Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 3: Hasła, matematyka i pęd do wiedzy.

Wczoraj wieczorem obmyślałem sobie hasła, zawołania i tajemne znaki. Na początku przyszły mi do głowy hasła. Pierwsze, co nasunęło mi się to „Rozum z głowy, koniom lżej”, drugie to „Tylko w szpitalu psychiatrycznym możesz być całkowicie sobą”.

To drugie to absolutna prawda. Sam to sprawdziłem, ale nikomu o tym nie mówię. Złożyłem tam krótką wizytę. Sam byłem ciekaw wyników obserwacji. Nie było specjalnych rewelacji, niczego takiego zresztą nie oczekiwałem. Poznałem wtedy kilka ciekawych osób, jak najbardziej pozytywnych, i dwie, jedna to pacjent, druga to pracownik, które należałoby zepchnąć w przepaść lub rzucić lwom na pożarcie. Jestem szczery. Mogę sobie na to pozwolić, bo to mój prywatny pamiętnik; wątpię, aby go ktoś kiedykolwiek czytał. Zresztą, gdyby nawet przeczytał, to co z tego. Mogę pisać, co tylko przyjdzie mi do głowy, a przychodzi mi właśnie być szczerym. Taki jestem i inny nie będę.

Uważam, że hasła, zawołania i tajemne znaki powinienem mieć pod ręką, do wypowiadania zaklęć, przekazywania komunikatów i dawania ogłoszeń niosących ze sobą przekaz tylko dla osób wtajemniczonych. Jeśli będę się ogłaszać, to umiarkowanie, bo nie lubię przesady, i tylko na miarę potrzeby. Ostatecznie jestem matematykiem, osobą o ścisłym umyśle ukierunkowanym na rozwiązywanie problemów i odkrywanie prawdy.

Matematyki uczyłem do czasu, kiedy zrozumiałem co znaczy nieskończoność; wtedy właśnie zrezygnowałem z pracy, choć byli tacy, co twierdzili, ze mnie wyrzucono. Właściwie to zrozumiałem, że nieskończoności nie można zrozumieć, bo ona nigdy się nie kończy. Dochodzisz do granicy, a ona ciągnie się jeszcze dalej. Idziesz dalej, a tam pustynia bez granic. Tak rozumując uświadomiłem sobie własną małość, oraz konieczność nieprzerwanej adaptacji do zmieniającej się rzeczywistości.

Moją rezygnację z nauczania matematyki nauczyciele przyjęli spokojnie, dyrektor chyba mniej. Rozmawiałem z nim w tej sprawie kilkakrotnie. Kiedy w końcu wydusił z siebie „Koniec z pańskim nauczaniem matematyki” zauważyłem, że klatka piersiowa mu się powiększyła i podniosła, jakby nabrał wielkiej ilości powietrza do płuc, a następnie skurczyła się i opadła. Wtedy na jego tłustej twarzy rozlały się liczne promienie szczęścia. Chciałem napisać „gębie”, ale zaniechałem tego, ponieważ uważam się za człowieka umiarkowanego i wyważonego. Ostatecznie nazywają mnie pozytywnym świrusem. Dyrektora, wysokiego osiłka, ćwiczącego całą harmonię rozciągnięć ciała na siłowni, nigdy nie lubiłem, bo mówił, że stosując niekonwencjonalne metody nauczania ogłupiam dzieci.

Same dzieci nigdy mi czegoś takiego nie powiedziały. Teraz to sobie myślę, że może bały się mnie. Chyba jednak nie? Kiedy mi mówiły, że jestem inny niż inni nauczyciele, pytałem, co znaczy „inny”. Nie potrafiły tego jednak wyjaśnić. Dopiero któryś z chłopców, zdaje się, że był to Adaś z Siódmej B wyjaśnił to tak:

– To znaczy, że chodzi pan po wertepach, bagnach i manowcach nauki, i czymś tam jeszcze, i czuje się pan z tym dobrze.

Podobała mi się jego wypowiedź. Miał wyobraźnię i bogaty język. Nie dałem mu za nią szóstki. Po prostu nie mogłem, bo nie dotyczyła ona matematyki, ale poprosiłem polonistkę, aby podwyższyła mu ocenę ze swojego przedmiotu. Okazało się to niepotrzebne, bo już miał szóstkę. Podziękowałem jej, że dostrzegła jego talent do głębokich przemyśleń. Popatrzyła na mnie jakoś tak dziwnie. Nie zraziło mnie to, ponieważ jestem przyzwyczajony do takich spojrzeń. Raz wszedłem pod most w wielkim mieście, aby się wysikać, bo nigdzie nie było toalety publicznej, i tam zobaczyłem dziką świnię, dzika znaczy się. Też mi się dziwnie przyglądał. I też mnie to nie speszyło, bo każdy musi się wysikać kiedy go przypili, czy to w samotności czy w obecności innych. Tak, jak w toaletach publicznych, gdzie są pisuary i każdy może podejrzeć, co wyjmują i chowają sąsiedzi, ale tylko wtedy, kiedy chce to zobaczyć. Robi się to odruchowo, najczęściej z ciekawości. Podobno chłopcy nie znający jeszcze życia ani dojrzałego męskiego organizmu oraz początkujący lekarze robią to najczęściej. Jest to naturalny pęd do wiedzy.

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 2: Abonament

Po wizycie w piekarni odwiedzam sklep mięsny, od niedawna zwany wędliniarnią. Tam też pracują znane mi sprzedawczynie. Kiedy wchodzę do środka i widzę je krzątające się za ladą, przypominają mi łanie na skraju lasu. Wszystkie bez wyjątku są brunetkami. Jestem przekonany, że specjalnie tak się dobrały. To znaczy, że tak dobrał je kierownik, który jest właścicielem sklepu.

Jak o tym pomyślałem, od razu pojawił się dylemat, czy to kierownik jest właścicielem sklepu, czy też właściciel sklepu jest kierownikiem. Szukam odpowiedzi na te pytania, stojąc w kolejce. Po chwili zapominam, czego szukam, bo naprzeciw jest już ekspedientka. To ta, którą najbardziej lubię i która mnie lubi, bo uśmiecha się do mnie szeroko. Robi mi się wtedy jaśniej w oczach i mrówki chodzą po plecach.

Czarnula ubiega moje słowa i wypowiada formułkę handlową okraszając ją uśmiechem.

– Pan jak zawsze to samo. Czyli kiełbasę swojską?

Chyba domyśla się, że bez uśmiechu nie przyjąłbym jej pytania. Taki już jestem. Lubię kulturalną obsługę. Chwilę przypominam sobie, czy ma to być swoja czy swojska, kiwam głową, że tak, i dodaję:

– Ta druga.

To oszczędnościowy model zachowania, też bardzo pozytywny.

Kiedy ekspedientka przygotowuje mi towar, przypominam sobie sprawę abonamentu. Zaproponowałem kiedyś, kupując zawsze tę samą ulubioną kiełbasę, że chciałbym mieć na nią abonament miesięczny.

– To bardzo dobre rozwiązanie. Przychodzę tu regularnie i kupuję tę samą wędlinę, zawsze pół pęta. Czasem zapominam jej nazwy. Abonament by to uprościł. Dałby wam gwarancję regularnych zakupów i dochodów, a wy mnie mnie gwarancję, że otrzymam w terminie kiełbasę swojską a nie swoją.

