Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 34: Zabójcza demografia Nomadii

Co drugie posiedzenie rządu gubernatora Barrasa Blawatsky’ego poświęcone było demografii. Sefardi, uważnie śledzący jego poczynania, dwukrotnie zapoznał się ze stenogramem ostatniego posiedzenia gabinetu. Nie mogąc zrozumieć wszystkich zdarzeń, odczytał go po raz trzeci.

„Posiedzenie stenografowano, nagrano i autoryzowano. Zagaił gubernator. Chodził po gabinecie, machając najświeższym raportem urzędu statystycznego. Był wzburzony sytuacją demograficzną. Scharakteryzował ją jako piekielnie trudną, wielostronną i wieloraką. Dokonano analizy efektów działań naprawczych. Odbył się kongres demograficzny. Komitet Prognoz opracował prognozę 2100, zaraz potem 2200. Po gubernatorze głos zabrał minister ds. demografii. Mówił o prognozach i wskaźnikach. Stwierdził, że sytuację demograficzną należy przyjąć jako daną i że konieczna jest poprawa spójności społecznej. Podkreślił, że dwadzieścia milionów obywateli nie jest największym nieszczęściem, że można to nadrobić trochę jakością, trochę migracją, że zasadniczym problemem jest zwężanie się piramidy ludnościowej oraz sprawność wspólnotowa, dynamika intelektualna i inwencyjna. Uznał, że demografia kraju będzie przyczyną ostrych konfliktów, co wymaga pochylenia się nad tym, co robić dalej.

Na słowa ministra gubernator wściekł się i krzyknął, że nie będzie pochylać się nad demografią, bo robił to setki razy i nic to nie przyniosło i że teraz jest czas na twórcze działanie, nie na pochylanie się.

– Nie jestem żadną wańką-wstańką! – krzyknął gubernator, aż twarz mu się zaczerwieniła.

Po nieoczekiwanym wybuchu gubernatora nastąpiła nagła erupcja energii. Dyskusja ożywiła się i weszła na nowe tory. Uczestnicy ze swadą i łatwością przerzucali się określeniami naukowymi, nurzali w terminologii statystycznej i demograficznej.

Sefardi zastanowił się. Zapis dyskusji wyglądał na farsę, w której pełna frazesów gadanina kamuflowała niemoc rozwiązania problemu demograficznego. Czytał dalej. Przemawiał kolejny minister.

– Bezrobocie wzrasta lawinowo. Jest coraz więcej ludzi niepracujących. To jest przerażające – Głos mówiącego był pełen niepokoju. – Młodzi, dobrze wykształceni ludzie uciekają za granicę w poszukiwaniu pracy, bo grozi im nędza. Oni nie wyjeżdżają, ale uciekają! Rozumiecie powagę sytuacji!? Kto będzie zarabiać pieniądze na utrzymania rosnącej liczby emerytów, rencistów, inwalidów, ludzi upośledzonych umysłowo, chorych? Siedzimy na bombie demograficznej!

Przekaz upowszechnił się błyskawicznie jakby rozmowę podsłuchiwano. Wszyscy obywatele mówili teraz o bombie. Eksperci wymieniali dworce lotnicze, kolejowe i autobusowe oraz wielkie ośrodki handlowe, stadiony, budynki publiczne i szkoły jako miejsca najbardziej zagrożone. Następnego dnia rzeczniczka gubernatora, kobieta z twarzą przestraszonego królika, określiła dyskusję rządową jako „niezwykle udaną” i zdementowała pogłoski o bombie. W rządzie zapanował popłoch; obawiano się wzrostu niepokoju społecznego i gwałtownego spadku notowań Partii Konserwatywnej.

Nic takiego nie nastąpiło. Gubernator odetchnął z ulgą i z radości kupił swojemu królikowi nową obróżkę, sztuczną marchew do gryzienia oraz kilka solidnych porcji świeżej koniczyny, które schował na zapas do lodówki. Obawiał się, że jeśli sytuacja polityczna pogorszy się, to jego ulubione zwierzęta domowe mogą ucierpieć.

