Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 141: Nagłe dojrzewanie konioczłowieka

Mimo pracy na trzy zmiany tworzenie konioczłowieka trwało dłużej niż zakładano, przeciągając się poza kolejne terminy. Co raz to pojawiały się nieprzewidziane trudności, medyczne, biologiczne, konstrukcyjne, materiałowe oraz sytuacje, kiedy równocześnie stosowane zabiegi inżynierii genetycznej wchodziły ze sobą w konflikt. Przełom nastąpił dopiero w momencie, kiedy Inż-Gen wpadł na pomysł wspomożenia wrodzonej inteligencji konioczłowieka sztuczną inteligencją. Implantowano w tym celu kosztowne biokatalizatory pamięci genetycznej importowane z Dalekiego Wschodu, gdzie od dłuższego czasu potajemnie prowadzono eksperymenty genetyczne na ludziach.

Wkrótce po zakończeniu odwróconej amputacji konioczłowiek zaczął nieoczekiwanie „dojrzewać”. Organizm był utrzymywany w bardzo niskiej temperaturze, cały czas ją monitorowano. Aparatura medyczna zastępowała wszystkie organy wewnętrzne, płuca, serce, mózg, nerki wypełniając ich funkcje. W pewnym momencie temperatura organizmu zaczęła samoistnie wzrastać. Było to zjawisko przedwczesne, miało pojawić się dopiero krótko przed wybudzeniem.

Zespół operacyjny nie umiał wyjaśnić tego fenomenu. Nie wiadomo, co było przyczyną. Pośpiesznie sprawdzano wszystkie wyniki, analizy i aparaturę. Zgadywano, co się stało, dopóki któryś ze strażników pilnujących głównej sali operacyjnej nie zapytał czy mogła w tym maczać palce małpa Candy zatrudniona do przenoszenia próbek genetycznych wrażliwych na wstrząsy.

W pomieszczeniach laboratoryjnych, wypełnionych dziesiątkami szaf, półek, stołów, aparatów, narzędzi i materiałów, przenoszenie próbek wymagało nadzwyczajnej zręczności. Człowiek nie był w stanie temu sprostać. Przekraczało to jego naturalne i wyuczone zdolności. Jedynie małpa mogła wykonywać takie zadania, ponieważ w toku ewolucji wyrobiła sobie nadzwyczajny zmysł równowagi, szybkość i zręczność poruszając się nieprzerwanie wśród chybotliwych gałęzi. Myślano początkowo o wiewiórce, wykazującej jeszcze większy zmysł równowagi i niesamowitą zręczność, istnym ekwilibryście poruszającym się w koronach drzew po cienkich gałązkach poruszanych wiatrem. Była ona jednak zbyt mała i zbyt słaba w stosunku do potrzeb Laboratorium.

Sprawę udziału małpy w dojrzewaniu natychmiast zbadano. Okazało się, że uzależniony od kofeiny genetyk nauczył Candy parzenia kawy na małej spirytusowej maszynce, co wymagało cierpliwości i uwagi. Na jego zlecenie małpa wykonywała tę operację co najmniej kilka razy dziennie. Aby zachęcić zwierzę do kontynuacji nużącego obowiązku, genetyk podwyższył jej poziom inteligencji, dodając jej do pokarmu trochę genetycznego przyśpieszacza. Candy zauważyła, skąd go bierze i naśladując zleceniodawcę dorzuciła trochę specyfiku do leku obniżającego barierę immunologiczną konioczłowieka, który przenosiła na salę operacyjną. 

Genetyk wyjaśnił, że traktował Candy prawie jak własność prywatną, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona własnością Laboratorium. Zarząd Laboratorium uznał, że zabrakło mu obiektywności, że nie potrafił zdystansować się i oddzielić spraw prywatnych od służbowych, widzieć siebie i Candy jako istoty niezależne. Mężczyzna tłumaczył się podobieństwem genotypów człowieka i małpy. Były bardzo zbliżone do siebie. Przedstawił w tym celu dane statystyczne, jakie miał przy sobie. Koledzy podejrzewali, że zakochał się w Candy. Była bardzo postawną samicą wzrostu przeciętnej kobiety.

Zarząd poważnie potraktował te domysły. Kiedy przeanalizowano, jakie cechy podobały się genetykowi u kobiet, zarząd doszedł do wniosku, że było to jak najbardziej prawdopodobne. Ostatecznie zadecydowały cechy takie jak sprawność, gibkość ciała, rudy kolor włosów, długie ręce, podniecające zachowanie. Candy lubiła przytulać się. Potwierdzili to inni pracownicy. Ostatecznie uznano, że było to odurzenie erotyczne i poddano genetyka psychoterapii. Po kilku sesjach widać było już zmianę. Pracownik był zdystansowany wobec Candy, ostrożniejszy i bardziej uważny.

Profesor Kary, szef Zespołu Inż-Gen, niepokoił się. Josef nie budził się ze śpiączki farmakologicznej, mimo intensywnych starań z ich strony. Wykonano odpowiednie testy i zweryfikowano dane; wszystko wskazywało, że powinien już się obudzić. W konsultacjach uczestniczyli nieprzerwanie anestezjolodzy, neurolodzy i neurochirurdzy.

Josef był w stanie wegetatywnym. Leżał kompletnie bez ruchu, był karmiony przez sondę i oddychał przez rurkę tracheotomijną. Nie było z nim kontaktu, mrugał jedynie oczami; pod półprzymkniętymi powiekami widać było, jak poruszają się gałki oczne. Co gorsze, nie reagował na ból, pojawiły się drgawki, kłopoty z ciśnieniem krwi, serce pracowało bardzo słabo. Zespół notował także częste połykanie śliny. W pewnym momencie Josef jakby uśmiechnął się, a odcień jego połyskliwej skóry pogłębił się.

– On się wygłupia! – Anestezjolog przerwał milczenie zdenerwowanym głosem. – To my jak niewolnicy trudzimy się nad nim, a on się wygłupia!

Koledzy uspokoili go. Rozumieli jego zdenerwowanie, ponieważ udzielało się ono wszystkim. Przewodnicząca zarządu co raz to dzwoniła do szefa zespołu anestezjologów, pytając o stan zdrowia Josefa.

– Czy on już dochodzi do siebie? – pytała nieprzerwanie. Wyprowadzony z równowagi anestezjolog opowiedział jej historię, która zdarzyła się na wsi, gdzie mieszkał, kiedy proboszcz rzucił klątwę na rodzinę i jedna z osób tak wzięła sobie to do serca, że zapadła w śpiączkę i obudziła się dopiero po siedmiu dniach zabiegów reanimacyjnych.

Wykonywane nieprzerwanie pomiary aktywności mózgu Josefa dawały sprzeczne sygnały. Według skali Glasgow brano pod uwagę głównie trzy czynniki: otwieranie oczu, reakcje ruchowe oraz kontakt słowny. Josef raz coś zamruczał, tak jak człowiek, chwilę później potrafił zachrapać delikatnie, jak koń. Wykres tętna pokazywał duże skoki.

W pewnym momencie lekarze pokłócili się, jak interpretować sprzeczne, niezrozumiałe sygnały aparatury. Wezwano profesora Karego, szefa Inż-Genu, aby włączył się do konsultacji. Przyszedł pijany, choć temu zaprzeczał, użalając się bez końca.

– To mnie dobija. Tyle miesięcy pracy, oddania, wyrzeczeń i bezsenności.

Po krótkiej naradzie, lekarze dali mu alkoholu wbrew przepisom, aby przywrócić go do przytomności. Przysięgli, że nikomu o tym nie powiedzą, choć profesor zachował się skandalicznie wbrew wszelkim regulaminom. Sytuacja była tak wyjątkowa, że swoje postępowanie uznali za nieuniknione i usprawiedliwione.

– Nie możemy brać sobie jego zachowania do serca, choć powinniśmy. To tak jak z viagrą. – Anestezjolog zaczął opowiadać historię, jaką przeżył w łóżku z dorodną trzydziestolatką, piękną jak zorza. – Była tak gorąca, że aż buchało od niej – podkreślił dwukrotnie.

Koledzy przerwali mu.

– Fajna historia, ale nie teraz. Opowiesz nam ją później.

W końcu nastąpił przełom w reakcjach organizmu i Josef zaczął dawać znaki życia. Obudził się ospały, bez energii, po kilku dniach wstał i trochę poruszał się po laboratorium, nie wydawał jednak głosu i drżał na całym ciele. Poprosił o jedzenie. Lekarze uznali to za cud, że mimo oznak słabości tak szybko i wyraźnie wraca do zdrowia.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 140: Wybór metody stworzenia hybrydy

Specjaliści Inż-Genu wbijali z wściekłości zęby w drewnianą framugę drzwi sali konferencyjnej, gdzie spotkali się w celu ostatecznego wyboru metody stworzenia konioczłowieka. Nad wyzwaniem debatowali już tak długo, że w końcu dopadła ich frustracja wywołując gesty rozpaczy i ordynarne przekleństwa. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zintegrowane klonowanie, w którym świeżo stworzone klony konia i człowieka zostałyby scalone w jeden organizm. Przeszkodą był brak doświadczeń w podwójnym klonowaniu. Były jeszcze inne minusy.

– W tym cholernym klonowaniu, do wieku noworodka dodaje się wiek dawcy komórki macierzystej, co niepotrzebnie postarza nowonarodzonego klona. Jeśli koń, dawca komórki macierzystej, ma dziesięć lat, co nie jest znowu niczym niezwykłym, to jego klon w rok po urodzeniu będzie mieć już jedenaście lat. A co będzie, jeśli zsumuje się wiek konia i wiek człowieka, którego klon będzie znacznie starszy niż ten koński! Wszyscy znajdziemy się wtedy w szambie razem z tymi pieprzonymi klonami! – Słowa te nie padły z ust pijanego, wulgarnego chirurga, skłonnego do agresji, ale skromnej genetyczki, która w chwilach głębokiego rozczarowania przypominała sobie język toalet publicznych, z jakich musiała korzystać, kiedy zatykane były rury kanalizacyjne w akademiku.

Wobec metodologicznej niemocy Inż-Genu, zarząd poprosił Zespół Matematyczno-Informatyczny o obliczenie prawdopodobieństwa powodzenia każdej z metod, zintegrowanego klonowania oraz odwróconej amputacji. Zleceniu towarzyszyło pytanie, czy jeśli Inż-Gen wykona ten swój miliard czynności, zapracowując się po pachy, przeżyje tysiące nieudanych prób, to jaka jest szansa, że przedsięwzięcie nie skończy się w ślepym zaułku potwornych kosztów i góry zmarnowanej energii. Kiedy zarząd zadał kolejne pytanie, co i w jakim stopniu może się nie udać w jednej i drugiej metodzie, Inż-Genowcy uznali to za próbę ich dobicia.

