Historia radośnie krótka jak urwany dzień

O niczym nie powinno pisać się tak dużo, jak o sprawach radosnych. Radość to imperatyw, nakaz obecnych czasów.

W wyniku informacji, że w budynku może znajdować się ładunek wybuchowy, wczesnym popołudniem ewakuowano Centrum Handlowe Manhattan w Gdańsku. Na zewnątrz wyszło 700 osób, klientów i pracowników sklepów i biur. Czas był piękny, słoneczny, ludzie się rozgadali, atmosfera podniecenia, rozmowy i pytania.

W rozmowach na przedzie, u góry, z boku, wszędzie, był parlament, oczywiście nie cały, tylko większość parlamentarna. Wszycy chwalili PiS, ganili opozycję.

– Partia idzie do przodu, rząd idzie do przodu, tylko opozycja drepcze w miejscu, społeczeństwo buntuje się, na szczęście tylko w połowie. – Ktoś mówił głośno.

Wszyscy się cieszyli, że rząd dokonuje zmian, cudownych, perspektywicznych, które zapewnią nam raj, jakiego nie znali nawet Adam i Ewa. Za czasów PO demokracja była pozorna, teraz jest prawdziwa. Parlament, jego decydująca większość pod sztandarem PiS, źródło wiedzy, wiary, nadziei, uczciwości i prawdy, będzie teraz kierować wszystkim: trybunałem konstytucyjnym, sądem najwyższym, sądami niższymi, prokuratorami, sędziami, nawet prezydentem, który jest niezależny.

Władza ma talent, umie stopniować napięcie, prawda płynie strumieniem z jej słodkich ust i wylewa się na ulice. A tam, niestety, niezrozumienie, ciemny naród, ludzie tysiącami sprzeciwiający się mądremu rządowi, mądrej partii, mądrym ministrom. Nocami palą świeczki na znak protestu. Ale co to za świeczki!? To ogarki! Prawdziwa świeca jest jak pała, wielka, wysmukła, od takiej to pół nieba może się zająć. To byłby dopiero ogień. Kto wie, może i ludzie nauczą się jeszcze palić porządne świece, ku chwale rządu, większości parlamentarnej i prezydenta. No i Naczelnika, chluby narodu, który zbudował nam reputację za granicą potężniejszą niż mur chiński, oby żył wiecznie, oczywiście nie mur, tylko Naczelnik.

 

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania.

Książka ma bardzo dobre recenzje. Można zapoznać sie z nimi na górnym pasku menu. Aby zachęcić Państwa do zakupu, przedstawiam kilka cytatów z różnych opowiadań:  

– W swojej zgryzocie pocieszali się powiedzeniem: "Głodny sytego nie zrozumie" (str. 85).

– Carabinieri i militari rzucali im pod nogi świeże pachnące kwiaty, przede wszystkim róże gorące jak młoda krew, a po powrocie do koszar ciskali broń na ziemię, publicznie demonstrując bezwzględny pacyfizm (str. 88).

– Część z nich przypada konkurencji szalejącej jak białogłowa na wydaniu. Zna pan to przysłowie, monsieur: Kiedy głowa siwieje, to dupa szaleje? – zapytała mnie rozmówczyni, pogłębiając mój szacunek dla jej wyszukanej znajomości kultury, tradycji i języka (str. 91).

– Prezydent od chłopięcości był przystojnym mężczyzną. Oglądały się za nim dojrzałe kobiety i niektóre podlotki, później także mężczyźni marzący o tym, aby być takimi jak on: wysportowany, wysoki, barczysty, gładki na twarzy, bogaty. Mówiono, że kiedy był młody to miał jedwabistą skórę. Było to wtedy, kiedy pozował do zdjęć dla magazynu mody męskiej … (str. 116).

– W takich dniach prezydent męczył się i z rozpaczy pił z malutkiego kieliszeczka z wąskim złotym paseczkiem i trupią główką ze szczerego złota na krawędzi. Pił to, co piją nieszczęśliwi mężczyźni na wysokich stanowiskach … (str. 118).

– „W kobiecie jest tyle piękna” – słowa te pieścił na ustach, delikatnie dotykając językiem warg. Mówienie o kobietach pobudzało jego kubeczki smakowe bardziej niż aromatyczny napój owocowy z dodatkiem alkoholu (str. 123).

– Tkwiła w tym bolesna sprzeczność logiczna: policja ścigała jak przestępcę ideał, który powinien być obnoszony paradnie w lektyce przez wiwatujący tłum, wśród orgii kwiatów i szalejących fanfar (str. 141).

– Ślepy Koń był tak przekonujący, że … ludzie jedli mu z ręki, pardon, z kopyta … Każdy rząd, włącznie z naszym, który jest najlepszym rządem na świecie, z wielkimi osiągnięciami i wrażliwością na ludzkie potrzeby i troski, życzyłby sobie mieć takie podejście do obywatela (str. 146).

– Mówiono, że miał z gruntu życzliwy stosunek do wszystkiego, co się ruszało za dużym eleganckim biurkiem, w luksusowym samochodzie czy w kosztownej restauracji (str. 146).

Dogrywka negocjacyjna prezydenta Trumpa w Polsce. Cz 2.

W godzinach wieczornych prezydenci USA i Polski spotkali się ponownie. Bardzo przypadli sobie do gustu. Reprezentowali podobne poglądy, a układ gwiazd sugerował owocną współpracę.

President Trump podziękował serdecznie za doskonałą synchronizację przebiegu przemówienia.

– Kiedy wspomniałem Lecha Wałęsę, od razu wasi ludzie zaczęli buczeć. Fantastycznie to robicie. – Powiedział, po czym podjął długo oczekiwane zobowiązanie.

– Wypełnimy zasadę wspólnej obrony NATO wschodnich granic i obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Jest to postanowienie ważne na sześć miesięcy, po czym będzie automatycznie przedłużane. Okres wypowiedzenia: trzy miesiące. Takie mamy zasady.

President Kaczyński przyjął to oświadczenie ze zrozumieniem.

Następnie prezydenci wymienili się upominkami. President Trump otrzymał skrzydła husarskie, dla upamiętnienia chwały oręża polskiego pod Wiedniem. Od razu je przymierzył.

– Jak spotkam się z Putinem, to go wystraszę tym szumem! Fantastic! – Krzyknął, tak był ucieszony.

President Kaczyński otrzymał makietę muru, którym USA odgrodzi się od Meksyku. Była tak długa, że musiała być rozłożona na części.

– Doskonale! – Ucieszył się president Kaczyński. – Przyda nam się do umocnienia wewnętrznego podziału kraju.

Na zakończenie president Trump długo szarpał rękę Presidenta Kaczyńskiego; był to widomy znak szczerej przyjaźni. President Kaczyński odpowiedział poważnym ukośnym uśmiechem. Wszyscy wiwatowali. 

Informacje dla odwiedzających stronę – książki Michaela Tequili

Z przyjemnością informuję, że w sprzedaży w księgarniach stacjonarnych i internetowych są już trzy moje książki:

  • Sędzia od Świętego Jerzego (książka drukowana i ebook) (cena od 13,80 zł),
  • Klęczy cisza niezmącona (książka drukowana) (cena od 11,20 zł)
  • Niezwykła decyzja Abuelo Caduco (książka drukowana) (cena od 14,20 zł).

Opinie i recenzje można przeczytać klikając na przycisk na górnym pasku menu strony autorskiej (w formie fragmentów recenzji oraz linków do recenzji). Szeroki zakres recenzji podaje też portal www.lubimyczytac.pl z linkami do księgarni, gdzie książkę można najtaniej kupić.

Będę wdzięczny za informowanie o tym znajomych i przyjaciół.

Zachęcam do zakupu dla siebie lub na upominek.

