Broda. Opowiadanie.

Motto: Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Admireusz Sasnal zapuszczał brodę. Od dawna o tym marzył. Jego ideałem był zarost gęsty, czarny jak smoła, imponujący wielkością. Miał ku temu warunki, gdyż natura obdarzyła go ciemną karnacją i uwłosieniem koloru sadzy.

Na początku nie był zdecydowany, jak ta broda powinna wyglądać. Nie miał doświadczeń. Decyzję o jej wyglądzie wypracowywał więc stopniowo, bez pośpiechu, dając sobie czas na przemyślenia. Musiał to być kształt oryginalny, coś bardzo osobistego, co wyróżniłoby go nawet w tłumie największych brodaczy. Dopuszczał nawet kształt perwersyjny. Był historykiem, badaczem i podróżnikiem, widział niejednego brodatego mężczyznę i niejedną brodę. Nie brakowało mu też wyobraźni, choć ta sprowadzała go czasem na manowce. Domyślał się tego, lecz nic konkretnego z tych domysłów nigdy nie wynikło, oprócz niepewności i niezdecydowania.

– Ważne jest to, aby oglądając siebie brodatego w lustrze odczuwać radość życia a nie pragnienie rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia – tak to ujął w rozmowie z Erazmem, wieloletnim przyjacielem. Rozmawiał z nim, aby własnymi słowami umocnić się w przekonaniu, że myśli i postępuje słusznie.

Pragnienie Admireusza posiadania brody wyrastało z poczucia bycia niekochanym, porzuconym jak stary kapeć na przyzbie domu w porze jesiennych deszczów. Buntował się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Hodując nienormatywny zarost pragnął, aby go wreszcie zauważono, dostrzeżono w nim dobroć, czy choćby nawet poczucie humoru, cokolwiek wartościowego. I choć trochę pokochano. Życie bez miłości i uwielbienia było nieprzyjemnie odmienne w porównaniu ze stanem wczesnego dzieciństwa. Admireusz nosił w sobie te wspomnienia. Osoby bliskie, szczególnie matka i siostry, prześcigały się nawzajem, aby okazać mu serdeczność, oferując ciepłe ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, ciumkając na przeróżne sposoby, dotykając stópek, całując w brzuszek, pieszcząc i nagradzając go na tysiące sposobów. Otrzymywał to wszystko w zamian za uśmieszek czy nieporadne gaworzenie. Intymnymi wspomnieniami nie dzielił się z nikim, tak bardzo go krępowały.

Dwie nieudane próby już w dorosłym wieku głębokiej przyjaźni z kobietami nie rozwinęły się w miłość. Admireusz wciąż przebywał w jaskini samotności, marząc o kobiecie, która okazałaby mu odrobinę prawdziwego uczucia. Najbardziej odpowiadałaby mu jakaś forma adoracji, przypominająca choćby w odległy sposób miłość okazywaną mu w dzieciństwie przez matkę i najbliższą rodzinę. Kobieta była dlań osobą nieporównywalnie szlachetniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata była istotą niejako wtórną, stworzoną w drugiej kolejności, z żebra Adama. Dobrze o tym pamiętał. Tę prostą wiarę wpoiły w niego katechetki na lekcjach religii, i tak już zostało, choć zdawał sobie sprawę, że była to tylko legenda, mit zapożyczony z przekazów biblijnych. Adorację ze strony kobiet wyobrażał sobie w różnych formach, podziwu, respektu, a nawet fascynacji. Zastanawiał się, które z tych określeń byłoby najbardziej stosowne, ponieważ nie chciał być narcyzem, człowiekiem przesadnie uwielbiającym siebie samego.

– To byłby egocentryzm – tłumaczył Erazmowi, serdecznemu przyjacielowi z lat studenckich, kiedy zbierało mu się na wspomnienia.

Będąc wykładowcą na uniwersytecie, gdzie uczył historii kultury i języka hiszpańskiego, Admireusz z niepokojem myślał o tym, że adoracja jego osoby przez otoczenie mogła być zwichnięta na rzecz mężczyzn. Było to o tyle możliwe, że na uniwersytecie studiowali głównie mężczyźni, a on był cenionym i lubianym wykładowcą. Swoim niepokojem podzielił się z Erazmem.