Okazało się, że w zintegrowanym klonowaniu minusów jest znacznie więcej niż plusów: długi i złożony proces klonowania, przyśpieszone starzenie się klonu oraz miliardy kombinacji genetycznych do pokonania. Każdy, nawet najmniejszy gen jednego organizmu, musiał współgrać z milionami genów drugiego organizmu.

Metoda klonowania została odrzucona głosami matematyków-probabilistów. Za jej przyjęciem opowiedziała się początkowo grupka genetyków, ale zarzucono im, a potem udowodniono, że swoją mentalnością obejmują tylko geny i genotypy, gubią się natomiast w matematycznej złożoności wzajemnych relacji.

Metoda odwróconej amputacji przewidywała połączenie dojrzałych organizmów człowieka i konia. W tym celu konieczne było uzyskanie ciała konia i ciała człowieka. Musiało to nastąpić w tym samym czasie. Na materiały do operacji przygotowano wielką zamrażarkę i czekano na wypadki drogowe, których rezultatem byłyby dwa zdrowe korpusy, zdatne do połączenia. Szansę powodzenia tej metody Mat-Inf ocenił znacznie wyżej niż zintegrowanego klonowania.

– Nie znaczy to, że jest to metoda łatwa i przyjemna. I tak będziemy musieli naharować się jak dzikie osły, a sala operacyjna będzie przypominać rzeźnię. Na szczęście jesteśmy do tego przyzwyczajeni. – Posumował profesor Kary, szef zespołu.

*****

Naukowiec przypomniał sobie przygotowania do operacji odwróconej amputacji.

– Szukaliśmy skrótu, logicznego uproszczenia, jakiegoś wyłomu w ogromie zadania – wyjaśnił patrząc na tablice opisujące genomy. – Myśleliśmy o tym dzień i noc, bez przerwy. Nic nie wymyśliliśmy. Po prostu trzeba było czekać na okazję, na dwie ofiary wypadków. Brzmi to strasznie, ale taka była prawda. Podobnie jak szpital czeka na dawcę serca czy nerki dla swojego pacjenta, my czekaliśmy na śmierć konia i śmierć człowieka, a konkretnie na ich ciała. Mieli to być dawcy szkieletów i wszystkich organów. Potrzebowaliśmy przedniej części tułowia konia i górnej części tułowia człowieka. W końcu nadszedł taki moment. – Snując wspomnienia, profesor ilustrował swój wykład na elektronicznej tablicy. Na ekranie ukazały się dwa tułowia.

– Staram się nie szokować państwa, bo wygląda to jak rzeź z horroru filmowego. Ja i mój zespół jesteśmy do takich widoków przyzwyczajeni. Od lat jesteśmy chirurgami, mimo to też przeżyliśmy niemało stresu. Na początku od odoru wszyscy rzygaliśmy jak koty z wyjątkiem mojego asystenta, któremu kiedyś operacyjnie usunięto przegrodę nosową razem z włoskami i nitkami węchowymi.

Profesor przerwał i zezwolił na zadawanie pytań. Było widoczne, że jest nieco znużony i potrzebuje chwili wytchnienia.

– Co było najtrudniejsze w całym procesie tworzenia Obiektu jako przedstawiciela nowego gatunku? – Pytanie zadał członek Zespołu Matematyczno-Informatycznego.

Profesor zastanawiał się chwilę dobierając słowa, aby w miarę prosto wyjaśnić złożone zagadnienie inżynierii genetycznej.

– Skala przedsięwzięcia. Nikt tak skomplikowanego zadania nie realizował przed nami. Poważne problemy zaczęły się na stole operacyjnym. Znalazły się na nim dwa korpusy: mężczyzny przepołowionego przez pociąg na wysokości bioder oraz konia, który utracił głowę w wypadku. Urwała mu ją młockarnia, kiedy usiłował schwycić pyskiem pęk zielonej trawy zagubionej w snopku słomy. Dwie części dopasowaliśmy do siebie, godzinami łącząc żyły, żyłki, nerwy, tkanki, mięśnie, aby potem podłączyć organy wewnętrzne. Zanim to nastąpiło stworzyliśmy strefę buforową między dwoma organizmami. Nazwaliśmy to strefą dostosowania genetycznego. Był to obszar przekazywania sygnałów, jak obydwa organizmy powinny się łączyć, aby nastąpiła udana integracja. To była najtrudniejsza część. Pomagali nam w tym koledzy z Mat-Infu modelowaniem matematycznym. Najpierw przy naszej pomocy stworzyli modele genomu człowieka i genomu konia, potem model genetyczny niezgodności, potem model konwersji sygnałów, włączania i wyłączania genów. W ten sposób mogliśmy manipulować materiałem genetycznym uzupełniając luki wykryte w powstającej hybrydzie przez biomatematyków i biogenetyków.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 139: Urlopy i seks

Przypadki próśb o urlop były sporadyczne. Oprócz zarządu Laboratorium nikt nie wiedział, ile ich było, ponieważ były to sprawy poufne. W dodatku rozmowy o potrzebie lub chęci wzięcia urlopu zniechęcały do ubiegania się o niego; były jak przesłuchania, bardzo bolesne, wręcz nie do wytrzymania. Niotse uczulała laborantów, aby nie dyskutowali z nikim swoich potrzeb delikatnej natury, tylko zgłaszali je bezpośrednio do niej lub do wiceprzewodniczącego zarządu. Każdy taki przypadek zarząd omawiał z zainteresowanym i po rozpatrzeniu wszystkich okoliczności podejmował decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu prośby. Wnikano w szczegóły, niekiedy bulwersujące dla zainteresowanego jak na przykład miara jego zaangażowania uczuciowego i pobudzenia erotycznego. Opracowano urządzenie, libidometr, do pomiaru napięcia seksualnego, na którym oznaczony był minimalny poziom napięcia, jak i maksymalny, bliski eksplozji w formie ciężkiej nerwicy.

Nad libidometrem pracowały najlepsze umysły Laboratorium, nie żałując czasu ani mitręgi. Poświęcono mu dziesiątki, może nawet setki godzin, ponieważ było to narzędzie ważne przede wszystkim dla konioczłowieka. Miał to być samiec; jego libido musiało być wyjątkowo starannie zaprogramowane, aby uniknąć nieprzewidzianych reakcji.

Spadek zainteresowania urlopami nastąpił wyraźnie wtedy, kiedy Niotse przypomniała warunki urlopowania.

– Gdyby ktoś poszedł na urlop, czyli znalazł się poza Laboratorium, byłoby to szalone wyzwanie dla wszystkich, włącznie z osobą zainteresowaną. Taki ktoś musi wiedzieć, że w trakcie urlopu będzie dzień i noc pod lupą naszego Zespołu Bezpieczeństwa.

Najchętniej do pracy firma przyjmowała ludzi stanowiących parę małżeńską lub partnerską, osoby indywidualne żyjące dłuższy czas w samotności lub dobrze radzące sobie z samotnością, pasjonatów, dla których praca nad niezwykłym projektem stanowiła najlepszą formę rozładowania emocji, również seksualnych.

Seks dyskutowano w grupach samokontroli i samodoskonalenia się oraz w grupach ćwiczących medytację i orientalne techniki relaksacji. Dla nauczenia się jak łagodzić, oszukiwać a nawet wyzbywać się popędów i pragnień, organizowano zawody i konkursy. Uczestnicy prześcigali się w motywowaniu siebie i innych do zachowań zgodnych z interesem firmy i jej pracowników. Tym którzy nie pamiętali o tym, przypominano, że zdrada, świadoma czy nieświadoma, będzie karana śmiercią, i że jest to zasada nienegocjowalna, zaakceptowana przez całą załogę.

– Jesteśmy tutaj jak wielcy artyści, malarze, rzeźbiarze, czy samotni żeglarze, dla których twórczy wysiłek jest formą wyzwolenia z wszystkich innych emocji i popędów. – Były to słowa Niotse.

Na szczęście dla Laboratorium sam wymóg niezwykle wysokich kwalifikacji zawodowych i dużego doświadczenia w sposób naturalny eliminował osoby bardzo młode, o których starsi wiekiem pracownicy mówili otwarcie, że kiedy byli w ich wieku, to też często nie wiedzieli, gdzie mieli rozum, w głowie czy między nogami. Szczerość dyskusji doprowadziła jednego z młodszych genetyków do niezwykłej decyzji. Zdał on sobie dogłębnie sprawę ze słabości własnego charakteru, jeśli chodzi o seks. Przyznał się, że zjadała go hiperseksualność.

– Seks po prostu pada mi na mózg. – Podsumował, dodając, że to go bardzo niepokoi, wręcz boli, ponieważ ma inne, bardziej szlachetne ambicje.

Bardzo pragnął uczestniczyć w projektach Laboratorium. Rozpoznając własną słabość jako przeszkodę, zdecydował się na dobrowolną kastrację. Miała być ona dokonana na miejscu, gdyż Laboratorium dysponowało specjalistami najwyższej klasy w każdej specjalności. Niotse poruszyła nadzwyczajna gotowość młodego człowieka do poświęceń. Wynegocjowała z chirurgami, że przeprowadzą kastrację w taki sposób, aby po zakończeniu projektu, w perspektywie roku, najpóźniej dwóch, można było odwrócić jej skutki. Chirurdzy głowili się nad zleceniem; na szczęście przyszła im do głowy metoda wykonania kastracji odwracalnej z wykorzystaniem komórek macierzystych. Wiadomość upowszechniła się, przynosząc ulgę innym laborantom, którzy pozostawali w niepewności co do własnej zdolności wytrwania bez partnera.

– Kastracja odwracalna jest dla nas niczym ogród wypełniony konwaliami o orgiastycznym zapachu. – Wygłaszając tę sentencję Poeta kolejny raz zaimponował laborantom umiejętnością improwizacji.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 138: Miłość, seks i tęsknota

 Kamasutra

Miłość, seks i tęsknota były tematami najczęściej dyskutowanymi przez laborantów. Skarżyli się, że nie mają możliwości zaspokojenia potrzeb seksualnych i miłosnych, tak jakby pracowali w podziemnej fabryce tajnej broni, na stacji kosmicznej czy w ukrytym w dżungli laboratorium wojskowym. Samotni mężczyźni, takich była większość, zwłaszcza wieczorami odczuwali tak wielki głód seksualny, że kobiety bały się wychodzić samotnie na spacer nawet przed zachodem słońca.

Laboratorium podejmowało i godziło się na wszystkie rozsądne inicjatywy pomagające rozładować napięcie seksualne pracowników, oferując między innymi diety obniżające popęd oraz środki uspokajające. Samoistnie powstawały kółka zwane onanistycznymi, na których nie uprawiano onanizmu, a jedynie rozmawiano i opowiadano sobie historyjki i fantazje erotyczne. Mężczyźni korzystali chętnie z pornografii dostępnej w formie czasopism w bibliotece Laboratorium oraz na niezliczonych stronach internetowych. Ze swoimi odczuciami nikt się oczywiście nie obnosił, ale też i nie krył się udając purytańsko, że problem nie istnieje. Zachowania pracowników były wyważone jak przystało na dojrzałych, otwartych i przyzwoitych ludzi. Mężczyźni i kobiety pomagali sobie służąc radą, sugestiami czy choćby wysłuchując drugiej osoby. W razie potrzeby pomocą służyli też psycholodzy i psychoterapeuci, spośród których jeden był także seksuologiem.