Po cichej konsultacji z koleżankami sprzedawczyni skierowała mnie do kierownika sklepu zasłaniając się, że decyzja o abonamencie na kiełbasę przekracza ich poziom uprawnień.

– To rozwiązanie wydaje nam się tak nowoczesne, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności – powiedziała uprzejmie, uśmiechając się tylko nieznacznie. Przez chwilę zastanawiałem się, jak rozumieć jej niepełny uśmiech.

Umówiła mnie telefonicznie z kierownikiem. Następnego dnia rano spotkałem się z nim. Kiedy go zobaczyłem, od razu przypomniał mi się obraz mongolskiego rzeźnika z szesnastego wieku, z wielkim nożem w reku, którym zaszlachtował niewinną owieczkę.  

Podyskutowaliśmy. Sprawa rozmyła się z braku przepisów określających, czy sklep wędliniarski może czy nie może sprzedawać towar na abonament, a jeśli tak, to na jakich dokładnie warunkach. Jestem dociekliwy, bo jestem matematykiem z zawodu i lubię upewnić się, że dwa i dwa to cztery.

Rozmowa z kierownikiem sklepu, który jest także jego właścicielem, albo na odwrót, czego jeszcze nie rozstrzygnąłem, umocniła mnie w przekonaniu, że rozpocząłem dobrze kolejny dzień.

0Shares

Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 1: Wspomnienia dnia

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Indywidualizm-Narziss_Benczur-narcissus_II-pub-dom.jpg

Drodzy Czytelnicy,

W zamierzeniu jest to powieść fantasy o człowieku żyjącym między normalnością i nienormalnością, szukającym własnej drogi, usiłującym dostosować się do zmieniających się warunków otoczenia. Faktem jest, że jako społeczeństwo mamy coraz większą ilość osób w depresji, przeżywających stres, zagubionych, nie radzących sobie; to wszystko stanowi dla mnie pożywkę w pisaniu tej powieści. Tematów mi nie brakuje; problemem jest ułożenie ich w jakąś spójną, logiczną całość.

Nie mam planu powieści, fabuły czy określonych bohaterów, mam tylko pewne założenia i wyobrażenie o czym chcę pisać. Będę poruszać się trochę po omacku i jest prawdopodobne, że będę wracać do niektórych wpisów i je modyfikować. Jeśli będą to większe zmiany, zawiadomię.

Będzie mi miło, jeśli zechcecie mi towarzyszyć w tej podróży literackiej wracając tutaj i czytając kolejne blogi, a także przedstawiając komentarze, które zawsze czytam z uwagą. Bardzo chętnie poznałbym także wasze sugestie wątków i postaci, które widzielibyście w tej powieści.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Odcinek 1:

Późnym wieczorem, leżąc wygodnie w łóżku, patrzę w sufit. Jest nierówny, pofałdowany. Usiłuję to zrozumieć, ponieważ mam precyzyjny umysł, ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to znaczy, że mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? – zadaję mu pytanie.

Odpowiada mi po chwili, że dobrze.

– No bo o czym miałbyś pisać, gdybyś miał równo pod sufitem? Sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite. To twój świat.

Zgadzam się bez kłótni. Bo i po co się kłócić, jak można żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Uspokoiwszy się, przypominam sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widzę, że są podobne.

Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię przez chwilę, że nie widzę sufitu, tam, wysoko w górze, i tego, że jest on nierówny. Trwa to chwilę. Uspokoiwszy się, wracam do początku mojej opowieści.

Myślę, że tytuł „Piszę pamiętnik” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który zawsze wygrywa. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja, po czym zapadam w sen. W nocy śni mi się, że chodzę do toalety. I to kilka razy. Dziwne, ale wcale mnie to nie dziwi.

Rano idę do piekarni. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwę kolejeczką, przypatruję się sprzedawczyni. Jest to ta sama osoba, co poprzedniego dnia: blondynka, nieco umączona, średniego wzrostu, budowa cielesna w sam raz. Pozdrawiamy się, po czym kupuję bułeczkę. Płacę, ale nie wychodzę. Kobieta patrzy na mnie pytająco. Widzę, że ciężko oddycha. Daję jej czas na domysł. Nie udaje jej się jednak zrealizować postawionego przeze mnie celu. Chyba się zagubiła, bo pyta:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że weszła na właściwy tor, proszę o błogosławieństwo na drogę. Nieco zdziwiona, nie wiem dlaczego, bo prosiłem ją o to wcześniej już kilka razy, udziela mi go. Uspokojony wychodzę. Na odchodnym, rzucam swobodnie słowami, które rozsypują się przed piekareczką niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym nawet za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka tych słów kiwa mi głową ze zrozumieniem, ja jej odkiwuję, i wychodzę.

Empik. Wszystkie moje książki: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Koniec historii o krowie. Także o łóżku, cudach i pieszczotach.

Wracam do krowy, która mi się przyśniła.

– Co ty gadasz, chłopie? – tak mnie zapytała. – Ja to mam ciężkie życie. Wiesz ile wymiona ważą? Ile to muszę mleka muszę się natachać, zanim mnie wydoją? A co to za przyjemność być dojonym mechaniczną dojarką, bez pieszczot i łagodności dotyku damskiej ręki?

Popatrzyłem na nią zdziwiony. Wtedy mi wyjaśniła:

– Mężczyźni też to czasem robią, ale kudy im do tej aksamitnej delikatności, jaką dysponuje kobieta.

Obydwaj z Iwanem Iwanowiczem wzruszyliśmy się nie tyle z powodu ciężaru wymion, bo co my możemy o nich wiedzieć, ile łagodności damskiej ręki, która potrafi uszczęśliwić dzieciątko w kołysce, dorosłego mężczyznę a nawet – jak się okazuje – zwierzę domowe.

– Eh, te kobiety! – wyrwało się z piersi Iwanowi Iwanowiczowi.

Kiedy wróciliśmy do siebie, ustaliliśmy, że ostatecznie będę pisać o psach i ich właścicielach, nie rozwodząc się nadmiernie nad częściami ciała. Martwiła mnie tylko skarga wielu osób, że pies lubi spać z nimi w łóżku, a one nie potrafią temu zaradzić.

– On wtedy patrzy na mnie takimi oczami, że łzy wprost cisną się do oczu a kołdra sama zapraszająco odchyla się na bok. Mężowi bym odmówiła, ale nie mogę zgodzić się, aby mój ukochany Kiduś spał na twardej podłodze! – Wyznała mi pewna pani. 

– A propos łóżka i psa, to zdarzyła się taka historia – Iwan Iwanowicz przerwał moje wywody. – Mąż wraca do domu i zastaje w swoim łóżku swoją żonę – wybrażasz to sobie? – z jakimś obcym mężczyzną.

– Co on robi w moim łóżku? – ryczy mąż z wściekłości.

– Cuda, kochanie, cuda! – odpowiada entuzjastycznie żona.

– A jaki to ma związek z psem? – zapytałem nierozważnie.

– Ten facet to był pies na kobiety – wyjaśnił Iwan Iwanowicz, patrząc mi w oczy, jakby chciał mnie o coś oskarżyć.

– Sam miałem kiedyś takie psie ambicje, ale wyperswadował mi je ksiądz, który konwersował z nami w zakrystii o życiu, psach i kobietach. Niestety posłuchałem go, zamiast się sprzeciwić.

– Jesteś usprawiedliwiony. Kto mógłby oprzeć się księdzu? Chyba tylko urodziwy biskup! – Iwan Iwanowicz zamyślił się głęboko po zadaniu pytania.