Bądź patriotą! Kup książkę! Wspieraj autora!

Serdecznie pozdrawiam,

Michael Tequila

Poufne rozmowy prezydenta Trumpa w Polsce. Cz. 1.

Na jaw wyszły ostatnio szczegóły poufnego spotkania Jarosława Kaczyńskiego z Prezydentem Trumpem w dniu jego słynnego przemówienia na temat dziejów Polski. Mężczyźni zwracali się do siebie per „Mr President". Był tu pewien niuans językowy, ale tłumacz rządowy rozwiał go bardzo szybko: „Prezes” w języku polskim znaczy dokładnie „President” w języku angielskim.

Podjęto ważne zobowiązania. USA dostarczy Polsce gaz ziemny, pociski Patriot oraz będzie udzielać stałego poparcia idei Międzymorza z Polską w roli przywódcy. Podkreślono korzyści: dostawy gazu radykalnie zmniejszą zależność Polski od Rosji, a Międzymorze od Unii Europejskiej. President Kaczyński podkreślił, że pociski Patriot dobrze mu się kojarzą.

– Jesteśmy patriotami, nie wpuszczamy obcych do Polski. Mamy piękną tradycję.

President Trump powiedział a propos tradycji, że jest on spokrewniony ze znanym polskim rodem. President Kaczyński zainteresował się.

– Przestudiowałem drzewo genealogiczne. Mój dziadek wywodził się ze słynnego rodu Bufonów.

President Kaczyński nie pamiętał tego rodu. – Bardzo żałuję. – Wyjaśnił.

Dziękując za możliwość wystąpienia w Warszawie, president Trump wyjaśnił, że nie wspomniał roku 1989 w swoim przemówieniu, ponieważ ta część polskiej historii była dla niego niejasna. – Najważniejszy był wtedy Lech, ale chyba nie ten, o którym myślałem. Tak mi się wydaje. To delikatna kwestia, jak rozumiem.

President Kaczyński zobowiązał się do wyjaśnienia tej sprawy.

– Zmienimy wtedy podręczniki historii w USA. – Odpowiedział president Trump.

W międzyczasie obydwie pierwsze damy wymieniły się uściskami i uwagami na temat fryzur i sukni, oraz obiecały sobie wyjaśnić, na czym będzie polegać ich rola. – Dotychczas było to niejasne. – Zgodziły się.

Prezydenci złożyli przysięgi.

– I shall make my country great! – Pierwszy przysięgał president Trump. – Postawię mur większy niż chiński, oddzieli nas od Meksykan i muzułmanów.

– Uczynię mój kraj wielkim. – Szybko wyjaśnił tłumacz.

– Ja też uczynię mój kraj wielkim, ale nie potrzebuję muru. – Odpowiedział z przekonaniem president Kaczyński.- Mam ministra Błaszczaka, który już doskonale oddzielił nasz kraj od obcych. Nikt do nas nie przyjeżdża, nawet na zaproszenie. Zapraszamy serdecznie, ale oni mówią, że w Polsce im się nie podoba.

Temat ten bardzo zaintrygował Presidenta Trumpa, ale nie miał czasu go drążyć

Maximus z Cane Corso i radość życia na luzie

Życie niesamowicie mnie opromieniło. I to dzisiaj, w niezbyt słoneczny dzień. W sklepie mięsnym dojrzałem czarne oczy ekspedientki, ogromne i dystyngowane, głośno wyraziłem uznanie, na co otrzymałem natychmiastową odpowiedź:

– Co pan sobie życzy?

Pytanie zaskoczyło mnie. Ja do wielkookiej z wdziękiem, a ona do mnie z pytaniem jak nóż rzeźnicki. Życzyłem sobie sera i kiełbasy. Potem, kiedy w zaciszu odmowym, otrzymałem kość indyczą do ogryzienia, ostatecznie już poczułem się syty, pełen miłości i dobrobytu.

Biegając dla zdrowia po lesie spotkałem psa, osobnika rodzaju męskiego, wielkiego jak mała góra. Kulturalny, przedstawił się: Maximus z Cane Corso, typ mastifa, zaliczany do grupy molosów, Półwysep Apeniński, pies stróżujący, obronny, tropiący i policyjny, nie podlega próbom pracy. Ostatnie wyjaśnienie zaintrygowało mnie. Był w wieku 2,5 roku, odpowiednik naszych 18 lat, towarzyski, poważny z wyglądu, pochodzenie prawdopodobnie murzyńskie, bo był czarny jak węgiel. Mnie tam to nie przeszkadza, ale boję się o stosunek władz do niego, bo w dodatku łeb miał wielki jak parlamentarzysta, co może sugerować konkurencję.

Był autentycznie ucieszony, zaprosił mnie do zabawy, zaproponował bieganie w kółko. Wybrałem bieg na wprost, towarzyszył mi. Był małomówny, ust nawet nie otworzył. Wszystko wyjaśniła mi właścicielka, przemiła istota. To mnie wzmocniło w przekonaniu, że psy i ich właściciele to gatunki odmienne od gatunku ludzkiego, całkowicie i nieodwołalnie. Podkreślam „nieodwołalnie”, ponieważ było wiele rzeczy w naszym kraju, które w ostatnich czasach odwołano w sposób bezkompromisowy, podobno dla dobra narodu, co nie zawsze rozumiem.

Martwię się o Maximusa, bo to on ma konkurencję. Ludzie już nie tylko mówią, ale i szczekają. To chyba jakaś manipulacja genetyczna. Uchodźców nie wpuściliśmy, ani terrorystów, manipulację niestety dopuściliśmy do głosu. Włos się jeży na głowie. W stolicy występuje osobnik o solidnej głowie, wyraz twarzy Maximusa, podobnie lubi się uśmiechać. Niby łagodny, ale z charakterem, komiczny, prawi dykteryjki, zadaje zabawne pytania na przykład o kobiety na najwyższych stanowiskach, osoby żyjące, w istocie rzeczy dawno zmarłe. Eksperymentowanie ze zmarłymi to niebezpieczny biznes. Jednym kojarzy się z nekrofilią, innym z ekshumacją. Do wielkogłowego nie mam zaufania. Łże jak człowiek. Psy tego nie robią.

Sam już nie wiem, co myśleć o takim świecie. Może przestanę myśleć? To też jakaś rozrywka, wiele osób to robi i czują się szczęśliwi.

Prezydenci w moim życiu

Moje życie toczy się między poezją codzienności a prozą pisarstwa. Dzisiaj jest inaczej. Moją przestrzenią życiową zawładnął prezydent Trump. Jest wszędzie: w TV, radio, prasie, Internecie, na podwórku i w lesie. Widzę go i czuję. Oto idzie do samolotu Air Force One, popychając przed sobą żonę i synka. Wozi go ze sobą wszędzie, to jego maskotka. Chudzina stoi i patrzy na ludzi, a oni na niego. To jest piękne, umieć chwalić się rodziną.

Pięć minut później prezydent Trump wchodzi do samolotu. Żona stoi obok, synek też. Prezydent lekko popycha ich, aby zrobić sobie wspólnie ładne zdjęcie. Za chwilę są już wewnątrz. Oddycham z ulgą, że czas biegnie tak szybko. Komentatorzy nieprzerwanie informują, co to jest Air Force One i co będzie robić prezydent Trump w Polsce. Spotka się z prezydentem. Innym, ale takim samym. Prawie takim samym. Na razie leci. Dwie godziny później też, i jeszcze później też. Cały czas śledzę wydarzenia.

– Wciąż leci? – krzyczę z nadzieją do żony.

– Wciąż leci! – odpowiada z radością.

– A ten drugi? – pytam.

– Jaki drugi? – słyszę gniewny głos.