Laboratorium nie promowało, ale też nie krytykowało wolnej miłości. Każdy rozumiał, zarówno osoby wierzące jak i nie wierzące, że człowiek rodzi się z naturalnymi popędami, które muszą być w jakiś sposób zaspokojone lub rozładowane. Najciekawsze było to, że nie zanotowano żadnych zboczeń czy dewiacji, z wyjątkiem jednego incydentu ekshibicjonistycznego. Jeden z pracowników obnażył się przed koleżanką tłumacząc się potem, że uczynił do dla żartu.

Problem seksu, miłości i tęsknoty mógł łatwo stać się zmorą prześladującą pracowników, gdyż długotrwały pobyt i praca w Laboratorium w izolacji od świata zewnętrznego wymagały dużej odporności psychicznej. Planowany czas realizacji projektu Obiekt wynosił sześć miesięcy, liczono się jednak z możliwością jego wydłużenia. Z przyczyn bezpieczeństwa Laboratorium nie przewidywało urlopu na widzenie z rodziną lub najbliższymi. O urlop można było ubiegać się tylko w ściśle określonych okolicznościach. Każdą prośbę zarząd rozpatrywał indywidualnie.

Rodziny pracowników były wcześniej przygotowywane na ich dłuższą nieobecność. Zainteresowani informowali swoich najbliższych, że uczestniczą w nadzwyczajnych projektach. Każdy miał obowiązek wymyśleć swoją własną wersję, dokąd się udaje i czym będzie się zajmować. Najczęściej wymieniano eksperymenty naukowe na Arktyce i Antarktydzie, na pustyni oraz w podziemnych jaskiniach. Każdy miał swoją historię do opowiedzenia, często związaną z zainteresowaniem lub hobby, które było mu najbliższe. Ważne były konkrety. W Laboratorium nie nazywano tego kłamstwem, ale półprawdą, zmyłką lub ściemą, dostrzegając w każdym z określeń usprawiedliwienie służące sprawie ratowania konia i przyrody.

Laboranci wymieniali się między sobą technikami wymyślania i uzasadniania nieobecności; traktowano to bardzo poważnie. Była to sprawa życia i śmierci, ponieważ w grę wchodziła nie tyle kompromitacja jednej osoby, ale i zagrożenie dla całej firmy i jej uczestników. Wyzwanie okazało się tak poważne, że kierownictwo Laboratorium zorganizowało warsztaty psychologiczne, gdzie uczono się sztuki kamuflażu i kontrolowanego kłamstwa. Dla wielu laborantów nie były to łatwe doświadczenia. W trakcie zajęć organizowano testy, a na końcu egzamin. Kilka osób nie było w stanie znieść napięcia; twierdziły one, że doznają rozdwojenia jaźni.

Najbardziej zaskoczył wszystkich Niedźwiedź swoim drastycznym wyznaniem, nie wiadomo czy prawdziwym czy udawanym.

– Dla mnie skłamać to tak, jak innemu splunąć. Ale nie jest to bynajmniej to samo. Plucie jest umiejętnością fizjologiczną, zbierasz ślinę i wyrzucasz ją z siebie, im dalej tym lepiej. Kłamstwo jest natomiast sztuką, artyzmem, musisz mieć w tym kierunku talent, a co najmniej zadatki. – Niedźwiedź mówił z taką swadą i znajomością rzeczy, że nikt nawet nie zauważył, kiedy rozwinął teorię kłamstwa, cytując autorytety, literaturę fachową oraz przytaczając wpadki, jakie zdarzały się nawet mistrzom wprawionym w kłamstwie.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 137: Organizacja pracy Laboratorium

Po podjęciu decyzji stworzenia konioczłowieka i nadania mu imienia Josef firma wpadła w rutynę szalonych spotkań, dyskusji i decyzji. Zasady współpracy laborantów celowo zostały określone w sposób ogólny, aby zachować elastyczność i nie krępować inicjatywy i inwencji twórczej. Wyglądało to, jakby zostały pozostawione żywiołowi.

Wzorując się na awangardowych firmach, traktujących pracowników jak współwłaścicieli, zarząd zapewnił laborantom całkowitą swobodę postępowania; mogli uczestniczyć w pracy dowolnego zespołu i włączać się do projektów, gdzie uważali, że wniosą znaczący wkład. Tworzyło to masę synergii. Pewne słabości, jakie wystąpiły, uznano za koszt uzyskania wysokiej wydajności pracy. Salki rozłożone wokół dużej sali konferencyjnej wyposażono w fotele i kanapy do wypoczynku w czasie pracy. Pracownicy mogli także korzystać bez ograniczeń z kawy, herbaty i innych napojów oraz papierosów.

Opór pracowników budziły na początku kamery przemysłowe, choć wszyscy zdawali sobie sprawę, że firma musi je mieć dla bezpieczeństwa. Były one wszędzie, na zewnątrz i wewnątrz budynków, we wszystkich pomieszczeniach z wyjątkiem toalet i przebieralni należącej do siłowni. Pracownicy pogodzili się z nimi dopiero po ustaleniu, że na żądanie każdy z nich będzie mieć dostęp do nagrania z dowolnej kamery. Po upływie trzech miesięcy nagrania niebudzące wątpliwości Działu Bezpieczeństwa i zarządu były kasowane. Było to bardzo demokratyczne i uspokajające.

W pracach Laboratorium uczestniczyli psycholodzy i psychoterapeuci. Ich rolą była integracja psychiczna konioczłowieka jako przedstawiciela dwóch różnych gatunków. W razie potrzeby mieli też pomagać pracownikom. W gronie naukowców i praktyków był także psychiatra. Zarząd firmy uważał, że jego pomoc raczej nie będzie potrzebna załodze. Gdyby wymagana był interwencja psychiatry, byłby to przypadek specjalny.

Przed zatrudnieniem wszyscy przeszli testy psychologiczne. Pracownicy mieli do siebie zaufanie, ale zachowywali czujność, licząc się nie tyle z nieuczciwością czy zdradą członków organizacji, ile ze słabością charakteru, nieuwagą czy nieostrożnością. System się sprawdzał, potwierdzały to informacje przekazywane zarządowi przez Zespół Bezpieczeństwa.

– Wszyscy jesteśmy w tym samym kotle jak na ognisku u dzikiego luda. Jeśli jeden z nas zechce podgrzać zawartość do temperatury wrzenia, sam także się ugotuje. To jest nasza gwarancja.

Dykteryjki tego rodzaju opowiadano dla rozładowania napięcia, nieuniknionego w przedsięwzięciach dużego ryzyka. Nie było to pozbawione naukowych podstaw.

Dla rozwiązywania konfliktów Laboratorium stosowało metodę kręgów naprawczych, obejmujących kręgi otwierające, wspólne i zamykające. Metoda dała zaskakująco pozytywne rezultaty. Zdarzało się, że pod koniec dnia pracy ludzie padali sobie w ramiona wybaczając sobie nawzajem niewłaściwe zachowania, przekleństwa, agresywność, niechęć, podszczypywanie i podglądanie, a nawet grzechy przeszłości. Kręgi naprawcze były odpowiednikiem spowiedzi, pokuty i wybaczenia; w sprawach najpoważniejszych miały zastąpić sąd.

Praca nad człowiekoniem wyzwoliła pokłady inicjatyw i wynalazczości. Ulepszono narzędzia prezentacji i analizy tworząc innowacyjne rysunki, schematy, projekcje, animacje, modele symulacyjne oraz bazy danych. Nad wszystkim czuwali instruktorzy, którzy nazywali siebie facylitatorami. Usprawniali oni komunikację między osobami i grupami, pomagając znaleźć wspólne rozwiązania, uściślając kody językowe, wyjaśniając intencje stron oraz motywując do osiągania wyznaczonych celów.

Podstawowe zasady pracy Laboratorium były przejrzyste i surowe. Z samego rana na sali konferencyjnej odbywała się dyskusja ogólna przy wielkim, okrągłym stole. Po jej zakończeniu uczestnicy łączyli się w zespoły do pracy przy mniejszych stołach. Każdy pracownik mógł w każdej chwili zmienić zespół, aby aktywnie uczestniczyć w dyskusji lub tylko po to, aby jej się przysłuchiwać. Po południu odbywała się ponownie dyskusja ogólna przy wielkim stole dla omówienia wyników prac w zespołach roboczych.

– I tak w kółko Wojciechu. W końcu dnia masz wszystkiego dosyć, ale równocześnie jesteś zachwycony. Jeśli odczuwasz zbyt dużo presji, wyłączasz się. Nikt nie pracuje ponad siły, byłoby to niebezpieczne. Wszyscy to rozumiemy i akceptujemy. – Była to opinia, którą można było słyszeć z niejednych ust.

Jeśli chodzi o wypoczynek, to oprócz spacerów, zajęć na wolnym powietrzu i ćwiczeń na wolnym powietrzu, laboranci mieli także inne możliwości rozrywki i relaksu: dwie biblioteki, kino, kluby dyskusyjne, telewizję. Po nocnym odpoczynku powracali rano do pracy w pełni zregenerowani. Pokoje odpowiadały standardem czterogwiazdkowemu hotelowi.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 133: Lęk przed nieznanym

Przez wszystkie słowa, tony wypowiedzi i gesty przebijał się ludzki lęk przed nieznanym. W Niotse wezbrało współczucie. Nie zdawała sobie sprawy, że zachowuje się jak samica, dojrzała matka, która dostrzegła w potomstwie przerażenie czymś nieznanym.

– Skutków dokładnie nie znamy. Nikt ich nie zna. Możemy tylko je przewidywać, snuć spekulacje. Musimy liczyć na zdolność adaptacji konioczłowieka do nowego otoczenia i wzajemnej tolerancji dwóch gatunków. Trzech gatunków – poprawiła się po kilku sekundach. – Człowieka, konia i konioczłowieka. Dlatego przestańmy się zajmować tym, co jest niepewne. Jeśli będziemy kierować się lękiem przed nieznanym, to nigdy nie uratujemy koni ani przyrody! Ani ludzi, na dobrą sprawę.

Jej tłumaczenie, pozbawione rzeczowych argumentów, płytkie jak kałuża po deszczu, przemówiło jednak do audytorium. Ci, którzy się buntowali, uspokoili się, przynajmniej chwilowo. Niotse okazała się skutecznym spowiednikiem. Wybaczyła laborantom grzech ignorancji, zwolniła ich z poczucia winy i udzieliła przebaczenia. A oni to kupili! Niotse poczuła, że powinna kuć żelazo, póki gorące, aby ostatecznie rozprawić się z niepewnością i lękiem.