Myślałem, że zasnął.

0Shares

Jeśli nie polityka, to co? Oczywiście dobra powieść, gdzie prawda jest spontaniczna a kłamstwo nie udaje prawdy.

Zadałem sobie pytanie o politykę i poczułem do siebie taki wstręt, że wyszedłem na ulicę, aby się publicznie wybatożyć i upokorzyć, wznosząc okrzyki: „Należy mi się to! Należy mi się to!” Ludzie, jak tylko dowiedzieli się o co chodzi, zachęcali mnie do  chłostania się aż do upadłego. Uznałem to za przesadę, przypominając sobie boleśnie, że to moje ciało, nie ich, więc szybko zakończyłem.

W sercu zachowałem jednak urazę, że w ogóle myślę o polityce i władzy, która co raz to chwali się jakimś oryginalnym sukcesem: jak nie podniebne loty tanie jak barszcz, to trolle i hejty na najwyższym piętrze, albo hotel na godziny prowadzony przez wysokiego nominata, który okazuje się niewinny aż upadłego. Dzisiaj, kiedy pokażesz nawet nieboszczyka, to jeden czy drugi pseudointelektualista w okularach z cienkimi oprawkami będzie twierdzić, że nieboszczyk jest tak długo żywy, dopóki mu się nie udowodni w sądzie, że nie żyje.

Nie o tym chciałem pisać, ale o czymś pozytywnym, w dodatku pokazać to w kolorach. Oto dwie bardzo udane okładki moich książek oraz ich projektant, Lechosław Martyński, na zdjęciu z synkiem, który inspiruje go do efektywnej pracy pytaniami w rodzaju „Tato! Kiedy wreszcie pójdziemy na lody?” Trzeba przyznać, że zdjęcie jest wyjątkowo urocze.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Cztery-portrety-str-przed.png

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Okładka-Klęczy-352x500-do-Lubimyczyt-Leszek-1.png

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Leszek-Martyński-i-Jaś-1.jpg

Do wyznań o pięknie, efektywności i lodach dołączam fragment powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”, jako zachętę do jej przeczytania. Książka jest od wczoraj we wszystkich księgarniach internetowych.

Oto kolejny fragment:

Po powrocie z wycieczki przyjaciele zasiedli w fotelach z takim zadowoleniem, jakby w trakcie pobytu w letniej rezydencji Ambasadora i jazdy samochodem odmówiono im nawet najkrótszego odpoczynku. Przez kilka minut milczeli. Rozglądali się po pokoju w poszukiwaniu inspiracji do dalszego działania. Wyglądało to tak, jakby usiłowali przypomnieć sobie, skąd znają to miejsce. Dosięgnęło ich znużenie nadmiarem przeżyć i dojrzałym wiekiem. W trakcie kilkugodzinnej jazdy samochodem miliony widoków przesunęły im się przed oczami.

– Na emeryturze nawet Pan Bóg ma prawo czuć się zmęczony – pomyślał Boss, przysypiając wygodnie w fotelu. Zanim dokończył pobożną myśl, nasunęła mu się druga, z zupełnie innego wymiaru. Wydało mu się, że jest referendarzem na kolei. Usiłował rozwikłać tę zagadkę.

– Skąd przyszedł mi do głowy taki pomysł? Przecież nigdy nie pracowałem na kolei. Przypomniał sobie, że w rodzinie miał referendarza, ale to było bardzo dawno. Ponadto była to kobieta. Nie przepadał za nią. Nie podobało mu się też określenie „referendarz”. Brzmiało brzęcząco i staromodnie. Uspokoił się tym wspomnieniem.

Spotkanie odbywało się w apartamencie Ambasadora, a konkretnie w salonie, stanowiącym równocześnie pokój gościnny. Wypełniały go tradycyjne meble i sprzęty, tapczan, biurko z ustawionym na nim komputerem, regał z książkami, kilka obrazów prezentujących postacie świętych oraz drobne akcesoria i bibeloty, których nie sposób było zliczyć. Podłogę salonu przykrywał gruby na trzy palce dywan perski w kolorach flagi Ambasadorii, dar serca pewnego bogacza, którego Ambasador rozgrzeszył z zamierzonego aktu głupoty. Skuteczność wynikała z uświadomienia grzesznikowi, że musi najpierw wybaczyć sam sobie, zanim spłynie na niego z góry łaska ostatecznej dyspensy. Obok salonu znajdowała się kuchnia i łazienka.

Goście doszli do wniosku, że właściciel jest o wiele bardziej uporządkowany niż jego mieszkanie. Po cichu wymieniali się uwagami na ten temat. Relaksując się w fotelach z ciemnozielonymi obiciami, trudnymi do zdefiniowania, opowiadali sobie historie i dykteryjki, prawdziwe i zmyślone, niekiedy tak zawiłe, że nie sposób było określić granicy między prawdą a zmyśleniem. Odnosiły się przeważnie do przeszłości, skłonnej po latach przeinaczać i zniekształcać wydarzenia. Od czasu do czasu towarzysze dawnych lat wybuchali śmiechem młodości, najlepszym z najlepszych, wyuczonym w chłopięctwie i niezapomnianym mimo upływu lat.

Czasem mówili jeden przez drugiego, bojąc się, że zapomną, co chcą powiedzieć, albo sprzeciwiając się jakiejś niewydarzonej ich zdaniem wypowiedzi. Tylko jeden raz rozczulili się jak prawdziwi staruszkowie, a nie poważni seniorzy, czujni w przestrzeganiu zasad dobrego zachowania. W sumie traktowali się przyzwoicie, nie raniąc się nawzajem niestosownymi aluzjami lub uwagami, które mogłyby być odebrane jako uszczypliwości, rozmyślne lub niezamierzone.

Michael Tequila w Empiku: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Dzisiaj blodżek skromniutki jak dwa nadwiędłe płatki róży z emeryckiego ogródka. Temat: energia, apteka, pies.

Piszę na luzie, z wolnej stopy, czując się jak więzień w klatce przesłuchań, sam nie wiem dlaczego. Po marnie przespanej nocy wyszedłem jakiś taki słabosilny na balkon, a tam słoneczko też dychawiczne, ledwie ogrzewa barierki balkonu.

Zamierzałem pisać o rzeczach wielkich, a tu nici wskutek braku energii. Coraz mniej węgla w naszym bogacącym się kraju, coraz mniej energii w człowieku – myślę, i jest w tym chyba trochę racji. Miałem pisać o psach i będę, ale może jeszcze nie dzisiaj. Wybaczcie mi to, o szlachetne zwierzęta, zrodzone z prawego i nieprawego łoża, o skłonnościach prawidłowych jak życzą sobie władze, jak i te o wykoślawionych zainteresowaniach płcią.

Wczoraj dzień też był rachityczny, nie taki jak trzeba. Do mojej ulubionej apteki zaszedłem jedynie z potrzeby serca i oczu. Traktuję to miejsce jak Luwr, wchodzę oglądać piękne obrazy za ladą. Było pusto, więc się ośmieliłem. Po krótkim pozdrowieniu obydwu pań, jedna była czarnulą, druga blondyneczką, przemówiłem zgrabnymi słowami człowieka parającego się piórem wyjaśniając, że przychodzę jedynie w celach towarzyskich, aby popatrzeć na widoki.

