Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 19: Niezwykłe zwyczaje właściciela partii

 Orator

Będąc mężczyzną silnym jak tur, choć jego blada cera mogła sugerować coś przeciwnego, Barras odczuwał pewną słabość, nie za wielką, ale istotną i dosyć bolesną. Chodziło o niezbyt imponujący wzrost. Oczywiście nie było to wadą w oczach jego zwolenników, ludzi nieustających w wierze, że jest on ósmym cudem świata. Dla osób zewnętrznych, patrzących na świat chłodnym okiem, stabilnych uczuciowo, umiejących rozważyć wszystkie za i przeciw w beznamiętny sposób podobnie jak nasycony browarem mężczyzna ocenia butelkę ciepłego piwa, skromny wzrost przywódcy miał znaczenie umniejszające.

Barras to czuł i nosił się jak Napoleon, niezbyt często, ale jednak, trzymając kapelusz-pieróg w jednej ręce, a drugą zatkniętą za pazuchą, skąd w razie potrzeby wyciągał tekst do wygłoszenia. Mówić umiał doskonale, może nawet bardziej sugestywnie niż oratorzy Cyceron, Kato Starszy i Kwintylian razem wzięci, dłuższe słowa myliły mu się jednak, czasem zdarzyło mu się chlapnąć coś nieodpowiedniego, dlatego wolał mieć ze sobą papier, formę ściągi.

Wódz konserwatystów lubił pokazywać się publicznie i fotografować. Czynił to wyłącznie na tle obiektów imponujących pięknem i wielkością, hali fabrycznej z okresu manufaktury, ośnieżonej skalistej góry lub zatoki oceanicznej otoczonej chmurą wilgoci, dworca kolejowego przypominającego pałac, ogromnej hałdy węgla zachwycającej kształtem i czernią, wieży wiertniczej lub choćby wieży wodociągowej ze zbiornikiem na szczycie. Miał w tym względzie oczekiwania, których nie zmieniał; obiekt znajdujący się w tle musiał mieć nie mniej niż trzydzieści metrów wysokości. Był to standard przyjęty jako minimum przez sztab partii.

– To jest prawdziwy Barras, facet z konkretnymi poglądami na swój wizerunek i łbem na karku, aby je wyegzekwować – tak powszechnie mówiono, nie bez racji zresztą.

Zachowując ostrożność dziennikarską Rosaton nie za bardzo ufał dowodom, a jeszcze mniej świadkom wielkości Barrasa, ponieważ jedli oni wodzowi z ręki. Niektórzy z szacunku całowali jego dłoń, choć oficjalnie twierdzili, że całują tylko jego złoty sygnet, symbol autorytetu i udanej władzy. Najczęściej czynili to ludzie starsi i pobożni. Dotykając wargami żywego ciała przywódcy doznawali głębszego wzruszenia w porównaniu z dotykiem zimnego metalu, choćby nawet szlachetnego złota. Pewnego razu ktoś prawie wyrwał Barrasowi ramię z barku, kiedy ten zaoferował dłoń do pocałowania. Od tej pory ochroniarze pilnowali, aby nie dopuścić zbyt blisko entuzjastycznie usposobionego tłumu.

W dniu, w którym kierowana przez Barrasa Partia Konserwatywna po raz pierwszy zdobyła władzę w wyborach parlamentarnych, jednogłośnie okrzyknięto go dożywotnim przywódcą. Wkrótce członkowie partii oferowali mu ją w darze, tak jak daruje się konia arabskiego lub luksusowy samochód ukochanej osobie.

– Stać nas na to. Robimy to z przekonaniem – mówili, wydymając wargi z zadowolenia i przyozdabiając twarze triumfalnym uśmiechem.

Obdarowany uznał, że nie byłoby uczciwe przyjęcie tak szczodrego upominku, nabył więc partię na własność zawierając z członkami formalne porozumienie na piśmie. W ten sposób Konserwa zyskała środki finansowe i stałego przywódcę, Barras zaś stał się obywatelem numer jeden, majętnym i niezwykle wpływowym. Cieszyło to jego zwolenników. Uważali oni, że dzięki jego władzy i pomysłom, nie tylko partia ale i cały kraj będzie prosperować.

Jako przywódca o niepodzielnej władzy Barras potrafił być niezwykle szczodry jak i surowy. Funkcjonariusze partyjni czuli do niego wielki respekt, bali się go wręcz. Oczywiście nie okazywali tego publicznie, nie byłoby to w dobrym stylu. Najbliżsi współpracownicy przykrywali niepokój wyćwiczonymi do perfekcji gestami, uśmiechami oraz słowami pełnymi nonszalancji i subtelnego luzu.

Z biegiem czasu w Konserwie wykształcił się kult jednostki. Nie osiągnął on rozmiarów typowych dla dyktatur w krajach reżymowych, ale jednak. Ludzie stawali się służalcami, nadskakiwanie i wazeliniarstwo wychodziło z nich jak wiosenny kwiat z wilgotnej ziemi. Byli za to wynagradzani jego osobistym zaufaniem, stanowiskami oraz wysokimi uposażeniami. O niejednym mówiono, że wyrzekłby się własnej matki, aby tylko zasłużyć na zaufanie Barrasa.

Członkowie ścisłej kadry kierowniczej partii, zwanej gwardią przyboczną Barrasa, uważali się za jego podnóżki, chętnie mu schlebiali i chodzili na palcach, kiedy był zmęczony. Jego poglądy stawały się ich poglądami, naśladowali go jak tylko umieli najlepiej. W jego obecności mówili „tak”, jeśli taka była jego wola, aby później, pytani przez dziennikarza, mówić „nie”, albo „czy ja wiem”, albo „to zależy, jak to rozumieć”. Przyciśnięci do muru niewygodnym pytaniem, gmatwali się w wyjaśnieniach. W sumie uchodziło im to na sucho, ponieważ czapkowali przywódcy, wpłacali solidne składki na jego konto oraz robili zrzutki na różne cele, jakich żadnej partii nigdy nie brakuje.