– Byłoby to niezdrowe. Boję się, że ludzie mogliby mnie utożsamiać z LGBT, formacją osób o odmiennych preferencjach seksualnych, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie.

Chciał jeszcze dodać „i lepszy świat dla potomnych”, ale uznał to za przesadę.

Marzenia Admireusza o brodzie wzmocniło pewne zdarzenie polityczne. Chodziło o Alonso Carpentera, który – w okresie kiedy pomysł brody dopiero raczkował w admireuszowej głowie – wykorzystując słabości demokracji podstępnie wywindował swoją partię na pozycję totalnej dominacji politycznej. Admireusz nazywał go w duchu Satrapą. Przestał używać tej nazwy publicznie, kiedy stało się to niebezpieczne. Gdyby epitet dotarł gdzie nie trzeba, w najlepszym przypadku relegowano by Admireusza z uczelni jako persona non grata, oskarżając o burzenie studentów przeciwko legalnej władzy lub szerzenie anarchii.

Admireusz pragnął brodą odróżnić się od Carpentera, który raził go brutalną nagością swego oblicza, obrzydliwie połyskliwego w świetle reflektorów. Jego policzki, wypełnione botoksem, gładkie, bez puntu zaczepienia dla wzroku szukającego w ludzkim obliczu szlachetności lub co najmniej przyzwoitości, przypominały Admireuszowi nagie dziecięce pośladki. Nie podobali mu się też ludzie z otoczenia Satrapy, wszyscy o podobnie gładkich i obleśnych obliczach jak ich zwierzchnik. Nie było wśród nich ani jednego człowieka z brodą. Ich twarze, posiekane zmarszczkami żądzy władzy, wyglądające jakby wielokrotnie uderzali głowami o lustro, drażniły jego wrażliwość estetyczną.

– Dworzanie Satrapy to jednostki amoralne i zakłamane. Sami pozbawili się wolności, aby mówić i robić tylko to, co nakazuje im ich pan i władca – twierdził Admireusz, dzieląc się swą opinią tylko z Erazmem, którego traktował prawie jak spowiednika.

Kolejny wyjazd na Kubę odświeżył Admireusza. Jeździł tam jak tylko mógł najczęściej, aby doskonalić język i zgłębiać kulturę kraju. Wyjeżdżał zawsze w marcu, kiedy temperatura powietrza w Hawanie wynosiła dwadzieścia siedem, a morza dwadzieścia cztery stopnie. Marzec był też miesiącem najniższych opadów. Dziekan Wydziału Nauk Humanistycznych udzielał mu urlopu tym chętniej, że Admireusz wracał wzbogacony w wiedzę i doświadczenia, podnoszące poziom nauczania.

Na Kubie Admireusz spotkał mężczyzn kultywujących tradycje słynnych Jóvenes Barbudos, Młodych Brodaczy, towarzyszy Fidela Castro. W okresie Rewolucji Kubańskiej paradowali oni bez medali i odznaczeń w mundurach koloru zielonej oliwki. Otaczała ich aura romantyczności, powagi i odmienności. Byli wyjątkowymi rewolucjonistami: walczyli z despotycznym Batistą, nie pili, nie rabowali, zachowywali się przyzwoicie. W czasie pobytu Admireusza na wyspie brodacze cieszyli się statusem mężczyzn nowoczesnych i przystojnych.

Jego myślenie zdominowała logika historii; broda zawsze była symbolem niezależności i siły mężczyzny.

Po powrocie, Admireusz rozmawiał ze studentami o tradycji noszenia brody na Kubie. Wykazali tyle zainteresowania, że zorganizował warsztaty dyskusyjne. Ich tematem było znaczenie męskiej brody na przestrzeni wieków. Pozostawił im inicjatywę rozwinięcia tematu i dalszych dyskusji.

