkohol rodzicom, dziadkom lub starszemu rodzeństwu. Ujawnienie tej kwestii nie leżało w interesie najbliższej rodziny, sprawa umarła więc naturalną śmiercią. Przy tym, kolejnym już, śledztwie policyjnym dzieci zyskały świadomość, że nic im nie grozi z powodu małoletniości.

Ogrodnik pielęgnujący zieleń osiedlową podsłuchał rozmowę na ten temat.

– Ja się tam o starych nie martwię. Mają wysokie pozycje, zarabiają dobre pieniądze i trzymają sztamę z kim trzeba.

– Oni nie martwią się mną, to i ja nie będę martwić się nimi – odpowiedział drugi chłopiec.

Ogrodnik pamiętał, że obydwu pogotowie ratowało, kiedy spadli z huśtawki. Nic więcej nie umiał powiedzieć.

*****

Nie wiadomo, czy okresowy brak przyjazdów karetki pogotowia wywołał zmianę zachowań, czy zdarzyło się coś innego, fakt pozostaje faktem, że dzieci nadal upijały się. Tym razem znalazły sobie nową rozrywkę: wybijanie szyb w budynkach z oknami wychodzącymi na plac zabaw. Spadające fragmenty szkła a czasem nawet i kamienie odbijające się od budynku, powodowały zranienia. Pogotowie znowu zjawiło się na osiedlu, aby wykonać swoją tradycyjną robotę. Pracownicy podejrzewali, że „mali przestępcy”, jak nazywali ofiary wypadków, robili to świadomie. Takie tłumaczenie nie podobało się oczywiście rodzicom. Znowu zaczęły się interwencje i ciche rozmowy. Dyrektor Josef Apfelbaum nie miał już siły protestować.

– Musimy jeździć, bo to nasz święty obowiązek – tłumaczył cierpliwie pracownikom. – Po to zostaliśmy powołani do tej służby, aby ratować ludzkie życie i zdrowie, nawet jeśli są to durnowate szczeniaki, które upijają się i wyrządzają sobie krzywdę.

Aby ratować się, zachowując czyste sumienie i rozsądek, dyrektor wysyłał od tej pory mniejsze karetki pogotowia i ograniczył ilość personelu do trzech osób: kierowcy, sanitariusza i lekarza. Rolę drugiego sanitariusza przejął na siebie kierowca.

– To mi nawet odpowiada. Dzieci nie są ciężkie a mam jakąś rozrywkę chodząc z noszami zamiast siedzieć w samochodzie – wyjaśniał. Był to młody mężczyzna, pobłażający szaleńcom niewiele młodszym od siebie. Po cichu solidaryzował się z nimi, doceniając ich przedsiębiorczość, pomysłowość i niezależność.

*****

Problem okien rozwiązał się w sposób zupełnie nieoczekiwany, a wraz z nim zniknął kłopot ze spadającymi fragmentami szkła i kamieni odbijających się od muru, balkonów i ram okiennych. Nocą ktoś pozabijał okna deskami. Pierwszej nocy były to okna parteru, w ciągu następnych dwóch nocy pozostałych pięter. Budynki na osiedlu nie były wysokie, miały tylko trzy kondygnacje. Jak to zrobiono nie budząc podejrzeń, nikt nie miał pojęcia. Ogrodnik spekulował, że okna wybijano z dachu lub z poddasza, posługując się sznurkiem i przywiązanym do niego ciężkim i ostrym przedmiotem, ale bał się wychylić z tą informacją. Nic dziwnego, że śledztwo znowu było nieudane. Policja podejrzewała zmowę mieszkańców.

– Oni usilnie bronią dzieci, bo nie chcą ponosić za nie odpowiedzialności – sierżant Klucky tłumaczył komendantowi, kapitanowi Mikke. Obydwaj podejrzewali zmowę, ale nie byli w stanie niczego udowodnić.

Na osiedlu nikt nie spodziewał się innego rozwiązania. Wkrótce zabite okna zawieszono wielką reklamą na całą ścianę. Mieszkańcy byli z tego zadowoleni, ponieważ reklamodawca płacił wspólnocie mieszkaniowej znaczne pieniądze za stałą reklamę ścienną. Przynosiło im to korzyści finansowe w postaci obniżek czynszu mieszkaniowego. Wszyscy byli za takim rozwiązaniem; był to okres, kiedy słońce pozostawało z drugiej strony budynku. Protestowały tylko dzieci, ale nikt na to nie zwracał uwagi.

*****

Na osiedlu Panorama utrzymywał się spokój ku zadowoleniu pogotowia, policji i samych mieszkańców. Spodziewano się, że tak będzie dalej.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia i na środku placu zabaw stanęła choinka, przepiękny wysoki świerk. Wywołało to powszechną radość, bo wszyscy czuli, że dzieciom należy się drzewko bożonarodzeniowe a pod nim upominki, tym bardziej, że wielu rodziców nie miało czasu, aby o tym pomyśleć. Nie wszyscy też garnęli się wydawać pieniądze na dzieci nadużywające alkoholu i sprawiające niepotrzebne nikomu kłopoty.

Po dwóch dniach choinka spłonęła. Policja przeprowadziła śledztwo i ustaliła tylko jeden znaczący szczegół: przyczyną podpalenia była niewiara dzieci w prawdziwego i uczciwego Świętego Mikołaja oraz upominki pod choinkę jako nagrodę za dobre zachowanie.

– Wolelibyśmy, aby rodzice poświęcały nam więcej czasu a nie silili się na choinkę wielkości masztu telewizyjnego i gówniane upominki.

Taką informację przekazał policji ogrodnik osiedlowy, zajmujący się sprzątaniem pozostałości po spalonej choince. Bał się więcej powiedzieć, bo już raz oskarżano go o kapusiostwo.

Fakt zniknięcia choinki zdenerwował dzieci. Twierdziły one, że podpalenia dokonał ktoś z dorosłych w akcie zemsty za ich wybryki i głośne dźwięki syreny policji i pogotowia ratunkowego na osiedlu.

Podejrzenia obydwu stron, dzieci przez dorosłych i dorosłych przez dzieci, doprowadziły do poważniejszego śledztwa. Sprawa na krótko trafiła nawet do sądu w sąsiednim mieście. Szybko ją umorzono, kiedy sędzia dowiedział się, że rodzicami dzieci na osiedlu są lekarze, prokurator, nauczyciele, zamożni rolnicy prowadzący gospodarstwa w pobliżu miasteczka, pracownik obserwatorium astronomicznego w Berlinie, a nawet dyrektor pogotowia ratunkowego i komendant policji w Grosswasser. Rodziców było więcej, ale nie wszyscy zdecydowali się ujawnić swoje zawody i miejsca pracy powołując się na przepisy dotyczące poufności danych osobowych.

– Bez nakazu sądowego ani myślę ujawniać, gdzie pracuję. To by mi w niczym nie pomogło w pracy.

Wypowiedzi tego rodzaju nie cieszyły policji, komendant Mikke rozumiał jednak złożoność sytuacji, lub przynajmniej udawał, że rozumie, i nie naciskał dalej. Sam też mieszkał na osiedlu Panorama.

Większość szczegółów ujawniły sami chłopcy, składający zeznania pod opieką psychologa sądowego. Argumenty były proste.

– Rodzice są czynni zawodowo i nie mają dla nas czasu. Nudzi nam się! Tylko ksiądz proboszcz z naszej parafii czasami zajmuje się nami. Oprócz modlitwy i wiedzy o Biblii, uczy nas jak robić nalewki, a potem je nawet poświęca. Wiemy od niego, że taka nalewka to dar boży równie dobry jak każdy inny, a może nawet i lepszy, bo sprawia człowiekowi prawdziwą przyjemność.

Odc. 3

Prowadzący śledztwo policjant udał się do proboszcza Zoltana Bury, aby wyjaśnić naturę jego pomocy młodzieży osiedlowej, ale nie było go na plebanii. Ksiądz został wezwany na przesłuchanie. Odbyło się ono za zamkniętymi drzwiami na prośbę kurii i połowy rodziców wierzących i praktykujących, bo druga połowa wprawdzie wierzyła, ale nie chodziła do kościoła.

Proboszcz potwierdził i uzupełnił zeznania dzieci.

– Tak, pomagam dzieciom na osiedlu Panorama jak tylko mogę. To biedne dzieci z bogatych rodzin. Panowie dobrze wiecie, kim są ich rodzice, porządni ludzie, ale nie mający czasu, za to mający obowiązki. Ktoś dziećmi musiał się zająć. Rozumiałem ich frustrację, te wszystkie ekscesy, alkohol, łamanie norm, szyby i kamienie. Na osiedlu stało się to już normalnością. Nie mogłem na to patrzeć obojętnie. Oprócz tego, że czytałem im Biblię, którą wspólnie interpretowaliśmy, opowiadałem o Stwórcy i uczyłem przykazań, uczyłem ich także robić nalewki, jako najtańszy sposób dostępu do bezpiecznego alkoholu. Dzieci muszą się wyszumieć i dlatego im pomagałem. Niech coś dobrego z nich wyrośnie, a nie tylko elokwentni adwokaci i prokuratorzy, zarobieni po uszy lekarze, bogaci rolnicy i rzemieślnicy, genialni artyści czy odurzone pięknem wizażystki.