– Ten drugi prezydent. Nasz rodak. Ma inne imię, ale to taki sam Donald jak ten amerykański.

– On nigdzie nie leci. On czeka na ziemi na spotkanie z prezydentem. Tym pierwszym Donaldem, najważnijeszym na świecie.

W powietrzu i na ziemi są dzisiaj tylko prezydenci. Będą budować Międzymorze. To nowa dzielnica mieszkaniowa, gdzie zamieszka dziesięć krajów. To nasza odskocznia od Unii Europejskiej, gdyby ta nam się nie udała. W Unii są tylko ważniaki, tutaj jesteśmy my, wszyscy, mieszkańcy trzech mórz. To mnie zachwyca i uspokaja.

Wprawdzie nie przepadam za prezydentamii, ale ich lubię. Mają fantastyczną gestykulację. Ciekawie poruszają ustami, nawet kiedy nie mówią. Teraz czekam na wyniki ich spotkań ciesząc się, że prezydent Donald, ten amerykański, wciąż leci. 

O ludziach, kraju, partii i dwóch prezydentach

Spotkałem w lesie człowieka. Znamy się od dawna, to mój czytelnik. Był ostry jak brzytwa. Dokumentnie schlastał moją ostatnią twórczość blogerską.

– Piszesz, człowieku, jakbyś nie jadł od dłuższego czasu. – Był z psem, który milczał, kiwał tylko głową potakująco.

Leśne słowa wziąłem sobie do serca, wróciłem i biczowałem się dłuższy czas. Taki już jestem – przyjmuję prawdę z godnością. Jestem w tym podobny do ministra przyrody, tego o twarzy dzika z przekrwawionymi oczami, który w odruchu patriotycznej szczerości podał Puszczę Białowieską do prokuratora za bezprawne zapisanie się do Unesco.

– Kto to jest ten Unesco? – Krzyczał minister. – Jest nikim. W ministerstwie nigdy o nim nic dobrego nie słyszeliśmy, oprócz tego, że przyjmuje lasy i puszcze pod bezprawną opiekę.

W perspektywie mamy wizytę prezydenta USA, Donalda, tego właściwego. Spotka się z naszym prezydentem, też Donaldem, tylko trochę innym.

– To mój odpowiednik. Jest drobniejszy niż ja, więc łatwo mu wyrwę rękę w geście powitania. – Powiedział Donald T.

Trzeba wiedzieć, że historia z ręką nie jest żadnym żartem. Pokazuje to video w Internecie. Prezydent Donald „szarpie, ciągnie, zgniata, poklepuje i długo trzyma cudze dłonie”.

– Mam słabość do dłoni. To kwestia serdeczności. Okazuję ją tylko przyjaciołom. Innym ludziom dłoni nie podaję i nie szarpię. – Tak to objaśnił.

My nie jesteśmy gorsi, mamy najwyższej klasy specjalistę od całowania dłoni, rąk i przedramion damskich. Widać go czasami na nocnych przemarszach. Lubi chodzić nocą i śpiewać.

Rząd i Partia zaplanowały wielki zjazd ludzi na spotkanie z Donaldem T. Oprócz autokarów, rowerów, koni, czołgów i helikopterów, będą tylko prawomyślni obywatele, bez przedstawicieli PO, Nowoczesnej i KOD, którzy postawili się poza nawias społeczeństwa. Prezydent Trump ma nas chwalić za odwagę i potęgę europejską. Jest już wstępne porozumienie: Polska i USA stworzą nowy sojusz militarno-gospodarczy, poza Unią Europejską.

– Co mi tam Chiny, Rosja i Unia Europejska! Polska to jest dla mnie partner! – Taką deklarację złoży prezydenta Donald.

Minister Antoni przygotował już wojsko do defilady. Najpierw będą szły konie, dla upamiętnienia tradycji, potem czołgi, dla pokazania siły, następnie pojawią się helikoptery, które dolecą, kiedy zostaną zakupione.

Władze przygotowały godne przyjęcie gościa. Przedstawiciele Partii i Rządu będą podchodzić dwójkami i całować go w … ciało w dowód wdzięczności za poparcie naszego wyjścia z Unii Europejskiej. Przygotowano pierwsze trzy trójki. Nie będzie tam tylko pani premier, bo kobiecie nie wypada całować się publicznie.

Rozmowy gospodarcze będą bardzo intensywne, ale konkretne. USA będzie nam dostarczać gaz ziemny, a my im węgiel. – Mamy więcej miejsca na składowanie. – Wyjaśnił prezydent T.

Nie wiadomo jeszcze, czy Naczelnik spotka się z Prezydentem.

– Kiedy myślę o waszym Prezydencie, mam złe skojarzenia. On jest taki nieporadny. – Wyjaśnił swoje stanowisko. Nie było to całkiem zrozumiałe, bo kiedy mówił, patrzył w kierunku dużego pałacu, a nie małego międzynarodowego lotniska.

Wszystko to jest jakieś tajemnicze. Właściwie to niewiele mnie już dziwi, bo idziemy coraz szybciej i w coraz lepszym kierunku. Skutecznie nie dopuszczamy do siebie uchodźców ani terrorystów, co w sumie znaczy to samo. Potrafimy nawet opluć uciekinierkę, która z czarnej Afryki przyjechała do Berlina, a stamtąd do Polski, aby pomodlić się w kościele. Jeden z wiernych rozpoznał w niej znaną i niebezpieczną brudaskę. Mamy czujnych obywateli. Kiedy to zrobił, krzyknął reklamowo: Brawo my!

Donosiciel

Przed sklepem wędliniarskim Iwan Iwanowicz spotkał idiotę. Nie wiedział, że to idiota, bo mężczyzna wyglądał jak inni ludzie. Był normalnie otyły, dosyć nijaki z wyglądu, miał mordę zmęczonego dzika i przekrwione oczy. Stanął na podwyższeniu i przedstawił się, było to jakieś szeleszczące nazwisko. Opowiedział ludziom historię, jak donosił na las.

– Napisałem prosto do prokuratora. Ten las był parszywy. Wielki, stary i pół zgniły. Po co taki komu? Las musi być nowoczesny, młodniki, drzewa proste jak strzelił, wyprostowane, jednolite.

– Ten las! Co on zrobił złego? Starość i choroba to nie przestępstwo.

– Trzydzieści lat temu zbiesił się, złajdaczył, poszedł pod prąd postępu i zapisał do organizacji ochrony starożytnej zieleni. Słyszeliście kiedyś o starożytnej zieleni? Bo ja nie, choć jestem lekarzem. Teraz otoczył się robaczkami, którymi żywią się ptaki leśne. Mogą się od tego pochorować. Może nawet ma tasiemca. Niedoczekanie jego! – Wykrzykiwał. Teraz już wszyscy widzieli, że to człowiek psychicznie skrzywiony.

– Kim pan jest? – ktoś zapytał z ciekawości.

Dzika morda wydłużyła się jeszcze bardziej, zanim odpowiedział. Bełkotał. – Jestem chirurgiem leśnym. Umiem rozpoznać każdą chorobę u drzew, krzewów, a nawet małej jagódki. Tnę jak popadło, kiedy widzę drzewo na podpałkę. Las musi być nowoczesny. Po co nam stare zabytki!?

Kobieta w białym fartuchu wzięła go na bok i tłumaczyła mu łagodnie. – Nie powinien pan chwalić się na głos, że jest pan idiotą. To najcięższy przypadek zapaści umysłowej. Nikt tego nie robi. Wyglądałby pan całkiem normalnie, gdyby nie ten …

Nie zrozumiał jej i zaczął jeszcze głośniej krzyczeć, że jest ważniakiem, reprezentuje super ważną ekipę, idącą z postępem. -„Idziemy po progres” – powtarzał kilkakrotnie.