Grupa podzieliła się na zespoły. Każdy z nich miał opracować i przedstawić znaczenie brody w wybranej epoce historycznej i regionie geograficznym. Prezentację zorganizowano na zasadzie teatru. Na początku każdego aktu pojawiał się konferansjer, który dokonywał krótkiego wprowadzenia, po czym następowała właściwa prezentacja zagadnienia

Na pierwszy ogień poszedł Babilon, najstarsza cywilizacja, znana ze źródeł pisanych, reliefów i rzeźb. Prawie wszyscy władcy Persji szczycili się posiadaniem brody. Na scenie pojawił się Hammurabi, najsłynniejszy król I dynastii Babilonu, autor Kodeksu Praw. Jego twarz okalała szeroka broda kształtem przypominająca szpadel, równo przycięta u dołu, spływająca ku piersi pionowymi pasmami włosów niby gęsta kurtyna.

W starożytnym Egipcie broda była przywilejem; nosili ją tylko wysocy rangą funkcjonariusze państwa. Zazwyczaj barwiono ją henną na kolor czerwono-brązowy, czasem przeplatano także złotą nicią. Na scenie ukazał się faraon z imitacją brody wykonaną z drewna i doczepioną do podbródka. Był to znak najwyższej władzy w państwie; oprócz faraonów nikt nie miał prawa jej nosić.

W Indiach broda symbolizowała mądrość i dostojeństwo. Przetrwała ona wieki dzięki sadhu, wędrownym ascetom uznawanym za świętych, ściśle przestrzegającym zasad religii. Brodzie sadhu towarzyszyły gęsto splecione włosy, zwane dżata. Indie reprezentował maharadża Ranjit Sing, twórca państwa Sikhów. Siedział na krześle, ubrany w bogaty luźny strój; z jego ramion zwisał potrójny sznur korali. Brodę miał długą, czarną, o kształcie trójkąta skierowanego ostrzem w dół, ze śladami siwizny po bokach. Uzupełniały ją siwe bokobrody oraz wąsy podkręcone na końcach do góry.

Dla starożytnych Greków broda była świadectwem męskości i siły. Bóstwa z panteonu, na czele z Zeusem, zawsze przedstawiano z bujną brodą. Mężczyzna bez brody symbolizował młodość i niedoświadczenie. Przedstawicielem starogreckich brodaczy okazał się Sokrates, słynny filozof, syn rzeźbiarza i akuszerki, żyjący na przełomie piątego i czwartego wieku starej ery. Szczyt jego głowy pokrywały luźne kosmyki włosów, po bokach przechodziły one w brodę, ufryzowaną w loki, okalające pełną, poważną twarz z masywnym nosem.

Siedzący na widowni Admireusz zapragnął, aby prezenter swoje wystąpienie zakończył słowami „ Wiem, że nic nie wiem”, ale nic takiego nie nastąpiło.

Przedstawicielem średniowiecza był Karol IV Luksemburski. Ubrany był w biały, wzorzysty płaszcz, pokryty motywami dwóch czerwonodziobych zielono upierzonych ptaków. Wyróżniała go złota korona, pokaźny nos, wyraźne czarne oczy oraz ręce złożone jak do modlitwy. Jego broda i wąsy były ciemnego koloru, lecz nie imponowały rozmiarem. Mężczyzna przedstawił się słowami:

– Jam jest z łaski Bożej cesarz rzymski, po wieki August, król Czech i hrabia Luksemburga.

Historia awansów Karola IV była długa i bogata: Margrabia Moraw od 1334, hrabia Luksemburga 1346–1353, król Królestwa Niemieckiego od 1346, król czeski od 1346, Święty Cesarz Rzymski od 1355, elektor Brandenburgii 1373-1378.

Broda była oznaką męstwa i honoru. Dlatego też trzymanie lub pociągnięcie kogoś za brodę traktowano jako poważne przestępstwo, domagające się satysfakcji drogą pojedynku. Większość ówczesnych królów i możnowładców nosiło brodę.

W krajach kultury islamu broda od wieków jest powszechnie noszona. Zgodnie z nakazami tradycji brody nosi także duchowieństwo kościołów prawosławnych i innych kościołów wschodnich. Obowiązek noszenia brody mają też Amiszowie, ortodoksyjni Żydzi, imamowie oraz duchowni islamscy.

