Święto Zmarłych. Dzień Zaduszny. Poezje, obrazy. muzyka.

Dopisek muzyczny na zakończenie Dnia Zadusznego: 

Toccata con Fuga D Minor Jana Sebastiana Bacha z YouTube https://youtu.be/ho9rZjlsyYY

Dopisek wczesnopopołudniowy. 

Dzisiaj na blogu publikuję tylko poezje okolicznościowe. Słoneczny z rana dzień pomroczniał, zniechęcając do pisania czegokolwiek więcej. Aby utrzymać się przy życiu, piję kawę w ilościach zdolnych utrzymać w dobrobycie niewielki kraj żyjący z jej eksportu. Powoli narasta we mnie sponsorowany przez kofeinę wulkan energii, wyrywającej się na zewnątrz jak zając z klatki, aby popełnić jakiś niesamowity czyn na jesiennej murawie literatury, nazwijmy ją piękną.

Marzyć każdemu wolno.

Ku Chrystusowi

Pola wybiegły prosto w słońce
i rozsypały w kolorów plamy;
zrzucam z piersi płomieni kagańce,
powstaję nagi, zbuntowany.

W zadumie kwiatów obmywam ręce,
w ziemię wsiąkają płatków rany,
promień nadziei składam w podzięce,
idę ku Tobie, oczekiwany.

Stoisz na wzgórzu, dłoni stygmaty,
szary len kształty bólu powiela,
lecz Twoich oczu jasne bławaty
niosą wino i radość wesela.

Ciepły dotyk łagodnej ręki
leczy, wyzwala od ziemskiej udręki.
Przestrzeń i cisza stają się zbawieniem,
modlę się oczami, zadumą, milczeniem.

Michael Tequila
Gdynia, 6 maja 1999
(Z tomiku: Klęczy cisza niezmącona)

We dwoje
czyli spacery z sobowtórem

Poranne słońce ziemię zalewa
powodzią promiennych błysków,
sobowtóra przy mnie prowadzi
jak dżokej konia przy pysku.

Gdy od światłości odchodzę
za cieniem kroczę wysokim,
w dal zmierzamy bezbrzeżną,
ścielącą się pod obłoki.

Kiedy słońce w zenicie chwały,
a ja pod nim prosty i słuszny,
cień chudnie i staje się mały,
dziwny pokurcz u nóg posłuszny.

W południe postać skromna
pod wieczór odwagi nabiera
kończyny i tułów rozluźnia,
mroczny kształt rozpościera.

Naśladowca mój najwierniejszy,
kołysząc się lekko na boki
uważnie ruchy me śledzi,
to rośnie, to staje się szeroki.

Włócząc się z wiernym wcieleniem
jedną zjawą zdajemy się senną,
raz ja wędruję przed cieniem,
to znów on bieży przede mną.

Noc obojgu przynosi wytchnienie,
cień we mnie znajduje schronienie;
dobrze wie, że istnieje złudzeniem,
bo to ja jestem jego istnieniem.

Wegetuje więc wierny i pomny,
że kiedy sam stanę się cieniem,
on stworem zostanie bezdomnym,
własnego złudzenia złudzeniem.

Michael Tequila
Morphett Vale, Australia, 31 maja 1996
(niepublikowane)

Kiedy już, Panie, każesz mi

Kiedy już, Panie, każesz mi umierać,
pozwól się dojrzeć choć przez mgłę,
wtedy już wszystko możesz mi odbierać,
bo ja przemycę nadziei łzę.

Chciałbym Cię dotknąć choćby przez mgnienie
plamką, co błyszczy skrzydłem motyla,
zanim zapadnę w snu zapomnienie,
śniąc, że przemija wieczności chwila.

Wytrwale ścigam przez szorstkie rżyska
życie, co wzbudza tęsknotę i żal;
czemu ma droga niepewna i śliska,
gdy innym ścielesz jedwabiów szal?

Michael Tequila
Valley View, Australia, 10 grudnia 2006
(niepublikowane)

W górach nie musisz

W górach nie musisz siać piękna ni grozy,
one tam rosną od zarania,
ani skał rzeźbić w przepastne wąwozy,
bo te się rodzą z dzikich wód szemrania.

Nikt nie jest w stanie wywyższyć kwiatów,
bo je maluje ktoś ponad nami,
ni słowem zgłębić ludzkiego dramatu,
bo ten się spełnia własnymi znakami.

