Kronika narodu wybranego. Odc.11: Bolesny sen Iwana Iwanowicza

– Znowu śnił mi się Folwark zwierzęcy im George’a Orwella – poskarżył się Iwan Iwanowicz na zebraniu, gdzie w ramach demokracji wzorowanej na uczciwym zegarku szwajcarskim dyskutowano sprawy od Sasa do Lasa, w tym delikatną jak pajęczyna materię praworządności, w której ludzi i meble można przestawiać i zawieszać na kołku, oraz dumę narodową, przedmiot czułej troski rozkochanego w narodzie rządu.

– Był to sen krótki jak świst bata, lecz bolesny, bo nie w powietrze, tylko na gołą skórę, w dodatku na moją własną. Nie mogąc zasnąć liczyłem spokojnie barany, które rozbrykały się szalenie i zaczęły krzyczeć: nie damy się, nie będzie wróg pluć nam w twarz oskarżeniami i pomówieniami o niecne intencje. Wtedy odezwały się inne zwierzęta, o których władza folwarczna starała się zapomnieć, bo głośno gardłowały.

– Wyświadczyliście niedźwiedzią przysługę całemu folwarkowi, bo teraz wszyscy będą szukać dziur we wspaniale reformowanej praworządności i liczyć, jaka była proporcja szlachetnych zwierząt do podłych, i nie daj Boże okaże się, że nie była ona pięć do jednego, ale znacznie gorzej. Dotychczas byliśmy wyróżniani jako nacja dobrej woli, to teraz może wyjść na jaw, że nie było tak słodko, i że są na to dowody w postaci donosów, listów, zapisów i zeznań świadków, i że wszystkiemu można zaprzeczyć, ale nie czarnym literom na białym papierze.

– Osiągnęliśmy skutek odwrotny do zamierzonego, my cnotliwe i szlachetne w intencjach istoty – odezwał się samokrytycznie głos samotny jak cnota w gronie cichodajek.

Inne barany zaczęły ciskać w niego kamieniami z napisami ”Idziemy w zaparte”, „Hej, kto rodak na bagnety” oraz „Nie będą obcy pluć nam w twarz”. Krzyczały także, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, na co odezwały się inne zwierzęta folwarczne, że cnota jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy jest się cnotliwym od A do Z, a nie od A do L albo od L do Z, albo jeszcze inaczej – tak dopowiedział resztkę krótkiego i bolesnego snu Iwan Iwanowicz, potomek dwóch narodów i trzech narodowości, co jest dzisiaj niepopularne zwłaszcza na folwarkach, gdzie preferuje się rasy czyste i jednoznaczne.

Barany pozostały dumnie uparte i szły dalej za przewodnikiem do koryta niezaspokojonych pragnień, w którym woda robiła się coraz bardziej mętna, może dlatego, że zbliżała się wiosna i trawa uderzała zwierzętom do głowy – ktoś to tak dziwnie skomentował, ale nikt go nie słuchał w żywej atmosferze niedźwiedziej przysługi.

Najnowsza teoria wybuchów lotniczych

Iwan Iwanowicz – płynący śmiało na fali sennych uniesień i przepowiedni – na zebraniu przy krawężniku zrelacjonował najnowszą teorię wybuchów lotniczych. Łącząc się telepatycznie z niejakim Frankiem Taylorem, brytyjskim ekspertem od wypadków lotniczych, dowiedział się o najnowszej teorii rozpadu samolotów, tłumaczącej wszystkie wypadki lotnicze od czasu wynalezienia sennika egipskiego.

– Powiadomiłem już przyjaciół o moim odkryciu – entuzjazmował się Frank. I kierownictwo waszego Folwarku Zwierzęcego im. George’a Orwella, prezydenta USA i King Konga z Hong Kongu. Chodzi o bomby geriatryczne.

Na początku Iwan Iwanowicz przeraził się, bo nikomu bomby nie sprawiają przyjemności, z wyjątkiem ich konstruktorów oraz podkładaczy, ale przytomnie zapytał:

– Jak one działają?