– Gdyby coś nie poszło tak, jak trzeba, zniszczymy Obiekt. To my będziemy Stwórcą, którego nikt nie rozlicza. Skoro zostaliśmy stworzeni na wzór i podobieństwo boże, to mamy także jego władzę.

Była to wypowiedź odważna, wręcz obrazoburcza. Niotse przestraszyła się, czy uzurpowanie sobie roli Stwórcy nie wywoła buntu osób najmocniej wierzących w Boga. Nic takiego nie nastąpiło. Konsternacja zebranych przemieniła się w zapał. Wątpiący zostali wciągnięci w wir pozytywnego myślenia. Pracownicy wstawali z foteli i klaszcząc w dłonie przyłączali się do rosnącego aplauzu. Był to odruch stadny, udzielania poparcia charyzmatycznemu przywódcy. Nie zdawali sobie z tego sprawy, mieli poczucie współuczestnictwa w wyzwolicielskiej rewolucji.

Niotse pozwoliła zebranym wyrazić radość odzyskania dobrego samopoczucia, po czym interweniowała. Chciała zakończyć spotkanie w najlepszym punkcie.

– Dobrze! Osiągnęliśmy porozumienie. To mnie bardzo cieszy. Wobec tego zamykam zebranie. Wracajcie do dyskusji panelowych. Zgodnie z zasadami, każdy może zmienić stół, grupę i temat w dowolnym momencie. Każdy zespół ma przewodniczącego i sekretarza. Jutro o godzinie ósmej rano, punktualnie jak na świątecznej mszy w kościele, zbieramy się tutaj, w tym samym miejscu, aby omówić wyniki spotkań grupowych. Poprowadzę również jutrzejsze zebranie.

Kiedy wychodziła z sali, laboranci podchodzili do niej i gratulowali. Znowu byli jedną, zgraną ferajną połączoną duchem sprzeciwu wobec niegodziwości społeczeństwa i pragnieniem naprawy rzeczywistości.

 

Konspiracja dawała się we znaki pracownikom laboratorium. Nieprzerwane pilnowanie się, używanie pseudonimów, kodowanie, szyfrowanie, strach przed zdradą któregoś z kolegów choćby wskutek beznadziejnej słabości czy głupoty, paraliżowała pracę twórczą i krępowała swobodę osobistą. Niotse nie mogła dłużej tego tolerować. Znowu pokierowała nią bardziej intuicja, instynkt i temperament niż rozum. Po kolejnym spięciu na temat wzajemnego zaufania i dyscypliny pracy podjęła decyzję.

– Rozumiem was. Myślałam o tym niejednokrotnie. Spisałam sobie wszystkie niedogodności konspiracji. To długa lista. Wymieniacie przykładowo podsłuchiwanie rozmów telefonicznych, rozbudowane instrukcje, szczegółowe regulaminy, częste szkolenia, jak zachować bezpieczeństwo osobiste i tajemnicę służbową, materiały ściśle tajne, tajne, poufne i inne. Skarżycie się też, że ktoś przegląda wasze szafki.

Zniecierpliwiony Niedźwiedź rzucił przykład, podtrzymany okrzykami poparcia.

– Nie mogę wyjść na cholerny spacer po terenie laboratorium, aby ktoś mnie nie szpiegował. Musimy poluźnić dyscyplinę. Konspiracja nie może nas przytłaczać, ograniczając zdolność i nastrój do twórczej pracy.

Niotse przerwała tok wynurzeń.

– Nie ma nic za darmo. Musicie to wiedzieć. Dla rozwiązania problemu, wprowadźmy prostą zasadę: za zdradę, nieuzasadnioną nieostrożność, drastyczne zaniedbanie, które narazi Laboratorium na poważne niebezpieczeństwo, winny odpowie głową. – Kiedy skończyła mówić, poczuła kołatanie serca i suchość w ustach. Zachowała się jak dyktator, decydujący o życiu i śmierci. Było to jednak konieczne, wręcz nieuniknione. Odpowiedziało jej milczenie. Uznała je za akceptację brutalnej zasady.

*****

Kolejne zebranie załogi zgromadziło wszystkich specjalistów, osoby kluczowe dla stworzenia konioczłowieka. Była to ogromna grupa: bioinżynierowie genetyczni, biotechnolodzy, genetycy molekularni, inżynierowe projektów, jakości i procesów, anestezjolodzy, cała plejada chirurgów, farmakolodzy, weterynarze, fizjolodzy, genetycy, neurobiolodzy, biochemicy. Po twarzach było widać, jak bardzo są sfrustrowani. Wywołali burzę.

– To, co osiągnęliśmy na poprzednich zebraniach, niewiele nam daje. Potrzebujemy dokładniejszego zrozumienia celu. Musimy w końcu naukowo uporządkować cechy Obiektu, jaki mamy stworzyć, ustalić definicję i opis nowego gatunku biologicznego.

Dyskusja o już istniejącej systematyce konia domowego i człowieka, z opisem domeny, królestwa, gromady, podgromady, rodziny, rodzaju i gatunku, była dla Niotse zbyt skomplikowana, aby zastanawiać się nad nią, ale rozumiała, że twórcy konioczłowieka muszą znać te szczegóły. Zdała sobie sprawę, że każdy specjalista i każdy zespół ma swoje oczekiwania, a jej rolą jest je zrozumieć, skoordynować i włączyć do programu pracy Laboratorium.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 131: Front przejmuje udziały w Laboratorium

W końcu zimy nastąpił nagły pomór koni. Było to dziwne, ponieważ temperatury były ujemne, od wielu dni panował mróz, a zabójczy wirus normalnie uaktywniał się w temperaturach dodatnich. Po dokładnym zbadaniu sprawy zarząd Laboratorium był pewien, że epidemia została sztucznie wywołana. Ślady prowadziły do zakładu weterynaryjnego współpracującego z ministerstwem ochrony środowiska. Był to kolejny dowód potwierdzający, że rząd Blawatsky’ego wspiera eksterminację koni kierując się interesami hodowców bydła oraz dystrybutorów ciągników i maszyn rolniczych. Ekoanarchiści zdali sobie sprawę, że ich tradycyjne metody postępowania nie ochronią koni przed wyginięciem. Konieczne było wymyślenie czegoś nowego, radykalnego.

*****

Po kilkumiesięcznych negocjacjach Front Wyzwolenia Koni nabył pięćdziesiąt jeden procent akcji Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci. Nowy udziałowiec wnosił nie tylko wielki kapitał, ale i dysponował grupą specjalistów o wysokich kwalifikacjach, pełnych entuzjazmu i determinacji. Krążyła pogłoska, że właściwym źródłem kapitału był zachowujący anonimowość członek Frontu. Miał to być doświadczony hodowca, właściciel kilku stadnin koni, w którego interesie leżał pomyślny rozwój Laboratorium. Złośliwi mówili o nim, że był filantropem z przerostem ambicji. Ktoś ujął to prostym stwierdzeniem:

– Nikt o zdrowych zmysłach nie wkłada pieniędzy w interes o ograniczonej skali możliwości i nieskończonej skali ryzyka.

Po przejęciu Laboratorium Front Wyzwolenia Koni rozwiązał się. Jego członkowie zostali pracownikami firmy, która przejęła także sprawy prowadzone przez Front. Dotychczasowy zarząd Laboratorium pozostał na stanowisku z wyjątkiem prezesa. Jego miejsce zajęła Niotse. Starzy właściciele firmy wahali się, czy zgodzić się na powierzenie kierownictwa tak młodej i niedoświadczonej osobie. Przekonała ich jej niezwykła energia i pomysłowość oraz niezachwiana wiara pracowników w jej talent i charakter. Nie bez znaczenia był fakt bezpieczeństwa; nikomu z zewnątrz nie przyszłoby do głowy, że poważnej organizacji może szefować tak młoda osoba, w dodatku kobieta. 

*****

Wraz z powiększeniem kapitału zmieniono nazwę firmy na Laboratorium Szyfrowanych Koni oraz przeniesiono ją pod inny, bardziej dogodny i bezpieczny adres. W budynku znajdował się ukryty pod ziemią schron przeciwatomowy, opuszczony, lecz w doskonałym stanie. W czasach zimnej wojny mieściło się w nim wojskowe centrum dowodzenia. Posiadłość i stojący na niej budynek wyszukał Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa na liście majątku wojskowego do likwidacji. Kiedy Laboratorium przejęło posiadłość i budynek, nazwa sprzedanego obiektu znikła z wykazów mienia wojskowego.

Pod nowym adresem Laboratorium Szyfrowanych Koni zarejestrowało jeszcze dwie inne organizacje. Było to przemyślane działanie. Chodziło o skuteczne odwrócenie uwagi od Laboratorium; klienci firmy mogli udawać, że przychodzą w interesach do zupełnie kogo innego. Pierwszą z dwóch organizacji był Instytut Weterynarii Ssaków Egzotycznych, jednostka równie osobliwa jak jego nazwa. W celach jej promocji przed budynkiem ustawiono makiety żyrafy, nosorożca i wielkich kolorowych papug Żiżka, tworzących wrażenie ogrodu zoologicznego służącego rekreacji i edukacji dzieci i młodzieży.

Trzecią organizacją był Instytut Historii Konia. Była to fundacja prowadząca badania historii konia i zbierająca fundusze na te cele. W rzeczywistości służyła ona jako skrzynka kontaktowa; przechodziły przez nią wszystkie nici wiążące Laboratorium Szyfrowanych Koni z otoczeniem zewnętrznym. W pomieszczeniach Instytutu mieściły się także biuro i magazyn Zespołu Bezpieczeństwa, stanowiącego centrum wywiadu, kontrwywiadu i ochrony Laboratorium. Z boku posiadłości, w stoku wzgórza porośniętego drzewami zbudowano w ekspresowym tempie tunel prowadzący do magazynów Laboratorium, przez który mogły wjeżdżać niezauważone nawet ciężarówki.

Oficjalnie Laboratorium Szyfrowanych Koni było firmą produkcyjno-handlową zajmującą się produkcją i dystrybucją gier komputerowych, których bohaterami byli wojownicy określani jako konie bojowe. W tym celu w firmie stworzono specjalny dział gier komputerowych.

Dysponował on kilkudziesięcioma grami, prowadził ich sprzedaż, wysyłał próbki i udzielał informacji. Pomysłodawcami i autorami gier byli pracownicy Laboratorium. Zajmowali się tym w godzinach wolnych od pracy.