Ja tutaj jestem nie wiadomo czemu;
taki miał kaprys Pan Opatrzności,
by dać mi szansę oddać się zdumieniu,
nastrojom smutku i chwilom wzniosłości.

Michael Tequila
Gdynia, 27 listopada 2000
(niepublikowane)

 

Informacja świąteczna dla Czytelników. Poezje, powieść i jak poruszać się po blogu.

Drodzy Czytelnicy,

Dzisiaj, 1 listopada, w Dniu Wszystkich Świętych i jutro, 2 listopada, w Dzień Zaduszny, nie zamieszczam na blogu kolejnych odcinków powieści „Laboratorium szyfrowanych koni”, tylko poezje okolicznościowe, w większości nigdzie nie publikowane. Sam nie wiedziałem, że napisałem tyle na temat śmierci, równie ostateczny i niezrozumiały jak czas, przestrzeń czy Bóg. Poszczególne wiersze ilustruję zdjęciami pobieranymi prawie wyłącznie z Wikipedia Commons, prawdziwej kopalni bezpłatnych i rewelacyjnych obrazów z każdej dziedziny.

Zachęcam do zajrzenia na stronę i zapoznania się z poezjami i być może podzielenie się nimi z osobami, dla których pamięć zmarłych jest ważna.

Przy okazji, osobom wchodzącym po raz pierwszy na mój blog i nie tylko, w celu kontynuacji zapoznania się z powieścią, podaję dodatkowe informacje:

Początek powieści: 16 maja 2018
Informacja od autora dla Czytelników: 22 maja 2018
Gwarancja pisarska, reklamacje i przeprosiny: 10 października 2018

Mechanizmy wyboru i czytania odcinków powieści (wpisów na blogu) są proste.

Jeden to kalendarzyk miesięczny po prawej stronie ekranu z wyróżnionymi dniami, kiedy ukazały się wpisy, który pozwala przewijać miesiące jeden po drugim lub klikając na konkretny dzień dotrzeć od razu do wpisu.

Drugi to „Archiwum” u dołu po prawej stronie ekranu, które – klikając na strzałkę – pozwala sięgnąć od razu do dowolnego miesiąca i roku.

Jak poruszać się po blogu, aby czytać odcinki w kolejności ich ukazywania się (czyli na przykład 99, 100, 101, 102), a nie w kolejności odwrotnej (czyli 102, 101, 100, 99, jak to ma miejsce przy zwykłym przewijaniu strony. Wystarczy, jeśli klikniesz na kolejną datę na kalendarzyku. Jeśli przeczytałeś przykładowo odcinek z dnia 16 października, kliknij na datę 17 października, od razu znajdziesz się na początku następnego odcinka.

Proszę zwrócić uwagę, że niekiedy w jednym dniu, jak na przykład dzisiaj, publikuję dwa wpisy. Zdarza się to bardzo rzadko. Wtedy dwa wpisy ukazują się bezpośrednio jeden pod drugim.

PS. Od czasu do czasu udzielam się też na Twitterze, gdzie informuję o kolejnym odcinku powieści oraz przedstawiam własne aforyzmy i sentencje, czasem tez zachętę do zapoznania się z moimi książkami. Aby dotrzeć do mnie na Twitterze proszę wejść na www.Twitter.com i wpisać w pasku wewnętrznej wyszukiwarki strony Michael Tequila.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Tenże

Ryczący Lew Literatury

Dzień Wszystkich Świętych. Poezje i obrazy.

Dzień zmarłych

Świetliki nocy przywracają żywym
ojców i matki, dzieci i braci,
w słowach modlitwy i wzruszeniu tkliwym
wracają bliscy, których każdy traci.

Kamień nagrobny zwodzi pozorem
trwałości. Ileż wytrwa kruchy cement,
nim pod upartych dni naporem
w ziemię też zrzuci prochu brzemię?

Tu nie ma życia. Tam jest życie,
gdzie nie ma bólu i żalu rozstań,
w obliczu Boga, na jasności szczycie,
gdzie niepojęta, ostatnia przystań.

Michael Tequila
Gdynia, 1 listopada 2000
(niepublikowane)

Czymżesz ty jesteś

Czymżesz ty jesteś? Jesteś przemijaniem,
beztroską i bólem, braniem i dawaniem,
palącą solą jesteś w oku,
geniuszem błysków w górskim potoku.