– Proszę nie liczyć na mnie jako na klienta, nic nie kupuję, bo zdrów jestem jak ryba, zachodzę tu tylko z tęsknoty. W Paryżu byłem kilka razy po kilka tygodni, ale w okresie zimowym. Były to wyjazdy służbowe. W Luwrze byłem tylko jeden raz i to tak krótko, że pozostawiło to we mnie tylko artystyczny żal i dlatego tu zaglądam.

Rozmowa zeszła na psy, to znaczy ja zapytałem, czy mają te zwierzęta. Obydwie panie miały. Psa Czarnuli poznałem wcześniej, raz na zdjęciu i raz osobiście. Robił już wtedy za celebrytę, Ludzie chodzili wokół niego i cmokali z podziwu, jako to on wielki i urodziwy, A on jakby nigdy nic, patrzył sobie obojętnie w dal i cichutko warczał przez zęby skoczną marynarską piosenkę, jaka pozostała mu w pamięci z okresu młodości. 

To nas uwzniośliło, mnie dodatkowo umocniło w przekonaniu, że powinienem pisać o psach i ich właścicielach, bo to jedyna nadzieja ludzkości wobec dewastacji środowiska naturalnego. Na rząd już nie liczę, robi bokami, prokuruje prawdę, obietnice i trolle; jest to wspaniałe, że każdy robi to co umie i lubi, ale dla mnie to za mało.

Tym optymistycznym akcentem kończę i życzę dnia świątecznego wypasionego dobrym żarciem, żartami i wycieczkami do ogródka za oknem.

PS. Obraz na górze przedstawia Salę „Apollo” w Luwrze.

Cztery portrety cudze i jeden własnyhttps://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Ciąg dalszy o psach, krowie, łóżku i pieszczotach. Humoreska.

Wracam do krowy, która mi się przyśniła.

– Co ty gadasz, chłopie? – tak mnie zapytała. – Ja to mam ciężkie życie. Wiesz ile wymiona ważą, ile to muszę mleka nosić ze sobą, zanim mnie wydoją. A co to za przyjemność być dojonym mechaniczną dojarką, bez pieszczot i łagodności dotyku damskiej ręki?

Popatrzyłem na nią zdziwiony. Wtedy mi wyjaśniła:

– Mężczyźni też to czasem robią, ale nie reprezentują tej samej aksamitnej delikatności, jaką dysponuje kobieta.

Obydwaj z Iwanem Iwanowiczem wzruszyliśmy się możne nie tyle z powodu ciężaru wymion, bo co my możemy o tym wiedzieć, ile łagodności damskiej ręki, która potrafi uszczęśliwić dzieciątko w kołysce, dorosłego mężczyznę a nawet – jak się okazuje – zwierzę domowe.

– Eh, te kobiety! – wyrwało się z piersi Iwanowi Iwanowiczowi.

Ustaliliśmy, że ostatecznie będę pisać o psach i ich właścicielach, nie rozwodząc się nadmiernie nad częściami damskiego ciała. Martwiła mnie tylko skarga wielu osób, że pies lubi spać z nimi w łóżku, a oni nie potrafią temu zaradzić.

– On wtedy patrzy na mnie takimi oczami, że łzy wprost cisną się do oczu a kołdra sama zapraszająco odchyla się na bok. Mężowi bym odmówiła, ale nie mogłabym zgodzić się, aby mój ukochany Pimpuś spał na twardej podłodze!

– A propos łóżka i psa, to zdarzyła się taka historia – Iwan Iwanowicz przerwał nasze rozważania. – Mąż wraca do domu i zastaje w swoim łóżku …Wyobrażasz to sobie!? … żonę z jakimś obcym mężczyzną.

– Co on robi w moim łóżku? – ryczy ze wściekłości.

– Cuda, kochanie, cuda! – odpowiada entuzjastycznie żona.

– A jaki to ma związek z psem? – zapytałem nierozważnie.

– Ten facet to był pies na kobiety – wyjaśnił Iwan Iwanowicz, patrząc mi w oczy, jakby chciał mnie o coś oskarżyć.

-Sam miałem kiedyś podobne ambicje, ale wyperswadował mi je duchowny, z którym czasem rozmawiałem w zakrystii o życiu, psach i kobietach. Niestety posłuchałem go, zamiast się sprzeciwić. Kto mógł się wtedy oprzeć księdzu? Chyba tylko ministranci i biskupi, jeżeli jeszcze istnieją hierarchowie posiadający sumienie.

If you like this short story, read Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania: https://www.wyczerpane.pl/michael-tequila,n.html?name=Michael+Tequila 

0Shares

Psy i ich właściciele. Humoreska.

Z Iwanem Iwanowiczem, człowiekiem wielu narodowości i zbiornicą talentów, zgadaliśmy się na temat psów.

 – Pies to wyższy gatunek człowieka, przyszłościowy. Taki to naturalnego środowiska ci nie zniszczy torbami plastikowymi, najwyżej nieco zapaskudzi trawnik lub podwórko, za co winniśmy karać ich właścicieli, a nie samego producenta zabrudzeń, nie napluje ci do zupy, jak to się zdarza między dziećmi, nie poszczuje na ciebie trolli, jak to się dzieje w niektórych ministerstwach. Ech, nie ma co mówić – westchnął głęboko i zamilkł. Oczy zaszkliły mu się ze wzruszenia.

Aby go pocieszyć, powiedziałem.

– Od dawna myślę o pisaniu o psach i ich właścicielach na moim blogu.

Rozmówca zareagował pozytywnie.

– Zrób to mój drogi, pies to taki przyjaciel człowieka! Nie to co komornik czy urząd, który wyrwie ci spod głowy ostatnią poduszkę, gdzie trzymałeś pieniądze.

– Waham się jednak, Iwanie Iwanowiczu, czy nie należałoby napisać o innych zwierzętach hodowanych dla przyjemności przez człowieka. Na przykład żółw. Znam osoby, które hodują żółwia w domu i bardzo sobie to chwalą. Taki to nie obudzi cię w nocy głośnym szczekaniem, nie napadnie na gości, których lubisz, nie ściągnie ci kiełbasy ze stołu. Żółw zadowoli się marniutkim listkiem sałaty i naparstkiem wody. W ostateczności można z niego zrobić zupę, podobno jest znakomita.

Mojemu rozmówcy nie podobały się sugestie.

– Równie dobrze mógłbyś pisać o krowie. To w dodatku bardzo użyteczne zwierzę.

Pociągnąłem ten temat.

– Zgadzam się. Krowa leży też w spektrum moich zainteresowań przyrodniczo – pisarskich. Jest łagodna, cicha, daje mleko, nie włazi z brudnymi nogami do domu, jak to się zdarza psom. W dodatku nie ma ona łatwego życia, podobnie jak człowiek. Raz mi się nawet śniła. Zagadała do mnie, kiedy skarżyłem się na ciężkie życie.

C.d.n.

0Shares

Zaproszenie na spotkanie: Kreatywność w starszym wieku

Otwartość intelektualna i emocjonalna, kreatywność, twórczość nie są równo dystrybuowane przez życie. Jedni mają ich więcej, inni mniej. Nie obowiązuje tu reguła w rodzaju 2 x 2 = 4. Sposób widzenia i doznawania świata nie zmienia się proporcjonalnie do upływających lat życia. Dlatego warto wiedzieć coś więcej o kreatywności w starszym wieku, czymś co ułatwia życie, czyni je ciekawszym i wartościowszym.