Eksperci, którzy potem komentowali dziwne zdarzenie w telewizji, uznali przypadek za ciężki. – Ma mordę dzika, coś bredzi, donosi. Prawdopodobnie to kłusownik. Niebezpieczny wariat. Trzeba go koniecznie leczyć – mówili pełni niepokoju.

Sursum corda w pierwszy dzień wiosny

Sursum corda, Bracia i Siostry!

W pierwszy dzień wiosny mam tylko dobre wiadomości. Rwiemy do przodu na falach postępu. Od czasu, jak konie pozdychały w państwowych stadninach, żadne zwierzę nie podjęło już prób samobójczych. Jest to prawdopodobnie wynikiem wyższej świadomości, która i mnie się udzieliła.

W kraju padają wciąż ważne pytania i jeszcze ważniejsze odpowiedzi. Na jedno z nich „Co jest ważniejsze prawo czy naród?” już odpowiedzieliśmy: „Naród stoi nad prawem”. Jest to słuszne tym bardziej, że Temida, która jest symbolem prawa, jest ślepa. Inne pytanie usłyszałem nie dalej jak wczoraj, nie znam jednak jeszcze odpowiedzi. Brzmi ono: „Czy obecna konstytucja jest zgodna z konstytucją?” Też nie wiem, ale mogę się domyślać, że nie jest, w związku z czym należy ją zmienić. Pan Prezydent zaproponował już referendum w tej sprawie i to mnie bardzo cieszy, ponieważ obecny rząd kieruje się wynikami referendów.

Jedna ważna zmiana jest już prawie zakończona. Trybunał Konstytucyjny zmienia się w Trybunał Ludowy. Jest to słuszne pociągnięcie, ponieważ wszyscy pragniemy dobrego prawa i sądów, które nas rozumieją. Obecna reforma sądownictwa zapewni nam wszystkim, że wyroki będą szybsze i trafniejsze. Z wyroków sądowych zadowoleni będą już nie tylko powód, ale i pozwany. Między innymi dlatego, że nowi sędziowie wybierani przez większość sejmową czyli PiS i Kukiz15 będą na pewno dużo lepsi niż obecni.

Dobrze się dzieje, że wciąż nie przyjmujemy uchodźców. Zgadzam się z panią premier Szydło i Ministrem Spraw Wewnętrznych, że uchodźcy, zwłaszcza ci z Syrii, gdzie trwa wojna, stanowią dla nas wielkie zagrożenie. Od wojny trzeba trzymać się z daleka. Osobiście czuję się przez nich bardzo zagrożony, zwłaszcza przez kobiety i dzieci, które nie wiadomo co myślą, jeśli w ogóle myślą. To potencjalni terroryści. O ich stanie zdrowia nawet nie ma potrzeby mówić, bo na pewno niosą ze sobą groźne choroby. Bardzo chciałbym, aby do przykazań „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego” oraz „Nie cudzołóż” i „Nie kradnij”, dodano jeszcze „Nie pomagaj”. Takie uzupełnienie aż się prosi, bo jako naród jesteśmy bardzo religijni.  

Cieszmy się, Bracia i Siostry, że mamy u władzy światłą partię i uczciwy rząd, który mówi nam prawdę, w miejsce poprzedniego, który łgał jak najęty. Bardzo ich nie lubiłem także za to, że nabudowali autostrad i dróg szybkiego ruchu, na których teraz co raz to zdarzają się śmiertelne wypadki.

Na zakończenie, jeszcze raz serdeczne gratulacje. Oby Polska nadal rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Przypomniał mi o tym poseł Stanisław Piotrowicz, który jako prokurator już za czasów PRL-u pomagał osobom walczącym o demokrację. Bardzo go lubię, zwłaszcza kiedy przemawia, bo mówi szczerze, prosto od serca.

Sursum.

Recenzja książki, postaci literackiej, autora i wydawcy

– Jak zostać grafomanem? – Oto jest pytanie.

Właściwie nie powinienem zadawać tego pytania, tylko od razu wyjaśnić: Jestem grafomanem. Odkrycia dokonała recenzentka mojej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania” zamieszczonej pod adresem http://lesnaczytelnia.blogspot.com/2017/06/niezwyka-decyzja-abuelo-caduco.html

Autorką recenzji jest Leśna Czytelnia aka Karolina Purłan, (cytuję) „absolwentka filologii polskiej, miłośniczka literatury iberoamerykańskiej, równie chętnie sięgająca po przypadkowe lektury, status: Oficjalna recenzentka”.

Recenzję autorki uważam za treściwą i niezwykle trafną. Bardzo mnie ona ucieszyła, ponieważ ujawniła coś, czego nie wiedziałem, mianowicie czarne wnętrza bohaterów książki (Kacyka i Abuelo Caduco), jej autora (Michaela Tequili) oraz wydawcy (Michała Wrzesińskiego). Recenzja okazała się tak odkrywcza, że z radości biegałem wokół własnej osi, która u mnie przebiega od czubka głowy pionowo w dół i dalej, aż do dna czyli osobistego piekła.

Cytuję ważniejsze fragmenty recenzji:

„Odważę się i powiem to – na literaturze iberoamerykańskiej trochę się znam. Moja wiedza wykracza daleko poza najpopularniejsze tytuły i nazwiska, wiem, czym było zjawisko tzw. boomu iberoamerykańskiego i jaka była recepcja dzieł z Ameryki Południowej w Polsce. Wiem również, jakie są cechy charakterystyczne dla tego rodzaju prozy i poezji oraz skąd wziął się realizm magiczny. Dzięki temu szybko jestem w stanie zweryfikować falsyfikat, zwłaszcza, gdy jest tak nieudolny jak humoreski i opowiadania ze zbioru Niezwykła decyzja Abuelo Caduco.

… Michaelowi Tequili nie wierzę za grosz. Tworzenie literatury w warunkach polskich, która atmosferą ma być zbliżona do literatury iberoamerykańskiej nie ma szans na powodzenie z kilku powodów. Pierwszym z nich są liczne odwołania do polskiej rzeczywistości i języka, które nie powinny w ogóle się tu pojawić. Jak chociażby Kacyk z tytułowego opowiadania, który „był niski i chodził na koturnach” oraz „żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem”. Kolejny powód to usilne tłumaczenie tego, co powinno zostać w sferze domysłów. Planowany zamach na władzę okazuje się tematem sztuki, która ma być wystawiona w eksperymentalnym teatrze, a inne opowiadania okazują się snem, marą, grą. Literatura iberoamerykańska chwyciła ze serca czytelników na całym świecie właśnie tym, że pozostawiała ogromną przestrzeń do indywidualnej interpretacji, a nie wyręczała ich we wszystkim, włączając w to myślenie.

Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania nie mają w sobie za grosz humoru, niezwykłości właściwej dla tekstów, które pretendują do miana wywodzących się z realizmu magicznego ani opowieści, które zostałby z czytelnikiem na dłużej. Przeżyłam ogromny zawód i rozczarowanie, ale lektura (nieskończona) tego tomu, przyniosła jedną dobrą rzecz – z tęsknoty za przekraczaniem granic między tym co realne, a nie realne, życiem a literaturą, sięgnęłam ponownie po Sto lat samotności. (Koniec cytatu).

Mogę jedynie domyślać się, co wywołało twórczy gniew recenzentki. Był to prawdopodobnie bohater pierwszego (tytułowego) opowiadania niejaki Kacyk, którego autorka recenzji musiała skojarzyć sobie boleśnie z kimś innym.