Bóg ciebie skazał na istnienie,
miłość polecił oddać w niewolę,
a czasem łamać serca łaknienie
i grać w niepokoju nieznaną rolę.

Czas przyjdzie, zrobisz wielkie pranie,
w szczerej modlitwie oczyścisz siebie,
fałszywych pozorów zrzucisz ubranie,
prawdę zasiejesz w użyźnionej glebie.

Michael Tequila
Gdynia, 16 października 1998
(Z tomiku: Klęczy cisza niezmącona)

Oto stoję na brzegiem

Oto stoję nad brzegiem, u skraju urwiska,
ocean huczy w dole, gejzerami tryska
i myśl upartą kuje; jakiż człek jest mały,
gdy go ocean otoczy i odwieczne skały.

Objął mnie mocarz szumnych fal ramieniem,
cichością się stałem i myśli skupieniem.
Gdy poczucie nicości w sercu już rozpalił,
odszedł milczący w zapomnienie fali.

O, rodzaju ludzki, co żyjesz złudzeniem,
że wieczność obdarzysz dumnych czynów mieniem,
niespokojnych pokoleń przeminą tysiące,
pozostaną tylko ocean i słońce.

Michael Tequila
Morphett Vale, 19 sierpnia 1996
(niepublikowane)

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… ale gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybieram wolność spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie pozwolę się oddać do wiecznej kasacji,
wrócę w łańcuchu reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotnością żyć będę w boskiej wyobraźni.

Michael Tequila
Zwierzyniec, 20 lipca 1997
(niepublikowane)

W kościele żywych

W kościele żywych nie klękam, nie siadam,
bo konfesjonał bólu nie leczy,
czasem głos skryty do mnie zagada;
on jeden istotę zna rzeczy.

W końcu przychodzi anioł zbawienia,
przy ołtarzu klęka i gra na harfie,
aż z serca wypłoszy żale i złudzenia,
gdy strunę smutku ostatnią rozszarpie.

Michael Tequila
Gdynia, 8 marca 2000
(niepublikowane)

Poezje, Michael Tequila „Klęczy cisza niezmącona” http://michaeltequila.com/?page_id=47

Polskie półtora metra pod ziemią

– Zamyśliłem się głęboko nad życiem. Potem jeszcze głębiej. Zanim się spostrzegłem, byłem już półtora metra pod ziemią.- Iwan Iwanowicz Iwanczyn podzielił się ze mną swoim niezwykłym doświadczeniem.

Pochyliliśmy się nad problemem głębokości zamyślenia oddając hołd tysiącom myślicieli, którzy byli przed nami.

– I tysiącom ludzi myślących, którzy przyjdą po nas. – Dorzucił Wiktor, mój przyjaciel, który przyplątał się Bóg wie skąd i dołączył do towarzystwa.

– O, to nie jest takie pewne. Te tysiące ludzi myślących po nas. – Wyjaśnił Iwan Iwanowicz z wrodzoną dla niego żywością i spostrzegawczością. Myślenie nie jest dzisiaj w cenie.

– Popatrzyłem na niego z uwagą.

– Może zechcesz łaskawco wyłożyć, co masz pan na swoim żywym jak rtęć umyśle. – Zapytał Wiktor dowcipnie, a może i trochę kąśliwie, a ja od razu pomyślałem, że rtęć jest trująca. Obydwaj mężczyźni rywalizowali ze sobą w ćwiczeniach umysłowych, które chronią osobę ostatecznie dojrzewającą przed utratą pamięci, amnezją, chorobą Parkinsona a nawet zanikiem zdrowego rozsądku.

– I chorobą szalonych krów. – Dodałem w myśli swoje trzy grosze, całkiem niewinnie, ponieważ miałem na uwadze dobro społeczeństwa coraz bardziej zapadającego na umyśle, sercu i moralności politycznej.

– Wgryźliśmy się w temat tak głęboko, że o mało co znowu nie znaleźliśmy się owe prawie historyczne półtora metrów pod ziemią. Nie wiem, dlaczego przypomniała mi się Alina i Balladyna, obydwie panie z „Balladyny” Juliusza Słowackiego, oraz lilie rosnące wysoko, lecz kojarzące z głębokością pochówku.