*****

Jak można było się spodziewać, wniosek o ukaranie winnych skierowany do sądu przez policję, na prośbę rodziców, kurii i probostwa, został wycofany. Sędzina, też zamieszkała na osiedlu Panorama, miała w zaufaniu powiedzieć córce i zięciowi, że czyny poddane pod ocenę sądu miały niską szkodliwość społeczną i każdy sąd miałby wielkie problemy z inną kwalifikacją. W dziennikarskim śledztwie prowadzonym prze „Grosswasser Tageszeitung” już po wycofaniu sprawy z sądu, okazało się, że nikt nie uważał się za poszkodowanego i że sprawie nadano niepotrzebny rozgłos.

– Była ona nam potrzebna jak psu metalowa buda w upalny dzień – stwierdził dziennikarz gazety, siedząc w lokalnym pubie przy piwie.

Winę za wywołanie zamieszania wokół sprawy mieszkańcy Grosswasser zrzucili na „nieodpowiedzialne media”.

Rzecznik sądu, przewodniczący wspólnoty mieszkaniowej Panoramy oraz proboszcz Bury zgodnie uznali, że sprawa była rzeczywiście niepotrzebnie nagłośniona. Tych, którzy to zrobili, nazwano „nieodpowiedzialnymi” oraz „manipulantami opinii publicznej”. Dzieci z placu zabaw też chciały wyrazić swoją opinię, ale ich rodzice uznali, że z uwagi na niepełnoletniość w ogóle nie powinny zabrać głosu w takich sprawach.

– To rola rodziców. W kwestii wykroczeń niepełnoletniej młodzieży mogą, powinni i muszą wypowiadać się tylko rodzice i opiekunowie. Każdy sąd, policja i prokuratura zinterpretowaliby to tak samo, z tą tylko różnicą, że powołaliby się na stosowny paragraf lub punkt „Kodeksu wykroczeń” lub „Kodeksu Rodzinnego” – podsumowała na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej jej wiceprzewodnicząca.

*****

Ubezwłasnowolnienie dzieci przez dorosłych w sprawie oceny zajść na placu zabaw stało się zarzewiem dalszych zdarzeń. Kilka dni później ktoś podpalił sklep monopolowy. Na szczęście pożar bardzo szybko ugaszono. Śledztwo rozpoczęło się z opóźnieniem z powodu zaangażowanie policji w przygotowanie bezpiecznych warunków meczu piłki nożnej z największym rywalem lokalnej drużyny w lidze okręgowej. Komendant podejrzewał, że sprawcami jak zwykle były dzieci działające pod wpływem alkoholu.

W rozmowach z rodzicami, nauczycielami a nawet księdzem, dzieci przedstawiały niezwykłe argumenty.

–  To nie jest demokracja. Powołujecie się na szczytne ideały Rewolucji Francuskiej, mówicie o równości, wolności i braterstwie, a w sklepie alkoholowym nie ma nawet niskoprocentowego alkoholu dla dzieci, choćby piwa, i stale ktoś żąda od nas dowodu osobistego. Jak można wymagać okazania dowodu osobistego, jeśli nie można go uzyskać?

Mieszkańcy osiedla zastanawiali się, kto nastawił młodzież, aby uderzyła w wysokie C praw dziecka. Komendant, mieszkaniec osiedla, usiłował delikatnie wysądować swojego syna, ten jednak zbył go bardzo szybko.

– Przepraszam cię, tato, ale nie jest w nastroju rozmawiać o tych, bo mam na głowie trudne egzaminy w szkole.

*****

Wkrótce pojawiły się pogłoski, że pożar sklepu wywołali pracownicy pogotowia ratunkowego z zemsty za sprzedaż dzieciom alkoholu, powodującego wypadki i przyjazdy pogotowia. Dyrektor Ali Baba zdecydowanie zaprzeczył pogłoskom. 

– To zupełny bezsens. Nikt z nas nie zrobiłby czegoś takiego. W pożarze ktoś mógłby ulec poparzeniu i wtedy musielibyśmy interweniować i ponosić dodatkowe koszty.

Większość ludzi zgodziła się z jego wyjaśnieniem. Nikt nie miał żalu do pogotowia, że nie jest chętne przyjeżdżać często na osiedle. Mieszkańcom osiedla nie podobało się natomiast to, że syrena pogotowia wywołuje potworny hałas. Przewodnicząca wspólnoty osiedlowej rozmawiał o tym z dyrektorem Apfelbaumem.

– Te syreny są okropne. Wielu mieszkańców Panoramy ma małe dzieci, starszych rodziców lub dziadków. Mógłby pan naprawdę zmienić syreny w karetkach pogotowia! One strasznie wyją, po prostu ryczą jak zarzynane zwierzę.

Tłumaczenie przewodniczącego być może było przesadne, tym niemniej prawdziwe i szczere. Ali Baba, na ogół skłonny do kompromisu, a przynajmniej do podjęcia dyskusji, tym razem pozostał nieugięty.

– Nic z tego. Tylko powiększyłbym moje koszty. Jak mi kupicie lepsze syreny, lub zwrócicie choćby część kosztów, to chętnie to zrobię.

Jakby na złość mieszkańcom, kiedy pogotowie przybyło następnym razem na osiedle, syrena była jeszcze głośniejsza. Powodem przyjazdu było podpalenie drzwi sklepu alkoholowego; gasząc je właściciel sklepu uległ poparzeniu. Najpierw interweniowała straż pożarna, potem pogotowie ratunkowe, w końcu przyjechała policja.

Dziwne było to, że ktoś, prawdopodobnie sprawca pożaru, dwa tygodnie wcześniej wykupił właścicielowi sklepu polisę ubezpieczeniową. Ludzie tłumaczyli, że zrobił to sam podpalacz przewidując, że ktoś mógłby być w sklepie w czasie pożaru – był to okres intensywnych inwentaryzacji – i ulec poparzeniu lub nawet zatruć się śmiertelnie dwutlenkiem węgla.

Podejrzenia ponownie padłyby na pogotowie ratunkowe, bo musieliby przyjechać na ratunek poparzonemu, opatrzyć go i być może nawet zawieźć do szpitala, gdyby nie polisa ubezpieczeniowa. Rozwiązywała ona problem kosztów naprawy szkód jak i przyjazdu pogotowia. W sprawie ubezpieczenia sklepu nikt nie prowadził śledztwa; nie doszukano się tu żadnych nieprawidłowości.

– Każdy ma prawo wykupić ubezpieczenie dla dowolnej osoby lub organizacji – wyjaśniła to firma ubezpieczeniowa.

Poza tym, wszystkim było na rękę, że właściciel sklepu nie zgłaszał wobec kogokolwiek żadnych pretensji ani roszczeń.

Zdarzenia miały swoje reperkusje w szkole podstawowej, do której uczęszczała większość dzieci z osiedla. Dyskusja na temat praw dzieci i młodzieży pojawiła się nieoczekiwane na godzinie wychowawczej w klasie IV C, a po przerwie ogarnęła inne klasy. Nauczyciele niechętnie podejmowali temat, starając się nie zajmować stanowiska w drażliwej kwestii, ale też nie negowali pewnej logiki oczekiwań młodzieży. Protestowało tylko kuratorium. Ani rodzice ani grono pedagogiczne, z wyjątkiem dyrektora szkoły, nie wzięli tego poważnie, ponieważ kuratorium wcześniej winiono za brak zainteresowania pijaną młodzieżą na osiedlu Panorama.

Odc. 4 

Późnym wieczorem przyszedł stolarz i zabił deskami wejście do sklepu z alkoholem. Pytany w trakcie wykonywania pracy, na czyje polecenie to robi, wyjaśnił, że otrzymał telefoniczne zlecenie z rady osiedla powołanej przez wspólnotę mieszkaniową.

– Od razu ustaliliśmy termin i koszt wykonania.

– A kto konkretnie dzwonił do pana? – zadano mu pytanie.

– Przewodniczący rady osiedla, mężczyzna o tubalnym głosie.

Okazało się, że przewodniczący zmienił się kilka tygodni wcześniej i radzie przewodniczyła kobieta o raczej piskliwym głosie. To wybiło argumenty z ręki stolarza. Posądzano go o samowolę, jakiś niezrozumiały wybryk. Argument upadł, kiedy stolarz pokazał ilości zgromadzonych w swoim mieszkaniu butelek po piwie, winie i innych alkoholach; zabijanie deskami wejścia do sklepu nie miałoby w jego sytuacji najmniejszego sensu.

Co do jednego ludzie na osiedlu byli zgodni; zabite drzwi sklepu powinny pozostać bez zmian.

– Dosyć picia alkoholu przez młodzież niedopatrzoną przez rodziców dlatego, że ciężko harują zarabiając się po łokcie, aby stworzyć jej jak najlepsze warunki do życia, nauki i zabawy – taka wypowiedź pojawiła się na pierwszej stronie Grosswasser Tageszeitung.