Rodzina Admireusza w sposób bardziej lub mniej oczywisty usiłowała obrzydzić mu marzenia o brodzie. Wydawały jej się wymyślone, ponieważ jego umysł – wedle ich oceny – nie znał odpoczynku kreując rzeczywistość. Narzekaniom nie było końca.

W chwilach nasilonej niechęci i presji rodzinnej Admireusz odczuwał niechęć, czasem wręcz obrzydzenie, do siebie samego, słuchając uwag i przytyków w rodzaju „Wyglądasz dużo gorzej niż poprzednio, jakoś tak niedbale”, „Postarzasz się zupełnie niepotrzebnie, mógłbyś przestać siebie i nas krzywdzić”, „Co takiego zrobiliśmy ci, abyś nas karał takim wyglądem?”.

Jego matka, osoba, która z miłości nadała mu niezwykłe imię Admireusza, rozpaczała, nie szczędząc mu okrutnych słów.

– Jak ty wyglądasz, synu!? Jak stary cap lub zaniedbany żebrak spod kościoła Świętego Wawrzyńca!

Admireusz bronił się jak tylko potrafił, sięgając nawet po fałszywy argument, że golenie drażni mu skórę.

– Dermatolog zalecił mi, abym przez dłuższy czas się nie golił. Nic na to nie poradzę.

Warsztat i spotkania teatralne dały efekt; na uczelni powstał silny klub brodaczy. Nazwano go Klubem Młodych Brodaczy, KMB, wzorując się na Kubie, gdzie tradycja kultywowania brody rozwijała się szybciej niż uprzedzenia wobec odmienności.

Po okresie sukcesów, kiedy jeszcze brody członków KMB nie rzucały się nadmiernie w oczy, nastąpił kryzys. Presja ze strony rodzin, władz uczelni, koleżanek i narzeczonych studentów usiłujących podkreślić swoją męskość stała się tak wielka, że stanęli oni przed okrutnym dylematem: pozbyć się brody lub rozwieść z uczelnią, domem rodzinnym i miłością. Musieli ustąpić. Pocieszali się, że ich dorobek nie popadnie całkiem w zapomnienie, dzięki certyfikatom członkowskim, wspólnym zdjęciom, nagraniom video i wspomnieniom. Dla Admireusza było to marne pocieszenie.

Niewzruszonym sojusznikiem Admireusza był jedynie Sabir, krótkowłosy jamnik o jedwabistej, brązowej sieci i oczach przypominających lśniące guziki z masy perłowej. Broda nie tylko mu nie przeszkadzała, ale budziła w nim niezwykły entuzjazm, zachęcając do lizania przy okazji każdego zbliżenia się do niej. Admireusz cieszył się zwierzęcą miłością, nigdy o niej nie wspominając. Raz tylko, na spotkaniu z przyjaciółmi w kawiarni, po wypiciu kilku kieliszków Cava Negra, podzielił się swymi emocjami.

– Wybaczcie mi, moi drodzy, że wzruszam się publicznie. Pies to jedyna istota kochająca człowieka bez względu na okoliczności. Myślę o moim jamniku Sabirze. Broda wręcz go zachwyca. Przy każdej okazji, kiedy znajdzie się w jej pobliżu, czuję się jak nastolatek obrzucany nieoczekiwanymi pocałunkami.  

Wzruszenie nie pozwoliło mu powiedzieć więcej. Admireusz zaczerwienił się i zapatrzył w kieliszek stojący na stoliku. Po chwili doszedł do siebie. To co powiedział, nie było całkiem zrozumiałe dla wszystkich.

– Nie mogę dalej o tym mówić, bo się zapętlę w uczuciach. Jest już zresztą późna godzina. Muszę udać się do domu, aby dać odpocząć atrybutom mojej twarzy, oczom, ustom, nosowi i uszom, bez których broda wyglądałaby jak nagi myśliwy na patelni ludożerców okryty jedynie skąpą natką pietruszki.