– Bomba geriatryczna wybucha dowolnym miejscu i czasie, na żądanie. Wystarczy, że ktoś krzyknie „bomba geriatryczna”. Najczęściej krzyczy o niej mój serdeczny przyjaciel Antoni.

– Jaki Antoni? – Iwan Iwanowicz nie kojarzył, choć powinien.

– No, ten tam, od was, z kozią bródką! Ten wynalazca taniej armii bez nowoczesnego sprzętu wojskowego i generałów!

Świadomość, że takie bomby istnieją, wprowadziła Iwana Iwanowicza w intensywne drżenie. Aby się uspokoić wypił koktajl „Exotic Antoni M” z szampana „Explosive Dry” oznaczonego „Grand Reserve Politique de Pologne” zmieszanego z gorącym mlekiem. Od razu poczuł się tak serdecznie, że zapragnął przytulić do siebie cały świat, co jest oczywiście niemożliwe. Przytulił więc do piersi wizerunek Świętego Prezesa, patrona ludzi zbłąkanych, wstających z kolan, na które nigdy nie upadli, zwolennika powszechnego, przymusowego dobrobytu społecznego.

Sytuacja folwarczna

Na Folwarku Zwierzęcym im George’a Orwella, wersja aktualizowana, wciąż coś się dzieje. Zwierzęcy rząd zaktywizował się i poruszył cały folwark. Iwan Iwanowicz relacjonował przy krawężniku:

– Jest ciekawie. Premier jest na świeczniku, a Ten, Który Jest Nad Nim, pozostaje w ukryciu. To bardzo oryginalna inscenizacja. Widziałem premiera w telewizji. Pięknie mówił, swobodnie, na siedząco i na stojąco, równocześnie kilkoma językami jak całe górne piętro wieży Babel – mówca nie skrywał zauroczenia szefem folwarcznego rządu.

– Premier jest cudowny: wysoki, postawny, uduchowiony. Boże, jak ja chciałbym mieć takie ciało! Każdego bym wtedy zauroczył – starszy pan westchnął tak głęboko, że ziemia zadrżała.

– O czym mówił premier? – pytania padały gęsto jak śnieg na Antarktydzie.

– O zwierzętach folwarcznych, dobrych i złych, i o dumie, i powodach do chwały. Chodziło o ich zachowanie w czasie tak dawnym, że mało kto już pamięta. Mało kto, ale on pamiętał i wyjaśniał:

– Będziemy ścigać tych, którzy źle o nas mówią, wszędzie, na pustyni, w puszczy, w Nowym Jorku i Timbuktu. Gdzie się da i jak się da. My byliśmy tak dobrzy, że chcemy teraz mieć własne drzewko, aby schować się pod nim w czasie męczących upałów.

Premier zaczął od jednego drzewka; im więcej mówił, tym głębiej wchodził w czarny las. Słuchacze zadawali pytania, byli ciekawi, co ma na myśli, co chciał powiedzieć, czy to się da wykonać, niektórzy nawet coś sugerowali, mówili o przyjaźni i sojuszach.

Premier nie zrażał się pytaniami.

– Będziemy wyjaśniać, intepretować, tłumaczyć, klarować, uzasadniać, naświetlać, aż wszystkie zwierzęta na świecie zrozumieją.

– Jak długo będziemy to robić? – zapytał niewinny zaskroniec, za którym kryła się wredna żmija.

– Aż do skutku. Świat jest taki oporny. Ludzie nic nie rozumieją – zasmucił się premier.

Drugi sen Iwana Iwanowicza, krótki i bolesny

– Znowu śnił mi się „Folwark zwierzęcy im George’a Orwella” – poskarżył się Iwan Iwanowicz na zebraniu przy krawężniku, gdzie w ramach lokalnej demokracji wzorowanej na starym zegarku szwajcarskim dyskutowano sprawy od Sasa do Lasa.