Brak dostępu do alkoholu wywołał protesty ze strony młodzieży. Wobec oporu rodziców dzieci poprosiły właściciela sklepu, aby zerwał deski, do czego miał święte prawo. Kiedy odmówił, ktoś w nocy znowu podpalił drzwi sklepu. Zrobił to tak sprytnie, że kiedy straż pożarna przybyła i ugasiła pożar okazało się, że spłonęły tylko same drzwi, ościeżnica i rama, i zupełnie przypadkiem stojące w pobliżu krzesło. Nic poza tym. Pies policyjny doprowadził policję z progu sklepu na środek placu zabaw, gdzie znajdowały się trzy samotne ławki.

– Każdy mógł chodzić tą drogą, włącznie z dziećmi, podpalaczem, policją i właścicielem sklepu – komentowali mieszkańcy osiedla. – Ta droga dochodzenia prawdy prowadzi do nikąd.

*****

Kwestia zdobywania i nadużywania alkoholu przez młodzież nie została wyjaśniona. Właściciel mówił, że podpalono mu sklep z myślą, aby i on w nim spłonął, ponieważ odmawiał sprzedaży alkoholu nieletnim i nie miał dla nich żadnej innej propozycji. Kilka razy grożono mu listownie i telefonicznie.

Niedostępność alkoholu w osiedlowym sklepie nie zmniejszyła jego konsumpcji przez młodzież. Dzieci przynosiły alkohol z miasteczka, wracając ze szkoły. Chwaliły się nawet, że to fajna rozrywka, bo zmusza ich do wysiłku fizycznego i do noszenia mniejszej ilości książek. 

Po cichu alkoholu dostarczał dzieciom także ojciec pewnej dużej rodziny z osiedla, pijak i awanturnik. One mu dawały pieniądze, a on im kupował i przynosił. W dowód wdzięczności pozwalały mu pić razem z nimi. Był z tego bardzo zadowolony; chwalił się nawet, że jest z dziećmi za pan brat i zna ich wszystkie tajemnice. Ktoś doniósł o tym policji. Kiedy mężczyzna pił razem z dziećmi na placu zabaw, przyjechał po niego nieoznaczony samochód policyjny z dwoma funkcjonariuszami w cywilu, aby nie wzbudzać podejrzeń. Nic z tego nie wyszło, ponieważ mężczyzna zniknął z placu zabaw w ostatniej chwili. Ktoś musiał go ostrzec, albo sam wyczuł pismo nosem. Komendant policji i jego zespół czuli się bezradni.

– Nic nie możemy zrobić, bo dzieci są niepełnoletnie. A ten człowiek, ojciec licznej rodziny, jego nazwiska nie możemy zdradzić, bo toczy się przeciwko niemu śledztwo, tak się ukrył, że nie można go znaleźć.

Wkrótce policja zmieniła zdanie. Za mężczyzną rozesłano listy gończe ze zdjęciem, pojawił się też odpowiedni komunikat w prasie, w mediach społecznych i na stronie internetowej policji w dziale „Poszukiwani”. Nic to nie dało; mężczyzna jakby zapadł się pod ziemię.

– On nawet nie płaci alimentów. To trudny człowiek. Często się ukrywa nawet przede mną. . – skarżyła się żona.

Nic więcej nie chciała powiedzieć; upierała się, że nic więcej nie wie. Policja podejrzewała ją o ukrywanie męża tylko dlatego, że obiecał zapisać się do Towarzystwa Alkoholików Anonimowych, aby wyleczyć się z nałogu.

Policja myślała jeszcze o użyciu specjalnie tresowanych psów, z których korzystała służba celna na granicach do wykrywania przemytu, okazało się to jednak za drogie.

– Nie będziemy ściągać z drugiego krańca kraju tresowanych zwierząt dla głupiej sprawy ścigania moczymordy, który rozpija dzieci na osiedlu. Wiemy o nim dostatecznie dużo, aby prędzej czy później wpadł w nasze ręce – zawyrokował komendant komisariatu miejskiego.

Postępowanie komendanta budziło wątpliwości, ponieważ będąc mieszkańcem osiedla Panorama znał wielu jej mieszkańców i mógł mieć interes w ukrywaniu niektórych spraw. Komendant zaprzeczył jednak, że jest mieszkańcem osiedla. Wywołało to dyskusję. Ludzie twierdzili, że musi mieć mieszkanie na osiedlu, bo bardzo często tam przebywa. Komendant zaprzeczał tym pogłoskom. Dziennikarze skrupulatnie sprawdzili fakty. Mieszkania rzeczywiście nie miał, ale często odwiedzał osiedle i zostawał na noc. Podejrzewano, że ma tam kochankę. On twierdził, że ma tylko przyjaciół i znajomych. Żadna z osób pytanych przez dziennikarzy nie chciała ujawnić szczegółów, z obawy, że może trafić do sądu za naruszenie prywatności komendanta. Skończyło się plotkami, że ma kochankę, kochanka lub mieszkanie zapisane w księgach wieczystych pod innym nazwiskiem. Nic więcej dziennikarzom nie udało się ustalić; mieszkańcy bali się udzielać informacji z uwagi na konsekwencje. Kapitan Mikke był zbyt wpływowym człowiekiem ze znajomościami w prokuraturze i sądach.

Dochodzenie dziennikarskie potwierdziło tylko kolejny raz, że na osiedlu Panorama mieszka śmietanka towarzyska miasteczka.

*****

Burmistrz Aleksy Durer i komendant Mikke mieli obawy, że odcinając młodzieży możliwości zakupu legalnego alkoholu w osiedlowym sklepie z alkoholem, szybko nauczy się ona pędzić bimber. Nie stało się to od razu, ale się stało. Oprócz nalewek nadal produkowanych w oparciu o recepturę księdza proboszcza Zoltana Bury, alkoholu donoszonego przez dzieci z miasta oraz dostarczanego przez pijaka, ojca dużej rodziny, na placu zabaw pojawił się tani alkohol, zwykły etanol. Był to dobrej jakości, bezpieczny dla zdrowia bimber. Policja od razu to sprawdziła. Ktoś go produkował i potajemnie dostarczał na plac zabaw. Operacja była tak dobrze zorganizowana, że ani policja, ani rodzice, ani wynajęty detektyw nie byli w stanie nic wykryć. Oficjalnie, nikt nic nie widział ani nie wiedział. Przypadkowe anonimowe doniesienie sugerowało, że bimbrownia jest na wyspie na jeziorze Taner. Rano przed świtem na wyspę wybrał się komendant Mikke w towarzystwie jednego policjanta. Wyspa była zatopiona we mgle. Funkcjonariusze poczekali, aż trochę opadnie i spenetrowali cały teren. Znaleźli tylko opuszczoną budę, którą kiedyś zajmowali myśliwi polujący na kaczki.

Bimbrowni na wyspie nie odkryto, ani nigdzie indziej. Chyba dlatego, że mieściła się ona w piwnicy domu, gdzie nieco wcześniej kupił drugie mieszkanie komendant policji. Pomysłodawcą, organizatorem i operatorem instalacji produkcji bimbru jak na ironię był jego własny syn. Historię bimbrowni i swojego życia opowiadał kolegom z placu zabaw. Nie wiadomo, czy wszystko było prawdą, bo chłopak lubił ubarwiać. Nie wiadomo też, ile prawdy było w tym, co mówił o swojej rodzinie, przede wszystkim matce i siostrze, bo niekoniecznie były to miłe sprawy. Jeśli naciągał, to chyba tylko po to, aby zdobyć większą popularność. Też należał do rozrabiaków na placu zabaw, zaniedbanych przez co najmniej jednego rodzica.

– Ojca nigdy nie ma w domu. Nie ma nawet pojęcia, co ja robię. Czasem tylko mnie pyta, czy nie chciałbym być policjantem. Kiedy odpowiadam mu „Po co?”, denerwuje się. Jest strasznie zajęty i nie ma czasu interesować się moim losem. Uważa, że sam sobie dobrze radzę. Raz to nawet mnie nie poznał, kiedy przebrałem się za księdza prowadzącego akcję charytatywną. Zrobiłem to, aby mu pokazać, że mimo swojej policyjnej mądrości i doświadczenia nie jest w stanie zauważyć kogoś, kogo dobrze zna, stojącego tuż obok. Podobnie jest z bimbrownią. Nie umie jej odnaleźć, mimo że ma ją pod nosem. Matka chciała odejść z domu, bo także ją ojciec zaniedbywał. Nie zrobiła tego ze względu na mnie i na siostrę, ale się rozpiła. Siostrę też to wnerwia. Mówi, że chce zostać prostytutką, taką ze studiami i znajomością języków obcych, bo to najlepsze zarobki i można poznać interesujących ludzi. Dlatego wszyscy pijemy. Teraz, kiedy w piwnicy produkuję bimber i zaopatruję matkę i siostrę, to przynajmniej piją w domu. Matka jest bardzo zadowolona, uważa, że alkohol jest bardzo dobrej jakości. Najbardziej lubi moją „Śliwówkę”. Podobnie siostra. Pije mało, bo nie potrzebuje więcej. Alkohol działa na nią bardzo dobrze, bo pisze książki dla dzieci. Mówi, że jej własne życie i bimber ją inspirują.