– Dzisiaj, drodzy panowie – Iwan Iwanowicz gestem głowy zachęcił nas do spiskowego zbliżenia głów – nie ma czasu na myślenie. Dzisiaj się żyje, ogląda reklamy w telewizji, słucha dziesięć godzin relacji o tym samym wybuchu gazu w kamienicy na południu Polski, robi grilla, rozmawia przez telefon komórkowy, słowem pędzi życie jałowe intelektualnie jak gazik do opatrywania ran po ukąszeniu moskita.

– Dzisiaj ludzie nie spotykają się, aby porozmawiać poważnie na poważny temat, tylko słuchają polityków, choćby takich jak ów Ziobro, który mówi o redukcji zanieczyszczeń środowiska w taki sposób, aby ludzie myśleli, że chodzi tylko o pognębienie ich wyższymi cenami energii. To stało się, szanowni panowie, motywem przewodnim polityków opozycji: mówić nie po to, aby objaśnić gruntownie i uczciwie problem ochrony środowiska, ale po to, aby udowodnić, że pani premier powinna trafić do trybunału stanu. Te dwie postawy mają się do siebie jak łopata do cygara. – Nie pamiętam, który z nas trzech to powiedział.

– Ja tych skurwysynów, zdenerwował się Wiktor, powyrzynałbym.

Jakich?

Tych, co mącą społeczeństwu w głowach. Autentycznie skopałbym ich na głębokość półtora metra pod ziemię.- Rzucił zdecydowanie, zaskakując tym również siebie samego, ponieważ jest człowiekiem raczej łagodnej natury, choć nieco porywczej.

– To po ojcu – pomyślałem cicho, nie chcąc mieszać do dyskusji wiktorskiego rodziciela, który mógłby mieć lepszy charakter.

– Oni, to znaczy politycy w Polsce, nie różnią się bardzo od polityków w innych krajach, z tym jednym wyjątkiem, że są kompletnie niemoralni. Mówią tylko to, co ma ich doprowadzić do władzy, a nie to, co leży w interesie społeczeństwa.

– Prawda nie jest po to, aby ją wyjawiać społeczeństwu, ale po to, aby ją wykręcić jak szmatę we własnym interesie. – Iwan Iwanowicz rzeczowo włączył się do dyskusji.

– Rozumiem, że każdy polityk dba o własny interes, ale nie może to być w stu procentach. Troska o siebie i dbałość o społeczeństwo powinny zachować co najmniej proporcjach 50/50. – Oświadczenie to spłynęło na nas z góry od kogoś, kto dodał: – Nie po to stworzyłem świat, aby opanowało go kłamstwo i posunięte do absurdu chciejstwo. A gdzie jest zwykła uczciwość, altruizm, interes innych ludzi i przysłowiowy bliźni? – Zapytał z góry groźny i tajemniczy głos. Brzmiał jak dzwon sumienia.

Na obronę polskich polityków zaczęliśmy szukać atrybutów człowieczeństwa u polityka Ziobry i jemu podobnych. Znaleźliśmy je na głębokości półtora metra pod ziemią.

– Panowie, zupełnie rozsądnie wydaje mi się, że na tej głębokości leży przyszłość narodu, który być może sam nie łże, lecz chętnie doprowadza do władzy ludzi o pyskach wykrzywionych kłamstwem.

Zdjęliśmy czapki i pochyliliśmy głowy w cichej modlitwie nad umierającą prawdą. Było to bardzo na miejscu zważywszy zbliżający się Dzień Zaduszny.

 

Zaduszki A.D. 2013

To już drugi dzień refleksji nad życiem i umieraniem, przybyciem i odejściem, tymi, którzy są i tymi, którzy odeszli. Dla mnie jest to temat totalny, podsumowujący i kondensujący w sobie wszystko, sens i nonsens ludzkiego życia.

W buddyzmie, który uwielbiam za głębię wejrzenia w ludzką kondycję, śmierć jest krytycznym filarem dobrego życia. Jeden z nurtów buddyzmu, a może i wszystkie, deklaruje, że nie może żyć dobrze i szczęśliwie ten, kto nie zaakceptował swej śmierci. Buddystom służą do tego medytacje, ćwiczenia mentalne i duchowe, koncentrujące się nad tym, jak umieramy, jak nasze kości bieleją na słońcu (lub są zjadane przez bakterie) i rozpadają się, jak „wyparowujemy” powoli i majestatycznie zgodnie z prawami natury i wszechświata. Proszę mi wybaczyć, jeśli nie przedstawiłem tematu bardziej wyraziście, składając moją słabość na karb ignorancji międzykulturowej.