– Był to sen krótki i bolesny jak świst bata. Ale nie w powietrze, tylko na gołą skórę, w dodatku na moją własną. Nie mogłem zasnąć, liczyłem spokojnie barany, które rozbrykały się szalenie i zaczęły krzyczeć: nie damy się, nie będzie wróg ani przyjaciel pluć nam w twarz oskarżeniami i pomówieniami o niecne intencje. Mamy twarde łby i jesteśmy uparte, i to jest naszą cnotą.

Wtedy odezwały się głosy innych zwierząt:

– Wyświadczyliście niedźwiedzią przysługę całemu folwarkowi zwierzęcemu, bo teraz wszyscy będą doszukiwać się i liczyć, jaka w dawnych trudnych czasach była proporcja szlachetnych zwierząt do podłych, i nie daj Boże okaże się, że nie była ona 3 do 1, ale znacznie gorzej. Dotychczas byliśmy wyróżniani jako nacja dobrej woli, to teraz może wyjść na jaw, że podłych istot było znacznie więcej niż sądziliśmy, są na to dowody w postaci donosów, listów, relacji, zeznań i zapisów, i wszystkiemu można zaprzeczyć ale nie czarnym literom na białym papierze.

– Osiągnęliśmy skutek odwrotny do zamierzonego, my cnotliwe i szlachetne w intencjach istoty – odezwał się w gronie baranów głos równie samotny jak cnota w gronie przemiłych cichodajek.

Inne barany zaczęły ciskać w niego kamieniami z napisami ”idziemy w zaparte”, „hej, kto rodak na bagnety” oraz „nie będą obcy pluć nam w twarz”. Krzyczały także, że prawdziwa cnota krytyk się nie boi, na co odezwały się inne zwierzęta folwarczne, że cnota jest prawdziwa dopiero wtedy, kiedy jest się cnotliwym od A do Z, a nie od A do L albo od L do Z, albo jeszcze inaczej. – Tak ostatecznie opowiedział resztkę krótkiego i bolesnego snu Iwan Iwanowicz, potomek dwóch narodów i trzech narodowości, co jest dzisiaj niepopularne zwłaszcza na folwarkach, gdzie preferuje się rasy czyste i jednoznaczne.

Barany pozostały dumnie uparte i szły za przewodnikiem stada do koryta niezaspokojonych pragnień, w którym woda robiła się coraz bardziej mętna, może dlatego, że zbliżała się wiosna i trawa uderzała baranom do głowy – ktoś skomentował, ale kto go tam chciał słuchać w ogólnej atmosferze niedźwiedziej przysługi.

Niezwykły sen Iwana Iwanowicza

Iwan Iwanowicz Iwanczyn miał tak niesamowity sen, że żadną miarą nie mógł się powstrzymać od podzielenia się nim z mieszkańcami osiedla.

– Rzecz się działa na folwarku zwierzęcym im. George’a Orwella. Śniło mi stado baranów, niezwykle mądrych i poważnych. Na jego czele stał przywódca, osobnik z podwójnie zakręconymi rogami. Jego marzeniem było doprowadzenie baranów i wszystkich innych zwierząt do stanu nieskończonej szczęśliwości. Cieszył się on tak ogromnym mirem, że kiedy mówił, wszystkie barany opuszczały łby i wsłuchiwały się nie tylko w jego słowa, ale także w to, co wokół niego w trawie piszczy. Ich miłość do przywódcy była tak wielka, że zapominali o jedzeniu, piciu a nawet o zwierzęcej godności granej przez dzwoneczki zawieszone na szyi.

Nocą, kiedy wszyscy spali, stado wydało dekret tak niezwykle udany i rozumny, że od samego rana ze wszystkich stron świata zaczęły napływać gratulacje. Był to dekret zaporowy, uniemożliwiający wyrządzenie jakiejkolwiek krzywdy – poprzez obmowę, pomówienie lub insynuację – zwierzętom żyjącym na całym folwarku.

– Będziemy ścigać oszczerców z całą bezwzględnością po całym świecie jak długi i szeroki – oświadczył rzecznik stada.