*****

Komendant wziął sobie na kieł trudną młodzież z osiedla. Jej uzależnienie od alkoholu, podpalenia i inne ekscesy, częste wypadki i przyjazdy pogotowia ratunkowego, oraz nieskuteczne dochodzenia, bardzo psuły reputację policji. Swoim podwładnym wydał polecenie: Cierpliwie czekać! Było to prawdziwe wyzwanie, ponieważ uzależnienie młodzieży od alkoholu nie zmniejszało się. Nadal notowano awantury, próby podpaleń, wypadki na urządzeniach zainstalowanych na placu zabaw, pożary i kolejne wezwania pogotowia.

Policja opracowała nowy plan. Kiedy dwaj chłopcy należący do grupy nieoficjalnie określanej jako „pijacy” skończyli siedemnaście lat, policja ujęła ich w stanie zamroczenia alkoholowego i zabrała do izby wytrzeźwień, a potem na przesłuchanie na komisariat. Wezwano rodziców. Odbyła się długa rozmowa. Żadna ze stron nie była chętna ujawnić jej przebiegu ani ustaleń. Komendant wyjaśnił tylko, że wszyscy uczestnicy spotkania, chłopcy, rodzice i policja, zgodzili się na pewien eksperyment społeczny przy udziale psychologa młodzieży. Szczegóły porozumienia zostały ustalone i spisane. Wszyscy się pod nim podpisali.

Chłopcy zostali przywiązani specjalną linką do dwóch metalowych słupków ustawionych na placu zabaw. Ich końcówki wygięto w dół i zespawano tworząc metalowe pętle. Nad słupkami postawiono zasłonę w postaci dachu z brezentu. Następnego dnia zastąpiono ją dużym namiotem, odpowiednio wyposażonym, aby można było w nim wygodnie mieszkać i nocować. Chłopcy byli zwalniani rano w celu udania się do szkoły. Po zakończeniu zajęć mieli dwie godziny wolnego czasu do wykorzystania wedle swego uznania, po czym wracali i byli znowu przywiązywani do słupków.

Odc. 5

Był to eksperyment wychowawczy uzgodniony także ze szkołą i kuratorium. Nikt nie protestował, rozumiejąc potrzebę znalezienia rozwiązania. Sami zainteresowani i ich rodzice zgodzili się na to na piśmie. Rodzice jasno wyjaśnili przyczynę swojej zgody.

– Szczerze mówiąc, nie mamy czasu, aby zajmować się dziećmi, bo musimy zarabiać, aby miały one lepiej niż my. Jesteśmy pod presją otoczenia, szkoły i pracy. Sami nie byliśmy w stanie poradzić sobie z chłopcami. Taka kara może im tylko pomóc. Mamy nadzieję, że wyciągną właściwe wnioski, że z alkoholem należy postępować bardzo ostrożnie. Nie jesteśmy w stanie nic zrobić w sprawie uzależnienia dzieci od alkoholu, bo większość młodzieży już pije. Problem uzależnienia młodzieży od alkoholu jest powszechny. Teraz ważne jest wyrobienie nawyków rozważnej konsumpcji alkoholu.

*****

Mijały dni. Zrobiło się ciepło i bardzo zielono, zbliżało się lato. Chłopcy uwiązani na placu zabaw nie rozrabiali, nie mieli ku temu warunków. Mniej też pili, chyba że na rozgrzewkę, kiedy nadchodził chłodniejszy lub słotny dzień. Ludzie z Panoramy pomagali im jak mogli. Przychodzili zazwyczaj grupkami; rozpalano ogniska, pieczono kiełbaski, szaszłyki, mięso z rusztu. Było to tak smaczne, że kupowali nadwyżki pieczonego mięsa, aby zabrać ze sobą do domu.

Chłopcy szybko wpadli na pomysł, że można z tego zrobić dobry biznes. Obydwaj marzyli o większych pieniądzach i uznaniu. Wkrótce założyli firmę „Szaszłykarnia dla Dorosłych i Nieletnich”. Biznes rozwijał się szybciej i pomyślniej, niż mogli się spodziewać. Pieniądze płynęły coraz większym strumieniem; wyroby były bardzo dobre, regularnie zyskiwały atest jakości „Q”, bo zawartość mięsa w kiełbaskach była nie mniejsza niż dziewięćdziesiąt procent. Wkrótce rada miasta przyznała im nagrodę. Chłopcy radzili sobie coraz lepiej; nie wyzbyli się jednak nawyku picia alkoholu. Robili to tylko z większym umiarem mając na uwadze reputację biznesową oraz możliwość wypadku.

*****

Mimo szybkich postępów w edukacji chłopców jako ludzi odpowiedzialnych, komendant Mikke tracił cierpliwość. Policja zmodyfikował swój plan. Nie ujawniając jej nazwiska, komendant wyznaczył nową pracowniczkę w randze sierżanta do śledzenia sytuacji i podstawiania sugestii lepszych rozwiązań. Sierżant Wolf znała lokalne warunki, ponieważ od dnia rozpoczęcia pracy w komendzie miejskiej wynajmowała mieszkanie na osiedlu Panorama. Policjantka przychodziła regularnie, oczywiście w ubraniu cywilnym, nie ujawniając swojej tożsamości, na przyjęcia przy ognisku, śpiewała pieśni harcerskie i religijne, deklamowała wiersze, słowem uczestniczyła w pełni w życiu placu zabaw,  pilnując równocześnie, aby nic złego się nie wydarzyło. Trwało to co najmniej kilka miesięcy. Sytuacja wydawała się zmierzać w dobrym kierunku, bo obroty Szaszłykarni dla Dorosłych i Nieletnich regularnie rosły. Jej właściciele wydawali się jednak coraz mniej nią zainteresowali. Swoim przyjaciołom mówili, że robią to już bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby serca.

– Rajcują nas pieniądze oczywiście. Ale to nie wszystko.

******

W dniu, kiedy chłopcy osiągnęli pełnoletniość, zwolniono ich odbywania kary. Odbyła się mała uroczystość. Miało być bez alkoholu, stało się jednak inaczej. Chłopcy narozrabiali, przyjechała policja, musiała nawet użyć pałek, aby doprowadzić towarzystwo do porządku i zawieźć je do izby wytrzeźwień. Sprawa trafiła do sądu. Dwóch pełnoletnich już chłopców, właściwie mężczyzn, uznano za inicjatorów rozróby i postawiono im zarzuty. Było ich łącznie cztery, jeden poważniejszy od drugiego. W trakcie rozprawy przypomniano im też wcześniejsze występki. Uzbierało się tego więcej niż można by się spodziewać. Według prasy lokalnej młodzi ludzie byli kryminalistami prawie od dzieciństwa, zdeprawowanymi recydywistami, wręcz potworami.

Zapadł wyrok dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu. Oskarżyciel publiczny złożył apelację. Sprawa trafiła do ponownego rozpatrzenia. Powołano nowych świadków. Oskarżonych dodatkowo obciążyły zeznania osób z najbliższych rodzin, matki jednego chłopca i dziadków drugiego. W pierwszym przypadku matka chciała pozbyć się syna z domu, ponieważ po rozwodzie z jego ojcem, syn sprzeciwiał się jej związkowi z innym mężczyzną. W drugim przypadku dziadkowie opowiedzieli w sądzie makabreski, jakie rzekomo kochający wnuk fundował im pod choinkę z okazji Bożego Narodzenia, potem na imieniny, a regularnie z okazji świąt kościelnych.

– Jesteśmy ludźmi pobożnymi, ale nasz wnuk to degenerat. Wierzymy w Boga, chodzimy regularnie do kościoła, podczas gdy on w czasie aresztu nie był ani razu choćby w kaplicy, aby przeprosić Boga za swoje grzechy.

*****

Co było najdziwniejsze, ksiądz proboszcz, najlepiej znający młodzież osiedlową i z reguły zabierający głos w jej obronie, tym razem potwierdził złe prowadzenie się chłopców. Twierdził, że są tak zepsuci, że w więzieniu będą demoralizować starych recydywistów swoją znajomością prawa i przebiegłością, kłamiąc bez mrugnięcia okiem.

Czy tak się stało, nie wiadomo. Faktem było, że trafili do więzienia i szybciej niż ktokolwiek się spodziewał uzyskali obywaj przepustki. Wrócili z nich w terminie i w stanie pełnej trzeźwości. Zdarzyło się to kilka razy z rzędu. Naczelnik więzienia nabrał do nich zaufania. Na przepustkę wychodzili tak często, że inni więźniowie żartowali, że naczelnik dawał im klucze do bramy wejściowej a strażnicy nie sprawdzali nawet zawartości ich plecaków po powrocie z przepustki nie wspominając kieszeni.