Kacyk i Abuelo Caduco to kluczowe postacie opowiadania. Ten drugi, to starszy mężczyzna żyjący marzeniem godnej śmierci, które ktoś mógłby nazwać samobójstwem. Kacyk jest jego adwersarzem. Cytuję fragmenty opowiadania dotyczące tych postaci:

Abuelo Caduco „był zwykłym człowiekiem, nauczycielem w szkole podstawowej, katechetą, … dużo czytał, dyskutował i miał swój rozum. Gdyby jego rodzice byli bogatsi, też byłby kimś więcej. Nie uważał się za gorszego od Kacyka czy jakiejkolwiek innej ważnej osobistości”

Kacyk „ pokazywany często w telewizji, … żył z ambicji rządzenia umysłami ludzkimi zamiast krajem. Abuelo nazywał go Kacykiem na własny użytek, inni tak go nie nazywali”. „Kacyk był niski i chodził na koturnach. Z wyfiokowanymi włosami wyglądał jak cyrkowy karzeł w kapeluszu i na łyżwach”. „Kacyk namiętnie kłamał i oszukiwał. I był okrutny. Nie to, że więził lub zabijał ludzi, ale poniżał. Nazywał ich geniuszami egoizmu, psychopatami idącymi pod prąd nowoczesności, odmieńcami”.

Przewidując możliwość niezdrowych skojarzeń fikcyjnych postaci i wydarzeń zastrzegłem się na drugiej stronie książki („Discaimer”), że: „Niniejsza powieść jest wytworem wyobraźni autora. Imiona, nazwiska, miejsca, nazwy i wydarzenia są fikcyjne i ich podobieństwo do rzeczywistości może być tylko przypadkowe”. Nie przyszło mi jednak wtedy do głowy, że któreś z opowiadań może doprowadzić recenzentkę, osobę oczytaną, do jednoczesnego gniewu na postać literacką, autora i wydawcę.

Uzupełniając informacje recenzentki na temat Gabriela Garcii Marqueza, Julio Cortazara i Jorge Luisa Borgesa dodam tylko, że oprócz tego, że byli oni wspaniałymi pisarzami, to również byli osobami zaangażowanymi społecznie i politycznie.

Oto kilka cytatów:

Gabriel García Marquez: (www.wikipedia.org ) „wypowiadał się krytycznie na temat polityki władz kolumbijskich, a kilkakrotnie uczestniczył jako mediator w rozmowach prowadzonych pomiędzy legalnymi władzami Kolumbii i skrajnymi grupami opozycyjnymi”.

Julio Cortazar: (www.eszkola.pl) „Cortázar angażował się w walkę o prawa człowieka w Ameryce Łacińskiej, popierał działania rewolucjonistów na Kubie i w Nikaragui. Honorarium za „Powieść dla Manuela” przeznaczył na pomoc Chilijczykom walczącym z dyktaturą Pinocheta”.

Bardzo wyrazisty był Jorge Luis Borges: (www.wikipedia.org) „W 1946 roku Juan Domingo Perón został wybrany na prezydenta, pokonując Unię Demokratyczną. Borges, który popierał tę drugą opcję, otwarcie krytykował nowy rząd. Sława antyperonisty towarzyszyła mu przez całe życie. Swój stosunek do tego rządu, który uznawał za dyktaturę, manifestował m.in. tymi słowami: Dyktatury rozwijają ucisk, dyktatury sprzyjają niewolnictwu, dyktatury podsycają okrucieństwo; bardziej odrażające jest tylko to, że promują również tępotę. Gliniarze paplający o imperatywach, podobizny wodzów, ludzkie życia i śmierci z góry ustalone, jednorodne obrzędy, twarda dyscyplina zajmując miejsce jasności umysłu… Walka z taką smutną monotonią jest jednym z wielu zadań pisarza. Nie pamiętacie wykładów Martina Fierro i Don Segundo Sombra o tym, że indywidualizm jest jednym z odwiecznych przymiotów argentyńskich?”.

Ponieważ daję na moje utwory literackie gwarancję jakości, przedstawiam poniżej formularz zażalenia, jaki wydaje mi się najbardziej stosowny w tym przypadku:

Zażalenie – Formuła 1

Wredny autorze (tu wstawić tytuł książki)!

Przeklinam Pana w żywe kamienie. Swoją nędzną bazgraniną odebrał mi Pan czas, zdrowie i pieniądze. Jest Pan bezwstydnym nieukiem niemającym pojęcia o pisaniu poezji/powieści/opowiadań (niepotrzebne skreślić). Zrażona przez Pana do literatury pięknej sama zaczęłam pisać i idzie mi bardzo dobrze. Żegnam Pana obelgami i epitetami. Szczerze Panu nieżyczliwa,

(tu imię i nazwisko osoby składającej zażalenie).

Mam też przygotowane formuły przeprosin. Oto jedna z nich:

Przeprosiny – Formuła 1

„Szanowna Pani,

Pani krytyka mojej powieści/zbioru opowiadań (niepotrzebne skreślić) jest niezwykle trafna. Zgadzam się z Panią, że fabuła jest nudna, bohaterowie są gorsi od polityków, a zakończenie utworu jest beznadziejne. Zrozumiałem to dopiero wtedy, kiedy sam przeczytałem książkę. Było już jednak za późno, aby cokolwiek zmienić. Szczerze przepraszam za nędzną jakość mojej produkcji. Niech Bóg Panią błogosławi w drodze ku lepszej literaturze.

Z poważaniem, Michael Tequila”.

Osobom zagubionym na rozdrożu udostępniam adresy internetowe kilku innych recenzji tej książki:

Pozwól Czytelniku, że teraz i ja zagłębię się w lekturę „ Stu lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza, która jest moją najulubieńszą lekturą, czemu zawsze daję wyraz w wielką przyjemnością. Miłość do Marqueza łączy mnie z autorką recenzji. Cieszy mnie to, ponieważ nie samymi różnicami anatomicznymi i wyobraźnią żyje mężczyzna i kobieta.

Autorce recenzji wyrażam wdzięczność za promocję mojej twórczości.

Zdjęcie: Nie pamiętam, czy na zdjęciu jestem pierwszy z lewej czy też w środku. 

 

Dzień 4 czerwca z perspektywy reżysera teatralnego

– Mistrza spotkałem w drzwiach wyjściowych z teatru, był ubrany w obcisły strój sportowy. Imponował smukłą sylwetką mimo prawie siedemdziesięciu lat.

– Idzie pan poćwiczyć na wolnym powietrzu?

– Tak. Idę pobiegać, muszę utrzymać się w dobrej kondycji. Ludzie to cenią.

– Co pan sądzi o Święcie 4 Czerwca?

– To było strasznie dawno, mało co pamiętam.

– Odbyły się wtedy pierwsze wybory parlamentarne. To był wielki spektakl teatralny. Pan i pański kuzyn zostaliście wtedy parlamentarzystami. On uczestniczył wcześniej w Warsztacie Reżyserskim „Okrągły Stół”, a pan mu pomagał. Obydwaj reżyserowaliście ten wielki dramat. Obydwaj graliście w nim ważne role. Dzień spektaklu stał się wielkim świętem państwowym. Co się zmieniło, że dzisiaj już nie jest?

– Perspektywa czasowa. Teraz patrzę na to inaczej. Powinniśmy to inaczej zainscenizować. Krwawo. Rozstrzelać wszystkich negatywnych bohaterów i obalić władzę siłą. Wprowadzić czołgi na scenę. Pan wie jaki to dałoby efekt? Przejęcie władzy bez przemocy i rozlewu krwi to nie jest wydarzenie teatralne. Później, kiedy dyrektor teatru, Wąsal, zwolnił nas z pracy, zrozumiałem, że nie jest on taki wielki, jak mi się wydawało. Poza tym sam warsztat „Okrągły Stół” okazał się nie okrągły, tylko kwadratowy. Wtedy uznałem, że 4 czerwca to nic innego jak tylko rocznica taniego spektaklu teatralnego. Sztuka okazała się pospolitą szmirą, nie dramatem.

