Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 2: Zwierzęta i partia Duży Pikuś

Rosaton miał psa i kota. Były one wyimaginowane, to znaczy były wytworem jego wyobraźni, ale w sposób jak najbardziej rzeczywisty. Kiedy kot leżał na płaskiej poduszeczce ułożonej schludnie w rogu biurka, Rosaton wyciągał rękę, aby go pogłaskać. Robił to często, aby poczuć miękkość jego futerka, usłyszeć mruczenie dochodzące gdzieś z wewnątrz jego brzucha i widzieć, jak podnosi łebek i patrzy na niego. Zwierzak był jak najbardziej prawdziwy, wymagał jedzenia, wody i zabierania na spacer. Ludzi było już tyle na świecie, że nie sposób było mieć domek z ogródkiem, czy nawet zwykłe mieszkanie z wyjściem bezpośrednio do ogrodu, gdzie można by wypuścić zwierzęta dla relaksu.

Zwierzaki wychodziły na spacery razem, aby bawić się ze sobą; Rosatonowi sprawiało niezwykłą przyjemność obserwowanie ich figli. Co do psa, to była to jamniczka krótkowłosa, koloru brązowego, smukła mimo nóżek, o których wiadomo, że każdy jamnik musi je mieć, ale niekoniecznie się nimi chwalić, z klatką piersiową tak rozwiniętą i kształtną, że każda najlepiej zarabiająca modelka jej zazdrościła, bez grama tłuszczu. Jednym słowem cudo; taka też była opinia właściciela.

Bieżąca polityka nie interesowała Rosatona. Uważał się za człowieka racjonalnego, miłującego pokój i szanującego ludzi, lecz mimo to nie znosił polityków. Znaczyło to zapewne, że nie jest taki racjonalny, jak mu się wydawało, z czym zapewne mógłby się zgodzić, bo ostatecznie miał w sobie trochę racjonalności. Nieinteresowanie się polityką nie znaczyło, że nie miał rozeznania, co robi rząd, opozycja, lub co dzieje się w kraju. O, nie! Miał dostateczną wiedzę, gdyż uważał, że obowiązkiem każdego przyzwoitego człowieka, jest orientować się przynajmniej z grubsza co w trawie i poza trawą piszczy, aby nie dać się przydeptać intelektualnie byle mędrkowi, który akurat przeczytał ostatnią gazetę lub obejrzał ostatni dziennik telewizyjny. O politykach miał swoje zdanie; czasem bawił się nim długo dla urozmaicenia sobie bezsennej nocy.

– To jedyni ludzie, który mogą znacząco wpływać na twoje życie, ułatwić je, kiedy są pozytywni lub obrzydzić, kiedy są kretynami lub łajdakami, lub jednym i drugim, czyli degeneratami najpodlejszego sortu. Najgorsze, kiedy cała formacja rządząca skretynieje. Wtedy nie ma ratunku dla narodu.

Żyjąc w czasach automatów i robotów, rosnącej sztucznej inteligencji i odporności na krytyczną wiedzę jak i manipulacji genetycznej, uważał, że taki przypadek skretynienia jest mu znany i poniekąd bliski ze względów geograficznych, i nie dotyczy tylko jego, ale i całego narodu. Chodziło oczywiście o partię (nazwał ją „Duży Pikuś”, gdyż lubił szyfrowane tajemnice), która po dojściu do władzy doszła równocześnie do wniosku, że naród zamiast pędzić do przodu w wyścigu szczurów jak wszystkie inne kraje, powinien spokojnie wycofywać się, bez pośpiechu, za to w wielkim stylu, na czym się da, hulajnogach, rowerach, motocyklach z wózkiem bocznym, samochodami i autobusami, pamiętając o przodkach, wojnach, rewolucjach i różnych nieszczęściach, czyli o swojej wielkiej przeszłości.

Rosaton, dojrzały młodzieniec, jakim jest każdy trzydziestosiedmiolatek, obserwował Dużego Pikusia i notował sobie w głowie jego czyny i osiągnięcia. Popularności partii rządzącej, która dzielnie schodziła w dół, prawdopodobnie do miejsca oznaczonego na mapie politycznej świata jako Hibernacja, nie uważał za szczególny dopust boży. Problemem dla niego byli bardziej wielbiciele partii, zadurzeni w niej po uszy, którzy wiedzeni instynktem kulawego drwala zagubionego z samotną siekierą na wielkiej pustyni szli za nią z transparentami i sztandarami wielkości małego biurowca, śpiewając nabożne pieśni i bijąc w piersi, nie swoje, ale przeciwników. Dawało to nadzwyczajny efekt dudnienia, słyszany nawet w odległych krajach, zapewniając tanią reklamę, której potrzebuje każdy szanujący się kraj. Przyciągało to turystów nawet z Afryki, głównie ludność tubylczą, pragnącą zobaczyć i posłuchać tam-tamy, o jakich nawet ich dziadowie nie marzyli. Byli przekonani, że są one wykonane z ludzkiej skóry, jedynej, która umiejętnie uderzana wydaje niezwykłe dźwięki, przypominające nawet jęki i zawodzenia.

