Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 72: Wiec i dyskusja publiczna w Casi

Wracając do wynajętego pokoju Mistrz przyglądał się budynkom, były to głównie domy mieszkalne jedno lub dwupiętrowe. Zdziwiła go liczba osób siedzących w otwartych oknach i bezmyślnie gapiących się na ulicę. Ludzie ci obserwowali sąsiadów i przypadkowych przechodniów, jak są ubrani, jak się poruszają; często krytykowali ich za wygląd, sylwetkę, ubiór, towarzystwo a nawet samochód, jego stan techniczny, kolor czy wiek. Wyglądali jak manekiny. Nie poruszyli się nawet wtedy, kiedy Sefardi potknął się o krawężnik i głośno zaklął. Pozdrowili go tylko i życzyli mu zdrowia, mimo że go nie znali. Z kilkoma osobami usiłował nawiązać konwersację, ale się nie kleiła. Dowiedział się, że z domu wychodzą głównie w celu zrobienia zakupów i odwiedzenia lekarza. Na jego rzeczowe pytania odpowiadali spokojnie, że żyją w marazmie i tak jest im najlepiej. Nie rozumiał ich, a oni nie rozumieli jego. Działało mu to na nerwy.

Poruszył ten temat z Wiktorem, który przyłączył się do niego przy powtórnym spacerze po wsi. Wiktor znał teren bardzo dobrze, były to jego rodzinne strony. Znał też wielu mieszkańców. Potraktował ich w sposób bezwzględny. Najstarszych nazwał Matuzalemami określając ich jako jednostki wiekowe i zgrzybiałe umysłowo, pozostałych – dinozaurami, przeżytkami z zeszłego wieku, choć byli ludźmi sprawnymi umysłowo. Kiedy Sefardi zwrócił mu uwagę, że dinozaury żyły miliony lat wcześniej i dawno już wymarły, Wiktor wyjaśnił, że nie chodzi mu o dinozaury pierwszej generacji sprzed dwóch milionów lat, tylko ludzkie dinozaury ostatniej generacji, elektronicznej. Wygłosił tę opinię z takim przekonaniem, jakby to on wynalazł elektronikę i tych ludzi.

Mistrzowi żal się zrobiło zagubionych mieszkańców wsi.  Był przekonany, że są nieszczęśliwi, nawet jeśli na to nie wyglądali. Chciał im pomóc. Nie wiedząc jak to najlepiej uczynić, zaprosił do pomocy Wiktora, przewodnika oraz zaspanego aspiranta farmaceutyki zwanego Tubylcem.

*****

– Coś trzeba zrobić. Nie możemy pozostać obojętni wobec bezmiaru apatii kulturalnych i często wykształconych ludzi. Potrzebna jest im pomoc. Są na pewno zdolni, pracowici, niektórzy prawdopodobnie nawet utalentowani, tylko zagubili się w życiu. Rozmówcy zgodzili się. Pytaniem było, kto może im pomóc i jak. Po dyskusji ustalili, że zorganizują wiec i publiczną dyskusję pod hasłem: Jak sam możesz wydobyć się z marazmu?

Sprawy ruszyły z kopyta. Przewodnik załatwił kilkadziesiąt plakatów; planowali zapłacić za nie później ze składek dziękczynnych zebranych od ludzi, których spodziewali się wyrwać z marazmu. Wiktor przeprowadził agitację na wsi do udziału w wiecu, chodząc od drzwi do drzwi z plakatem i przekonując do przyjścia. Tubylec odszukał i zaangażował do pomocy trzech lokalnych aktywistów, o których był przekonany, że nie całkiem jeszcze skapcanieli.

Plakat, agitacja i wysiłek aktywistów dały nadzwyczajne wyniki. Na wiec stawiła się cała wieś, jak mówiono, chłop w chłopa, baba w babę. Pojawili się też ludzie z okolicznych miejscowości przyciągnięci perspektywą korzyści. Ktoś mianowicie rozpuścił pogłoskę, że mogą liczyć na wiejską kiełbasę, zdrową żytnią bułkę i piwo. Mistrz bał się trochę, że będą rozrabiali. Było zupełnie inaczej. Przyszli niepewni, trochę wystraszeni. Mówili: – Słyszeliśmy, że jak nas nie ma w Internecie, to znaczy, że nie ma nas w ogóle. Może to i prawda. Jesteśmy tak skołowani tym, co mówią w telewizji, że sami już nie wiemy.

Na wiecu Sefardi rozwinął temat zagubienia człowieka w gąszczu nowoczesnych technologii, mówił też o tym, ile mogą one przynieść szkody na umyśle i ciele. Wiktor i przewodnik dzielnie mu wtórowali. Cała trójka szczerze wzięła sobie do serca postulat ratowania człowieka tonącego w marazmie. Mówiono nawet o ratowaniu cywilizacji wiejskiej.

