Nocna radość zwycięstwa nad duchem i materią

Postanowiłem napisać dziś coś tak rozrzewniającego, że popłaczecie się ze wzruszenia. Chodzi o zwycięstwo wyborcze Partii Powszechnego Dobrobytu. Z tej okazji Wielki Mistrz zwany też Klasykiem wygłosił przemówienie. Nie było długie, ale bardzo obiecujące. Wspomniał, że nie wszyscy jeszcze wierzą w Partię. Postanowiłem, że kiedy już uwierzą, osobiście zainicjuję Kult Wielkiego Mistrza.

Późną nocą ogłoszono wstępny wyrok wyborczy. Wysłuchałem go z uwagą, po czym wyszedłem na deszcz, aby go sobie przemyśleć i nacieszyć się nim w ciszy. Chodziłem boso po ulicy, a po powrocie posypałem sobie głowę popiołem. Dobrze mi to zrobiło. Uczciłem w ten sposób zwycięstwo Wielkiego Mistrza, ukochanego przywódcy milionów.

To on zorganizował i opłacił wesele przedwyborcze. Na jego czas cudownie rozmnożył pieniądze, nakarmił miliony a potem zwielokrotnił głosy. Tak silnie nawiązywało to do Biblii, że wyszukałem biskupa, aby mu podziękować całując w pierścień.

Okazało się, że był bezręki; wobec czego pocałowałem go z wdzięczności gdzie indziej za to, że on i jego koledzy po komży pomogli w zwycięstwie Wielkiemu Mistrzowi i PPD otwierając także i mnie drogę do raju.

W nocy rozpłakałem się serdecznie. Były to łzy gorące i z taką zawartością słodyczy, że dla równowagi wypiłem kielich goryczy i powziąłem postanowienie w ogóle już nie myśleć. Dla pewności zapytałem sumienie:

– Po co miałbym myśleć skoro jest ktoś większy i mądrzejszy, co myśli za mnie i za miliony?

Zapytane przyznało mi rację, po czym zamilkło.

– Szkoda słów – dodało po chwili.

Zrozumiałem to jako potwierdzenie mojego rozumowania. Żal mi było tylko, że od razu nie zapisałem się do tych milionów, które głosowały na Partię Powszechnego Dobrobytu. Porzuciłem ten niewczesny żal, kiedy znajomy zwycięzca wyborczy poinformował mnie, że jest możliwe, że w niedalekiej przyszłości zapisy będą już obowiązkowe i on mi w tym pomoże przedstawiając moją kandydaturę gdzie trzeba.

– Zadba o ciebie nasz niezrównany Mistrz Ceremonii Prawnych, który określa, co jest dopuszczalne, a co nie, kiedy ma to nastąpić, oraz kiedy sprawa trafia do prokuratury a kiedy na śmietnik.

Wydało mi się to dziwne, może nawet okrutne.  

0Shares

Niedzielny esej o pisarzu, biskupie i złodzieju

Jedna krótka niedziela i tyle przeżyć. Z braku wielkich wydarzeń, małe stają się wielkie. Zależy to od umiejętności powiększania, której służy nie tylko szkło powiększające, lornetka i mikroskop. To umiejętność życiowa, umykająca uwadze, ale ważna. Przynajmniej dla pisarzy.

Przeglądam teraz (bardziej niż czytam) biografię autorstwa Denisa Briana: „Hemingway. Jaki był naprawdę. Wspomnienia tych, którzy go znali”. Bohater autobiografii, w swoim czasie najbardziej znany pisarz na świecie, umiał powiększać. Miał też inne umiejętności, dzięki którym do dzisiaj trudno jest rozwikłać prawdziwą historię jego życia. Relacje z wydarzeń, w których uczestniczył. są niekiedy tak pogmatwane, że nie wiadomo, co jest, a co nie jest prawdą. Jakie były jego stosunki z ważnymi ludźmi, gdzie i kiedy co powiedział, i czy to w ogóle to powiedział. Hemingway był twórcą sprzeczności, dzięki którym skutecznie budował swoją legendę. Jedyna zgodność w biografiach Hemingwaya sprowadza się do tego, że był postacią fascynującą, bogatą i urzekającą.