– W życiu baranów – promienne światło rozbłysło w oczach Iwana Iwanowicza, kiedy to wyjaśniał – nie jest ważna zielona trwa, świeża woda, wygodna podściółka w oborze, to owszem też, ale jakby na trzecim planie, ale właśnie sprawy ulotne, pełne delikatności i zadumy, których nikt inny nie dostrzega, jedynie oni poprzez swoją nadzwyczajną intuicję i wyczucie.

Iwan Iwanowicz chciał jeszcze opowiadać więcej o śnie, ale mu przerwano, uznając, że dekret wydany przez stado, jakie mu się śniło, jest jak najbardziej słuszny, taki, o jakim marzyły wszystkie barany, ich rodzice, dziadowie i pradziadowie, a nawet przodkowie, którzy w zamierzchłych wiekach schodzili z rajskich drzew, aby wspólnie śpiewać alleluja z tęsknoty za dobrym uczuciem i rozumem.

Twórczość literacka Michaela Tequili w księgarniach: powieść, poezja, opowiadania, najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq.  

Czas rwie naprzód jak koń trojański. Ciąg dalszy wariacji.

– Czas jest po naszej stronie – ogłosiła Partia Wciąż Zwycięska czyli PWZ. Czytam właśnie „Rok 1984” Orwella i domyślam się o jaką partię chodzi. Jest ich kilka, ale tylko ta jest na przodzie. Te w opozycji trudno nazwać partiami, bo się jednoczą, ale wciąż pozostają w rozsypce. Jedna ma nawet w godle mężczyznę o uśmiechu zajączka, którego ludzie chcą zwolnić obowiązków. Ludzie stali się nachalni, mają roszczenia. Drugi przywódca chyba sam się zwolnił. Każdy ma prawo zmęczyć się i wypocząć.

Przyjmuję do wiadomości, że czas jest po naszej stronie i wiem nawet dlaczego. Jeśli jest po naszej, to jest – tak myśli suweren.

– Jeśli Suweren myśli bez zahamowań, to dlaczego ja miałbym się hamować. Nikt nie lubi być hamowany, być hamem, ani hamulcowym.

Nieprzerwane zmiany. A to pogoda, a to gabinet. Podobno już tylko czas jest niezmienny. Przeszły, teraźniejszy i przeszły. Zastanawiam się. Przeszłego już nie ma, bo już minął, teraźniejszy właśnie mija, przyszły dopiero będzie. Krótko mówiąc, czasu też nie ma.

– Co więc jest? – Słyszę pytanie. Chyba z kosmosu.

– Są zmiany – pada odpowiedź, z wnętrza kraju. Głównie z kościoła. Są nowe interpretacje. Kiedy słyszysz: „Chwalcie Pana” nie znaczy to już "Najwyższego", ale "Prezesa". Tak to interpretuje Partia Wciąż Zwycięska pełnymi ustami rzecznika i sekretarki w randze ministrów. Wreszcie jest równość – myślę. Marks by się cieszył. Lenin chyba też. Stalin? Nie wiem, mało go znałem.

Mamy nowe relacje z Zachodem. Jest on jakby mniej opryskliwy, nie tak niechętny. Dotychczas to my do niego z chlebem prawdy, a on do nas z pałką oskarżeń. Teraz nawet uśmiecha się, zwłaszcza twarzą dużego faceta, z nową brodą, tego ważniaka, zdaje się wiceprzewodniczącego, Holendra.

– To dobrze – tak wszyscy mówią. Wreszcie Zachód zrozumiał, że był niedoinformowany i w końcu wyprowadził się z błędu.

– Nie wiem, czy to dobrze. Bo co mi z tego? Stałem się egoistą, zhardziałem i chciałbym, aby ktoś na nas nakrzyczał. Nie na PWZ, ale na nas, na naród, że sobie nie radzimy. Broń Boże na Kościół, który teraz głowę wychyla zza węgła i zachęca, raz nawet purpurowymi ustami, aby przyjmować uchodźców.