Zgromadzeni matuzalemowie, dinozaury najnowszej generacji elektronicznej oraz jednostki pogrążone w milczącym zagubieniu okiennym, otworzyli się i po raz pierwszy od lat szczerze mówili o sobie i swoim życiu. Wyjaśniali, tłumaczyli się, niektórzy oskarżali siebie, rodzinę, znajomych a nawet państwo za własne zagubienie. Nieliczni twierdzili, że wcale nie są zagubieni, tylko tak się wydaje. Rozpętała się tak niesamowita dyskusja, że trzeba było chętnych rejestrować do wypowiedzi. Były one bardzo różne, ale zawsze szczere. Świadczyły o tym gorące słowa i płonące oczy. Wiodącym wątkiem była niechęć do komputera i nowoczesnych technologii komunikacji.

– Mnie brak zaangażowania w głupią technologię nie przeszkadza, mam czas na uprawę ogródka. Dokarmiam w ten sposób dzieci i wnuki. Nic innego mnie nie interesuje. Tak jak jest, jest mi bardzo dobrze.

– Ja wciąż pracuję, choć jestem na emeryturze. Też obywam się bez komputera. Jestem prostym urzędnikiem, a nie magazynierem, który musi mieć laptop i znać program gospodarki magazynowej, bo bez tego ani dudu.

– A ja poświęciłam się wnukom i zapadłam na zdrowiu. Dzieci używają komputera i nawet nie pytają mnie o zdanie. Gdyby nawet mnie zapytali, to nie wiedziałabym, co im odpowiedzieć.

– Ja nie używam komputera. Używałem, ale się zepsuł. Coś w nim bzyknęło i wyłączył się.

– Ja znam komputer, ale go nie używam. To diabelskie nasienie. Nic dobrego z niego nie wynika, może tylko doprowadzić do wojny.

– Ja nie wysyłam ani nie odbieram poczty elektronicznej, bo to złodziej czasu! Wolę mówić. Nawet jak popełnię błąd ortograficzny, to nikt nie zauważy. Pamięta pan tego prezydenta, co to strzelił byka w Internecie i potem wszyscy go wyzywali od nieuków? Podobno chciał się powiesić – wyjaśniła była kierowniczka urzędu gminy.

– Nie używasz komputera, ale godzinami wisisz na telefonie. – Ktoś zaobserwował.

– Telefon to co innego. – Broniła się zainteresowana.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 1: Dziennikarz Rosaton

Na imię miał Rosaton. Sam je sobie nadał i zarejestrował we wszystkich państwowych i prywatnych bazach danych. Był szczupły, wysoki, miał trzydzieści siedem lat i wrodzoną wadę genetyczną, która i utrudniała i ułatwiała mu życie. Dowiedział się o niej kilka lat wcześniej. Fizycznie w niczym mu nie przeszkadzała, wiązała się tylko ze sposobem patrzenia na świat i przeżywania. Wszystko zależało od świadomości i programowania się jednostki. Teraz to już wiedział, choć nie na wiele mu się to zdało, bo w międzyczasie nabrał niedobrych nawyków.

Obudził się o godzinie 5.25 i włączył funkcję niższej świadomości. Miał kilka prostych czynności do wykonania: zdjąć piżamę, przebrać się w strój dzienny, pójść do toalety, posłać łóżko, zrobić sobie kawę. Takie sobie podstawowe rzeczy. Hulki, bambulki, jak je określał. Niższa świadomość pozwalała mu skoncentrować się właśnie na nich i nie rozpraszać uwagi i świadomości sprawami wyższego rzędu, myśleniem, fantazjowaniem, czynnościami wymagającymi skupienia, przede wszystkim zaś uczestnictwem w projekcie „No Name”, największym i najbardziej ambitnym projektem cywilizacji ludzkiej, Cywilizacji Śmieci, w którym uczestniczył razem z milionami innych ludzi. Był to projekt o takim zasięgu, złożoności i znaczeniu, że nie potrafiono ustalić dla niego żadnej rozsądnej nazwy. Zostawiono to na później. Za kilka dni miał wziąć udział w prelekcji i dyskusji na ten temat. Nie musiał o tym pamiętać, bo wyższa świadomość, kiedy już ją uruchomi, albo automatycznie uruchomi się sama, przypomni mu o tym na czas.

Mówiąc o czasie, były to lata wielkiej wygody, kiedy wszystko, prawie wszystko, mogło być zrobione przez roboty i automaty, kretynów zaprogramowanych przez człowieka, aby się same uczyły, co uznał za niebezpieczne w najwyższym stopniu. Nie był to zresztą jego pogląd. Zdaje się, że podobny wypowiedział genialny Einstein.