Jesienią następnego roku, po powrocie z wakacji, Admireusz poznał nową wykładowczynię na Wydziale Nauk Humanistycznych. Zbliżyły ich wspomnienia z Kuby, gdzie Cella, tak miała na imię, mieszkała kilka lat z rodzicami pracującymi w konsulacie w Hawanie. W oczach Admireusza była kobietą wyjątkowo urodziwą. Zauroczyła go jej obfita czupryna w kolorze płonącej miedzi. Tak ją określił. Koledzy wykładowcy widzieli w Celli raczej niedobory; była dla nich zbyt szczupła, wręcz chuda, i chodziła dziwnie wykręcając stopy na zewnątrz.

– Potrzebujecie chyba szkieł korekcyjnych – skwitował Admireusz, nie przejmując się opiniami kolegów.

Spotykali się coraz częściej. Cella nigdy nie wspomniała jego brody, tak jakby jej nie miał. Po pewnym czasie zaczęło to go męczyć. Pomyślał nawet – było to coś przerażającego – że byłby gotów wyzbyć się brody, jeśli miałaby stać się przeszkodą w ich coraz cieplejszych relacjach.

Długo się wahał, jak wybadać Cellę, co sądzi o jego brodzie. Zastanawiał się nad sformułowaniem samego pytania. Najbardziej naturalne byłoby zapytać w sposób otwarty, jak jej się podoba jego broda. Uznał jednak, że tak sformułowane pytanie – ze względu na łączące ich uczucia – otwierało możliwość odpowiedzi niekompletnej, wymijającej, nie całkiem uczciwej. Dlatego ostatecznie zdecydował się zapytać Cellę wprost, czy broda jej się podoba, czy nie. Wolał bolesną pewność nad dwuznaczność, kiedy druga strona – pragnąc uniknąć powiedzenia czegoś niemiłego – nie zachowuje się całkiem szczerze. 

Po zadaniu pytania patrzył na Cellę z niepewnością. Śledził jej twarz, gotów wyłapać najmniejszy gest, dający się zinterpretować jako życzliwy lub nieżyczliwy dla niego. Cella zamyśliła się dziwnie, jakby w jej głowie mieszały się różne uczucia, oczarowania i niechęci, pewności i wątpliwości. Admireusz czuł prawie fizycznie, jak przygląda mu się, ocenia jego brodę i waży na szali niezliczonych ocen, jak omiata wzrokiem jego twarz, usta, włosy. W końcu, patrząc mu w oczy, wydała wyrok:

– Admireuszu! Nie bądź dzieckiem. Jakie to ma znaczenie, co ja myślę o twej brodzie. Ważne, że tobie ona się podoba, że sprawia ci przyjemność. Żyjemy w świecie wolnych ludzi. Czy ty uzależniłbyś swoją miłość do mnie od mojej fryzury?

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 2 lipca 2020

0Shares

Czy miłość może być nieetyczna?

Myślę o miłości matki do dziecka i jej skutkach dla obojga. Przypadek, który rozpatruję, nie jest zapewne zbyt częsty, ale zasługujący na refleksję. Niektóre matki kochają swe dzieci bezgranicznie. Matka, która poświęca się dziecku bez granic, zajmuje się nim na codzień, pielęgnuje, chroni, zaspokaja wszystkie jego potrzeby, a także wybacza i pobłaża jego słabościom, nie jest ewenementem ani wybrykiem natury.

Są to na ogół sytuacje, kiedy matka daje wszystko z siebie, nic w zamian nie oczekując. Może dokładniej, podświadomie oczekuje zapewne wzajemnej miłości, lecz nie precyzuje, co to ma oznaczać. Oczekuje przede wszystkim, że jej dziecko będzie zdrowym i „dobrym” dzieckiem: dobrze się uczącym, posłusznym, dobrze się zachowującym, pomocnym.

Kiedy te warunki są spełnione, sytuacja wydaje się być wymarzona. Matka nie wymaga niczego specjalnego, ponieważ dziecko już spełnia jej oczekiwania. Nie musi go ganić ani krytykować, bo nie ma za co. Dziecko robi wszystko, o co matka go prosi. Zachowuje się poprawnie w domu i w szkole. Może mieś jakieś pomniejsze słabości lub wady, lecz matka chętnie mu je wybacza.