Książki Michaela (Michała) Tequili: https://tinyurl.com/y895884p

Dobre dobrego początki

Nowy Rok nastroił mnie optymistycznie. W pierwszy dzień roku temperaturę mamy właściwą, czyli 44 stopnie C (na moim termometrze). Strona meteorologiczna Kanału 9 News podaje aktualna temperaturę w Adelajdzie w wysokości tylko 40,6 stopni C. Podejrzewam, ze trzymają termometr w ogrzewanej piwnicy; zawsze jest tam nieco chłodniej.

Na dworze jest jak w piecu. Upał jest jednak do zniesienia, ponieważ jest bardzo sucho; oczywiście nie można przebywać zbyt długo na zewnątrz zwłaszcza na słońcu. W parku za płotem panuje prawie całkowita cisza, od czasu do czasu odezwie się słabiutko jakiś ptak. Chyba, aby upewnić się, że jeszcze żyje lub poprosić kolegę obok: „Posuń się stary trochę w prawo, tam jest więcej cienia”. Prawie nie ma wiatru, park i wzgórza w tle wyglądają jak namalowany na płótnie pejzaż.

Upał może i jest znośny dla mnie, ale nie dla roślin i zwierząt. Nasturcje wysiane kilka tygodni temu w gruncie zmatowiały na kolor biało-szary i omdlały. Osłoniłem je kartonem i podlałem, choć nie powinno się tego robić ze względu na szok termiczny: rozgrzana ziemia i raczej zimna woda. W ogrodzie chyba usycha kolejny krzew, mimo dobrego podlewania.

Kotkę rozciągniętą na podłodze w garażu zabieram do domu. Spokojnie przeżyje w garażu, ale się męczy. Dziwne to zwierzątko. Poleży w domu na chłodnej podłodze lub dywanie i za kilka minut już prosi o wypuszczenie. Przychodzi kilkakrotnie do mojego pokoju, gdzie pracuję przy komputerze i miauczy. Wypuszczam ją, skoro takie jej życzenie. W szopie na narzędzia mam jaszczurkę (blue tongue lizzard) około 30 cm długości. Mało jej nie nadeptałem. Postawiłem jej wodę w podstawce do doniczki oraz rzuciłem drobniutki kawałek mięsa kangura, które przygotowałem dla kotki. W całym ogrodzie panuje susza jak na pustyni, ani kropli wody. Mam spokojne sumienie.

Wieczór sylwestrowy rozczarował nas całkowicie. Zawsze wyjeżdżamy każdego roku, tym razem postanowiliśmy zostać w domu. Wcześniej kupiłem dobrego szampana marki Chandon 2006 (którego produkcja w Australii była zainicjowana przez francuską firmę Moet et Chandon), ale to nie szampan zawinił. Rozczarowała nas telewizja australijska. Określę ją dosadnie: nędza. Mimo dostępu do kilkudziesięciu kanałów, ani w jednym nie pokazywano, jak Australijczycy i inne nacje obchodzą
wieczór sylwestrowy. W dwóch programach, których tytuły nawiązywały do New Year’s Eve 2012 transmitowano pożałowania godne koncerty sprzed lat (Petula Clark).

Pracuję dzisiaj z wielkim powodzeniem i entuzjazmem. Przede wszystkim nad sprawami dystrybucji moich ebooków, marketingu i warsztatu pisarskiego. Wprowadziłem nowe ceny na ebooki jak i
zaktualizowałem zapisy dwóch tomików wierszy na platformie wydawniczej. Kiedy aktualizacje zostaną pomyślnie przetworzone przez platformę, książki ukażą się w sprzedaży innych dystrybutorów/księgarni internetowych takich jak na przykład Barnes and Noble czy iTunes. Sprzedaż samoobsługowa przez sklepy sprzedaży internetowej to sedno mojej strategii. Zaczynam być z niej zadowolony. Mam jeszcze wiele spraw do zrobienia w sensie zmian, usprawnień i aktualizacji strony autorskiej, stron na platformie wydawniczej oraz strony Facebook.