– Inni reżyserzy, aktorzy, krytycy i historycy teatru widzą to inaczej.

– Proszę pana! Kto się naprawdę zna na teatrze, wie dobrze, że to nie jest święto. Dlatego go nie obchodzimy. Ani ja ani mój zespół reżyserski, najlepszy w Europie, jeden z najlepszych na świecie. Beata, moja asystentka, pojechała na jarmark, aby obejrzeć folklor, fujarki i koguciki z gliny, i pomodlić się w kościele parafialnym z okazji Dnia Zesłania Ducha Świętego, a inscenizator Adrian skorzystał z zaproszenia wiejskiego chóru dziecięcego, aby pośpiewać razem z nim i opowiedzieć im o sztuce „Żona jako wartość dodana”. Nie ma o czym mówić!

– Nad czym pan teraz pracuje?

– Na nową sztuką. Jej tytuł to „Odprawa Unii”. Unia to najbardziej znana postać naszej literatury, znana, ale negatywna. Przygotowujemy jej historyczne odejście. To będzie wielki dzień w życiu narodu. Spektakl nawiązuje do „Odprawy Posłów Greckich”, renesansowej tragedii Jana Kochanowskiego. Tylko tyle mogę panu powiedzieć.

– Czy ta sztuka spodoba się widzom?

– Nie mam co do tego wątpliwości. Sztuka jest nowoczesna, dlatego przygotowujemy ich do niej stopniowo, bo to może być szok dla niektórych. Widz wymaga edukacji. To dla mnie ważne zadanie, ponieważ nasze społeczeństwo nie jest jeszcze dostatecznie wyedukowane kulturowo, nadal jest dużo ciemnoty. Mówię to panu w zaufaniu. Nie musi pan o tym pisać.

– Nie, nie, oczywiście! To się rozumie.

 

 

Bea le Pen

W przestrzeni wirtualnej, która jest niczym innym jak odwzorowaniem rzeczywistości, pojawiła się nowa postać. Nazywają ją hybrydową Beą Le Pen. Jest to istota pół żeńska, pół męska; z ciała kobieta, z charakteru mężczyzna, dobrze zbudowany i ambitny. O jej męskim charakterze świadczy to, że przemawiając krzyczy bohatersko i patriotycznie, aby wbić do głowy różnym niedowiarkom i sceptykom, których nie wiadomo dlaczego nosi święta ziemia, że ma rację, nawet kiedy jej nie ma. Wzoruje się w tym na swoim Patronie, którego relikwię wspomnieniową nosi na piersi w pozłoconej otoczce.

– Nasz kraj rodzi teraz coraz więcej takich mieszańców cielesno – charakterologicznych, dotychczas jeszcze niezaliczanych do kategorii LGBT, ale jest to kwestia czasu – wyjaśnił w Oksfordzie pewien naukowiec, podający się za przedstawiciela rządu, sądu, stowarzyszenia hodowli królików rasowych oraz społeczeństwa obywatelskiego, zauważając, że wspomniany talizman to relikwie słynnego Patrona, który i jemu jest bliski i jest jak najbardziej żywy, lecz wiadomo, że co się odwlecze to nie uciecze, i że każdy jest śmiertelnikiem na tym padole łez smutku i radości.

W wywiadzie udzielonym gazecie polsko-francuskiej Bea wyjaśniła: Jestem wyrazem miłosnej przyjaźni polsko-francuskiej. Mówiąc te słowa poprawiła trójkolorową sukienkę, której lewa połowa była biało-czerwona, a druga niebiesko-biało-czerwono. Z dalszych jej wypowiedzi wynikało, że jest to zintegrowana siostra syjamska.

– Kiedy mówimy o terrorystach, uchodźcach, Unii Euro oraz patriotyzmie i narodzie, mówimy jednym mocnym głosem. Nienawidzimy wszystkiego, co obce, dziwne językowo i odmienne kolorystycznie, choć nie jesteśmy rasistkami, wręcz przeciwnie kochamy nasze kraje i bliźniego swego jak siebie samego. – Słowa te zostały wypowiedziane wyraźnie po polsku.

– A co was dzieli? – Pytali dziennikarze urzeczeni niezwykłą zwartością dwujęzycznej postaci.

– Dzielą nas uczucia do dwóch mężczyzn: prezydenta Imperium Wschodniego oraz pewnego ministra wojny. – Ja kocham tego pierwszego, moja półsiostra kocha ministra. – Tym razem przemówił głos francuski. Z dalszych wyjaśnień wynikało, że wspomniany minister przerwał negocjacje, nie kupując ani jednego obronnego latawca, ponieważ wcześniej zwolnił tłumy generałów z powodu ich rażącej niekompetencji i nielojalności, i teraz nie ma komu latać w armii.

Po zakończeniu wyjaśnień Bea le Pen wzniosła najpierw oczy do nieba a następnie okrzyki: Vive la Pologne, vive la France, vive l'amitié franco-polonaise!

Nowa pozytywna wizja Europy

Bardzo lubię i cenię pana prezydenta Dudę. To zdjęcie, które zrobił sobie z rękami rozłożonymi na boki nad głowami kanclerz Merkel i prezydenta Macron jest fantastyczne. Znane jest już na całym świecie.

Pan prezydent potrafi być rubaszny a zarazem tak słodki. Wzrusza mnie do głębi, podobnie jak zapewne wzruszył tysiące ludzi za granicą. Rozłożone ramiona, otwarte dłonie i promienny uśmiech Pana Prezydenta to wyraz naszej polityki naprawy Unii Europejskiej. W miejsce organizacji zagubionej, rozpadającej się pod ciężarem Brexitu, terrorystów i uchodźców, promujemy obraz Unii podniesionej z kolan, promiennej, uśmiechniętej w objęciach otwartości, szczerości i miłości. Miłości bliźniego swego i siebie samego, wszechogarniającej, obejmującej ludność cywilną i wojskową, kościół, wszystkie kościoły i religie, dobre i gorsze połowy, kobiety i mężczyzn z wyjątkiem homoseksualistów i lesbijek oraz zwolenników in vitro, bo oni wciąż patrzą do tyłu albo co najwyżej na boki, zamiast prosto, w słońce i przed siebie. 

Jak tylko uświadomiłem sobie to wszystko wstałem i ja z kolan, na które upadłem schodząc zbyt szybko z łóżka, wziąłem gorącą, oczyszczającą kąpiel, aby promienieć uśmiechem podobnie jak Pan Prezydent i krzyczeć słowa miłości ustami pełnymi sezamkowej słodyczy podobnie jak pani profesor Krystyna Pawłowicz, oby żyła wiecznie.

Trzej panowie w krainie cudów

Tyle wspaniałych rzeczy dzieje się w Polsce, a ja tu siedzę jak ta niemowa i nie cieszę się na skalę osób i wydarzeń.

Pan prezydent odwiedził Parczew. Było to wzniosłe wydarzenie, ponieważ w historii kraju jest jedynym prezydentem, który odwiedził Parczew. Przed nim było tam tylko siedmiu królów polskich. Urósł przez to w moich oczach jeszcze bardziej, choć przecież i tak był niemały. Teraz jest już wielki. Jakiż on jest mądry historycznie i w ogóle, jaki dobry, i jaki odważny. Najbardziej imponuje mi jego odwaga, czego nie zamierzam ukrywać, niech wszyscy to wiedzą.