Był to jeden z najlepszych pomysłów zarządu Laboratorium. Produkcja i sprzedaż gier strategicznych dawały ujście inwencji twórczej, stwarzały dodatkowe dochody, pomagały także rozładować frustrację pracowników oderwanych od rodzin i świata zewnętrznego. Gry były tak skonstruowane, aby ich użytkownicy mogli je dalej rozwijać we własnym zakresie. Niektóre z nich, gry strategiczne, były zbyt skomplikowane, aby mógł z nich korzystać przeciętny użytkownik. Głównym klientem było wojsko, poważnie traktujące rozwój intelektualny swojej kadry oficerskiej. Gry strategiczne dawały możliwość – w razie potrzeby – nawiązania bliższej współpracy z wojskiem w sposób niezwracający uwagi nawet osób wewnątrz organizacji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 130: Narada pracowników Laboratorium

 

Sala konferencyjna Laboratorium nie widziała jeszcze takiego tłumu. Miało to być spotkanie informacyjne, zarząd firmy obiecał przedstawić na nim plany na przyszłość. Wszyscy byli ich ciekawi. Na spotkanie przybyli nie tylko pracownicy merytoryczni, naukowcy różnych specjalności, genetycy, statystycy, lekarze, weterynarze, chirurdzy, ale i personel pomocniczy, sekretarki, ochroniarze, kierowcy, sprzątaczki i kucharze. Większość osób nie znała się osobiście, wszyscy ukrywali się pod pseudonimami, obowiązywała anonimowość. Przypominało to partyzantkę. Łączyło ich jedno; stanowili wspólnotę, która miała zmienić Nomadię, a może nawet i świat, przywracając równowagę między ludźmi, zwierzętami i przyrodą.

Poprzedniego dnia nastąpiła, jak zawsze niespodziewanie, wielka awaria elektryczna i nie wszystko działało jeszcze należycie. Ponieważ było ciepło, ludzie przybyli ubrani przeważnie w krótkich spodenkach i koszulach oraz spódnicach i bluzkach. Kilka osób było w dresach, jakby przyszli prosto z sali treningowej. Od czasu przejęcia udziałów kapitałowych w firmie przez Front Wyzwolenia Koni przestano przywiązywać wagę do ubioru; duch anarchizmu przeniknął wszystkie tkanki organizacji.

Mimo wykształcenia i wysokich kwalifikacji wielu uczestników zebrania czuło się zagubionych. Każdy miał swoją specjalizację, nikt nie ogarniał całości przedsięwzięcia. Przypominało to patrzenie przez dziurkę od klucza na halę wystawową mieszczącą setki eksponatów, kiedy widzi się tylko jeden obraz, domyślając się, że mogą tam być ich setki a może nawet i tysiące. Niespokojna wyobraźnia powiększała ich zagubienie. Stworzenie hybrydy stało się nagle większym wyzwaniem niż upiorna pustynia, gdzie w ciągu dnia słońce odbywa piekielny taniec w płonącym welonie, a nocą wałęsają się wysuszone duchy ludzi i zwierząt padłych z wycieńczenia.

Nie wiedzieli od czego zacząć; czuli się jak dzieci, które ledwie nauczyły się dukać, a już wezwano je do analizy zawiłego dzieła naukowego.

Czekanie na rozpoczęcie zebrania przedłużało się. Opóźnienie przekroczyło już pół godziny. Z audytorium padały pytania i sugestie w kierunku stołu prezydialnego stojącego w końcu sali konferencyjnej. Ludzie niecierpliwili się coraz bardziej widząc członka zarządu siedzącego nieruchomo ze wzrokiem wbitym w notatki rozłożone na stole. Starszy mężczyzna, w garniturze i pod krawatem, wyglądał jakby wrósł w krzesło. Ktoś odezwał się nagle głośno, właściwie krzyknął:

– Na początku był chaos.

Wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. Był to brodaty mężczyzna z gęstą czupryną ciemnobrązowych włosów przypominających rozkudłany pióropusz.

– Nazywam się Niedźwiedź – wyjaśnił spokojnie i rozglądając się wokół wyprostował się, aby lepiej go widziano. – To moja ksywa oczywiście – dodał zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy domyślili się tego. Mężczyzna odchrząknął, popatrzył dookoła i wyjaśnił:

– Jestem filozofem zwierząt i pierwszy chcę zabrać głos. Ktoś musi zacząć, skoro przewodniczący zebrania zasnął. Albo nie wie, co zrobić.

Kilka osób zaczęło klaskać. Wyglądało to trochę teatralnie.

– Pytaniem jest, co my właściwie chcemy osiągnąć. Wiemy, że ma to być hybryda konia i człowieka, ale to bardzo nieprecyzyjne pojęcie. Jak zaczniemy o tym dyskutować, to tylko pogłębimy rozgardiasz pojęciowy. Dlatego ja, Niedźwiedź … Mężczyzna przerwał, aby nabrać powietrza. Po chwili złożył propozycję:

– Ponieważ jestem pacyfistą, mówcie mi Misiu.

Zrobił to chyba dla rozładowania napięcia. Oferta spotkała się ze śmiechem i oklaskami. Nikt nie wiedział, do czego zmierza, czuli jednak, że przyświeca mu jakiś cel.

– No dobrze. Koniec żartów. Jestem filozofem, ale także animatorem spotkań biznesowych i artystycznych. Proponuję, aby to, co Laboratorium ma stworzyć, nazwać Obiektem, ponieważ dokładnie nie wiemy jeszcze, co to będzie. Taka nazwa to dobry kamuflaż, a my potrzebujemy konspiracji. Jeśli przyjmujecie moją propozycję, dajcie znać podnosząc rękę. To będzie dobry początek, bo sprawa jest cholernie skomplikowana.

– Przyjmujemy! Przyjmujemy! – Rozległy się głosy. Podnosiło się coraz więcej rąk.

Rosaton pomyślał, że Niedźwiedź został zatrudniony dla zapewnienia rozrywki i teraz przedstawia farsę, aby rozładować napięcie oczekiwania, szybko jednak nabrał przekonania, że ma on inny, ważniejszy cel do realizacji. Ruchem ręki nakazującym „Dajcie mi chwilę czasu” Niedźwiedź uspokoił salę, po czym kontynuował.

– Powiem wam, jak ja to widzę. Stoimy przed dylematem, czy Obiekt ma być konioczłowiekiem, czyli mieć więcej cech zwierzęcych, czy też człowiekoniem, czyli mieć więcej cech ludzkich. Jest jeszcze trzecia opcja – zrównoważenie cech ludzkich i końskich, anatomicznych, fizjologicznych i psychicznych, ale to chyba niemożliwe. Uczestnicy spotkania patrzyli w skupieniu na Niedźwiedzia. Mówił logicznie. Ich napięta uwaga utrwaliła go w przekonaniu, że porusza się we właściwym kierunku. Jego głos zabrzmiał mocniej.

– Kolejna sprawa to wygląd Obiektu. Widzę dwie możliwości: mitologiczny Centaur, z czterema nogami i tułowiem konia, zwieńczony z przodu torsem i rękami człowieka, albo model prostszy, czyli ludzki tułów osadzony na dwóch końskich nogach.

W miarę jak Niedźwiedź mówił, na telebimie zawieszonym wysoko nad stołem prezydialnym pojawiały się obrazy centaura arkadyjskiego Eurytiona, dobrego centaura Folosa i innych mieszkańców Tesalii i Arkadii, a potem szkice i schematy łącznie z wyliczeniami proporcji ciała. Po zakończeniu prezentacji Niedźwiedź podsumował, nad czym mieli się zastanowić: pierwsze – to nazwa, jaką ostatecznie powinien otrzymać Obiekt, drugie – układ jego przymiotów końskich i ludzkich, trzecie – jaką postać mu nadać.

Do dyskusji zgłosiło się kilka osób. Pytania cisnęły im się na usta, ktoś głośno wyrywał się z propozycjami. Niedźwiedź popatrzył na siedzącego przy stole przewodniczącego, jeszcze bardziej zgarbionego nad papierami, aby upewnić się, czy nie zechce interweniować. Przy krańcu stołu zauważył Niotse. Nie widział jej tam wcześniej, zjawiła się nie wiadomo kiedy. Skinęła mu potakująco głową. Przyjął to jako znak akceptacji jego przewodnictwa w dyskusji i poprosił, aby uczestnicy spotkania podzielili się na grupy i rozeszli do stolików. Było ich dziesięć.

Niedźwiedź traktował swoje wystąpienie i dyskusje przy stolikach bardzo nieformalnie, na luzie, uznając je za burze mózgów, gdzie każdy mógł swobodnie przedstawiać pomysły nie martwiąc się, czy są one dobre czy złe. Po południu każdy zespół miał przedstawić swoje przemyślenia na sali ogólnej.

Propozycje przyjęto z entuzjazmem. Chwilę później pojawiła się przy Niedźwiedziu Niotse. Popatrzyła na niego z uwagą, uśmiechnęła się aprobująco i rzuciła krótko: – Wielkie dzięki, Niedźwiedziu! – po czym dodała: – Przewodnicz dalej dyskusji. Tego staruszka zasypiającego przy stole odsunęłam już od obowiązków. To dobry człowiek, ale ma słaby charakter. Jest członkiem starego zarządu Laboratorium. Zawiodłam się na nim. Nie wiem, dlaczego się załamał. – Mówiąc to zdała sobie sprawę, że czeka ją jeszcze wiele niespodzianek.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 123: Przyszłość Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci + zapowiedź

Pragnę poinformować Szanownych Czytelników, że w każdą niedzielę zamierzam zamieszczać na stronie autorskiej (niezależnie od codziennego odcinka powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”) dwa wiersze z mojego tomiku poezji „Klęczy cisza niezmącona”, dla urozmaicenia dnia świątecznego.

Przypomnę, że skrócone recenzje i opinie o moich utworach literackich znajdują się na górnym pasku menu.  

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

P.S. Mam jeszcze dalsze plany publicystyczno-wydawnicze, ale nie mogę ich zdradzić, aby nie czynić zapowiedzi i składać obietnic podobnie jak politycy, oby Bóg miał ich w swojej opiece (ale bez przesady!).

Uzyskanie licencji na stosowanie inżynierii genetycznej wymagało dorobku w postaci badań i udanych eksperymentów genetycznych na poziomie co najmniej podstawowym. Laboratorium dysponowało już takim doświadczeniem. Zdobyło je udoskonalając muszkę owocową z gatunku „drosophila melanogaster”, co w języku greckim znaczy „ciemnobrzucha miłośniczka rosy”. Był to organizm modelowy, łatwy w hodowli, szybko rozmnażający się, o nieskomplikowanej anatomii i fizjologii. Muszka przechodziła siedemnaście faz rozwoju, każda z nich była liczona w minutach, razem trwały one niecałą dobę od zapłodnienia do pojawienia się larwy. Uzyskanie licencji było kosztownym przedsięwzięciem, ponieważ wiązało się z niekończącymi się testami, zmianami podejścia i techniki.

Po wielu niepomyślnych próbach z organizmem modelowym, Laboratorium udało się wyhodować muchę ponadnormatywną. Był to prawdziwy sukces. Normalnie mucha ma jedną parę oczu i jedną parę skrzydeł, mucha ponadnormatywna miała trzy pary oczu usytuowanych dookoła głowy oraz jedną parę z tyłu na odwłoku, dzięki czemu mogła nieprzerwanie obserwować otoczenie ze wszystkich stron.