Kończę, bo mam jeszcze buty do pomalowania tłuszczem przeciwśniegowym. Też ważne, bo człowiek przebywa albo w butach, albo w łóżku. Rzadko boso, bo wtedy najchętniej fika, a tego w czasach poważnej polityki wobec Zachodu nie wypada czynić.

Michael Tequila w księgarniach:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (powieść),
  • Klęczy cisza niezmącona (poezje),
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (humoreski i opowiadania).

Najtaniej w księgarni internetowej "Znak" https://goo.gl/uC5orq. Kupuj, póki nie za późno. Cenzura nie śpi. Czarna lista wciąż w obiegu. 

Poranek noworoczny 2018, refleksje, cytaty i życzenia

Pierwszym moim postanowieniem w Nowym Roku 2018 było wstać, zrobić sobie kawę i napisać ten blog. I oto jestem, mam nadzieję złotousty przez cały rok, aby wychwalać życie i rzeczywistość.

W końcówce Starego Roku ukochałem, a właściwie skutecznie odgrzałem moją dawną literacką miłość – Georga Orwella. Mam teraz trzech pisarzy, których mogę uwielbiać równie gorąco jak Ty swoją ukochaną partię lub twórcze milczenie. Są to: Gabriel Garcia Marquez, Friedrich Dürrenmatt i George Orwell. Dla mnie to geniusze; tym gorączkowym przekonaniem pragnę zarazić wszystkich, którzy nie brali szczepionki przeciw literaturze.

Pisarze współcześni wydają mi się wobec tej trójki, piszę to drżącą ręką, jak brudny palec wobec zbrojnej pięści, którą nasz dzielny rząd trzyma przed nosem Unii Europejskiej, aby nauczyć ją, co to znaczy godność, patriotyzm i szacunek dla wartości.

Tematu politycznego nie udało mi się uniknąć, co mnie nie dziwi, ponieważ nie ma niczego w rzeczywistości, co nie podlega polityce. Wszystko jest regulowane, określone i sterowane politycznie: choroba (kolejki w przychodniach i rezydenci), miłość (nie każdy rodzaj miłości jest dopuszczalny w legalnym związku małżeńskim), żarcie (co można dodać, a co ująć z kiełbasy, aby było w niej więcej mięsa niż albuminy), pogoda (w jakim piecu diabeł pali, a w jakim obywatel, który oprócz miału węglowego ma jeszcze stare gumiaki do spalenia), sąd i prokuratura (który sędzia i prokurator jest/będzie życzliwy dla obywatela, a który dla władzy). Jednym słowem w polityce jesteśmy umoczeni jak śledź w solance lub brzoskwinia w sosie własnym, to znaczy całkowicie i bezwarunkowo.

Teraz, tytułem refleksji, co było, co jest i co może być, czyli kilka cytatów z Orwella (za Wikicytaty):

  • „Polityka została wymyślona po to, aby kłamstwo brzmiało jak prawda”.
  • „W czasach powszechnego fałszu mówienie prawdy jest aktem rewolucyjnym”.
  • „Ważniejsze od przetrwania jest zachowanie swojego człowieczeństwa”.
  • Nacjonalizm zakłada, że „ludzi można klasyfikować jak owady, i że całe miliony czy dziesiątki milionów ludzi można śmiało oznakować jako „dobrych” lub „złych”.
  • „Jeśli wolność słowa w ogóle coś oznacza, to oznacza prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć”.

Więcej zbrodni nie zamierzam dzisiaj popełniać. Idę pomodlić się za psy, które ogłuchły w nocy od petard strzelanych przez ich właścicieli w dowód miłości do braci młodszych. Mam też jeszcze szampan do wypicia.

W Nowym Roku 2018 życzę Ci pełni zdrowia, radosnych figlów i rozkoszy oraz cierpliwości dla otaczającej nas rzeczywistości.

Jeśli chcesz zrobić coś dobrego już na początku Nowego Roku, to podaruj sobie lub komuś jedną z książek: https://tinyurl.com/yct8ocpp lub https://tinyurl.com/ycbhdedn