Zapraszam na spotkanie i dyskusję w czwartek 19 bm. w dzielnicy Gdańsk Piecki-Migowo (Gdańsk-Jasień).

0Shares

W nocy wymyśliłem sobie diabła. Humoreska.

Kilka dni temu, w nocy, nie mogąc zasnąć, poczułem się tak samotny, że wymyśliłem sobie diabła. Chciałem mieć kogoś do towarzystwa, kogoś użytecznego, przydatnego, tylko na własny użytek. Był to, jest właściwie, diabeł współczesny, podporządkowany, o wyglądzie zwykłego mężczyzny, czyli raczej niekształtny, nie żaden Apollo, tylko lekko łysiejący, zgodnie z ewolucyjną zasadą stopniowej utraty uwłosienia, z tradycyjnymi atrybutami, różkami, ogonem, niezbyt wybujałą kosmatością, mało ruchliwy. Nie jest to okaz piękności, rozczulił mnie jednak naturalnością i podobieństwem do człowieka.

Wydało mi się, że ma chęć rozbrykać się, wziąłem go więc na smycz i założyłem mu kaganiec. Aby się usprawiedliwić w moim okrucieństwie, uznałem, że jest to postępowanie normalne, powszechnie przyjęte.

– Ostatecznie ludzie traktują tak swoich pupilów, własne psy, które kochają, dobrze karmią i chodzą z nimi na spacer do lasu, albo na łąkę. – Wytłumaczyłem mu, kiedy popatrzył na mnie niepewnie.

Do łapy dałem mu smartfon, aby mógł połączyć się ze mną w każdej chwili i wyjaśniłem z grubsza, jak to działa. Od razu zagłębił się w konwersację nawet nie wiem z kim, potem oglądał jakieś obrazki i diabelsko chichotał. Była to prawdopodobnie pornografia, czemu się nie dziwiłem, bo ostatecznie jest sam, młody i prawdopodobnie czuje tak zwany zew natury.

Siedzę teraz przed komputerem i piję czarną kawę, którą mi przygotował, z trzema rodzynkami w środku, aby złagodzić gorycz, i myślę, jak go nazwać. Chciałbym, aby było to coś urokliwego, oddającego sens przewrotności, a równocześnie człowieczego, bo tak sobie spekuluję, że jesteśmy chyba, przynajmniej mężczyźni, z diabłem spokrewnieni. Nie wyobrażam sobie bowiem diablicy, istoty żeńskiej, takiej z białymi piersiami rozczulającymi nawet dziecko, i pełniejszymi biodrami, i tak dalej, nie będę wnikać w anatomiczne szczegóły, ale kosmatej, z ogonem i czarnymi różkami. Zastanowię się jeszcze nad tym.

Więcej czasu wam nie zajmuję. Życzę piekielnie udanego dnia.

PS. Przepraszam, używam nowego programu Gutenberg do edycji tekstów na blogu i nie mogę dojść, jak powiększyć rozmiar czcionki.

„Cztery portrety:cudze i jeden własny” w księgarni:  https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Niedzielny fragment powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”

W planie na dziś miałem opowiastkę o psach i dronach, naszkicowałem ją sobie w notatniku. Ostatecznie postanowiłem jednak opublikować kolejny fragment mojej świeżo wydanej powieści, aby przybliżyć ją szczególnie tym osobom, które spotykają po latach z przyjaciółmi z tej samej klasy i szkoły.

Pozdrawiam, życząc pogodnej, ciepłej niedzieli,

Michael Tequila

Spotkanie u Ambasadora okazało się ożywcze jak źródlana woda. Rozmowa przebiegała spontanicznie.

– Koledzy, druhowie, bracia! – Ambasador przejął inicjatywę. Mówienie ćwiczył od lat i przemawianie było dla niego czymś tak powszednim jak chleb z masłem dla hodowcy krów mlecznych. – Nie widzieliśmy się pięćdziesiąt trzy lata, nic dodać, nic ująć, od czasu ukończenia przez nas szkoły.

– Brawo! Brawo! – Zerwały się spontaniczne okrzyki aprobaty i zachęty do dalszego mówienia. Zebrani zachowywali się jak chłopcy, sprawiało im to przyjemność.

– Cisza! Uspokójcie się! Pozwólcie mi zapobiec bałaganowi, jaki tu stworzymy za chwilę! Odbieram wam głos i udzielam sobie, jedynej osobie zdolnej zapanować nad żywiołem odrodzonej niepoprawnej młodości. Dajcie mi skończyć! – nalegał gospodarz w poczuciu odpowiedzialności za zebranie odbywające się na jego terytorium.

– W sumie byłoby to bardzo miłe, gdyby nie niecierpliwy cień władzy dyktatorskiej, który przemknął po jego twarzy – zauważył w duchu Mistrz, mający wprawę w interpretacji mowy ciała.

Odnowieni przyjaciele przywracali do życia odległą przeszłość stopniowo, nie żadnym „hurra”, lecz wspominając fragmenty życia w szkole i w internacie. Żartowali bez ograniczeń i bez skrępowania, bawili się słowami, wygłupiali, podświadomie czując, że jest to najlepsza forma ożywienia przeszłości.

– Łączyło nas wszystko – podjął Ambasador. – Niedostatek materialny naszych rodzin, wspólna nauka w tej samej klasie, ci sami nauczyciele, ta sama dyscyplina szkoły bez koedukacji, ten sam woźny.

– Niektórych z nas łączyło także mieszkanie w tym samym internacie, apele poranne, śniadania, obiady i kolacje, wspólna droga pieszo do szkoły i ze szkoły, wspólnie uprawiane gry i sport – uzupełnił Mistrz, który wraz z Poetą mieszkał w internacie na krańcu miasta.

– Masz rację – poparł mówiącego Ambasador.

Nie wiadomo, dlaczego przemawiał, stojąc. Był to mężczyzna średniego wzrostu, o sylwetce wyrywającej się z objęć szczupłości pod wpływem dobrego jedzenia i ograniczonego ruchu na świeżym powietrzu. Przemawiał ze swadą i nonszalancją. Miał wprawę i doświadczenie tysiąca wcześniejszych przemówień, niewiele więc improwizował. Nie musiał też dobierać słów ze starannością, gdyż był wśród swoich. Gdyby nawet chlapnął coś nieodpowiedniego, obróciliby to w żart.

– Nie było niczego, co by nas dzieliło. Byliśmy braćmi bliźniakami, więźniami systemu szkolnego. Tylko z pozoru byliśmy osobami wolnymi, pozbawionymi czasu i pieniędzy, aby zrozumieć, co to znaczy wolność. Wszytko było w szkole i szkoła była wszystkim. Cyrkiem. Więzieniem. Oazą radości na ugorach życia, których doświadczali nasi rodzice. Kiedy patrzę z obecnej perspektywy, widzę, że było to studium przyspieszonego dojrzewania i mądrości. – Znowu rozległy się okrzyki i wiwaty. Trwały krótko, bo wszyscy byli ciekawi, jaki będzie dalszy ciąg przemówienia i co z tego wyniknie.

Empik Cztery portrety: https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Dzisiaj nie muszę siłować się z wyobraźnią

Los był dla mnie, i nie tylko dla mnie, łaskawy. Szczodrze mnie obdarzył bogactwem myśli i serca dwóch wielkich ludzi. Przygotowałem tylko zwięzły opis zdarzenia opatrując go własnym tytułem: „PiS mocarstwem głowy i ręki. Morawiecki i Kaczyński – giganci literatury x 100!”

