Niesforny starzec. Groteska absurdalna (nie tak znowu bardzo). Cz. 2 i ostatnia.

– Myślałem, że pies zdechnie, ale nie. Zawiozłem go do weterynarza, ale gabinet był nieczynny. Wtedy zabrałem go na pogotowie ratunkowe dla zwierząt. Tam lekarz weterynarii obejrzał go dokładnie, popatrzył w oczy i zapytał właściciela czyli mnie, co mój pupil zjadł lub wypił. Kiedy mu powiedziałem, wydał diagnozę:

– Niech pan lepiej szykuje trumnę dla psa.

W poczekalni był dentysta, mechanik samochodowy i ksiądz z małym pieskiem. Wywiązała się awantura.

– Jak może pan sugerować trumnę i pochówek dla psa jak dla człowieka? – Zapytał niewinnie wyglądający mężczyzna w sutannie.

– A nie jest to stworzenie boże, jak każdy z nas? – Weterynarz rzucił wyzwanie duchownemu patrząc mu prosto w oczy jakby chciał go wyspowiadać. Chwilę potem wyszło na jaw, że był to ateista czystej wody, lubiący rzucać wyzwania. W pewnym momencie zaczął złorzeczyć na pojedynczych księży, potem zbiorowo na kler, że nie ćwiczą żadnych sportów, tylko hodują kałduny, w końcu wspomniał coś o pedofilach. Ksiądz oburzył się, wpadł we wściekłość i uderzył go w twarz. Napadnięty wstał z podłogi, wytarł twarz i ręce wilgotną ściereczką, i hojnie mu oddał.

– Rozpoczęła się regularna bijatyka. Dobrze, że pies leżał i spokojnie przyglądał się rozgrywającym się na jego oczach dantejskim scenom nie decydując się interweniować, bo to wielkie zwierzę i byłaby jatka jak się patrzy. Nigdy by ich nie pozszywali – opowiadał potem starzec Radosław, który jakimś cudem też tam się znalazł.

– Nie wiadomo, czy to właśnie nie on wywołał tę awanturę. Gdziekolwiek się nie znajdzie, zaraz powstają niesnaski – skarżyła się rodzina.

Sprawa bijatyki trafiła do sądu. Sędzia, a właściwe sędzina przybyła w jego zastępstwie, bo sędzia odmówił udziału w rozprawie wyjaśniając, że dosyć ma sporów, nieuczciwych weterynarzy, mechaników samochodowych, dentystów, księży i innych przebierańców.

– To wszystko oszuści – krzyczał na korytarzu, kiedy koleżanka sędzina zapytała go, dlaczego nie chce poprowadzić sprawy.

– To kto jest uczciwy według kolegi? – zapytała rzeczowo, lekko już zdenerwowana.

– Tylko politycy! – wykrzyknął sędzia. Nie wiadomo czy mówił to poważnie, czy żartował, bo twarz mu się wykrzywiła boleśnie po lewej stronie.

Zachowanie sędziego wyprowadziło z równowagi ludzi na korytarzu przybyłych jako świadkowie na rozprawę dotyczącą członka ich rodziny, któremu zdarzyło się wejść w konflikt ze znanym posłem.

– Ten typ wstał z rynsztoku – mówił o pośle oskarżony członek rodziny – chciał mi nasikać do kieszeni w przekonaniu, że był to pisuar. Przeklinał przy tym okropnie używając wyzwisk i wulgaryzmów.

W trakcie rozprawy sędzina zadała oskarżonemu pytanie wyjaśniające:

– Czy nie chodzi o to, że to oskarżony napadł na Bogu ducha winnego polityka, zepchnął go do rynsztoka i chciał go skopać, ponieważ nie zgadzał się z oskarżonym co do wysokości składek na fundusz walki z rosnącym analfabetyzmem, kretynieniem i deformacją moralną obywateli, którzy kłamstwo uznają za prawdę, a prawdę za kłamstwo.

Spór trafił ostatecznie do sądu okręgowego, potem było odwołanie od decyzji tego sądu do wyższej instancji sądowej, potem sprawa znowu powróciła do sądu okręgowego i znowu była apelacja do sądu wyższej instancji.

– I tak sądzą się ci ludzie do dziś – opowiadał spokojnie starzec Radosław, ten sam, co to źle sypiał, chodził po nocy, dziecinniał, sprawiał najbliższym kłopoty, pił do upadłego, twierdząc potem, że były to zioła, choć śmierdziało od niego alkoholem, co go rodzina dwa razy wywiozła do lasu, gdzie ożywiał, przypominał sobie, jak kiedyś był komandosem w Legii Cudzoziemskiej, i wychodził z lasu obronną ręką.