W kraju mamy tyle talentów. Pan Błaszczak na przykład dostrzegł w Brukseli czołgi, wozy pancerne, ludzi uzbrojonych w broń krótką, długą i średnią, co mnie zasmuciło, że ci Belgowie, jak oni tam żyją, przecież to czasy schyłku PRL-u, a u nas taki błogostan. Podziwiam pana ministra, że jest tak dalekowzroczny, przenikliwy i inteligentny. Przecież nie musi taki być, a jednak jest. Dobrze, że często występuje publicznie, bo ludzie starsi, mniej spostrzegawczy i o słabszym wzroku mogliby tego nie zauważyć.

Albo pan Warchoł, Wiceminister Sprawiedliwości, nazwijmy go krótko Warchołem, przemówił tak bardzo od serca na Kongresie Prawników Polskich, że wszyscy uczestnicy wyszli z sali, aby się wyszlochać na zewnątrz, ponieważ nikt wcześniej nie mówił do nich tak ciepło, serdecznie i szczerze. Wiceminister potwierdził potem, że był bardzo stonowany, koncyliacyjny, wychodził naprzeciw, czarne owce są wszędzie, należy je eliminować, bezkarność rodzi pychę, arogancję, butę, a nie ma nic gorszego niż arogancja władzy. Nie dosłyszałem, czy mówiąc o eliminacji czarnych owiec wspomniał coś o rzeźni, ale chyba nie. To ładnie z jego strony. On jest taki subtelny.

Po wysłuchaniu wiadomości w TV zrobiło mi się słabo, chyba było za gorąco, tak nagle przyszły upały, a może zjadłem coś niewłaściwego, fakt, że poszedłem do łazienki i zwymiotowałem. To mi przyniosło ulgę, od razu poczułem się lepiej. Tak bardzo, że postanowiłem już nigdy nie przeklinać widząc krzywą mordę na zdjęciu lub na filmie.

 

 

Marsz wolności pana prezydenta

Trwała parada wolności. Towarzyszyła jej aura radości i szczerości. Pan prezydent aktywnie uczestniczył, przyglądając się demonstracji z boku. Na życzliwą wzmiankę o sobie wygłosił przemówienie okolicznościowe:

– Śmiać i płakać mi się chce, jak słyszę, że nie jestem prezydentem wszystkich obywateli, bo podpisałem jakąś ustawę, z którą jakaś grupa się nie zgadza. Stwierdzam z całą mocą, że jestem prezydentem wszystkich obywateli, czy im się to podoba czy nie. Muszę to powiedzieć, ponieważ oprócz serdecznie mi życzliwego sponsora, kocham także prawdę. – Prezydent przerwał, aby wzrokiem ogarnąć słuchające go tłumy i zebrać ich brawa. – Oczywiście pamiętam, że wybrało mnie tylko 51 % z ogonkiem, ale czy dla ogonka warto toczyć boje? Jestem prezydentem wszystkich i basta. Nawet tego ministra, który mąci mi wodę w stawie pałacowym. Tego pajaca – prezydent zakrztusił się, gdyż ostatnie słowo przechodząc mu przez gardło podrażniło mu boleśnie jabłko Adama.

– W związku z powyższym – kontynuował prezydent – moja kancelaria sporządzi listę wszystkich obywateli i będzie im przesłać na imieniny moje zdjęcie z przypomnieniem, że jestem prezydentem wszystkich obywateli i podpisem: „To jestem ja, Twój Prezydent. Serdecznie pozdrawiam, Twój Prezydent”.

Inicjatywa podobała się ogromnie, wszyscy uznali ją za przednią, niezwykle optymistyczną i udaną, odpowiednią do wysyłania nie tylko na imieniny obywateli, ale także na urodziny każdego drugiego i kolejnego dziecka, aby i ono otrzymało zdrową porcję radości, zwłaszcza w przypadku braku żłobka lub przedszkola.

W kraju zrobiło się głośno, ponieważ naród potężnie bił brawo, że w końcu doczekał się prezydenta, którzy należy do wszystkich.

– Nie to, co poprzednik siedzący pod żyrandolem i polujący na kuropatwy, który należał tylko do siebie. – krzyczeli obywatele zachwyceni zmianą.

Ostatnia wielka wypowiedź publiczna

Pan prezydent wypowiedział się w sprawie referendum i konstytucji. Była to wielka wypowiedź i wszyscy się zachwycili jej wielkością. W związku z tym wydarzeniem odbyło się zebranie przy krawężniku. Prowadził je jak zwykle Iwan Iwanowicz Iwanczyn. Zagaił prosto:

Pan prezydent wypowiedział się w sposób ogromnie słuszny o zmianie konstytucji, że jest ona nieadekwatna, krucha, że trzeba ja zmienić, bo daje się złamać, że przygotowali ją prawnicy, nawet profesorowie. Zebranym też wydało się dziwne, że to prawnicy pracowali na konstytucją.

– Nie dziwię, że jest ona niedobra, skoro pan prezydent proponuje jej zmianę – Ktoś powiedział, a ktoś inny zapytał, dlaczego, wtedy ktoś jeszcze inny wyjaśnił, że jest słaba, bo daje się złamać. Wszyscy zgodzili, że konstytucji nie można łamać, ale co zrobić, jak ona jest taka krucha.

Pomysł referendum do konstytucji też uznano za jak najbardziej słuszny, i że w związku z tym należy zorganizować referendum, aby je poprzeć, zanim się odbędzie, i czy w ogóle należy zorganizować to pierwsze i drugie referendum, skoro rząd i pan prezydent mogą zmienić konstytucję bez referendum.

Pomysł ten bardzo się podobał, wszyscy zapewniali się nawzajem, że propozycja jest ze wszech miar słuszna, bo pan prezydent to mądry, uczciwy i odpowiedzialny człowiek, i zawsze wie, jak głosować w każdej sprawie i w ogóle. W dodatku jest wspaniałym sportowcem górskim, a przecież kondycja na takim stanowisku jest najważniejsza, bo wiąże się z ogromną odpowiedzialnością za konstytucję i za naród.

Rozchodząc się, jeszcze raz wszyscy zapewniali się nawzajem, że pan prezydent to bardzo mądry uczciwy i niezłomny człowiek i gratulowali sobie, że mają takiego prezydenta. – To nie my, tylko wy go macie, ktoś powiedział i ludzie się podzielili, bo nie wiadomo było, o co chodzi w tej wypowiedzi, w końcu uzgodniono, że jednak wszyscy go mają, bo jest on prezydentem wszystkich obywateli, dobrych, średnich i byle jakich, i że referendum jest absolutnie potrzebne, że powinno być jak najwięcej referendów, bo to jest jedyna metoda zapewnienia porządku, prawa i praworządności, i że tej zasady nie należy łamać, bo łamanie jest niedobre, chyba, że łamie się coś niedobrego, a jeśli jest coś takiego, to należy to zmienić.  

Znowu zapanował ogólny entuzjazm, wszyscy się cieszyli i gratulowali sobie dobrego, mądrego i uczciwego pana prezydenta. 

Miłość w dniu 1 Maja

Nie sądź, Drogi Czytelniku, że uprawiając groteskę jestem pozbawiony wyższych uczuć. Mam nadzieję, że poniższy tekst Cię przekona, że jest we mnie dobroć i serdeczność.

Photo: Thomas Bresson.

Manifestation du 1er mai, à Belfort.

Skończył się właśnie 1 Maja, dzień słońca i lewicy. Słońca było dużo więcej niż lewicy, co mnie zmartwiło do tego stopnia, że przysnąłem. Kiedy się obudziłem, popadłem w nastrój. Stałem się krotochwilny, dałbym się obłaskawić każdej kobiecie, ale nie było żadnej pod ręką. Obłaskawić, ale tylko do pewnego stopnia, gdyż urodziłem się i niestety pozostałem w miarę niezależny.

