Nowy wymiar ewolucji. Opowiadanie. Odc. 2 z 4.

Przy szatni stały trzy kobiety i głośno rozmawiały. Pierwsza z nich to starsza szatniarka z bielmem na oku, druga to kobieta w futrze i wysokich czarnych botach. Trzecia, najmłodsza, o wyglądzie, jakby była produktem nijakiego czasu, trzyma za rękę potulną dziewczynkę. Jest to jeszcze dziecko, cierpliwe, milczące, zatopione w sobie. Czekając na wezwanie i dawkę należnego mu cierpienia, Iwan Iwanowicz przysłuchiwał się rozmowie. Kobietę w futrze poinformowano, że przyjechał po nią Mercedes.

– Zaraz, zaraz! Tylko wyślę SMS, że kupiłam nowe buty!

Po wysłaniu SMS-u kobieta kontynuowała swoją relację kończąc „Człowiek jest tylko rzeczą”. Wyraźnie nie zamierzała iść do samochodu.

Iwan Iwanowicz słuchał dalej. Kobiety rozmawiały otwarcie, głośno, jakby życzyły sobie, aby je słyszano. Przypominały sobie fragmenty minionych dni, spotkania, czynności i rozmowy. Iwan Iwanowicz zdał sobie sprawę, że jest to rozmowa o wszystkim i o niczym, właściwie wymiana skojarzeń.

– Jakby ktoś wypowiadał dowolne słowa: piłka, lokomotywa, podróżować, buchalter, choinka, czarny. To współczesność, czas pomieszania – pomyślał. – Czy ja jestem inny? – ogarnia go refleksja. Był przyzwyczajony do dialogów wewnętrznych tego rodzaju. Starał się prowadzić znaczące życie, świadomie angażować w to, co robi w danej chwili.

Jego rozmyślania przerwała dentystka, która założy mu mechanizm korygujący ruchy w osi szczęka – żuchwa. W trakcie zabiegu Iwan Iwanowicz przypomniał sobie niezliczone wizyty, rozmowy i interwencje dentystyczne; uznając z niechęcią, że stomatologia jest przedłużeniem ewolucji uzębienia.

Iwan Iwanowicz wracał do domu tramwajem, obserwując pasażerów. Siedząca po drugiej stronie matka patrzyła nieprzerwanie w smartfon. Dziecko zadało jej po kolei trzy pytania, lecz ona nie słyszała tego lub słysząc po prostu nie odpowiadała. Interweniowała sąsiadka.

– Przecież dziecko zadało pani trzy pytania!

Potem opowiedziała swojej towarzyszce historię syna.

– Nie pracuje. Ma trzydzieści dziewięć lat i siedzi osiem godzin dziennie w laptopie.

Czego nie wspomniała, to to, że sama jest też fanką smartfonu. Kiedy gotowała obiad, przerwała dwa razy, aby zrobić zdjęcie zupy. Wysłała te zdjęcia przyjaciółkom z odpowiednim komentarzem.

*****

Późnym popołudniem Iwan Iwanowicz udał się do neurologa. W przychodni przy ulicy Equilibrium (cóż to za nazwa!) o tej porze było już prawie pusto. Pacjent był spokojny, była to okresowa wizyta sprawdzająca. Przed gabinetem urologa czekało trzech mężczyzn, wszyscy w zawansowanym wieku. Dwaj z nich prowadzili cichą wymianę zdań. Z jej urywków wynikało, że rozmawiali o złożonościach własnych losów związanych z prostatą.

Z gabinetu wyszedł pacjent i jeden z mężczyzn wszedł do środka. Przy półotwartych drzwiach słychać było jak tłumaczy coś lekarzowi długo i nieskładnie. Drzwi nie były zamknięte ponieważ zainteresowany wszedł tam „tylko na chwilę, aby uzyskać informację”. Po długiej wymianie zdań, w trakcie której lekarz wychowawczo go beształ, kiedy ten usiłował mu przedstawić opinię swojego lekarza domowego.

Przebijając się przez słowa rozmowy można było nabrać wrażenia, że sytuacja była zawiła, termin przybycia pacjenta nie ten co trzeba, a sam lekarz nerwowy jak panna na wydaniu. Chyba nic z tego nie wyszło, ponieważ pacjent opuścił gabinet i mruknął do siebie:

– To kompletny baran!

Miał zaczerwienioną twarz i był przygnębiony, kiedy to mówił. Był ubrany na czarno, jakby udawał się na pogrzeb.

W recepcji przychodni panowała zgoła odmienna atmosfera. Obok siebie siedziały dwie starsze dziewczyny, symbolizujące różne postawy. Jedna z nich, wyższa, rosła blondyna, z zachęcającym dekoltem, rozsiadła się na krześle w pozie podpitej królowej w koronie. Patrząc wyzywająco w sufit śmiała się nieprzerwanie. Druga zawzięcie pisała coś na komputerze lewą ręką, trzymając w prawej smartfon, do którego mówiła, coś dyktując lub komentując pisany tekst. Była to scena leworęcznego realizmu społecznego.

0Shares

Czy miłość może być nieetyczna?