Stworzenie muchy ponadnormatywnej przyniosło Laboratorium nie tylko oczekiwaną licencję, ale i sławę. Cztery pary oczu oznaczało więcej niż zdublowanie osiągnięć ewolucji trwającej miliony lat. Muchę uznano za przełomowe osiągnięcie naukowe; szeroko pisała o tym prasa fachowa oraz informowała telewizja. Dla zrekompensowania zwiększonego ciężaru – oczy były panoramiczne a przez to większe i cięższe – mucha miała dodatkową parę skrzydeł. Pozostawały one najczęściej w stanie złożonym stanowiąc strategiczną rezerwę organizmu.

Pierwszy zarobek firmy pochodził ze sprzedaży patentu na muchę. Była to kwota solidna, ale nie szokująca wielkością. Prawdziwe pieniądze, wszyscy byli tym zaskoczeni, firma zarobiła dopiero na sprzedaży zdjęć muchy. Zdjęcia przemawiały tak niesamowicie do wyobraźni, że kupiły je na pniu, konkurując ze sobą, trzy wielkie firmy okulistyczne, każda prowadząca działalność na innym kontynencie. Zdjęcia zostały wykorzystane dla wzmocnienia haseł reklamowych „Tylko nasze okulary zapewniają kompletne widzenie świata” oraz „Tylko u nas obejrzysz siebie w najdrobniejszym szczególe” i podobnych. Ukazały się one na tysiącach bilbordów, przynosząc reklamodawcom ogromne dochody poprzez zwiększoną sprzedaż okularów.

Przyszłość Laboratorium widziano w doskonaleniu genetycznym konia i człowieka. Perspektywę tę przedstawił doktor genetyki aspirujący do stanowiska prezesa zarządu, zaakceptowany przez walne zgromadzanie jako najpoważniejszy kandydat do stanowiska. O jego zatrudnieniu miała zadecydować rada nadzorcza.

Po genetyku głos zabrał mężczyzna w sile wieku, z sumiastymi wąsami.

– My poszliśmy do przodu, ale konie zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że dały się sprowadzić do prostych funkcji transportowych, jeździeckich, pracy w cyrku i podobnych. Konie mają więcej cech pozytywnych niż człowiek. Nie mają wprawdzie naszego rozumu, ale też nie wyrządzają tyle zła, co człowiek: nie zaśmiecają lasów ani oceanów, nie zanieczyszczają powietrza spalinami i dymem z kominów, nie umieją przeklinać, donosić ani mścić się, nie wspominając o podkładaniu świni bliźniemu lub budowaniu miniaturowych bomb atomowych dla celów terrorystycznych. Była to mocna i szokująca opinia; nikt wcześniej nie oceniał koni z tej perspektywy.

Rosaton zapytał sąsiada, kto to taki, na co otrzymał dziwną informację, że jest to duchowny jednego z pomniejszych kościołów, hodowca koni, osobnik uczuciowy, wielodzietny, w swojej moralności sięgający nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkają bogowie.

Kiedy dziennikarz popatrzył na mówiącego z niemym zaskoczeniem, ten uznał to za zachętę do uzupełnienia wypowiedzi.

– Jest ich kilku, znaczy się bogów, bo każda religia ma swojego, którego uznaje za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych. Ci bogowie nie rwą się do decydowania, co stanie się z koniem i człowiekiem. Dlatego odpowiedzialność za to spoczywa na nas. – Wypowiadając te słowa, nieznajomy patrzył rozmówcy w oczy nie odwracając wzroku, jakby chciał tym przekonać go do swojej racji. Było to niezwykle krępujące. Rosatonowi przeszło przez myśl, że jest to anarchista. Przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna przypominał dystyngowanego grabarza reklamującego najpiękniejszy na świecie cmentarz z panoramicznym widokiem na morze z falami odbijającymi błękit nieba i kolorowymi plamkami łódek rybackich. Wszystko na nim było połyskliwie czarne, nawet przylizane włosy z przedziałkiem pośrodku. Czarny płaszcz, laska i rękawiczki były schludnie ułożone na kolanach, pantofle były elegancko wyczyszczone i błyszczące. Białe były tylko mankiety koszuli i kołnierzyk, dwa wąskie sieroce pasemka. W oczy rzucała się sztywnie wyprostowana sylwetka mężczyzny i znaczek w klapie. Był to symbol anarchistów: czerwona litera „A” przekreślona poziomo czerwoną krechą na tle białego koła.

Mieszanka krwistej czerwieni i plamek bieli na tle głębokiej czerni poruszyła w Rosatonie niepokojący akord, którego oryginalnego dźwięku nie mógł sobie przypomnieć. Obraz i zapomniany dźwięk skojarzyły mu się z wojną.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 122: Walne zgromadzenie udziałowców

W ogromnej sali Centrum Konferencyjnego Parobas, dwa razy większej niż boisko piłkarskie, wymownym świadku zasobności albo manii wielkości właściciela, trwało walne zgromadzenie udziałowców Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, firmy z kilkudziesięcioma latami doświadczenia. Program zebrania przewidywał udzielenie absolutorium zarządowi za miniony rok, zmianę nazwy firmy oraz ustalenie kierunków dalszego działania.

Na sali spotkali się ludzie majętni, uporządkowani życiowo, głównie inwestorzy. Początkowo spokojna i rzeczowa dyskusja przekształciła się pod koniec zebrania w burzę, w której uczestnicy prawie obrzucali się wyzwiskami. Nie mogło zresztą być inaczej, skoro chodziło o pieniądze, a od dłuższego czasu sprawy firmy nie układały się najlepiej. Czasy były ciężkie, Laboratorium ponosiło straty, przyszłość stała pod znakiem zapytania. W ciągu jednego roku firma straciła dwóch najlepszych, doskonale opłacanych specjalistów. Odeszli rozczarowani stosunkami wewnętrznymi i brakiem motywujących projektów. Kilka eksperymentów genetycznych nie udało się, kilka było połowicznie udanych. Klienci wycofywali się z wcześniej obiecanych zleceń; w sumie wyglądało to na klęskę.

Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci było nazwą historyczną. Wymyślił ją założyciel firmy mając na uwadze konie zagrożone wyginięciem. Był nim sufragan, biskup pomocniczy, episcopus auxiliaris, z południa Nomadii, osoba głębokiej wiary, hodowca i szalony miłośnik koni, zasłużony dla kraju obrońca ginących gatunków zwierząt. Jego obsesją było zachowanie przy życiu choćby dwóch pierwotnych gatunków koni. Pod koniec życia sufragan traktował konie podobnie jak ludzi, mówiąc o nich i rozmawiając z nimi tak, jak rozmawia się z dziećmi czy wnukami. Wynajdywał im dziwne imiona, a nawet je chrzcił. Czynił to po cichu, aby nie zniszczyć swojej reputacji, jaką cieszył się w Kościele Hierarchicznym, którego był wyznawcą i aktywnym członkiem. Celibat obowiązujący w kościele nie przeszkodził mu mieć dwoje dzieci, o które troszczył się nie mniej niż o konie, stanowiące pasję jego życia.

W dniu walnego zgromadzenia firmą rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy jakby porażonej długotrwałą amnezją, praprawnuk założyciela firmy.

Wybrany przez udziałowców przewodniczący zebrania pozwolił mu tłumaczyć się przez kilka minut z dorobku zarządczego, zupełnie niepotrzebnie, bo i tak było wiadomo, że musi odejść. Konkurent prezesa firmy, jedyny zresztą, gdyż stanowisko to wymagało nadzwyczajnych kwalifikacji i doświadczenia, doktor genetyki, naukowiec z doświadczeniem pracy w różnych branżach związanych z hodowlą i wykorzystaniem zwierząt, wcześniej rozeznał, że ma poważne szanse zostania prezesem i aktywnie partycypował w dyskusji. Przedstawiając się, wspomniał, że jego dziadek był starszym koniuszym na dworze cesarskim, spodziewając się, że da mu to dodatkowy punkt za tradycję rodzinną.

Od czasu sufragana, założyciela Laboratorium, rządziło nim już czwarte lub piąte pokolenie. Prezes kwalifikujący się do zwolnienia był ostatnim, najmniej udanym reprezentantem rodu. Na początku Laboratorium utrzymywało się z badania i leczenia koni, operacji chirurgicznych oraz poradnictwa i pomocy w selekcji i hodowli. Kolejne pokolenia właścicieli oprócz pracy w firmie oddawały się dorywczo produkcji pomników dla koni, biznesem wolno rozwijającym się, ale lukratywnym.

Zebranie przerodziło się w kłótnię i to w najmniej oczekiwanym momencie. Chodziło o nazwę Laboratorium, a konkretnie o decyzję, czy ją zmienić czy nie, a jeśli tak, to na jaką.

– Nazwy nie zmieniajmy, bo to już jest tradycja. Może nawet nieco trąci myszką, ale taka tradycja jest najtrwalsza.

Tak sformułowaną propozycję wsparła jedna trzecia udziałowców. Podobna część była za zmianą nazwy, uważając, że nie oddaje już ona charakteru biznesu, jaki prowadzi firma i wręcz kłóci się z przyszłością, którą głosujący widzieli w inżynierii genetycznej. Pozostali udziałowcy wstrzymali się od głosu, co wywołało impas.

Rosaton uważnie przysłuchiwał się dyskusji. Będąc dziennikarzem łatwo otrzymał zaproszenie. Spodziewał się, że na walnym zebraniu będą się działy rzeczy ciekawe, może nawet niesamowite. Temat koni, ich hodowli i wykorzystania, stał w tym czasie na topie, co więcej, otaczały go kontrowersje. Do tego dochodziło rosnące zainteresowanie inżynierią genetyczną, zwłaszcza ze strony osób niezadowolonych ze sposobu, w jaki rząd Nomadii traktował zwierzęta i środowisko naturalne.

– Cholerny tradycjonalista – pomyślał Rosaton, słuchając wypowiedzi jakiegoś gaduły, gorącego obrońcy tradycji we wszystkich jej wymiarach, niewzruszonej i nieśmiertelnej. Siedząc z boku, z nudów przypatrywał się dużej rycinie ściennej przedstawiającej konia trojańskiego z płonącą grzywą, mającą prawdopodobnie symbolizować to, co stało się z historyczną Troją za jego przyczyną. Kiedy zbudził się z zamyślenia, usłyszał wypowiedź, której nie zrozumiał. Nie mogąc domyśleć się, czego dotyczy, zajrzał do programu zebrania pokazującego godziny rozpoczęcia i zakończenia każdej sesji; wciąż oceniano pracę zarządu minionej kadencji. Wkrótce zebrani przeszli do dyskusji o przyszłości.