Reszta w ciekawie ilustrowanym wywiadzie http://wyborcza.pl/7,75410,25187478,moj-dom-moj-prad-moja-twierdza.html#a=190&c=8000…

Tytuł wywiadu: „Kaczyński miał piękne poematy o kotach i prostytutkach, Morawiecki jest bardziej ekonomiczny”. To źródło inspiracji, studnia cytatów, genialna reklama wyborcza PiS do Sejmu i Senatu.

Obszerny cytat z „Wyborczej”:

Morawiecki ma o wiele większą niż Kaczyński i Szydło zdolność intrygowania ludzi spoza żelaznego elektoratu. I Kaczyński świetnie sobie z tego zdaje sprawę. Mnie to jednak przeraża, bo jest w Morawieckim coś laboratoryjnego, syntetycznego, on wygląda jak produkt. Jak wytwór naukowca hochsztaplera. Jest posklejany z kilku polskich charakterów. Łączą się w nim polski karierowicz, biznesmen w typie stereotypowego Janusza, dresiarz, kibol, Hugo Kołłątaj, ksiądz Skarga, Emilia Plater i prymas Wyszyński. Wszystkie te twarze są dość płaskie, żadna nie jest porządnie zamocowana i nie uważam, by się z tego mogło narodzić coś konstruktywnego. Sęk w tym, że ludzie nie widzą tych wielu twarzy jednocześnie. Widzą jedną, tę, którą chcą widzieć.

Morawiecki wygląda jak program komputerowy napisany, by za wszelką cenę zintegrować społeczeństwo. Czuję się z tym nieswojo, bo to niczym scenariusz odcinka „Black Mirror”. Nie widzę tu tak ważnych wymiarów życia publicznego jak głębia idei, odwaga zmian, dążenie do poszerzania praw i wolności. Widzę robota, który powie wszystko i każdemu.

 

0Shares

Supermarket. Delfin a sprawa ludzka.

Informacja o stanie

Butlonosy to delfiny. Cytuję Microsofta: „Te inteligentne zwierzęta prowadzą między sobą konwersacje różnymi metodami, jak gwizdy, piski, trzaski, uderzanie głową, rozdziawianie szczęk i dmuchanie pęcherzykami. Potrafią wyskoczyć na wysokość do 6,5 m w powietrze, co stanowi dodatkowy środek wzajemnej komunikacji”.

– Kiedy to przeczytałem od razu przyszedł mi do głowy pomysł, aby to wypróbować. Chodzi o lepsze formy porozumienia społecznego. Jeśli one, te butlonosy, porozumiewają się doskonale stosując tak proste metody, to dlaczego my, istoty ludzkie, rzekomo siedzący na najwyższej gałęzi ewolucji, nie moglibyśmy wypróbować ich metod. Pytanie to zadałem koleżankom seniorkom. i kolegom seniorom, kiedy spotkaliśmy się w kręgielni. Chyba zgodzili się ze mną, ponieważ zamyśli się głęboko.

Historię te opowiedział Iwan Iwanowicz, który wróciwszy z długiej podróży przyszedł do supermarketu „1000 i więcej próżności”, aby kupić serka koziego, kilka innych łakoci i buteleczkę okowity. Lubi sobie dogadzać. Jego twarz osnuta była w mroku zaciętości. Stojąc w kolejce do kasy nudziliśmy się, więc zapytałem go o to.

– Czasem mam wrażenie, że jestem psem myśliwskim, taka jest we mnie zaciętość, kiedy myślę o tych na górze. – Wyjaśnił. – Oni sobie robią cyrk ze wszystkiego. Wzywają ważnego ombudsmana i każą mu czytać sprawozdanie roczne o godzinie 23.00, a sami idą spać, delegując trzech własnych przedstawicieli do drzemki w fotelach.

– To upokarzające. Traktują nas jak tresowane małpy albo niedźwiedzie – oświadczył Iwan Iwanowicz, a inne osoby w kolejce go poparły. – Dzisiaj chyba wszyscy tak przyzwyczaili się do upokorzenia, że nie mają już chęci wyjść na ulicę i serdecznie dokopać upokorzycielom.

Dwie godziny później nie byłem już pewien, czy tego nie powiedział ktoś inny, a tylko echo powtórzyło mi to w głowie odbijając się między uszami. Postanowiłem wyłączyć się z przykrych dyskusji.

 

0Shares

Supermarket. Własny kąt, ludzkość i trzecia płeć.

Dzisiaj znowu spotkaliśmy się w supermarkecie. Jest nas już mała grupka. Wygospodarowaliśmy sobie miejsce, skromne, schludne, ale własne, że tak powiem, bo przecież należy do sklepu, między proszkami do prania a warzywami.

– Ładnie pachnie i zdrowo – podsumowała pani Zuza. Jest księgową o wrażliwości estetki, zorientowanej na czystość i zdrowe jedzenie. Wszyscy są za takim postępowaniem, choć nikt nie wypowiada się głośno.

Tematy podejmujemy spontanicznie, nasuwają się same. Postanowiliśmy być twórczy, dyskutować i rozwiązywać problemy ludzkości.

– Przed wszystkim okolicznej – zastrzegł się pan, który w szczegółach dopiero nam się przedstawi. Wygląda jak połączenie kobiety i mężczyzny. Przyznał się tylko, że jest transseksualistą. Powiedział o sobie niewiele. Uznaliśmy to za ciekawe. Obiecał, że powie więcej o tym, jak bolesna jest droga walki o własną tożsamość.

– Rodzisz się z ciałem dziewczynki, ale chcesz być chłopcem. Nie chcesz być kobietą, chcesz być mężczyzną. I od razu masz pod górę, zupełnie jak Syzyf, mordujący się z wielkim głazem.

– Co mamy do zaoferowania światu? – Padło pytanie, kiedy skończył, zaskakując nas, ale nie na długo. Kwestię pomógł rozwiązać szczuplak, gdzieś tu mieszka w pobliżu, bo twarz wydaje mi się znajoma. Jest intelektualistą. Rozpoznaję to po wychudłej, bladej twarzy, ostrym nosie i okularach w złotych ramkach, potwierdzających, że jest nad wyraz rozbudzony umysłowo i myśli za trzech. Skojarzył mi się z tęczą. To zjawisko atmosferyczne ostatnio mnie prześladuje, chyba przenika z ekranu telewizyjnego. Chciałem to powiedzieć, ale ugryzłem się w język; mam dłuższy jeden kieł, co mi czasem dokucza a czasem pomaga.

Na pytanie „Co mamy do zaoferowania światu?” odpowiedział krótko, marszcząc okulary na nosie:

– Think globally, act locally.

Zamurowało nas. Tyle myśli w jednym zdaniu! Nawet nie zdaniu, ale równoważniku zdania!

– W równoważniku zdania nie ma orzeczenia – wyjaśniłem i poczułem się lepiej, że i ja coś wnoszę do dyskusji.

Jego wypowiedź i nasze zamurowanie to dobra oznaka, wiemy już, jak podchodzić do problemów. Widzimy ich wiele, w supermarkecie, w ludziach, na ulicy a nawet okolicznych lasach.

– Chciałoby się przekląć z rozpaczy, albo splunąć, tyle tego jest – myślę.