Cztery portrety cudze i jeden własny: https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 202: Sefardi rozmawia z Izabellą i przechodzi cichy zawał serca

Przy najbliższej okazji Sefardi zapytał Isabelę, co sądzi o zniknięciu i powrocie czasu. Był ciekaw jej komentarza. Jej reakcja zdumiała go, choć znał kobietę bardzo dobrze. 

– Nie biorę udziału w tej monstrualnej hecy, bo to chamska prowokacja – oświadczyła, po czym zaczęła bluźnić tak strasznymi słowami, że Mistrz przestraszył się nie na żarty. Pomyślał, że jej rozum odjęło i że zaraz zacznie się rozbierać jak głupia wiejska Tola, która za jabłko oddawała się dorastającym chłopcom.

Nie miał nic przeciwko temu, taka myśl przemknęła mu przez głowę, aby zobaczyć gospodynię w spontanicznym akcie obnażania się. Isabela widocznie domyśliła się, co mu chodzi po głowie, bo rzuciła mu tak zjadliwe spojrzenie, że odszedł zmieszany wymawiając się pilną pracą do wykonania. Zanim to się stało wyjaśniła mu, że widziała z bliska fenomenalne szaleństwo czasu i wyglądało ono inaczej niż jej relacjonował.

– Ogląda pan rzeczywistość jak ślepa kura, don Sefardi, bo nie zauważył pan żadnych zmian. Ludzie w kraju odwracają się do siebie plecami, kobiety unikają kontaktu z mężczyznami, dzieci dojrzewają tak szybko, że aż strach bierze, i już w szkole współżyją ze sobą jak dorośli ludzie. Niektóre chodzą zaniedbane i szczerbate, tłumacząc, że rodzice nie mają dla nich czasu albo pieniędzy, aby zaprowadzić je do dentysty. Ci z kolei twierdzą, że nie mogą leczyć, bo brakuje im amalgamatu do wypełniania plomb, albo narzędzi dentystycznych, a może nawet i chęci do pracy. W ogóle nie zauważył pan, jak wszystko zmieniło się po Apokalipsie! Nawet fabryki się zmieniły; pracują teraz dłużej i bardziej intensywnie wyrzucając z kominów dym czarniejszy i bardziej cuchnący niż sam diabeł.

W takich okolicznościach czas też mógł zwariować, ale ja się do tego nie mieszam. Mnie to nie obchodzi.

*****

Niezdolność wyjaśnienia fenomenu znikającego czasu męczyła Mistrza. Nosił w sobie poczucie winy i wstydu wobec społeczeństwa, gubernatora, nie wspominając Isabeli, szczególnie krytycznej wobec jego niewiedzy. Złe wspomnienia doskwierały mu tak bardzo, że odczuwał duszności i szum w głowie. Kiedy poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej, zgłosił się do lekarza rodzinnego, który po osłuchaniu skierował na badanie w klinice profesora Navarro, znanego kardiologa. Okazało się, że w dniach niepokoju, kiedy Sefardi nie umiał wyjaśnić ludziom fenomenu kurczącego się czasu, doznał zawału serca. Profesor wyraził swoją opinię bardzo poetycko.

– Pański zawał był tak spokojny jak przelot kolibra nad plantacją róż w Ekwadorze. Nie mógł pan go odczuć ani usłyszeć, bo był cichy niby tykanie zegara z bajki. Niby je słychać, ale tak jesteśmy do niego przyzwyczajeni, że naprawdę to go nie słyszymy – skomentował niezbyt wyraźnie kardiolog.

Sefardiego nie zdziwiło, że profesor mówił bełkotliwie, ponieważ jego głos przebijał się z przez zmierzwioną brodę, której gęste, rude włosy działały jak tłumik.

– Widocznie wszystko jest teraz cichsze niż kiedyś – pomyślał Sefardi, starając się zapamiętać te słowa. Wydały mu się godne pamięci jako prosta teza naukowa, którą warto kiedyś zweryfikować. Miał we krwi sprawdzanie wszystkiego, co tworzyło czasoprzestrzenną rzeczywistość. 

Obydwaj mężczyźni, lekarz i pacjent, razem oglądali obraz na ekranie monitora medycznego. Profesor zwrócił uwagę, że serce Mistrza prawdopodobnie wskutek zawału zmieniło się, upodabniając się do zegarka o kształcie serca, jaki niegdyś nabyła od Sefardiego królowa angielska.

Był to oczywiście żart ze strony profesora, z którego obydwaj się pośmiali. Rozmowa przedłużyła się, kiedy lekarz wyznał, że jest miłośnikiem zegarów, a w dodatku wielbicielem wynalazków Sefardiego, w związku z czym czuł się zaszczycony goszcząc go w swojej klinice.

0Shares