*****

Kilka dni później znowu rozgorzała dyskusja o demografii. Doszło do niej spontanicznie, ponieważ program dnia nie przewidywał tego tematu. Ministrowie przekrzykiwali się, jakby się zmówili, że wywołają burdę. Nie chodziło o słowa, o to, co mieli do powiedzenia, ale o uczucia. Wszyscy byli poruszeni zagrożeniem, niepokój i wzburzenie parowały z nich. Atmosfera zgęstniała.

– To jakiś absurd! – Głos zazwyczaj opanowanego ministra infrastruktury wybił się nad inne. – To tak, jakby mieć potężną lokomotywę, ale nie mieć maszynisty do jej obsługi ani wagonów do przewozu ludzi i towarów.

– Oczywiście! Słusznie! – Przekrzykiwano się. Najskuteczniej komunikowali się najwyżsi wzrostem, osoby o doniosłym głosie oraz stojące najbliżej gubernatora. Tylko jego ucho się liczyło.

Gubernator podniósł do góry dłoń stanowczym gestem. Nie imponował wzrostem, lecz potrafił to zrekompensować. Wszyscy zauważyli jego gest, pilnowali się. Ci, którym zdarzyło się w przeszłości nie zauważyć najważniejszej ręki w kraju, udawali się wkrótce na wygnanie, jak określano dymisję.

– Podsumuję dyskusję. Nie musimy jej dalej prowadzić. Sytuacja nie jest wesoła, ale też nie jest najgorsza – gubernator mówił urywanymi zdaniami, chrapliwie, jego głos napotykał opór wydostając się z gardła.

– Co pan mówi, panie gubernatorze? – Odezwały się głosy. – Sytuacja jest zła. Jest tragiczna, wręcz przerażająca.

– Chcę podsumować. Proszę mi nie przerywać – szef rządu rozejrzał się po twarzach z wysokości fotela stojącego u końca stołu konferencyjnego. Fotel z boku miał dźwignię, podnoszącą go do góry. Gubernator jednym ruchem decydował, jak wysoko chce wywindować swoje ciało i autorytet. Poznał tę sztuczkę studiując historię starożytnego Egiptu, kiedy pierwszy raz zauważono, że wysokość usytuowania faraona a nie jego wzrost daje mu przewagę nad otoczeniem.

– Mamy za mało ludzi, społeczeństwo się kurczy, brak mu energii witalnej. Wszystko się wali – rozkrzyczeli się ministrowie. – To porażka.

– Za mało powiedziane. To nie porażka, to prawdziwa zapaść demograficzna. Zapaść to prawie zgon – podsumował z przekonaniem minister propagandy. Usłużnie mu przytaknięto.

Minister zdrowia poczuł skurcz serca, że sam nie wpadł wcześniej na równie zgrabne, medyczne podsumowanie debaty. Po chwili uznał, że jednak dobrze, że tak się nie stało, ponieważ gubernatorowi mogło się to nie podobać. Był szefem, najwyższą władzą. On sam był zwyczajnym konowałem z małomiasteczkowego szpitala i nie miał szansy, aby przebić się do szeregu osób najważniejszych w państwie. Zdawał sobie z tego sprawę. Cieszył się takimi przywilejami, o jakich nawet nie marzył. Był szczęśliwy, że gubernator, kolega z ławy szkolnej, zwrócił na niego uwagę, na jego nadzwyczajną lojalność, oddanie i podziw, jakim go darzył.

– Nikt w gabinecie nie jest bardziej lojalny ode mnie wobec ciebie – dawno już oświadczył swemu dobroczyńcy. Teraz, kiedy rozejrzał się wokół i zobaczył twarze pełne entuzjazmu i uwielbienia, stracił pewność. Uświadomił sobie, że żyje w kraju, gdzie lojalność wobec władzy dominuje nad rozumem i uczuciami. Do niedawna wierzył, że to Bóg jest najwyższą formą władzy. Z chwilą zostania ministrem zrozumiał, że gubernator zdetronizował Stwórcę. Był o tym całkowicie przekonany. Dałby się pociąć na kawałki dla gubernatora.