„Cywilizacja Śmieci” była to jego własna nazwa, nie tak znowu odległa od rzeczywistości. Przyszła mu do głowy, kiedy okazało się, że największym zagrożeniem życia są śmieci, a właściwie niezdolność ich bezpiecznego i sensownego zagospodarowania, spaliny samochodowe, dymy przemysłowe, odpady wszelkiego rodzaju, zwłaszcza plastik rozsypujący się na miliardy drobniutkich kawałeczków, smog magnetyczny, hałas, odpady z produkcji energii nuklearnej. W odróżnieniu od przyrody, człowiek nie tworzył niczego, co po zakończeniu swojej użyteczności ulegało samoistnej przemianie w nieprzerwanym procesie recyklingu wspomagającego życie.

Rosaton zatrzymał się na chwilę, aby rozjaśnić sobie to w głowie. Las, łąka, nieużytki, jakikolwiek kawałek żywej przyrody pozostawały zawsze czyste, niezależnie od tego, co w nich się zdarzyło. Martwe drzewa, zużyte przez czas kamienie, nawet gazy w nich zawarte rozpadały się, zamieniały w substancje użyteczne i znikały stopniowo w sposób niezauważalny dla oka, niczego nie psując ani nie naruszając. Dlatego patrzenie na przyrodę nigdy człowieka nie męczyło. Chyba, że ktoś urodził się w mieście i nie doświadczył niczego innego jak mury, metal, szkło, tworzywa sztuczne, zanieczyszczone powietrze i nie umiał rozpoznać nawet krowy, bo jej nigdy nie widział w rzeczywistości. To byli ci ludzie, którzy uczyli się biologii przez kilka lat, lecz nie potrafili odróżnić świerka od sosny. Odczuwał do nich niechęć, choć sam nie był ideałem.

Aby nie zapomnieć tego wszystkiego, co przeżywał, zapisywał to na komputerze, dyktując treść. Słowo „człowiek” wymówił niewyraźnie, prawdopodobnie „clowiek” bo komputer odczytał to jako „clown”, sugerując drugą wersję „klaun”. Zastanowiło go to.

– Bardzo trafne określenie – pomyślał. – Człowiek, istota rzekomo najwyższego rzędu, jest także klaunem.

Dawno już przestał wierzyć w wyższość człowieka nad innymi gatunkami. To było złudne myślenie. Ludzie nie mogli od niego uciec, ponieważ stanowiło szczególną cechę ich mózgu, tworzącego pojęcia i wyobrażenia przede wszystkim poprawiające jego samopoczucie.

Recenzje zbioru opowiadań Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. https://tinyurl.com/yd8rwkh2

Hiszpania 6: Korzystanie z telefonu i smartfonu. Biblioteka publiczna.

Połączenia telefoniczne z Hiszpanii do Polski kosztują teraz tyle samo, co lokalne w Polsce, jeśli ma się wykupiony abonament u operatora (tak jest przynajmniej w moim przypadku). Łącząc się z Hiszpanii moim smartfonem z numerem w Polsce wypowiedź rozmówcy słyszałem czasem podwójnie, raz nawet potrójnie. Życzenia imieninowe składano mi trzy razy. Pomyślałem, że mój rozmówca stracił pamięć. Nie mam pojęcia, w czym rzecz. Moim znajomym też się to zdarzyło. Miałem również wrażenie, że dzwoniąc z pokoju hotelowego na siódmym (najwyższym) piętrze rozmowy telefoniczne łatwiej ulegały zakłóceniom. Prawdopodobnie dlatego, że na poddaszu znajdują się urządzenia elektryczne – silniki wind i klimatyzacji).

Komputer jest dostępny w hotelu lub w kawiarence internetowej. Koszt typowo 3 Euro za pół godziny. Nie jest to mała kwota, zważywszy, że to, co zrobiłbym w piętnaście minut na moim komputerze w domu, na obcym mogę nie skończyć nawet w godzinę lub dłużej. Korzystałem więc z komputera w bibliotece publicznej.

Z lokalną biblioteką warto się zapoznać. Usługi są bezpłatne, jest dostęp do książek, czasopism, komputerów i informacji. Turyści na ogół tam nie zaglądają, a jest to znakomite miejsce do zasięgnięcia informacji na dowolny temat. W Malgrat de Mar, gdzie mieszkałem, oznaczenia i opisy w komputerach były niestety w języku katalońskim. Znam hiszpański, lecz nie miałem pojęcia, co znaczą katalońskie słowa w komputerze, gdyż jest to język bardzo odmienny. Poza tym system komputerowy był zupełnie inaczej zorganizowany, nie mogłem odnaleźć symboli (ikon) aplikacji, folderów, poczty elektronicznej, wyszukiwarki, przeglądarki. Plusem jest to, że panie z biblioteki chętnie pomagają.

Mały fragment czwartego opowiadania z "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania":

"Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone. Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia.

Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią. Zafascynowany odruchem obdarowanego, Gordo przyglądał się Hanumanowi z uwagą, kiedy zdarzyło się coś, czego się nie spodziewał. W oczach małpy z postury i boga z natury dojrzał samego siebie, wizerunek niekompletny, niezbyt wyraźny, ale niewątpliwie prawdziwy: wysokie czoło, brązowe oczy, nieco odstające uszy".