Odc. 6

Był w tym ukryty plan. Na początku dwaj mężczyźni wracali z pustymi rękami, lecz za trzecim i każdym kolejnym razem wnosili do więzienia wódkę i papierosy. Nie handlowali tym towarem, tylko dzielili się z innymi. Wkrótce zdobyli sobie szacunek wszystkich współwięźniów. Nikt nie puścił pary z ust na temat ich postępowania, nikt nic nie widział ani nie słyszał. Któregoś razu udało im się przemycić do więzienia małego szczeniaka na wychowanie; natychmiast stał się pupilem więźniów. Sprawa się wydała; wszyscy więźniowie jak jeden mąż zastrajkowali, kiedy strażnicy chcieli usunąć szczeniaka poza teren więzienia.

Sprawa stała się poważna, trafiła na łamy prasy i telewizji. W sukurs więźniom przyszli działacze ochrony zwierząt oraz zwolennicy reedukacji i społecznej rehabilitacji więźniów. Naczelnik więzienia po konsultacji z przełożonymi wyraził w końcu zgodę na pozostawienie psa; zwierzak wychodził na spacery razem z aresztantami. Atmosfera uległa natychmiastowej poprawie.

*****

Nie trwało to długo. Wynikły problemy; więzienie było coraz bardziej przeludnione. Myślano, debatowano nad tym i nic. Kandydat na burmistrza Grosswasser w zbliżających się wyborach obiecał powiększyć więzienie kosztem mniejszej ilości mieszkań budowanych przez miasto na potrzeby najuboższych mieszkańców. Okazało się to tylko hasłem wyborczym, które pomogło mu zdobyć upragnione stanowisko. Problem przeludnienia więzienia pozostał nierozwiązany. Wszyscy oczekiwali kryzysu i buntu więźniów.

*****

Na placu zabaw sytuacja też się nie poprawiła. Młodzież pozostająca na wolności, jak również ci, którzy wychodzili z więzienia, nadal pili i rozrabiali. Przy słupkach przebywali kolejni dorastający chłopcy z osiedla przywiązani w ramach eksperymentu społecznego. Zwalniano ich rano dla umożliwienia nauki w szkole, aby unieruchomić na nowo późnym popołudniem. Każdy mieszkaniec osiedla i ludzie z miasteczka mieli do nich dostęp.

Burmistrz, rada miasta i policja po kilku naradach doszli do wniosku, że mimo wszystko jest to skuteczna metoda walki z przestępczością osiedlową i reedukacji, i ogrodzili część placu zabaw, gdzie stały namioty z dwoma słupkami i przywiązanymi do nich chłopcami. Teraz teren ten został odgrodzony siatką pozostawiając sporo miejsca wewnątrz ogrodzenia. Szaszłykarnię rozbudowano nadając jej nową nazwę „Panorama” oraz stworzono Klub Taneczny „Bezwstydna”, gdzie dziewczyny z osiedla tańczyły kankana. Jak się później okazało, były to pomysły mężczyzn przywiązywanych do słupków.

*****

Zmiany okazały się udane. Zarówno szaszłykarnia jak i klub prowadzone były fachowo, zyskując szybko renomę i uznanie jako udana forma społecznej reedukacji pijących młodych ludzi. Obydwa lokale były coraz częściej odwiedzane także przez gości zza granicy, szukających nietypowych przeżyć. Zdarzali się też turyści ze wschodu, a nawet z innych kontynentów.

Niedługi czas potem wewnątrz ogrodzenia zbudowano scenę i urządzono Teatr Osiedlowy „Marycha”. Cieszył się wielkim wzięciem, zwłaszcza od czasu, kiedy zaczęto wystawiać sztuki o zdeprawowanej młodzieży. Okazały się prawdziwie kultowe. Dochody z szaszłykarni, klubu tanecznego i teatru przeznaczano w części na finansowanie miejskiego więzienia, w części na dofinansowanie pogotowia ratunkowego, którym zarządzał syn poprzedniego dyrektora od czasu, jak ojciec zmarł na serce.

*****

Ze swoimi niekonwencjonalnymi rozwiązaniami osiedle Panorama zyskiwało coraz większą renomę. Pisała o nim prasa lokalna, potem regionalna, w końcu krajowa. Wkrótce tematem zainteresowały się także portale internetowe i telewizja.

Wraz z poprawą sytuacji na osiedlu, poprawiała się sytuacja w więzieniu. Coraz więcej cel było wolnych. Władze więzienne po konsultacji z burmistrzem i radą miasta podjęły decyzję eksperymentalnej hodowli pieczarek. Okazało się, że warunki panujące w więzieniu są wręcz idealne. Cele położone od strony południowej, na obszarze niecki gruntowej, były cieplejsze i wilgotniejsze od pozostałych. Hodowlę pieczarek prowadzili więźniowie pod nadzorem specjalisty zatrudnionego przez miasto. W miarę rozkręcania się biznesu, zyskiwali także mieszkańcy miasteczka zatrudnieni przy hodowli, transporcie, sprzedaży i reklamie.

Pieczarki stały się źródłem poważnych dochodów; dobrze się sprzedawały, szczególnie do Francji. Robiono z nich także specjalistyczne dania mrożone. Ciężarówki odjeżdżały wypełnione po brzegi. Efekt był taki, że odbiorcy francuscy pytali czy więzienie w Grosswasser nie mogłoby zaopatrywać ich także w ślimaki winniczki. Okazało się to możliwe na terenach bezpośrednio przyległych do budynku więzienia.

Po dwóch latach miasto wkroczyło w okres prawdziwej prosperity. Prasa pisała o nim, że tonęło w pieniądzach. Burmistrz przedstawił swoje sukcesy na wspólnym posiedzeniu przygranicznego regionalnego parlamentu francusko-niemieckiego. Wszyscy wzorowali się na jego mieście, organizując konferencje i narady na temat, w jaki sposób rozwiązać problem przestępczości młodocianych zapewniając równocześnie rozwój gospodarczy. Nowy model życia społecznego upowszechnił się w większości miast kraju; Grosswasser okrzyknięto miastem dziesięciolecia.

*****

Problemy pojawiły się z zupełnie innej strony; nikt się ich nie spodziewał. Były to efekty gwałtownego wzrostu dobrobytu mieszkańców osiedla Panorama i miasteczka. W krótkim czasie zanotowano gwałtowny wzrost otyłości, wzrósł poziom rozwodów, rozpanoszyła się cukrzyca i podobne choroby, w końcu upowszechniło się pijaństwo także wśród osób odpowiedzialnych za dobrostan miasta: rady miejskiej, urzędników, nauczycieli, policjantów, strażników miejskich i więziennych. Przewodniczący rady miejskiej popełnił samobójstwo, kiedy opuściły go córka i żona, obydwie, aby poświęcić się tańcu przy rurze w renomowanym już klubie tanecznym „Bezwstydna”. 

Była to prawdziwa kwadratura koła. Wrócił stan sprzed kilku lat, dzieci znowu piły na umór na placu zabaw, aby spadać z wszystkiego, co miało dostateczną wysokość, nawet z obudowy piaskownicy. Łamały się wtedy i rozbijały, dla zapomnienia o bólu znowu piły, znowu łamały się i rozbijały. Pogotowie nie nadążało z płaceniem rachunków za benzynę, groziło mu bankructwo. Nic już nie można było naprawić. Kwadratura koła była faktem: kwadrat stawał się kołem, koło elipsą, elipsa znowu kwadratem.

– Nie tak wyobrażaliśmy sobie raj. – Podsumował burmistrz, kiedy na placu zabaw pojawił się ponownie Rod, syn prokuratora, który pierwszy zaczął pić alkohol na placu zabaw Panoramy dając fatalny przykład innym dzieciom. Na zakończenie swojego wystąpienia burmistrz dodał: – Nasz raj był zmyśleniem. 

Burmistrz miał jeszcze na podorędziu kilka innych mądrych sentencji. Ludzie lubili go i słuchali jego wystąpień, nazywali go Mistrzem, Dobroczyńcą, Mecenasem, czasem także padała nazwa Think Tank. Miasteczko i osiedle Panorama zawdzięczały mu wiele; ostatecznie jednak wszystko poszło nie tak jak trzeba. Nawet burmistrz nie był w stanie temu zapobiec.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 23 04 2020

0Shares

Powieść „Cezarea”. Odc. 8: Kronikarz Taranta ma wątpliwości

Wirgil Taranta miał zły dzień. Na początku pełen entuzjazmu, po kilku dniach poczuł, że nie radzi sobie z kroniką Cezarei i okolic, nie pisze jej z takim rozmachem, jak to sobie wyobrażał i obiecywał. Zastanawiał się, czy potrafi być bezstronny w opisywaniu rzeczywistości, widzieć rzeczy takimi, jakie są, a nie takimi, jakie ludziom dyktują uprzedzenia i ich własne wartości. Trudno mu było czasem zdecydować, co jest ważne, co warto zapisać, a o czym należałoby zapomnieć. Błądził po labiryntach niepewności. Widział to i czuł.  

Zamiast pisać historię Cezarei, zastanawiał się, czy nie dałoby się jej opowiedzieć, scena po scenie. Postanowił podzielić się wątpliwościami z Edwardem Teu, znajomym z osiedla, prawie sąsiadem. Widział go często przez okno. Właściwie to nawet przyjaźnili się. Myślał o nim czasem, że mógłby być jego sobowtórem, jakimś alter ego. Reprezentowali podobne poglądy na wiele spraw. Zadzwonił do Teu.