Wyczerpane.pl:  https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Empikhttps://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

0Shares

Z czego się śmiać, nad czym płakać, o czym dyskutować w supermarkecie

W supermarkecie „1000 i więcej próżności” przemówiła do mnie ekspedientka, przefarbowana na rudo blondyna, niegdyś brunetka, jak mi wyznała. Imponowała postawą górnej części ciała. Jak tylko usłyszałem jej wyrazisty głos, uruchomił się dzwonek alarmowy. Temat wybrała sama.

– Z księży – proszę pana, powiedziała mi ściszając głos – wolno się dzisiaj śmiać, ponieważ spowszednieli podobnie jak i inni kawalerowie. Mamy ku temu śmiechowi odpowiednie urządzenia, chętnie panu zademonstruję – oświadczyła, ruszając w kierunku półki w głębi sklepu. Przestraszyłem się. Zatrzymała się, aby mnie uspokoić i wyjaśnić, o co chodzi.

– Zwykły obywatel zrozumiał, że ksiądz nie stoi już między nim a panem Bogiem, a jeśli stoi to może przesłaniać słońce, też twór boży, i przeszkadzać w komunikacji z Najwyższym przez telefon komórkowy, dziś w powszechnym użytku. Dlatego my oferujemy nowatorski smartfon zwany „Komunikatorem Niebiańskim”, zastępujący osoby duchowne w tej komunikacji. Mamy do niego różne aplikacje. Chętnie je pokażę.

Powiedziała to w taki sposób, jakby chciała się rozebrać. Przestraszyłem się nie na żarty, bo rozbieranie się w miejscach publicznych to obraza moralności, możliwość bycia aresztowanym a nawet zhejtowanym przez niesfornych urzędników państwowych. Sytuację uratował czarno ubrany mężczyzna, przystojny, o gładkim obliczu.

– Spoko – powiedział – ja to wszystko objaśnię. W czasach wolności my też zrzuciliśmy okowy uprzedzeń i zacofania. Mamy osobiste słabości oraz prawo do ich posiadania, podobnie jak inni obywatele, ale się do nich nie przyznajemy, też podobnie jak inni obywatele. Lubimy politykę, pieniądze i dziewczynki oraz oglądanie na stadionie lub na plaży elegancko zbudowanych lekkoatletów. Bardziej postępowi i przedsiębiorczy z nas dla ratowania ukochanej parafii przed ubóstwem zwanym z góralska bryndzą, użyczają ambony elokwentnym ludziom, którzy nas bezpłatnie ostrzegają przed obcymi mówiącymi innymi językami tylko po to, aby cię zagadać, wywieść w pole i w mig pozbawić cię portfela oraz godności wiążącej się z jego posiadaniem. Ludzie nieznajomi – proszę państwa – kontynuował niemłody elegant – mogą mieć ubrania w różnych kolorach i odcieniach, czarnym, szarym, żółtym, czerwonym, jednym słowem w dowolnym kolorze tęczy.

Zastanawiałem się, czy nie jest to aby członek jakiejś nowej sekty, kiedy wybuchła dyskusja, do której włączyli się inni klienci supermarketu. Zrobiło się bardzo pozytywnie. Wszyscy wzajemnie siebie słuchali, a jeśli nie zgadzali się ze sobą to oferowali gruszkę, jabłko, lub inny owoc, a nawet butelkę piwa na pojednanie.

Ekspedientce przebarwionej z blondu na rudość zaoferowano nawet listek figowy, ale nie przyjęła, nie wiadomo dlaczego, choć wszyscy byli zgodni, że wyglądałaby w nim uroczo.

W końcu dnia ożywionej debaty zdecydowaliśmy spotykać się regularnie w supermarkecie, określiliśmy go jako supermiły, aby kontynuować dyskusję, która otworzyła nam oczy na świat może nawet kosmos. Jak szeroko je otworzyła, pozostało do ustalenia.

0Shares

Piszę tylko dla tych, co nie mają czasu.

To moje postanowienie. Ponieważ dzisiaj nikt nie ma czasu, będę pisać dla nikogo. Sposób pisania: zwięźle, dosadnie i niegłupio. To mój zamiar. Ponieważ piszę dużymi literami, możesz czytać blog na smartfonie, jadąc tramwajem, autobusem, stojąc w kolejce po sanki dla dziecka lub czekając na dzienną dawkę pieszczot od żony albo kochanki. Wystarczą Ci dwie minuty czasu. Nie na pieszczoty oczywiście, tylko na czytanie.

Piszę prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. Kłamię tylko wtedy, kiedy pewien intelektualista w złotych okularach zachęci mnie do tego dobrym przykładem. To zasady, od których nie odstępuję bez uzasadnienia. Jeśli trzeba, uzasadnienie zawsze się znajdzie. 

Język mam bogaty. Dziś rano w łazience, kiedy oceniałem jego stan przed użyciem, zauważyłem na nim pięćset dolarów amerykańskich, w jednym banknocie z wizerunkiem prezydenta Trumpa. Konsultowałem ten fakt ze znajomym księdzem, poważnym, brodatym, ze wzrokiem wbitym w niebo, nie w dół na sprawy cielesne. Potwierdził mi jak na spowiedzi, że są takie banknoty. Są bardzo rzadkie i mają wartość kolekcjonerską.

– Prezydenta Trumpa każdy ci wymieni na butelkę dobrego koniaku lub trzy butelki wina mszalnego. Taki banknot to rarytas. – Ksiądz zachwycił się, zaczął cmokać i cytować fragmenty Biblii o uprawie winorośli. Wyszedłem, aby nie zostać świętym.

Jego wypowiedź poruszyła mnie tym bardziej, że słyszałem, że prezydent Trump jest bliskim krewnym prezesa Kaczyńskiego; obydwaj używają tych samych słów, tak samo myślą, a nawet mają te same sny o potędze i rodzinie. Z tym, że prezydent jest żonaty, a prezes pozostaje w stanie starokawalerskim, co mu się chwali, bo niejeden mężczyzna też chciałby być w takim stanie, mimo że jest żonaty.

Zszedłem na niebezpieczne tory. Mogę nie zauważyć, kiedy nadjedzie pociąg i uwiezie mnie w nieznane, gdzie nie będą grać Błękitnej Rapsodii ani opery Porgy nad Bess Gershwina, mimo że będzie to już amerykański raj.

Zakończę apelem: Pobieraj tutaj codzienną dawkę rozrywki, a nastroi cię to optymistycznie, nie będziesz myśleć o braku czasu ani szefie, który grzebie ci w sumieniu lub komputerze.

To moja najnowsza powieść Cztery portrety cudze i jeden własnyhttps://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p

A to jej pierwsza bardzo pozytywna recenzja: 

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4898774/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny/opinia/53663296#opinia53663296 

0Shares

Rasizm wczesnojesienny. Opowiadanie krótkie i bezwstydnie dosadne.

Poszedłem na spacer. Wszędzie widziałem rasizm. Postanowiłem go zilustrować i opisać w 150 słowach. Najpierw zdjęcia.

To efekt golenia trzech psów lub jednego ale w trzech odsłonach. Nienawidzę psów. To inna rasa człowieka. Szczekają, nie mówią.

To maszyny na budowie Nowej Bulońskiej w Gdańsku. Wyglądają niewinnie. Wyprodukowano je w Skandynawii, nie u nas. Nienawidzę Skandynawów. To obcy, mieszkają na północy i mówią innym językiem.