Idealna sytuacja kochającej matki oraz posłusznego, dobrego dziecka, niekoniecznie prowadzi do szczęścia w dłuższym okresie czasu. Ma to miejsce wtedy, kiedy matka poświęca się dziecku tak bardzo, że zapomina o sobie. Jej miłość przybiera formę „zaślepienia”. Wyzbywa się ona wszystkiego lub prawie wszystkiego, co mogłoby być źródłem radości lub przyjemności dla niej samej. Oddaje to dziecku. Może to być czas, pieniądze, rozrywka, ubiory, spotkania towarzyskie, czytanie książek, sport. Jest to sytuacja krańcowa: matka kocha dziecko, lecz nie znajduje w sobie miłości do siebie samej. Może za tym stać poczucie winy, nieudane własne dzieciństwo, niespełniona miłość (np. do ojca dziecka), problemy zdrowotne dziecka. Matka zachowuje się nieetycznie wobec siebie samej: traktuje dziecko tak, jakby jemu należało się wszystko, a jej nic, jakby ono powinno być kochane a ona nie.

Przejdę do podsumowania. W pierwszych latach radość jest obopólna: matka daje wszystko z radością, dziecko przyjmuje to bez zastrzeżeń. Przed wszystkim akceptację, nie tylko dla niego samego, co jest zrozumiałe, ale także jego zachowań. W tym takich, których prawdopodobnie nie zaakceptowałaby u innych dzieci, na przykład stale rosnących wymagań a nawet pewnej  apodyktyczności dziecka. Może to być normalne, jeśli nie trwa zbyt długo, jeśli dziecko z tego wyrasta. Poświęcenie ma swoje granice, a jeśli matka nie zna tych granic, to poniesie negatywne skutki. Będą one dotyczyć zarówno jej jak i dziecka.

Pierwszy scenariusz odnosi się do matki. Kiedy dziecko dojrzeje, wydorośleje i pójdzie własną drogą, najczęściej odchodzi z domu. Kobieta może wyjść za mąż, mężczyzna ożenić się. W dzisiejszych czasach nie musi to być małżeństwo, wystarczy partnerstwo, kiedy dwoje ludzi prowadzą życie jakby byli małżonkami. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma narastająca samotność matki. Jej oddanie dla dziecka przez lata oduczyły ją czytania książek, oglądania filmów, utrzymywania przyjaźni, rozwijania własnych zainteresowań i hobby. Prawdopodobnie nie ma już przyjaciół, ponieważ przyjaźń wymaga podtrzymywania, aby trwać i rozwijać się. Im człowiek jest starszy, tym też jest trudniej o „nową” przyjaźń, ponieważ jest mniej skłonny do spontaniczności, radości i tolerancji wobec słabości innych osób. Matka czuje się coraz bardziej osamotniona i rozgoryczona. Ukochane dziecko ją opuściło i choćby często ją odwiedzało, jej ciągle brakuje jego obecności. Nic nie jest w stanie wypełnić luki. Matka jest nieszczęśliwa.

Popatrzmy na scenariusz dziecka. Łagodne, wybaczające, akceptujące zachowanie matki prowadzi do powstania u dziecka charakteru, który pod pozorem łagodności i spokoju ukrywa jego słabości: nieumiejętność akceptacji krytyki, oczekiwania „bycia obsługiwanym” raczej niż pomocnym i samodzielnym, oczekiwanie pełnej akceptacji, nieumiejętność komunikacji z innymi osobami, niesamodzielność, być może także egotyzm i egoizm. To wszystko może niezmiernie skomplikować życie dziecka, teraz juz dorastającej albo nawet dorosłej osoby.

Formę dzielenia najlepszych uczuć: wszystko dla dziecka, nic lub bardzo niewiele dla siebie, uważam za nieetyczną i zgubną w sensie długofalowych konsekwencji. Nie można kochać innej osoby, nie mając dla siebie szacunku i miłości. Miłość powinna być radością i wartością dla tego, kto ją otrzymuje i dla tego, kto ją daje. Jej długofalowe skutki stają się wtedy błogosławieństwem a nie źródłem smutku i samotności.

0Shares