– Proszę wpaść do mnie. – Usłyszał w odpowiedzi.

– To szekspirowska decyzja w rodzaju „Być albo nie być”. – Wirgil przyznał otwarcie.

Miał obwódki pod oczami, wyglądał na zmęczonego.

– Czuję się tak, jakbym pchał całą noc taczkę wyładowaną kamieniami. – Nieprzespana noc w jakiś sposób usprawiedliwiała go przed samym sobą. –  Opowiadanie dziejów Cezarei byłoby okazją do przetestowania siły fabuły oraz atrakcyjności głównych postaci.

Teu myślał z życzliwością o Wirgilu. Znali się od dawna, można by powiedzieć, że od zawsze. Też miał wrażenie, że przypominają braci zmieniających się w rolach. Raz jeden wydawał się być starszy i bardziej doświadczony, innym razem było odwrotnie.

Teu radził najlepiej, jak umiał.

– Proszę się nie tłumaczyć. Każdemu zdarza się być na rozstajach. Teraz częściej niż niegdyś, bo czasy są zwariowane. Każdy pędzi jak szalony. Niech pan pisze, panie Wirgilu. Z czasem nabierze pan wprawy. Opuszczą pana wątpliwości. Historia zdarzeń jest dobra tylko w momencie, kiedy ją opowiadamy, bo zaraz wyparowuje. Verba volant, scripta manent. Słowa ulatują, to co zapisane, pozostaje. To prawda stara jak świat. Kroniką wystawi pan pomnik sobie, współczesności, Cezarei i pańskiemu Namiestnikowi.

*****

Następnego dnia kronikarz znowu zadzwonił do Teu. Rozgadał się.

– Byłem na spotkaniu Wspólnoty Osiedlowej. Tutaj, blisko, w salce parafialnej kościoła. Od czasu likwidacji trzepaków to miejsce stało się punktem spotkań, rodzajem klubu dyskusyjnego połączonego z think-tankiem i ośrodkiem decyzyjnym. Chciałem przewietrzyć swoje poglądy. Rozmawiałem z ludźmi z osiedla. To w większości ludzie młodzi, zapracowani i zaganiani. Nie rozumieją mnie. Pana też by nie zrozumieli. Dzieli nas przepaść generacyjna, smartfonu, komputera i dwukołowej hulajnogi elektrycznej. Ja wprawdzie używam tylko dwa pierwsze urządzenia, ale nie jestem do nich przywiązany tak jako oni. Dla nich i dla ich dzieci te wynalazki wydają się być sensem i sednem życia. Przynajmniej dla większości z nich. Ci ludzie żyją w przestrzeni wirtualnej. W każdej wolnej chwili serfują po Internecie, spotykają się z przyjaciółmi i rodziną, konwersują, szukają wakacji, płacą rachunki, składają sobie życzenia imieninowe i robią zakupy. Na ziemię zstępują tylko wtedy, kiedy komputer lub telefon ulegnie uszkodzeniu, kiedy kierują samochodem jadąc do pracy lub wpadają na chwile do sklepu na rogu, aby kupić bułeczki i ser na śniadanie. Podejrzewam, że nagrywają się na smartfonie, kiedy figlują w łóżku.

Wirgil przerwał na chwilę, jakby dla nabrania oddechu.  

– Najgorsze, że w Internecie nie ma prawdziwego lasu, prawdziwego powietrza, niczego, co można dotknąć lub powąchać. Mimo to stwarza on nieprzeparte poczucie rzeczywistości. Jest rzeczywistością, a zarazem nią nie jest, Jest prawdą a zarazem fałszem. Co tu mówić! To mnie męczy, bo Internet przypomina mi władze Cezarei, o których z konieczności muszę pisać. Ale jak to robić? Co jednemu wydaje się czarne jak sadza, dla drugiego może być białe jak śnieg. – Wirgil pomyślał już o polityce, konkretnie o premierze Chudym.

W jego głosie brzmiała niepewność.

– Na spotkanie w salce parafialnej poszedłem, bo czuję się samotnie. Najczęściej nie mam do kogo gęby otworzyć. Mógłbym to robić, gdybym miał papugę, ale nie mam. Czasem trzeba o sprawie podyskutować, zanim się o niej napisze. Dlatego chciałbym złożyć panu propozycję. Niech pan zostanie moim mentorem. – Ostatnie słowa Kronikarz wypowiedział bardziej zdecydowanie.

– Co ma pan na myśli, panie Wirgilu? Kim dla pana jest mentor?

– Kimś, kto życzliwie choć krytycznie będzie opiniować to, co mam do napisania. Co dwie głowy, to nie jedna.

Propozycja wydała się Teu sensowna. Nie było to skomplikowane i zapewne nie wymagało wiele czasu. To było ważne. Miał swoje obowiązki, nie mógł ich zaniedbywać. Zgodził się. Kiedy powiedział tak, pomyślał, że życie lubi płatać figle, a natura ludzka bywa czasem nieobliczalna.

Kronikarz pomyślał coś bardzo podobnego. Nie wymienili się jednak poglądami.

0Shares

Cz. 215: Osiedle Aura – miniatura kraju w wojnie o prokreację

Akcje rządu przeciwko odmieńcom i innym wrogom prokreacji wywoływały szok, ale nie powaliły ich na kolana. Wprost przeciwnie, zwarli oni swoje szeregi i podjęli akcje odwetowe. Na początku były to działania pokojowe. W parlamencie poseł ubrany w tęczowy strój oskarżył policję i rząd o rażące przekraczania prawa. Tego samego dnia, pod osłoną nocy na ścianach budynków rządowych i policji ktoś umieścił plakaty informujące o prześladowaniach obywateli, których postępowanie nie naruszało prawa. W Internecie pojawiły się oskarżenia członków rządu i partii rządzącej o oszustwa i malwersacje, informacje o zboczeńcach grasujących w Kościele Hierarchicznym, pedofilii i czynach lubieżnych. Ktoś sugerował nawet możliwość wybuchu wojny domowej z powodu rozpasania społeczeństwa.

Pomówienia i oskarżenia pojawiały się głównie w nocy. Sposób ich formułowania i styl sugerowały, że mogły być one tworzone przez trolle lub generowane automatycznie. Były one tak liczne i częste, że nie sposób było ustalić prawdziwości większości z nich. W końcu nikt nie był pewien, czy doniesienia są prawdziwe, czy nie, i kto ma rację, a kto łże jak podły kundel.

Sefardi czuł się na rozdrożu. Nie umiał określić, ile w doniesieniach jest faktów i prawdy, a ile kłamstwa, insynuacji i zmyśleń. Z jednej strony rozumiał i akceptował działania rządu przeciwko obywatelom, których prokreacyjną jałowość uznawał za niepatriotyczną i szkodliwą, z drugiej strony nienawidził agresji i terroru. Był pacyfistą w każdym calu. Oburzały go brutalne działania organizacji rządowych i prorządowych.

– Takie postępowanie nie zmieni osób o odmiennej orientacji seksualnej. Przemoc to akt bezsilności, który niesie tylko zło – mruknął do siebie pod nosem, po czym – zupełnie nieoczekiwanie – kopnął w biurko. Udzieliła mu się toksyczna atmosfera walki zwolenników i przeciwników prokreacji.

*****

Iwan Iwanowicz, przewodniczący zebrania przy krawężniku, nie tak planował przebieg spotkania. Przygotował prostą ankietę do wypełnienia przez uczestników. Zamierzał błyskawicznie opracować wyniki i natychmiast wykorzystać je, jeszcze na tym samym zebraniu, dla nadania dyskusji właściwego kierunku.

– W naszych dyskusjach jest za dużo galimatiasu. Wielu mówi, ale nie dochodzimy do żadnych wniosków. W końcu musimy wiedzieć, na czym stoimy. My, społeczność osiedlowa, a wraz z nami cały naród. Dziś chodzi tylko o to, co sądzimy o rządowo-kościelnym programie prokreacji. Czy to jest coś dobrego, czy też można go o kant d..y rozbić. – Tego dnia Iwan Iwanowicz był wyjątkowo wyrazisty w swoich poglądach. Dyktowało mu to obywatelskie sumienie, poszukujące konkretu, prawdy i decyzji.

Iwan Iwanowicz starał się zachować neutralność w dyskusjach, nie zawsze mu się to jednak udawało. Po cichu sprzyjał prokreacjonistom, od których zależało przeżycie społeczeństwa. Z informacji o programie rządowo-kościelnym wynikało, że prokreacjoniści przegrywali na całym froncie. Młodzi ludzie, a za młodych Iwan Iwanowicz uważał wszystkie osoby zdolne płodzić i rodzić dzieci, drastycznie się zmieniali. Przewodniczący nie miał co do tego wątpliwości. Ludzie wzięli sobie do serca okrucieństwa Apokalipsy, śmierć tysięcy niewinnych istot, zwłaszcza dzieci, dramatyczne efekty epidemiami i zatruć jedzeniem, mroczne poglądy katastrofistów na przyszłość, rozbuchaną wolność jednostki, upowszechnianie się chamstwa oraz chęć życia w bogactwie i wygodzie z tabletem i smartfonem w ręku.