Po zapoznaniu się z najnowszym spisem ludności, rząd uznał, że dwadzieścia milionów to idealna liczba ludności dla rozwoju społeczno-gospodarczego Nomadii.

– Ani za dużo, ani za mało, w sam raz – prawie wykrzyknął minister gospodarki. Polubił tę liczbę. Była łatwa do analizy statystycznej, prezentacji i dyskusji.

Parlament przyjął ustawę demograficzną. Dwadzieścia milionów mieszkańców uznano za optimum społeczno-gospodarcze. Rząd miał utrzymywać ten poziom regulując skalę emigracji i imigracji. Część opozycji w głosowaniu poparła projekt. Posłowie tłumaczyli się potem stanem zaciemnienia umysłowego, ostatecznie przypisując winę partii rządzącej. Obarczanie jej winą za wszystkie nieszczęścia, niską wydajność krów mlecznych, ubóstwo umysłowe części społeczeństwa czy marną pogodę było stałą strategią opozycji.

 

Historyjka dwóch szczytów

Za czasów PRL szczytem bezczelności było wywiercić dziurę w Rurociągu Przyjaźni i sprawdzić, w którą stronę płynie ropa. W IV Rzeczpospolitej jest nim wygłaszanie przemówień w obronie demokracji przez posła Piotrowicza oraz w obronie przyrody przez profesora Szyszko.

Wieczorna bajka o referendum

Rzecz działa się w czasach nowożytnych, nie tak znowu odległych, może na rzut kamieniem, a może pałką z paralizatorem, nikt tego dokładnie nie wie, bo czas i miejsce bywają elastyczne. Wiadomo natomiast na pewno, że zdarzenie to miało miejsce w kraju, gdzie wszystko jest dobre, rząd, kierunek wiatru, zmiany pogody i humorów, władcy w osobach pana prezesa, premiera i prezydenta, a nawet trzydzieści sekund ciszy, którymi opozycja dobrego rządu czci szczodrobliwość dobrych panów marszałków.

Kiedy wskutek nieuwagi marszałkowskiej obu izb parlamentu spadło z pulpitu na ziemię niezwykle ważne referendum, pan prezydent ogromnie się zmartwił. Wracał do domu zrozpaczony, a jeśli nawet nie zrozpaczony, to bardzo smutny, kiedy naprzeciw wybiegła mu cała świta pałacowa, dworzanie i służba, ministrowie, sekretarze i sekretarki, podsekretarze, pokojowe i sprzątaczki, nawet ogrodnik. Pan prezydent ucieszył się niepomiernie, bo wszyscy wiwatowali na jego cześć, rzucali w górę czapki i inne części garderoby i to w takim uniesieniu, że zabronił im rozbierać się bardziej niż do spodniej bielizny.

– Lubię popatrzeć na piękne ciała wiwatujące w służbie narodu – mruknął niezbyt głośno, aby nie przesadzić ze skromnością cechującą go zwłaszcza w obliczu autorytetu pana prezesa, ojca ojczyzny.

– Panie prezydencie – krzyczeli jeden przez drugiego dworzanie. –  Osiągnął pan wielki sukces. Upadek referendum wywołał wielce pozytywny szok w narodzie, wszyscy przejrzeli na oczy, teraz każdy obywatel kraju, staruszek i dziecko, wie o co chodzi. Nie trzeba zadawania pytań, czy chcesz nowej konstytucji, czy też nie chcesz, w jakiej mierze i w jakiej postaci, zwyczajnej czy oprawnej w złoto, warunkowo czy bezwarunkowo, bezwzględnie czy też tak sobie.

Następnego dnia dołączyła do nich prasa, ale tylko prawicowa, bo tylko oni umieli poprawnie zinterpretować nadzwyczajne zdarzenie państwowe.

Radość pana prezydenta podchwycił naród i wyległ na ulice i place, aby wiwatować na jego cześć, a przy okazji również panów marszałków, którzy niechcący zrzucili z pulpitu projekt referendum, oraz na cześć pana premiera i pana prezesa, ojca ojczyzny, który serdecznie projekt popierał, aby dać narodowi szansę wyrażenia poparcia dla nowej konstytucji mającej zastąpić starą, bardzo już zużytą, mimo że jest całkiem nowa i świeża.