Myślę o miłości matki do dziecka i jej skutkach dla obojga. Przypadek, który rozpatruję, nie jest zapewne zbyt częsty, ale zasługujący na refleksję. Niektóre matki kochają swe dzieci bezgranicznie. Matka, która poświęca się dziecku bez granic, zajmuje się nim na codzień, pielęgnuje, chroni, zaspokaja wszystkie jego potrzeby, a także wybacza i pobłaża jego słabościom, nie jest ewenementem ani wybrykiem natury.

Są to na ogół sytuacje, kiedy matka daje wszystko z siebie, nic w zamian nie oczekując. Może dokładniej, podświadomie oczekuje zapewne wzajemnej miłości, lecz nie precyzuje, co to ma oznaczać. Oczekuje przede wszystkim, że jej dziecko będzie zdrowym i „dobrym” dzieckiem: dobrze się uczącym, posłusznym, dobrze się zachowującym, pomocnym.

Kiedy te warunki są spełnione, sytuacja wydaje się być wymarzona. Matka nie wymaga niczego specjalnego, ponieważ dziecko już spełnia jej oczekiwania. Nie musi go ganić ani krytykować, bo nie ma za co. Dziecko robi wszystko, o co matka go prosi. Zachowuje się poprawnie w domu i w szkole. Może mieś jakieś pomniejsze słabości lub wady, lecz matka chętnie mu je wybacza.

Idealna sytuacja kochającej matki oraz posłusznego, dobrego dziecka, niekoniecznie prowadzi do szczęścia w dłuższym okresie czasu. Ma to miejsce wtedy, kiedy matka poświęca się dziecku tak bardzo, że zapomina o sobie. Jej miłość przybiera formę „zaślepienia”. Wyzbywa się ona wszystkiego lub prawie wszystkiego, co mogłoby być źródłem radości lub przyjemności dla niej samej. Oddaje to dziecku. Może to być czas, pieniądze, rozrywka, ubiory, spotkania towarzyskie, czytanie książek, sport. Jest to sytuacja krańcowa: matka kocha dziecko, lecz nie znajduje w sobie miłości do siebie samej. Może za tym stać poczucie winy, nieudane własne dzieciństwo, niespełniona miłość (np. do ojca dziecka), problemy zdrowotne dziecka. Matka zachowuje się nieetycznie wobec siebie samej: traktuje dziecko tak, jakby jemu należało się wszystko, a jej nic, jakby ono powinno być kochane a ona nie.

Przejdę do podsumowania. W pierwszych latach radość jest obopólna: matka daje wszystko z radością, dziecko przyjmuje to bez zastrzeżeń. Przed wszystkim akceptację, nie tylko dla niego samego, co jest zrozumiałe, ale także jego zachowań. W tym takich, których prawdopodobnie nie zaakceptowałaby u innych dzieci, na przykład stale rosnących wymagań a nawet pewnej  apodyktyczności dziecka. Może to być normalne, jeśli nie trwa zbyt długo, jeśli dziecko z tego wyrasta. Poświęcenie ma swoje granice, a jeśli matka nie zna tych granic, to poniesie negatywne skutki. Będą one dotyczyć zarówno jej jak i dziecka.

Pierwszy scenariusz odnosi się do matki. Kiedy dziecko dojrzeje, wydorośleje i pójdzie własną drogą, najczęściej odchodzi z domu. Kobieta może wyjść za mąż, mężczyzna ożenić się. W dzisiejszych czasach nie musi to być małżeństwo, wystarczy partnerstwo, kiedy dwoje ludzi prowadzą życie jakby byli małżonkami. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma narastająca samotność matki. Jej oddanie dla dziecka przez lata oduczyły ją czytania książek, oglądania filmów, utrzymywania przyjaźni, rozwijania własnych zainteresowań i hobby. Prawdopodobnie nie ma już przyjaciół, ponieważ przyjaźń wymaga podtrzymywania, aby trwać i rozwijać się. Im człowiek jest starszy, tym też jest trudniej o „nową” przyjaźń, ponieważ jest mniej skłonny do spontaniczności, radości i tolerancji wobec słabości innych osób. Matka czuje się coraz bardziej osamotniona i rozgoryczona. Ukochane dziecko ją opuściło i choćby często ją odwiedzało, jej ciągle brakuje jego obecności. Nic nie jest w stanie wypełnić luki. Matka jest nieszczęśliwa.

Popatrzmy na scenariusz dziecka. Łagodne, wybaczające, akceptujące zachowanie matki prowadzi do powstania u dziecka charakteru, który pod pozorem łagodności i spokoju ukrywa jego słabości: nieumiejętność akceptacji krytyki, oczekiwania „bycia obsługiwanym” raczej niż pomocnym i samodzielnym, oczekiwanie pełnej akceptacji, nieumiejętność komunikacji z innymi osobami, niesamodzielność, być może także egotyzm i egoizm. To wszystko może niezmiernie skomplikować życie dziecka, teraz juz dorastającej albo nawet dorosłej osoby.

Formę dzielenia najlepszych uczuć: wszystko dla dziecka, nic lub bardzo niewiele dla siebie, uważam za nieetyczną i zgubną w sensie długofalowych konsekwencji. Nie można kochać innej osoby, nie mając dla siebie szacunku i miłości. Miłość powinna być radością i wartością dla tego, kto ją otrzymuje i dla tego, kto ją daje. Jej długofalowe skutki stają się wtedy błogosławieństwem a nie źródłem smutku i samotności.

0Shares