– Nasze społeczeństwo abdykowało z przypisanej mu przez Boga roli kontynuatorów gatunku. I w dodatku nie wiemy, co robić. To jest po prostu koszmar!

Nikt nie kwestionował trafności ocen przewodniczącego. Faktem było, że państwo i kościół nie panowały nad sytuacją. Obywatele Nomadii, oddawali się rozkoszom życia. Wydawali pieniądze na wszystko z wyjątkiem potomstwa: narkotyki, dopalacze, alkohol, papierosy, luksusowe wycieczki do egzotycznych krajów. Każdy rozwijał jakieś szalone hobby. Nikt nie myślał o potomstwie i przyszłości. Nomadia przeżywała amok antyprokreacyjny. Przewodniczący zebrania bolał nad tym. Młodzi ludzie nie rozumieli go. Może dlatego, że mało o nim wiedzieli. Miał swoje tajemnice.

*****

Szczególny rozdział w życiu starca stanowiły żarty na temat wieku i długowieczności. Przerażała go myśl o śmierci, mimo że był w doskonałej kondycji. Niepokój zwalczał żartami.

– Mnie, Sefardi, na życiu nie zależy. Mogę żyć nawet i sto lat. Co będzie dalej, nie myślę, bo to za bardzo wyczerpujące. Czy zdajesz sobie sprawę, że długowieczność jest równie często dyskutowana przez filozofów jak przestrzeń i czas? – W chwilach niepokoju Iwan Iwanowicz zachowywał się jak filozof.

Zadając dziwne pytanie, Iwan Iwanowicz upodabniał się do Izabeli. Do takiego wniosku doszedł Sefardi. Zastanawiał się, dlaczego ta dwójka unikała siebie jak ognia i używała każdej wymówki, aby pożegnać się jak najszybciej. Była to jedna z tajemnic osiedla Aura. Jego społeczność stanowiła miniaturę kraju, gdyż zawierała w sobie rozmaitość zdarzeń równie ekstremalnych jak pustynia i puszcza, mądrość i głupota oraz wszystkie sprzeczności, jakie targały ludzkością. Nie było wątku, który nie pojawiłby się w życiu osiedla. Iwan Iwanowicz, Sefardi i Izabela nie byli wyjątkami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 198: Zebranie osiedlowe i burzliwe przemiany społeczne

Diego Velazquez: Pijacy.

Na spotkanie przy krawężniku część mieszkańców osiedla Aura przyszła pijana; kilka osób zachowywało się tak, jakby było pod wpływem narkotyków. Panował bezład i zamęt. Ludzie zachowywali się niezwykle swobodnie, nawet bezczelnie i arogancko, przekrzykiwali się jeden przez drugiego, wołali jakby byli sami na wygwizdowie. Iwan Iwanowicz z trudem rozpoczął zebranie. Chaotyczna dyskusja ujawniła postawy młodszej części mieszkańców osiedla.

– To co, że zdobyliśmy mieszkania i mamy samochody? Chcemy bogacić się, balować, podróżować, bawić się. Żyć jak ludzie!

– A co z dziećmi? – Zawołał Iwan Iwanowicz, mając na uwadze tragiczną sytuację demograficzną kraju. Kierowała też nim ciekawość, jak widzi swoje życie młode pokolenie zasobne w mieszkania, samochody i nowe technologie komunikacji.

– Nie potrzebujemy dzieci! Po jaką cholerę potrzebne nam śmierdzące pieluchy i dodatkowe obowiązki?

Iwan Iwanowicz i kilku przyjaciół starali się uspokoić atmosferę, ale podniecony tłum zakrzyczał ich. Szybko zamilkli z obawy, że zostaną sponiewierani słownie, może nawet fizycznie. Dla Iwana Iwanowicza było to coś nowego: mieszkańcy osiedla opanowani amokiem, nad którym starał się zapanować. Przyglądał się w zdumieniu czerwonym z podniecenia twarzom ludzi, którzy nagle wydali się być bandą obcokrajowców, Egipcjan, Beduinów, Arabów, Skandynawów, Niemców, Koptów i Muzułmanów, zamieszkujących w Nomadii i mówiących jej językiem, rozdygotanych i trawionych nieznaną gorączką. Zorientowawszy się, że nie ma możliwości rozsądnej wymiany poglądów, Iwan Iwanowicz dyskretnie wyjął z podręcznej torby dyktafon z kierunkowym mikrofonem i starając się nie zwracać na siebie uwagi nagrywał dyskusję, aby wykorzystać ją w celu edukacji społecznej w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Po zakończeniu burzliwego spotkania, na miejscu pozostała starszyzna osiedlowa, wstrząśnięta niezrozumiałą zmianą postaw młodej generacji. Byli zgodni w ocenie: młode pokolenie uległo radykalizacji. Ich dominującą postawą stał się sybarytyzm, wygodne, oparte na przyjemnościach życie, w którym zwykła konsumpcja towarów przerodziła się w bezkrytyczny, zachłanny konsumpcjonizm. Kupowanie coraz to nowocześniejszych samochodów, lodówek, telewizorów i gadżetów elektronicznych, nowe wycieczki, nowe doznania stało się obsesją. Nie było już tu miejsca na myślenie o potomstwie i rodzinie, nie mówiąc o społeczeństwie.

*****

W kraju umacniał się radykalny ruch kobiet. Jego przedstawicielki, określające się siebie jako kobiety wyzwolone, głosiły, na początku nieśmiało, potem coraz bardziej otwarcie, niechęć do prokreacji, uznając, że nowoczesna kobieta może żyć szczęśliwie bez dzieci i mężczyzny. Ani jedno, ani drugie nie było im w ogóle potrzebne. Uznawały to za przeżytki w dobie nieograniczonych możliwości.

Ideologia ruchu oparta była na strachu przed mężczyznami, rodziną i dziećmi. Niechęć wobec mężczyzn kobiety tłumaczyły mentalnością macho, wrodzoną agresywnością, brakiem odpowiedzialności, perwersją seksualną, lenistwem, nieporadnością, upadkiem moralnym i alkoholizmem. Ekstremistki ruchu głosiły, że mężczyźni to zboczeńcy seksualni, roznosiciele AIDS, chorób wenerycznych i egzotycznej gorączki pochodzącej od małp afrykańskich. Jakkolwiek dziwnie to brzmiało, przestały odwiedzać ogrody zoologiczne.

Babochłop ze swoim zespołem uważnie śledził wyzwolone kobiety. Policja prowadziła ich inwigilację. Odczuwając rosnący niepokój, często łączył się telefonicznie z gubernatorem Blawatsky’m, aby na bieżąco przekazywać najważniejsze informacje. Na kolejnym spotkaniu wypalił już przy progu:

– Ich zachowanie jest ze wszech miar niepokojące, panie gubernatorze. Przeraża mnie. Wyobraża pan to sobie? Mnie, szefa tajnej policji! To nie kobiety wyzwolone, jak siebie określają, ale wściekłe baby, każda naładowana energią jak potężny akumulator!

Wkrótce policja odnotowała powstanie dużej i prężnej organizacji o nazwie Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet. Kobiety organizowały się tworząc prywatne kluby i stowarzyszenia, do których nikt nie miał wstępu oprócz członkiń. Na wyspach archipelagu Marena, w nadrzecznych miejscowościach, w górach, w miejscach odosobnionych, powstawały kolonie prowadzone na zasadach matriarchatu. Zmiany zachowań miały swoje korzenie w odległej historii, starożytności i wiekach średnich, w okresach i miejscach, gdzie niegdyś rządziły kobiety. Coraz bliższa była im własna płeć, coraz niechętniej odnosiły się do mężczyzn.

Po kilku miesiącach Stowarzyszenie Wyzwolonych Kobiet zrzeszało już dziesiątki tysięcy członkiń. Ich kluby były rozsiane były po całym kraju. Były nawet dwa kluby zagraniczne. Organizowały one spotkania, pogadanki, dyskusje i szkolenia.

Przychodzili na nie również mężczyźni, głównie członkowie rodzin sympatyzujący z ruchem. Udział w spotkaniach był możliwy za okazaniem karty członkowskiej ze zdjęciem; nikt niepowołany nie miał szansy uczestniczyć. Kobiety prowadziły dla swoich członkiń portale społecznościowe dostępne jedynie za hasłem.

*****

Wyzwolone dały się poznać z posiadania nadzwyczajnej siły. Wśród lekarzy pojawiły się poglądy, że w ich organizmach – prawdopodobnie wskutek Apokalipsy – wyzwoliły się utajone biologiczne mechanizmy, wzmagające agresywność i siłę w sytuacji zagrożenia. Podejrzewano, że przyczyniły się do tego nowe technologie oraz genetycznie modyfikowana żywność.