W marketingu nazywa się to „in-built obsolescence” i oznacza „wbudowane starzenie się” – wyjaśnił wieczorem w telewizji pewien pobożny teolog, który znał się na marketingu, na polityce i na wierze w szlachetność.

Michael Tequila w księgarniach: https://tinyurl.com/y7cza5nc

Aforyzmy polityczne. Ukochane dziecko prezesa.

Rysiu Czarnecki, ukochane dziecko prezesa Kaczyńskiego, używa cudownie okrągłych słów, aby głosić słodkie prawdy mocarnej rzeczywistości i zwalczać nikczemne kłamstwa opozycji, oraz okrągłej twarzy, aby wyrazić zdziwienie z powodu jej istnienia.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 33: Konwersacje o spowiedziach i imionach

W nocy Sefardi nie mógł zasnąć. Przewracał się z boku na bok na łóżku usiłując ułożyć się wygodnie na grubym materacu. Kiedy to mu się nie udało, przeszedł do salonu na kanapę. Znowu spotkało go niepowodzenie, choć kanapa była sprężysta, obszyta naturalną, dobrze wyprawioną i miękką skórą. Rano obudził się zmęczony. Poleżał chwilę, wstał, włożył szlafrok i usiadł przy biurku.

Wkrótce Isabela przyniosła mu herbatę, z dwoma plasterkami cytryny, taką, jaką lubił. Od pewnego czasu robiła to regularnie. Nie prosił ją o to, nie miała też takiego obowiązku. Została zatrudniona wyłącznie do pomocy żonie, Penelopie.

Kobieta była zamyślona. Kiedy stawiała spodeczek i szklankę na biurko stwierdziła jakby od niechcenia:

– Wygląda pan dzisiaj wyjątkowo pobożnie.

Jej śmieszna obserwacja ożywiła Sefardiego. Patrzył na nią oczekując wyjaśnienia, co ma na myśli. Nie odpowiedziała od razu. Pomyślał, że testuje jego cierpliwość.

– Znaczy się, wygląda pan jak nieboszczyk zdjęty z krzyża, albo jak ksiądz-staruszek po wyspowiadaniu Alibaby i czterdziestu rozbójników. Dzisiaj tymi rozbójnikami mogłyby być kobiety. Kobiety zawsze były aktywne zawodowo, obecnie nawet bardziej niż mężczyźni. Na przykład w wojsku. Wie pan, ile kobiet służy dzisiaj w wojsku? Uważam, że kobieta mogłaby z powodzeniem być nawet kapelanem. Oczywiście nie w naszym kościele, bo jest staromodny i strasznie przyzwoity; ksiądz to ksiądz, baba to baba, ale …. – Isabela popadła w typowy dla niej stan niekończących się dywagacji.

Sefardi wiedział, że jeśli jej nie przerwie, to zajmie mu czas wykładając teorię niezwykłej roli kobiet w kościele, armii i społeczeństwie, może nawet i więcej.

– A wie pani, Isabelo – wpadł jej w słowo – że kiedyś miałem być księdzem.

Popatrzyła na niego zdezorientowana.

– Naprawdę chciałem być księdzem i specjalizować się w spowiedziach. Ale tylko młodych kobiet. Byłem wtedy bardzo przystojny. Powiedziałem to proboszczowi mojej parafii, a on zapytał mnie: „Jak młodych?”.

Sefardi nie wiedział, dlaczego pytanie o wiek miało dla proboszcza znaczenie. Myślał o przedziale dwudziestu do trzydziestu pięciu lat. To zaspokajałoby jego ambicje bycia użytecznym. Był młody, więc łatwiej było mu zrozumieć kobiety w tym wieku. Kościół, jednakże odrzucił jego dobre chęci, mimo że był wówczas przystojnym i wykształconym mężczyzną doskonale nadającym się do stanu duchownego. Miał długie nogi i czarną czuprynę, gęstą jak niedźwiedź późną jesienią.