O inżynierii genetycznej zarząd Laboratorium zaczął myśleć dużo wcześniej niż konkurenci. Pierwszy krok uczynił założyciel firmy, sufragan, przekonany, że wie o niej więcej niż inni, ponieważ osobiście znał ojca genetyki Gregora Mendla. Opisywał go z łatwością, jakby patrzył na niego: prosty nos, zwykłe okulary z cienkimi oprawkami, wzrok skierowany w prawo, duża fala włosów na prawej skroni, biały kołnierzyk. Brzmiało to jak opis postaci z portretu lub zdjęcia, ale nikt nie protestował, więc mu uchodziło. Przy innych okazjach sufragan mówił, że blisko przyjaźnił się z Mendlem, a później, w miarę jak popularność genetyki rosła, opowiadał i zachowywał się tak, jakby współuczestniczył w jego eksperymentach i rozumiał genetykę lepiej niż sam uczony, choć w okresie jego życia nie używano jeszcze nazwy genetyka. Może i coś w tym było, bo sufragan mówił zawsze bardzo rzeczowo o genialnym naukowcu-zakonniku, podawał szczegóły z jego życia, jak się ubierał, co lubił pić na śniadanie, i jakie miał nawyki.

W późniejszych latach wspominał go już jako zniewieściałego staruszka, który tylko z powodu niedowidzenia i pomylenia gatunków groszków pachnących, jakie przez siedem lat badał i na jakich eksperymentował, dzięki nadzwyczajnej wyobraźni poczynił cenne obserwacje o prawach rozmnażania się roślin i zasadach dziedziczenia cech. Na poparcie swojej tezy sufragan twierdził, że genialny Czech co najmniej dwa razy się pomylił: raz niewłaściwie skojarzył sobie konia z rośliną, uważając, że koniopłoch łąkowy, łacińska nazwa „silaum silaus”, roślina z rodziny selerowatych, dosyć rzadka, rosnąca na wilgotnych łąkach, wywołuje popłoch wśród koni. Czasem traktował genetyka jak człowieka łagodnie zaburzonego, raz nawet wspomniał, że był niespełna rozumu, nie odmawiał mu jednak zasług stworzenia podstaw genetyki, dziedziny wiedzy, w której przyszłość sam wierzył bez zastrzeżeń.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 13: Kariera zawodowa Sefardiego

Po założeniu rodziny Sefardi utrzymywał się z napraw zegarków i zegarów, ich czyszczenia i regulacji, wymiany szkiełek i baterii. Robił to z konieczności, bo nie szło mu za dobrze. Po kilku latach postanowił zrezygnować z napraw, aby rzucić się w wir pracy badawczo-wynalazczej. W podjęciu decyzji pomogły mu wakacje na Sardynii. Wrócił opalony, wypoczęty i zrelaksowany wyjątkowo przyjemną podróżą.

– Jestem zbyt powolny i zapominalski, musiałem coś z tym zrobić – tłumaczył przyjaciołom po powrocie do domu. Uśmiechał się przy tym szeroko. Rzadko kiedy tryskał takim optymizmem.

Pełnię sławy zyskał dopiero wtedy, kiedy jego zegarek dwa razy z rzędu zdobył tytuł championa na Mistrzostwach Świata w Zegarmistrzostwie Ręcznym. Co cztery lata jego wynalazki pokazywano na Światowej Wystawie Zegarków w pozłacanej gablocie, strzeżonej przez grupę komandosów. Na wystawie był jego chronometr wskazujący czas logiczny. Wymagało to skomplikowanych przeliczeń i było możliwe dzięki układowi mikroprocesorów wymyślonemu przez Mistrza.

Czasomierze Sefardiego mierzyły i pokazywały wszystkie wymiary czasu, niektóre odkryte dopiero przez niego: czas biologiczny, czas astronomiczny i czas uniwersalny, powszechnie znany ludziom. Wynalazca przeczuwał, że istnieje jeszcze kompozyt czasu, coś w rodzaju czasu pośredniego, integrującego w sobie trzy podstawowe rodzaje. Było to tak skomplikowane zagadnienie, że Sefardi musiał opóźniać pracę, czekając na nowe odkrycia w różnych dziedzinach nauki.

Dużo czasu zajęło Mistrzowi opracowanie zegara mierzącego czas biologiczny, w szczególności czas zwierząt ewolucyjnie stojących najbliżej człowieka. Fakt, że goryl genetycznie jest podobny do człowieka w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach, zachęciło Sefardiego do badań nad czasem małp człekokształtnych. Okazał się on podobny do czasu człowieka. Inne zwierzęta miały odmienne wskaźniki przebiegu czasu. Teoria gatunkowego zróżnicowania czasu była tak zawiła, że wymagała pracy naukowców z różnych dziedzin.

Po zapoznaniu się z klasyfikacją zwierząt Linneusza, Sefardi doszedł do wniosku, że każda kategoria istot żywych, włącznie z roślinami, ma swój własny czas, płynący z inną prędkością. Aby wyjaśnić swoją teorię Mistrz posługiwał się przykładem długowiecznego żółwia i człowieka.

– Wedle czasu kalendarzowego żółwie na wolności żyją nawet dwieście lat. Obiektywnie rzecz biorąc, nie żyją one dłużej niż człowiek, którego przeciętny czas życia wynosi siedemdziesiąt osiem lat. Czas żółwia płynie po prostu z inną prędkością, jest wolniejszy.

Słuchając teorii i wyjaśnień Sefardiego ludzie z łatwością dostrzegali jego genialność, byli jednak i tacy, którzy uważali go za zwykłego pomyleńca. Nie przeszkadzało mu to, ponieważ miał filozoficzne usposobienie. Uważał mianowicie, że geniusz i idiota znajdują się na tej samej skali rozumu, tylko na jej przeciwległych krańcach, czego wiele osób nie było w stanie zrozumieć.

Prowadząc zapisy ważniejszych wydarzeń własnego życia, rodzaj osobistego pamiętnika, Sefardi ustalił, że w miarę starzenia się czas człowieka przyśpiesza. Inaczej mówiąc, płynie on z różną prędkością w zależności od wieku. Mistrz starał się to zmierzyć konstruując specjalny rodzaj czasomierza. Pracę nad nim przerwał z przyczyn niejasnych dla rodziny i przyjaciół. Był to okres zwiększonych obowiązków, kiedy Sefardi angażował się coraz poważniej w działalność społeczną.

Przywódca Kościoła Hierarchicznego, Czarna Eminencja, uznał Sefardiego za cudotwórcę, obdarzonego przez Boga zdolnościami przerastającymi ludzkie możliwości, a z pewnością ludzką wyobraźnię. Eminencja nie obnosił się jednak publicznie ze swoją sympatią do wynalazcy z obawy, że zostanie opatrznie zrozumiany i oskarżony o bałwochwalstwo.

Penelopa, żona Sefardiego, nie była tak entuzjastyczna jak otoczenie i niekiedy wyrażała się o mężu dwuznacznie twierdząc, że jest stworzony do rzeczy wielkich, a nie do zwykłego życia. Niektórzy brali jej słowa za prawdę; znający ją lepiej przyjaciele domu przyjmowali je bardziej jako ironię, widząc jej zmrużone oczy, lekko zmarszczony nos i obniżone kąciki ust. Opinię Penelopy podzielała w pełni tylko jej pomocnica domowa, Sotera, która przynosiła Sefardiemu kawę lub herbatę i często z nim konwersowała.

W życiu prywatnym Sefardi był takim samym człowiekiem jak inni, mającym zainteresowania, hobby, rodzinę, radości i zmartwienia. Miał tylko trzy poważne problemy, które nazywał wyzwaniami, z którymi borykał się praktycznie nieprzerwanie. Były to bóle kręgosłupa, starzenie się i nienajlepsze wspomnienia z przeszłości. Dwa pierwsze były ze sobą powiązane.

Żaden z tych problemów nie stanął mu na drodze do osiągnięcia sukcesu finansowego. Wzbogacając kilka wielkich firm, nabywców patentów na jego wynalazki, zgromadził poważny majątek. Przyczyniło mu to więcej wrogów niż przyjaciół.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 11: Przyszłość Laboratorium

Do uzyskania licencji na stosowanie inżynierii genetycznej wymagany był dorobek w postaci badań i udanych eksperymentów genetycznych na poziomie co najmniej podstawowym. Laboratorium dysponowało takim doświadczeniem; zdobyło je eksperymentując z muszką owocową z gatunku „drosophila melanogaster”, co w języku greckim znaczy „ciemnobrzucha miłośniczka rosy”. Był to organizm modelowy, łatwy do hodowli, szybko rozmnażający się, o niezbyt skomplikowanej anatomii i fizjologii. Muszka przechodziła przez siedemnaście faz rozwoju, każda z nich była liczona w minutach, razem trwały one niecałą dobę od zapłodnienia do pojawienia się larwy. Mimo tego uzyskanie licencji było kosztownym przedsięwzięciem, ponieważ wiązało się z niekończącymi się testami, zmianami podejścia i techniki.

Po wielu nieudanych próbach z organizmem modelowym, Laboratorium udało się wyhodować muchę ponadnormatywną. Był to prawdziwy sukces. Normalnie mucha ma jedną parę oczu i jedną parę skrzydeł, mucha ponadnormatywna miała trzy pary oczu usytuowanych dookoła głowy oraz jedną parę z tyłu na odwłoku, dzięki czemu mogła ona nieprzerwanie widzieć otoczenie ze wszystkich stron. Poza tym miała dwie pary skrzydeł.

Stworzenie muchy ponadnormatywnej przyniosło Laboratorium nie tylko oczekiwaną licencję, ale i sławę. Cztery pary oczu i dwie pary skrzydeł oznaczało więcej niż zdublowanie osiągnięć ewolucji trwającej miliony lat. Muchę uznano za przełomowe osiągnięcie; szeroko pisała o tym prasa fachowa oraz informowała telewizja. Dla zrekompensowania zwiększonego ciężaru – oczy były panoramiczne i przez to większe i cięższe – mucha miała dodatkową parę skrzydeł; były one w stanie złożonym stanowiąc strategiczną rezerwę organizmu.

Pierwszy zarobek firmy pochodził ze sprzedaży patentu na muchę. Była to kwota solidna, ale nie szokująca wielkością. Prawdziwe pieniądze, wszyscy byli tym zaskoczeni, firma zarobiła dopiero na sprzedaży zdjęć muchy. Zdjęcia przemawiały tak niesamowicie do wyobraźni, że kupiły je na pniu, konkurując ostro ze sobą, trzy wielkie firmy okulistyczne, każda prowadząca działalność na innym kontynencie. Zdjęcia zostały wykorzystane w charakterze trampoliny promocyjnej do wzmocnienia haseł reklamowych „Tylko nasze okulary zapewniają kompletne widzenie świata” oraz „Tylko u nas obejrzysz siebie całego w najmniejszym szczególe” i podobnych. Ukazały się one na tysiącach bilbordów, przynosząc reklamodawcom ogromne dochody poprzez zwiększoną sprzedaż okularów.