Wyzwolone zaczęły przejmować władzę w biznesie, w organizacjach społecznych, w mediach, w rodzinie. Czyniły to po cichu, bez rozgłosu, często z zaskoczenia. Jednoczyły się w grupy i usuwały z pracy prezesów i dyrektorów, przyznając im wysokie odprawy, aby trzymali język za zębami. Tym, którzy się opierali, groziły ujawnieniem przekrętów i szwindli, jakie rzekomo lub rzeczywiście popełnili. Były to groźby kompromitujące zwolnionych niezależnie od tego, czy oskarżenie było prawdziwe czy nie. Zwolenniczki realnej władzy były bezwzględne do nieprzyzwoitości.

W końcu, była to najbardziej krytyczna zmiana, ich wyłączną domeną stało się decydowanie, co dzieje się w rodzinie i związku partnerskim. To one decydowały, czy chcą mieć dzieci, czy nie. Zepchnięci do defensywy mężczyźni nie przyznawali się do porażki z obawy o całkowitą kompromitację. Znaleźli się zresztą w sytuacji bez wyjścia. Ulegli szantażowi. Zaczęło się to w dniu, kiedy Rada Matriarchalna Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet przyjęła zasadę, że kobieta jest niezależna od mężczyzny i jeśli uzna, że chce mieć dziecko, to może je mieć bez jego udziału, korzystając z zapłodnienia in vitro. W rozumieniu rady oznaczało to ostateczne wyzwolenie kobiet z tysiącletniej niewoli. Ideałem było oczywiście nie mieć dzieci w ogóle.

*****

Dla zwiększenia poczucia własnej wartości, wyzwolone pracowały intensywnie nad swoją kondycją intelektualną, psychiczną i fizyczną. Dla wielu celem stała się tężyzna fizyczna. Kobiety masowo pojawiały się w siłowniach, w salach gimnastycznych, na basenach i stadionach podnosząc ciężary, biegając, uprawiając boks, zapasy, gimnastykę i pływanie.

– Realizujmy skrywane przez wieki marzenia nie tylko dorównania, ale przewyższenia mężczyzn. Dawny feminizm wyszedł z mody, jest ciasny, nie pasuje współczesnej kobiecie. Feminizm, jaki znałyśmy, to była tylko chuda pianka na piwie. Dzisiaj chodzi mi o to, że jak przywalę mężczyźnie, to się nogami nakryje. To jest mój ideał. – Była to wypowiedź jednej z aktywistek Stowarzyszenia Wyzwolonych Kobiet.

2Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 20: Majowe spotkanie przy krawężniku

Pierwsza sobota maja wypadła w dzień ciepły i słodki jak ukochane dziecko roztańczonej wiosny i zawadiackiego lata. Mistrz Sefardi stał w oknie gabinetu i patrzył na osiedle Aura zanurzone w promieniach słońca. Panowała cisza. Z okna drugiego piętra roztaczał się panoramiczny widok na osiedle.

Przed sobą widział front najdłuższego budynku oraz szeroki tył budynku numer siedemnaście, przed którym na wzgórzu mieszczącym plac zabaw dla dzieci w niespokojne dni błaznowały z wiatrem nieforemne drzewa. W głębi za brzozą szeroko rozpostartą na stoku widoczne były okna budynku numer jedenaście. Między zabudowaniami biegła droga osiedlowa obrzeżona klombami kwiatów oraz miniaturowymi drzewkami nieokreślonej nomenklatury ogrodniczej. Osiedle przypominało więzienie, było ogrodzone solidną, metalową siatką w kolorze poszarzałej czerni, miało tylko jeden wjazd z dwuczęściowym szlabanem i furtką dla pieszych zamykaną na klucz. W środku osiedla stały dwa budynki przypominające wieżyczki strażnicze swymi płaskimi dachami. Dla mieszkańców osiedla był to obszar ważnych wydarzeń, miniatura kraju.

Iwan Iwanowicz ogłosił spotkanie osobiście, obchodząc wszystkie budynki i wykrzykując na głos: „Jutro, w niedzielę, o godzinie szesnastej odbędzie się zebranie, jak zwykle przy krawężniku. Tematem będzie los zwierząt, określany trójkątem historii, decyzji rządu oraz determinacji ekoterrorystów. Obecność obowiązkowa zgodnie z przyjętymi zasadami demokracji bezpośredniej”.

Sefardi nie przypominał sobie żadnej uchwały osiedlowej dotyczącej obowiązku uczestnictwa w zebraniach przy krawężniku. Był to tylko dobry zwyczaj. Miłując demokrację, Iwan Iwanowicz potrafił naginać jej zasady. Doceniając jej plusy, korzystał z jej słabości. Była to cecha, którą dzielił z innymi mieszkańcami osiedla i kraju.

– Demokracja ma jedną szczególną wadę, mawiał. Głupiec ma taki sam głos jak mędrzec, nieopierzony młodzieniaszek taki sam jak doświadczony mąż, płocha niewiasta taki sam jak dojrzała matrona. Od starożytnej klasycznej demokracji greckiej różni nas tylko to, że psy nie mają u nas głosu.

Mistrz nie miał pojęcia, dlaczego demokracja miałaby się wiązać z prawami zwierząt. Zapytany o to Iwan Iwanowicz wyjaśnił, że jest to chwyt kazuistyczny, nawiązujący do pytania, kto rządzi krajem. Wyjaśnienie było proste: Rządzą mężczyźni, ale mężczyzna zrobi wszystko, o co poprosi go kobieta, a kobieta zrobi to, czego pragnie dziecko, dziecko zaś pójdzie tam, gdzie pociągnie je pies.

– To naiwne rozumowanie zostało wymyślone na użytek prostaczków i żartownisiów – podsumował Iwan Iwanowicz i zamilkł, zagłębiając się nagle we wspomnieniach. Jego oczy zwęziły się, a źrenice uciekły w głąb czaszki. Misterium uciekających oczu trwało nie dłużej niż kilkanaście sekund, po upływie których Iwan Iwanowicz wracał do życia cudownie odświeżony i skory do żartów jak młoda koza do figli.

Wspominając głupców Iwan Iwanowicz nie zamierzał bynajmniej obrazić kogokolwiek.

 – Nie znam żadnego głupca, bo w kraju takich nie ma. Nie słyszałem, aby ktoś się do tego przyznał, a mówić o kimś, że jest głupcem nie jest rzeczą ani mądrą ani zręczną, bo może się okazać, że jest to twój zwierzchnik, przyjaciel albo sąsiad.

Mówiąc o demokracji starzec wyprostowywał się i wypinał pierś zdobną medalami. Ich ilość zależała od skuteczności, z jaką wnuki ukryły je poprzedniego dnia w trakcie zabawy domowej. Iwan Iwanowicz tolerował ich figle, ponieważ był człowiekiem uczuciowym, pełnym wyrozumiałości, rozbudowanej jak piętra budynku mieszkalnego. Dzieci miały u niego nieograniczony kredyt zaufania. Wobec dorosłych Iwan Iwanowicz był wymagający, niekiedy wręcz despotyczny. Nieustępliwość tę składał na karb wieku oraz przekonania, że osoba odpowiedzialna musi wiele wymagać od siebie jak i od innych osób, którym zdarzyło się osiągnąć dojrzałość nie tylko wiekową, ale i intelektualną, uczuciową i duchową. Z definicji społeczności osób wszechstronnie dojrzałych wyłączał alkoholików, zagorzałych pantoflarzy i ludzi sponiewieranych przez los na umyśle.

Zebrania przy krawężniku odbywały się na wzór szwajcarski. O wszystkich sprawach osiedla decydowano drogą uzgodnień i demokratycznego głosowania. Na przestrzeni kilku lat wykształciła się cała procedura prowadzenia zebrań. Zwoływał je i prowadził nieodmiennie Iwan Iwanowicz. Przywództwo dawało mu sposobność propagowania swoich poglądów na dowolny temat; bardzo mu to odpowiadało. Potrafił elastycznie interpretować zasady.

– Gdybyśmy kierowali się logiką, mój Boże, to zapanowałby powszechny dobrobyt, dzieci byłyby mądrzejsze od rodziców, a rodzice od dziadków. To rzecz nie do pomyślenia.

Starzec miał także inne porównania, w opinii niektórych osób przystające do rzeczywistości jak pięść do nosa. Drobne wypaczenia charakteru Iwana Iwanowicza mieszkańcy osiedla Aura akceptowali bez większych oporów, wyrażając w ten sposób wdzięczność za jego niestrudzoną pracę na rzecz wspólnoty. W chwilach wolnych od obowiązków, Iwan Iwanowicz pomagał fizycznie ogrodnikowi w utrzymaniu zieleni osiedlowej.

Zebrania odbywały się na otwartym powietrzu. W razie silnego deszczu lub śnieżnej zawieruchy rozciągano wielki zielony brezent między budynkiem, gdzie przechowywano pojemniki na śmieci, a najbliższym budynkiem mieszkalnym. Na bardziej uroczyste spotkania przewodniczący przynosił metalową misę nepalską kutą ręcznie z ośmiu warstw metali: brązu, miedzi, srebra, żelaza, cynku, aluminium i złota. Uderzona tłuczkiem z twardego drewna wydawała intensywny, niekończący się dźwięk. Iwan Iwanowicz używał jej do otwierania zebrań oraz przywoływania uczestników do porządku.

Michael Tequila w księgarni: https://tinyurl.com/y895884p

6Shares