To obrazki z Afryki. Popatrzcie na ich skórę, włosy i wyraz twarzy. Oni widzą nas kolorowo. Dla nich jesteśmy białasami. Pisał o tym Faulkner. Nienawidzę białych, czarnych i Faulknera. Afrykanie i Amerykanie nie są nasi. Są odmieńcami. Mówią dziwnym językiem, bulgoczą.

– Nigdy nie wpuścimy ich do siebie. Tak powiedział siwy Indianin, wódz plemienia Toffu. Wielu go słucha. Ja go nie słucham, choć to nasz własny ksenofob.

– Rasizm to nienawiść odmienności. Wystarczy być ograniczonym, aby nienawidzić odmienność. Do diabła, mam nadzieję, że wyraziłem się jasno!

0Shares

Niedzielna dawka poezji, obrazów i Australii

Kontynuując niepewną tradycję publikacji poezji przedstawiam kolejną jej dawkę zaczerpniętą ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, Wyd. 2.

Miłość wybiegła muzyką wesela

Słońce wzgórza nawiedza jak błyszczące echo,
by lekkie i złotawe osiąść na dnie rzeki,
hołd czasu oddać przeminionym rzekom,
ziarno prawdy wyłuskać z cudotwórczej ręki.

Na brzeg miłość wybiegła muzyką wesela,
pocałunek oczy zamglił, zaczarował usta,
jedna źrenica blask innej źrenicy powiela,
nieznanych błękitów rozwarła się chusta.

Niemy krzyk przywołał tajemnic istnienie,
czas splątał w warkocz zapomnienia,
i dane było prawdy nagiej rozjaśnienie,
radość i smutek, tęsknoty i marzenia.

Ideał miłości nie raz życie zbruka,
niewinny zachwyt zmyli, okpi, wykoślawi,
lecz uczuć rozpalonych niczym nie oszuka,
idziemy nadzy w prawdzie, nadzieją jaskrawi.

Bezgrzeszne oczy osłania objawienie ręki;
nie ja słyszę muzykę, to mnie tworzą dźwięki.

Gdynia, 19 lipca 1999

Wiersz powstał latem 1999 roku w Gdyni. Mieszkałem wtedy na ulicy Korzeniowskiego na Kamiennej Górze, na pierwszym piętrze, w nowym dwupiętrowym budynku. Był to najpiękniejszy budynek w Trójmieście. Byłem o tym przekonany. Miał potężne klasyczne kolumny z frontu i oryginalne okna na pierwszym piętrze. Był wzorowany na oryginale postawionym w tym miejscu w latach 1930ych przez dyrektora kopalni węgla ze Śląska.

Wiatr-figlarz

Wiatr-figlarz wyjrzał zza chmury,
na plażowiczów popatrzył z góry,
zakamarki nagich ciał pieści,
pieśń miłości do ucha szeleści.

Młodzieńcom studzi rozpalone głowy,
u nóg się łasi jak kot domowy,
sukienki dziewczynom podwiewa;
śmieją się, ich to nie gniewa.

Świeżego jodu rozpyla drobinki,
chłodzi ciałko spieczonej dziecinki,
krzyki roznosi na rączych skrzydłach,
płaszcze rozwiewa w cudaczne straszydła.

Jachtom żagle wydyma jak banie,
kiedy ma chęć; bo kiedy ustanie,
czai się cicho w fal zakamarkach
ducha przestworzy siła płuc szparka.

Ruchome piaski zbija w poduchy,
roślinom grząskiej dodaje otuchy,
sprzątacza wydm pełni honory,
pyłów wynosi tysięczne wory.

Czasem nieświadom zło wielkie czyni,
gdy sypkie piaski niesie z pustyni,
w szarobrązowe płachty je zwiewa;
zielenie plami bura ulewa.

Hawker, 4 października 1996

Na stronie zamieszczam obrazy z Flinders Ranges z okolic Hawker.  Ten poniżej to opuszczone domostwo. 

Sam się sobie dziwię, że inspiracja do napisania tego wiersza naszła mnie w Hawker. To mała miejscowość wewnątrz lądu, w górach Flinders Ranges w Południowej Australii (link: South Australia ), 365 kilometrów na północ od Adelaide. W 2006 roku Hawker liczyło 229 mieszkańców. Miejsce i okolice pamiętam z wielu obrazów zatrzymanych w głowie: oswojonego strusia stukającego dziobem do okna przyczepy kempingowej, stada białych papug siedzących na konarach uschłego drzewa, obrazów z widokami z Flinders Ranges wystawionych przez malarza tuż przy drodze. Jeden z nich kupiłem.  Także z wyścigów samochodowych organizowanych w dzikim terenie gdzieś niedaleko Hawker.  

„Klęczy cisza niezmącona” z 45-procentowym rabatem w księgarni internetowej (jako autor i wydawca westchnę: to straszne!https://tinyurl.com/y2r45ew5

Najnowsza moja powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” już w sprzedaży:   https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p  

To książka opowiadająca o spotkaniu, rozmowach i wspomnieniach  klasowych przyjaciół ze szkoły, którą razem ukończyli kilkadziesiąt lat wcześniej.

0Shares

Broda. Opowiadanie z gatunku „triste”.

Je déteste être triste. Nienawidzę być smutnym.

Zapuszczam brodę. Moim ideałem jest zarost gęsty, czarny jak smoła, imponujący wielkością.

Co do kształtu, nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji, tak czy inaczej, musi on być oryginalny może nawet perwersyjny (to dobre skojarzenie dla artysty słowa), abym patrząc na siebie odczuwał radość a nie chęć rozbicia się samochodem o słup wysokiego napięcia.

Głównym powodem mojej fascynacji brodą jest poczucie bycia niekochanym, porzuconym jak stary kapeć w rowie w okresie późnojesiennym. Protestuję przeciwko temu. Hodując nienormatywny zarost na twarzy obrzydzam się nie dla śmiechu, jestem na to zbyt poważny, ale po to, aby mnie wreszcie zauważono, dostrzeżono we mnie dobroć, talent, czy choćby nawet skromne poczucie humoru, cokolwiek wartościowego.

Życie bez miłości i uwielbienia wydaje mi się niejakie, jakżeż odmienne od stanu wczesnej dziecięcości, kiedy to każdy członek rodziny i niejedna osoba obca prześciga się z innymi, aby powiedzieć ci ciu, ciu, ciu, pa, pa, pa, gul, gul, aby ciumkać, pomachać ci ręką, dotknąć stopki, całować w dowolną część ciała, pieścić, nagradzać, pomachać ci ręką na pożegnanie, w zamian za łaskawy uśmiech czy nawet nieporadne gaworzenie.

Teraz, opuszczony w mej samotności, tym bardziej potrzebuję adoratorów, zwłaszcza adoratorki. Kobieta jest dla mnie istotą piękniejszą, kształtniejszą niż mężczyzna, choć w chronologii świata jest to istota niejako wtórna, stworzona w drugiej kolejności, jak wiadomo z żebra Adama. Mówiło mi o tym wielu księży.

Martwiłbym się, gdyby proporcja moich adoratorów była zwichnięta na rzecz mężczyzn. Uznałbym to za niezdrowe, być może do tego stopnia, że czułbym się zmuszony zapisać się do LGBT (ostatnio modnej choć zwalczanej przez różnych kacyków), formacji ludzi niezależnych uczuciowo, kochających kolory i walczących o lepszy świat dla siebie. Chciałem dodać „i dla potomnych”, ale uznałem to za przesadę.

0Shares