Przyszłość Laboratorium widziano w doskonaleniu genetycznym konia i człowieka. Perspektywę tę przedstawił doktor genetyki aspirujący do stanowiska prezesa zarządu firmy. Został on zaakceptowany przez walne zgromadzanie jako najpoważniejszy kandydat. O jego ostatecznym zatrudnieniu miała zadecydować rada nadzorcza.

Głos po nim zabrał jeden z udziałowców:

– My poszliśmy do przodu, ale konie zostały z tyłu, za nami i to tak bardzo, że dały się sprowadzić do prostych funkcji: transportowych, jeździeckich, pracy w cyrku i podobnych. Konie mają więcej cech pozytywnych niż człowiek. Nie mają wprawdzie naszego rozumu, ale też nie wyrządzają tyle zła, co człowiek: nie zaśmiecają lasów ani oceanów, nie zanieczyszczają powietrza spalinami i dymem z kominów, nie umieją przeklinać, donosić ani mścić się, nie wspominając nawet o podłożeniu świni bliźniemu lub budowaniu miniaturowych bomb atomowych dla celów terrorystycznych.

Była to mocna i szokująca, choć nieco dziwna opinia, bo nikt wcześniej nie oceniał koni z tej perspektywy.

Rosaton zapytał sąsiada, kto to taki, na co otrzymał informację, że jest to duchowny jednego z mniejszych kościołów, też hodowca koni, osobnik uczuciowy, wielodzietny, w swojej moralności sięgający nieba, gdzie za firankami z muślinu i tiulu mieszkają bogowie.

Kiedy popatrzył na mówiącego z niemym zaskoczeniem, ten uznał to za zachętę do uzupełnienia wypowiedzi:

– Jest ich kilku, znaczy się bogów, bo każda religia ma swojego, którego uznaje za jedynego i właściwego, niechętnie odnosząc się do pozostałych. Ci bogowie nie rwą się do decydowania, co stanie się z koniem i człowiekiem. Dlatego odpowiedzialność za to spoczywa na nas.

Nieznajomy patrzył w oczy Rosatonowi nie odwracając wzroku, jakby chciał przekonać go do swojej racji. Było to niezwykle krępujące. Rosatonowi przeszło przez myśl, że jest to anarchista. Przyjrzał mu się uważnie. Mężczyzna wyglądał jak poważny grabarz reklamujący najpiękniejszym na świecie cmentarz z panoramicznym widokiem na morze z falami odbijającymi błękit nieba i kolorowymi plamkami łódek rybackich. Wszystko na nim było połyskliwie czarne, nawet przylizane włosy z przedziałkiem po środku. Czarny płaszcz, laska i rękawiczki były schludnie ułożone na kolanach, pantofle były dobrze wyczyszczone i błyszczące. Białe były tylko mankiety koszuli i kołnierzyk, dwa wąskie sieroce pasemka. W oczy rzucała się jego sztywnie wyprostowana sylwetka i znaczek w klapie. Był to symbol anarchistów: czerwona litera „A” przekreślona poziomo czerwoną krechą na tle białego koła.

Mieszanka krwistej czerwieni i plamek bieli na tle dominującej czerni poruszyła w Rosatonie niepokojący akord, którego oryginalnego dźwięku nie mógł sobie przypomnieć. Obraz i dźwięk kojarzyły mu się z wojną.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. http://michaeltequila.com/?page_id=1265

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 10: Walne zgromadzenie udziałowców

W ogromnej sali Centrum Konferencyjnego Parobas, dwa razy większej niż boisko piłkarskie, wymownym świadku niezmiernej zasobności albo manii wielkości właściciela, trwało walne zgromadzenie udziałowców Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, firmy z kilkudziesięcioma latami doświadczeń. Program zebrania przewidywał udzielenie absolutorium zarządowi za miniony rok, zmianę nazwy firmy oraz ustalenie kierunków dalszego działania.

Na sali spotkali się ludzie majętni, uporządkowani życiowo, głównie inwestorzy. Początkowo spokojna i rzeczowa dyskusja doprowadziła pod koniec zebrania do burzy, w której uczestnicy omalże nie obrzucili się wyzwiskami. Nie mogło zresztą być inaczej, ponieważ chodziło o pieniądze, a od dłuższego czasu sprawy firmy nie układały się najlepiej. Czasy były ciężkie, Laboratorium ponosiło straty, przyszłość stała pod znakiem zapytania. W ciągu jednego roku firma straciła dwóch wybitnych specjalistów, doskonale opłacanych lecz rozczarowanych stosunkami wewnętrznymi i brakiem motywujących projektów. Kilka projektów genetycznych nie udało się, kilka było połowicznie udanych. Klienci wycofywali się z wcześniej obiecanych zleceń; w sumie wyglądało to na klęskę.

Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci było nazwą historyczną. Wymyślił ją założyciel firmy mając na uwadze konie zagrożone wyginięciem. Był nim sufragan, biskup pomocniczy, episcopus auxiliaris, z południa Nomadii, osobnik głębokiej wiary, hodowca i szalony miłośnik koni, zasłużony dla regionu obrońca ginących gatunków zwierząt. Jego obsesją było zachowanie przy życiu kilku gatunków koni, którym groziło wymarcie. Pod koniec życia sufragan traktował konie podobnie jak ludzi, mówiąc o nich i rozmawiając z nimi tak, jak rozmawia się z dziećmi, wnukami czy rodzeństwem. Wynajdywał im dziwne imiona, a nawet je chrzcił. Czynił to po cichu, aby nie zniszczyć swojej reputacji, jaką cieszył się w Kościele Hierarchicznym, którego był wyznawcą i aktywnym członkiem. Nie przeszkadzało mu to mieć dwoje dzieci, o które troszczył się nie mniej niż o konie, stanowiące pasję jego życia. 

Firmą rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy jakby porażonej długotrwałą amnezją, któryś z kolei prawnuk założyciela firmy. Prowadzący zebranie pozwolił mu przez kilka minut tłumaczyć się z dorobku zarządczego, zupełnie niepotrzebnie, bo i tak było wiadomo, że musi on odejść. Jego konkurent, jedyny zresztą, gdyż stanowisko prezesa firmy wymagało nadzwyczajnych kwalifikacji i doświadczenia, doktor genetyki, naukowiec z doświadczeniem pracy w różnych branżach związanych z hodowlą i wykorzystaniem koni, już wcześniej rozeznał, że ma poważne szanse zostania prezesem i aktywnie uczestniczył w dyskusji. Przedstawiając się, wspomniał, że jego dziadek był starszym koniuszym na dworze cesarskim, co mogło dać mu dodatkowy punkt za tradycję rodzinną.

Od czasu sufragana, założyciela Laboratorium, rządziło nim już czwarte lub piąte pokolenie; dyrektor kwalifikujący się do zwolnienia był ostatnim, najmniej udanym przedstawicielem rodu. Na początku Laboratorium utrzymywało się z badania i leczenia koni, prowadzenia operacji chirurgicznych oraz poradnictwa i pomocy w selekcji i hodowli. Kolejne pokolenia właścicieli oprócz pracy w firmie zajmowały się dorywczo także produkcją pomników dla koni, biznesem wolno rozwijającym się, ale stabilnym i lukratywnym.

Zebranie przerodziło się w kłótnię i to w najmniej oczekiwanym momencie. Chodziło o nazwę laboratorium, a konkretnie o decyzję, czy ją zmienić czy nie.

– Nazwy nie zmieniajmy, bo to już jest tradycja. Może nawet trąci nieco myszką, ale taka tradycja jest najmocniejsza.

Tę linię argumentacji wsparła jedna trzecia udziałowców. Podobna część była za zmianą nazwy, uważając, że nie oddaje już ona należycie charakteru biznesu, jaki prowadzi firma, i wręcz kłóci się z przyszłością, którą głosujący widzieli w inżynierii genetycznej.

Rosaton przysłuchiwał się dyskusji. Będąc dziennikarzem łatwo otrzymał zaproszenie. Spodziewał się, że na walnym zebraniu będą się działy rzeczy ciekawe, może nawet niesamowite. Temat koni, ich hodowli i wykorzystania, stał w tym czasie na topie, co więcej, otaczały go kontrowersje. Do tego dochodziło rosnące zainteresowanie inżynierią genetyczną, zwłaszcza ze strony osób niezadowolonych ze sposobu, w jaki rząd Nomadii traktuje zwierzęta i środowisko naturalne.

– Cholerny tradycjonalista – pomyślał Rosaton, słuchając wypowiedzi jakiegoś gaduły, gorącego obrońcy tradycji we wszystkich jej wymiarach, niewzruszonej i nieśmiertelnej. Siedząc z boku, z nudów zaczął przyglądać się dużej rycinie ściennej przedstawiającej konia trojańskiego z płonącą grzywą, mającą prawdopodobnie symbolizować to, co stało się z historyczną Troją za jego przyczyną.

Kiedy Rosaton zbudził się z zamyślenia, usłyszał słowa, których nie rozumiał. Zajrzał do programu zebrania pokazującego godziny rozpoczęcia i zakończenia sesji; trwała wciąż dyskusja o ocenie pracy zarządu w minionym roku.

O inżynierii genetycznej zarząd Laboratorium zaczął myśleć dużo wcześniej niż konkurenci. Zaczęło się od założyciela firmy, sufragana, który uważał, że coś niecoś o tym wie, bo osobiście znał ojca genetyki, Gregora Mendla. Potem mówił, że się z nim przyjaźnił, a jeszcze później, w miarę jak popularność inżynierii genetycznej rosła, mówił i zachowywał się tak, jakby współuczestniczył w jego eksperymentach i rozumiał genetykę lepiej niż jej twórca, choć w okresie życia Mendla nie stosowano jeszcze nazwy genetyka. Może i coś w tym jednak było, bo sufragan mówił bardzo konkretne o genialnym genetyku, podawał szczegóły z jego życia, na przykład jak się ubierał, co lubił pić na śniadanie, czy jakie miał nawyki. Pamiętał go jako zniewieściałego staruszka, który tylko z powodu niedowidzenia i pomylenia gatunków groszków pachnących, jakie przez siedem lat badał i na jakich eksperymentował, dzięki swej zakonnej dyscyplinie i osobistej wyobraźni poczynił cenne obserwacje o prawach rozmnażania się roślin i zasadach dziedziczenia cech. Na poparcie swojej tezy sufragan twierdził, że genialny Czech co najmniej dwa razy się pomylił: raz niewłaściwie skojarzył sobie konia z rośliną mającą konia w nazwie, uważając, że koniopłoch łąkowy, łacińska nazwa „silaum silaus”, roślina z rodziny selerowatych, dosyć rzadka, rosnąca na wilgotnych łąkach, wywołuje popłoch wśród koni. Sufragan traktował genetyka jako człowieka łagodnie zaburzonego, raz nawet wspomniał, że był on niespełna rozumu, nie odmawiał mu jednak zasług stworzenia podstaw genetyki, dziedziny wiedzy, w której przyszłość sam wierzył bez zastrzeżeń.