Śmierć może być krytycznym punktem odniesienia do tego, jak żyjemy. Dogłębna i pozytywna (choć brzmi to jak paradoks) świadomość śmierci jest źródłem siły i odwagi. Nie boi się żyć ten, kto nie boi się umierać – tak podsumowałbym rozważania zaduszne.

Na odchodnym, tylko czasowym oczywiście, przytoczę fragmenty pewnego nagrania wideo o życiu i wierze w Boga. Zawierają one dwie oryginalne myśli: „Żyje, jakby nigdy nie miał umrzeć” oraz „Umiera, jakby nigdy nie żył”.

Rozstanę się Państwem maksymą, którą ukuto już w starożytności: „Memento mori” (Pamiętaj o śmierci). Zinterpretuję ją jednak inaczej, niż tradycyjny Kościół: „Pamiętaj o śmierci, aby żyć szczęśliwe i odważnie”, a nie „Pamiętaj o śmierci, aby się umartwiać”.

Poniżej znajdziecie Państwo moje cztery okolicznościowe poetyckie refleksje (niepublikowane).

 

We dwoje, czyli spacery z sobowtórem

Poranne słońce ziemię zalewa
powodzią promiennych błysków,
sobowtóra przy mnie prowadzi
jak dżokej konia przy pysku.

Gdy od światłości odchodzę
za cieniem kroczę wysokim,
w dal zmierzamy bezbrzeżną,
ścielącą się pod obłoki.

Kiedy słońce w zenicie chwały,
a ja pod nim prosty i słuszny,
cień chudnie i staje się mały,
dziwny pokurcz u nóg posłuszny.

W południe postać skromna
pod wieczór odwagi nabiera,
kończyny i tułów rozluźnia,
mroczny kształt rozpościera.

Naśladowca mój najwierniejszy,
kołysząc się lekko na boki
uważnie ruchy me śledzi,
to rośnie, to staje się szeroki.

Włócząc się z wiernym wcieleniem
jedną zjawą zdajemy się senną,
raz ja wędruję przed cieniem,
to znów on bieży przede mną.

Noc obojgu przynosi wytchnienie,
cień we mnie znajduje schronienie;
dobrze wie, że istnieje złudzeniem,
bo to ja jestem jego istnieniem.

Wegetuje więc wierny i pomny,
że kiedy sam stanę się cieniem,
on stworem zostanie bezdomnym,
własnego złudzenia złudzeniem.
 
Morphett Vale, 31 maja 1996

Elegia

Oporne dłonie składam do odlotu
broniąc serca przed nadmiarem ciosów,
ja umiem tylko przysporzyć kłopotów,
z ust niemych dobyć pozory głosu.

Mam rozkaz płonąć i powielać w bólu
życie bezprawne, darowane życie,
marzyć, by zostać wizerunkiem królów
płochej pamięci na nieznanym szczycie.

Kiedy nadejdzie granica czasów
i przyjdą oczy niezwyciężone,
świadomość uśnie miękkością atłasu,
stopnieje pamięć przestrzeni zmienionej.

Zielone plamy nenufarów
w górskim jeziorze rozbawią słońce,
ptaki cierniowe zstąpią z konarów,
spokój rozświetli niemych dłoni końce.

Gdynia, 13 lutego 2000 (godzina 5 rano)

Wesoły cmentarz

Nagrobek przybrany w betonowe szaty,
na nim dłutem wyryto nazwiska,
urodził się… zmarł… a gdzie daty?
Każda rubryka pusta, szara, czysta.

Niektórzy za życia już po tamtej stronie,
a ja marzenia uparcie wciąż gonię.
Nie dam się zepchnąć pod strojne marmury,
wybiorę wolność … spopielałej chmury.

Hindus nad Gangesem płomieniem się wzbiję,
lekkością zachwycę i blaskiem opiję,
nie dam się oddać do wiecznej kasacji,
powrócę w łańcuchach reinkarnacji.

Mnie myśl ociężała przy ziemi nie trzyma,
wierzę w mądrość Stwórcy, dobroci olbrzyma,
nie zniżę czoła do cmentarnej jaźni;
ulotny żyć będę w boskiej wyobraźni.

Zwierzyniec, 20 lipca 1997

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi,
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.
 
Gdynia, 3 grudnia 1999