Sam Barras nie musiał z niczym się ukrywać. Swoją osobowością wyrastał ponad szeregi partyjne i społeczeństwo i bez skrępowania wyrażał swą wolę i realizował pragnienia.

Jego rządy przyniosły wkrótce fenomenalne przeobrażenia na lepsze, wyrażające się w nowych technologiach oraz zmianach ludzkiej wiedzy i świadomości. Nastały lata prawdziwej wolności i prosperity.

– Wolność, indywidualność, dobrobyt – te słowa pojawiły się na ustach tysięcy osób, niedawnych malkontentów.

Zwykli obywatele poczuli się ludźmi wolnymi. Ktoś śmielszy mógł obnażyć się na ulicy i być uznanym za ekscentryka raczej niż za zboczeńca, ale musiał mieć „to coś” w sobie. Skutecznie zademonstrował to jeden z przyjaciół Mesjasza. Doszedł on do wysokiej pozycji w partii a następnie w parlamencie, pokazując dwa razy gołą dupę na spotkaniach wyborczych, aby zademonstrować, jak bardzo pogardza konkurencją polityczną – Partią Liberalną, której celem – jak mówił – było czynienie zła i która nadawała się do rządzenia jak wół do karety.

Korzyści self-publishing

Self-publishing to wydawanie książek we własnym zakresie. Termin ten ma największe znaczenie dla autorów ebooków (książek elektronicznych).

Wydawanie książki lub książek w tradycyjnej formie (drukowanej) zawsze było i jest nadal kłopotliwe i skomplikowane. Dzisiaj jest to jeszcze trudniejsze, ponieważ ogromnie wzrosła konkurencja. Ambicje, a przynajmniej chęć pisania, ma obecnie wielokrotnie więcej osób niż kilkanaście lat temu. W Stanach Zjednoczonych jest 25 milionów osób parających się zawodowo pisaniem włączając w to pisarzy, poetów, dziennikarzy, osoby piszące na doraźne zlecenia, osoby przygotowujące teksty reklamowe itp. Z tej masy osób zawodowo zajmujących się pisaniem tylko 8 procent jest publikowanych. Nie znaczy to, że wszyscy piszący mają ambicje i życzenie być publikowanym. Oznacza to jednak, że między napisaniem książki a jej opublikowaniem może istnieć prawdziwa przepaść.

Autorzy, którzy są znani (celebryci, politycy, wybitni naukowcy, sportowcy itp.) lub mają już pewien dorobek pisarski (artykuły prasowe i inne publikacje) łatwej znajdą drogę do wydawcy książek w formie drukowanej. Ci mniej znani lub w ogóle nieznani praktycznie nie są w stanie przebić się do wydawcy. Większości nie udaje się nawet doprowadzić od oceny rękopisu przez wydawcę. W USA, gdzie konkurencja jest chyba największa, pojawiła się w związku z tym liczna rzesza pośredników między pisarzem a wydawcą – agenci literaccy. Agent literacki stał się poważną instytucją. Odciąża on wydawcę, ponieważ przedstawia wydawcy tylko te propozycje książek, które już sam ocenił i uznał za dostatecznie dobre. Nawet jeśli komuś uda się znaleźć wydawcę, czas między napisaniem książki a jej pojawieniem się na rynku liczy się w miesiącach a nawet latach.

Książka elektroniczna jest przyszłością czytelników i pisarzy. Takie jest moje zdanie. To nie jest przyszłość natychmiastowa, będzie ona realizować się stopniowo. Ale szybko. Już dzisiaj książki elektroniczne stanowią 12-15 % wszystkich wydawanych książek. Jeden z ekspertów branży wydawniczej w Australii oceniał, że już za 2 – 3 lata mogą one stanowić 50% wszystkich wydawanych książek. Nie jestem pewien tego terminu ani tej skali, budujący jest jednak fakt, że rynek ebooków podobnie jak i e-czytników rozwija się bardzo dynamicznie.

Publikacja we własnym zakresie książki w formie elektronicznej jest atrakcyjną ofertą zwłaszcza dla początkujących i mniej znanych pisarzy, oraz tych, którzy czują się na siłach i mają chęć wziąć na swoje barki cały proces wydawniczy oraz marketing i sprzedaż książek. Publikacja (w pełnym własnym zakresie) polega na znalezieniu, zalogowaniu się, zapoznaniu się z warunkami i zasadami platformy wydawniczej, a następnie umieszczeniu na niej ebooka. Z ważniejszych czynności, które się z tym wiążą, należy wymienić: przygotowanie książki (w tym dokonanie korekty), sformatowanie książki zgodnie z wymaganiami platformy, zaopatrzenie jej w okładkę elektroniczną, wypełnienie odpowiednich formularzy na platformie włącznie z określeniem ceny, opisami książki, wpisaniem etykiet, określeniem rodzaju literackiego itp. W grę wchodzi także uzyskanie i dołączenie do książki ISBN (international standard book number), który jest jej międzynarodowym symbol identyfikacyjnym. Książka, której nadano numer ISNB, znajduje się w rejestrze, jakim powszechnie posługują się wydawcy, hurtownicy, biblioteki, księgarnie itp. Nadanie ISBN nie jest jednak konieczne, aby móc opublikować książkę w formie elektronicznej.