Z przeszłości wracam do teraźniejszości, czyli minionej niedzieli. Nie chcę utknąć na Hemingwayu. Jest zbyt tragiczny i pogmatwany. Życie zakończył samobójstwem.

Mój niedzielny bohater podobny był do Hemingwaya masywną sylwetką i mocnym umięśnieniem. Poza tym wyróżniał się czerwoną, plamiastą twarzą, przekonywująco wyrażającą tęsknotę za otępieniem umysłowym. Intuicja podpowiadała mi, że nie była to charakteryzacja. Tak czy inaczej, imponował swoim wyglądem. Patrzysz, i od razu jesteś pod wrażeniem. Rzeczony chojrak przeszedł obok mnie w „Biedronce”, kiedy oglądałem wina. To nas zbliżyło do siebie w sensie zainteresowań. Mimowolnie stał mi się bliższy. Dwie minuty później okazało się, że z alkoholem łączą go głębsze uczucia, wręcz namiętność. Ujawnił to, kiedy usłyszałem zdecydowany głos wysokiego powagą i wzrostem funkcjonariusza „Biedronki”: Proszę odstawić to na półkę! Osiłek podszedł do półki z alkoholami, wyjął zza pazuchy dwie butelki wódki 0,75 litra i umieścił tam, skąd je wziął. Wrócił do funkcjonariusza, który zaimponował mi przenikliwością natury ludzkiej albo znajomością osiłków w kurtkach ortalionowych. Proszę odstawić resztę! – Zażądał despotycznie pracownik Biedronki.

Tego się nie spodziewałem! Bohater dnia wrócił na miejsce i odstawił jeszcze jedną butelkę wódki! Patrzył w kierunku prześladowcy spode łba, co było zrozumiałe. Trudno jest patrzeć prosto przed siebie, kiedy ktoś ma nad tobą przewagę i stawia ci żądania nielicujące z „godnościom osobistom” i ważnymi potrzebami życiowymi. Pomyślałem, że Czerwonogęby jest marksistą, co to odbiera bogatym i daje biednym, których osobiście reprezentował. Marksizm niestety nie jest już w modzie z prostych względów: okazał się niepraktyczny, gdyż wchodził w kolizję z duchowością proletariatu jak i klas próżniaczych. W walce klasowej demokracja pokazała lwi pazur i komunizm, niegdyś w Polsce dla zmyłki zwany socjalizmem, poszedł w odstawkę. Niech mu ziemia lekką będzie!

Odrobina dygresji z ekonomii politycznej nie zwalnia mnie od podsumowania klasowej walki o trzy butelki wódki. Złodziej nie został nazwany złodziejem, a Biedronka nie odebrała mu licencji nielegalnego przywłaszczania mienia wzywając policję. Obawiam się, że może to zachęcać najwytrwalszych zwolenników bojów o alkohol do praktykowania sklepowej zabawy w „A kuku!”.

Dodatkiem do niedzieli była wiadomość, która ubawiła mnie skojarzeniem. Chodziło o przyjazd do Warszawy biskupa z małżonką. Wyobraziłem sobie Arcybiskupa Głodzia połączonego węzłem małżeńskim z pobożną niewiastą, jak kroczą dostojnie po czerwonym dywanie w dniu przyznawania Oskarów głosząc chwałę Stwórcy, kina i dobrego towarzystwa.

Nie wszystkich duchownych Bóg uszczęśliwił jednak prawem do ożenku. Są tacy, którym się powiodło. Kościoły anglikański, starokatolicki i ewangelicki pozwalają duchownym zawierać związki małżeńskie. Ma to oczywiste zalety: kiedy żona ci dokucza, uciekasz do Boga. Nie ma niestety ucieczki w drugą stronę, gdyż Pan Bóg nie dokucza. Najwyżej przypomina o czymś, co zapomniałeś, lub upomina w sprawie, którą opatrznie zrozumiałeś, czyniąc to ustami duchownych. Zwykły człowiek nie jest w stanie uniknąć pośrednictwa osoby duchownej, gdyż w dobie telefonu komórkowego mało kto utrzymuje bezpośredni kontakt z Bogiem. Pan Bóg podobno jest tradycjonalistą i nie znosi nowoczesnych technologii.

0Shares