Nastawiłem kawę i zapomniałem o niej. Parzenia dokończyła pani, która zjawiła się jak dobry duch. Jej dobroć zastanowiła mnie. Zadałem sobie pytanie:

– Kogo najbardziej kocha zamężna kobieta, po dzieciach, psie i kosmetykach?

– Odpowiedź była prosta: Męża. Wyjaśnię: to nie ja to wymyśliłem.

Miłość jest piękna, bo jest jej dzisiaj mało, szczególnie dla mężczyzn, których Bóg obarczył grzechem pierwotnym, choć to Ewa zgrzeszyła przyjmując jabłko z rąk węża. Ja bym od gada nie przyjął niczego, nawet ogryzka.

U nas Bóg nie obciążył grzechem tylko władzy. Okazał jej łaskę, prawdopodobnie dlatego, że jest bardzo pobożna; mało kto potrafi się modlić tak otwarcie i gorąco. Może również dlatego, że władza pochodzi od Boga. Minister Wojny i Pokoju na przykład. Jaką on ma rękę do generałów! Jak umie ich wybrać! I jak wspaniale umie odwzajemnić uczucia. Miłość odwzajemnia miłością! Ukochanemu aptekarzowi dał, tak po prostu, z serca, 50 000 miesięcznie, z kasy Rządowego Funduszu Dobroczynności, największego zbiornika miłości w kraju. Dobrze, że mamy taki zbiornik.

Święto 1 Maja przypomniało mi dawne czasy: trybuny w każdym mieście, gorące kiełbaski i ciepłe bułeczki, szturmówki, także słońce, rzadziej śnieg. PRL był hojniejszy w tym dniu; teraz to władza nawet cieplejszej pogody nie załatwi, choć Wódz Narodu, największy darczyńca też wywodzi się z PRL, podobnie jak ja, przez co jest mi bliski. Rozumiem go, dlaczego rządzi przez telefon, ustnie, nie wydaje poleceń pisemnych z podpisem, podobnie jak dawniej sekretarze centralni i wojewódzcy. Co było dobre, pozostaje dobre. Ważna jest tradycja. Dzień, styl i formy okazywania miłości.

Kochajmy się!

Sen chirurgiczny z radosnym zakończeniem. Groteska czy rzeczywistość?

Miałem sen, jak to ja, osoba śniąca nocą i na jawie. Sen był bardzo realistyczny. Scenerii dostarczył gabinet chirurgiczny, zdobny w kolory ciemniejszej pogodnej zieleni płytek ściennych, jaśniejszej zieleni fartucha przewieszonego przez poręcz krzesła i jeszcze jaśniejszej zieleni szafki. Nastrajało to wiosennie. Największą ozdobą gabinetu była jednakże asystentka chirurga, młoda, szczupła i dziewczęco wyglądająca niewiasta, o łagodnej buzi, miłym głosie i anielskich oczach. Rozmawiała ze mną chwilę. Powiedziała, że lubi swoją prace (co mnie nieco zdziwiło) i ma rodzinę, którą bardzo kocha (z czego szczerze się ucieszyłem).

W pewnym momencie podszedł do mnie mężczyzna słusznego wzrostu, spojrzenie jak dwa skalpele, i oznajmił: – Ma pan podwójny paznokieć na paluchu. Po co komuś pięć palców u nogi i sześć paznokci? Domyśliłem się, o którą nogę mu chodzi.

Skinąłem głową, że się z nim zgadzam. Zanim ja się obejrzałem, on już obejrzał rzeczony paluch, i nagle – bez ostrzeżenia – poczułem ukłucie igły, jedno, drugie, trzecie. Natychmiast popadłem w ekstazę, radośnie bolesną, bo któż we śnie czy w życiu nie cieszy się z nagłego, lecz przemiającego bólu zadawanego przez bliźniego. W minutę lub nawet krócej sprawa była zakończona. Ucieszyłem się, że odebrano mi podwójny paznokieć zachowując paluch. Podziękowałem wylewnie i zapytałem z czystej ciekawości: – Panie doktorze, jak długo odrasta paznokieć?

– To zależy, jak będzie go pan nawozić. Jakim nawozem: azotowym, fosforowym, potasowym, wapniowym czy magnezowym? – Obydwaj wybuchliśmy takim śmiechem z przedniego żartu, że do gabinet wbiegli pacjenci z poczekalni, pragnący uczestniczyć w festiwalu radości, nie tak przecież częstym w służbie zdrowia.

Kiedy obudziłem się ze snu, ujrzałem plamę krwi na białym opatrunku palucha. Poczułem się bardzo patriotycznie. Kolory czerwieni i bieli upewniły mnie, że warto mieć podwójny paznokieć, aby przeżyć niezwykły sen w gabinecie operacyjnym o zielonawym odcieniach ścian, fartucha i szafki rozjaśnionych długimi świetlówkami zawieszonymi u sufitu, z chirurgiem, który równie zręcznie tnie jak żartuje. 

Podstępna zachęta do obnażenia się

Facebook zaproponował mi ostatnio, tak po prostu, sam od siebie, abym przedstawił się. „Napisz o sobie, jaki jesteś” – dokładnie tak zagadał napisem z ekranu. Było to bardzo miłe. Już dawno nikt nie był dla mnie tak uprzejmy. W prostocie mego serca przyjąłem propozycję i napisałem kilka słów prawdy, która bywa dla mnie bolesna (kiedy myślę, że obecny nasz rząd może się kiedyś skończyć), albo śpiewnie radosna jak skowronek (kiedy myślę, że rząd umocni się i zostanie już na zawsze).

Odpowiedziałem Facebookowi krótkim opisem:

Wysoki, przystojny, włos jak u niedźwiedzia, tak gęsty, że można mnie wyciągnąć z wody, gdybym tonął, czego sobie nie życzę (znaczy się tonięcia), zwłaszcza, kiedy jest mroźno. W takie dni w wodzie moczą się tylko śledzie i morsy, czyli mężczyźni z chudymi nogami i kobiety z podłużnymi piersiami. Zimna woda tak dobrze im służy, że zamiast wychodzić z niej rozmiękli, wychodzą utwardzeni. Dotknij takiego lub taką, to ci palce odpadną z zimna. Lepiej już dotykać ciepłego ciała, ale gdzie to ciało spotkać, skoro każdy się śpieszy do obowiązków i nie myśli o bliźnim, o rozkoszy, potrzebach cielesnych i duchowych, pieszczotach słownych i dosłownych.

„Pieścić i być pieszczonym!” – Uczucie to wezbrało we mnie i rozlało się po całym ciele, ogrzewając nawet mózg, gdzie podobno mieści się mój rozum. Hasło „Pieścić i być pieszczonym" w chłodny poranek zabrzmiało mi lepiej niż owo słynne „Być albo nie być, oto jest pytanie!”, które nasz Wódz (dla mnie Słońce Narodu większe i jaśniejsze niż Mao-Tse-Tung dla narodu chińskiego) niekończącą się serią podbojów i reform skutecznie przekuwa w „Bić albo nie bić!”. Wyjaśniam: To nie jest pytanie.

Wracając do wody, umiem pływać, więc nie ma potrzeby ratowania mnie. W takim razie, po co mi włos jak u niedźwiedzia? Znowu pytanie i to takie, na które nie umiem odpowiedzieć.

Lepsza rzecz niż propozycja Facebooka zmuszająca człowieka do publicznego obnażania się spotkała mnie na konkursie na krótkie opowiadanie zorganizowanym przez Wspólnotę Gdańską z okazji Oliwskiego Święta Książki. Uczestników było dwudziestu. Konkursu nie wygrałem, zdobyłem jednak wyróżnienie honorowe. Opowiadanie przedstawię następnym razem. Pocieszę Was: są w życiu sprawy bardziej dokuczliwe niż jedna strona tekstu.