Opowiadając historię swoich marzeń, Mistrz odczuwał perwersyjną satysfakcję naśladując Isabelę stylem wypowiedzi i obfitością słów. Ponieważ nie przerywała mu, kontynuował.

– Teraz to już nie wszystko pamiętam, ale miewałem różne pragnienia. Wtedy myślałem najbardziej o stanie duchownym. Każdy ksiądz jest mężczyzną, ale nie każdy mężczyzna może być księdzem. – Tak mi odpowiedział proboszcz. Odrzucił logikę mojego rozumowania. Negatywna postawa kościoła wobec moich aspiracji nie zniechęciła mnie do kontynuacji dialogu z kościołem. Kościół to nasza matka. Ale cóż to za matka, która nie pozwala dziecku na radość udzielania pierwszej pomocy bliźnim pragnącym ujawnić swoje troski w szczerej spowiedzi, aby uzyskać pokutę i przebaczenie.

Kiedy to powiedział, przeszła mu chęć dalszego fantazjowania. Zaniepokoił się, że przesadził i Isabela uzna, że się z niej nabija. Nie zamierzał zrazić jej do siebie. Isabela nie odzywała się, po chwili wymówiła się innymi obowiązkami i wyszła.

W młodości Sefardi rzeczywiście miał marzenia, ale inne, które też się nie spełniły. Marzył o szczęśliwej rodzinie, puszystym śniegu, konwaliach w ogródku, choince ubieranej przez dzieci, wspólnych wyprawach nad jezioro. Idealizował swoją przeszłość, może nawet miał halucynacje. Nie dzielił się tym z nikim.

*****

Temat imienia pojawił się zupełnie przypadkowo, jakby ktoś zauważył przelotny kształt nad łąkami i wykrzyknął: – O, jaskółka! Jaka ona jest zwinna!

– Sama nadałam sobie imię Isabela. Nikt mnie do tego nie upoważnił. Nie podobało mi się poprzednie – stwierdziła Isabela, zapytana o pochodzenie jej imienia.

-A jakie było poprzednie?

– Tego nie mogę panu powiedzieć, don Sefardi. Nie jestem taka głupia. Śmiałby się pan ze mnie. Po prostu, nie podobało mi się ono. Wymazałam je z pamięci, zapomniałam o nim.

– Pani imię jest przecież zapisane w dowodzie osobistym, Isabelo. Nie można go wymazać, ot tak sobie, na widzimisię.

– No właśnie. A ja to zrobiłam. Wystawiono mi nowy dowód już z imieniem, które sobie wymyśliłam. W poprzednim dowodzie było inne, pospolite i brzydkie.

– Dlaczego brzydkie? Czy pani nie przesadza? Brzydkich imion jest niewiele. To ludzie bywają brzydcy, nie imiona. – Sefardi przekomarzał się, ale nie przeciągał struny, pamiętając o wrażliwości rozmówczyni w sprawach osobistych. Nie była to trwała cecha jej charakteru; zazwyczaj zachowywała się tak, jakby jej nie zależało, co się o niej mówi lub myśli.

– Tamten dowód mi zginął. Nie pamiętam już; może mi go ukradli, a może wpadł do wody z mydlinami i rozpuścił się. Albo zużył kompletnie jak papier, którego litery wdeptano długim chodzeniem w podłogę. Raz nawet widziałam małe literki na podłodze, mogły pochodzić z mojego dowodu. Od razu zapytałam siebie, czy to możliwe. Okazało się, że tak. Na pewno tak było. Jestem tego pewna – Isabela modulowała głos jak poetka.

– Opowiada pani głupstwa i jest pani uzurpatorką, Isabelo.

– Co też pan mówi!? Nie znam tego wyrazu. To pewnie coś złego?

– Uzurpować znaczy sięgać po cudze, coś sobie przywłaszczać, nadawać sobie tytuł, albo imię, nikogo nie pytając o zdanie lub zgodę. Sama przyznała sobie pani przywilej ustalenia nowego imienia.

Isabela patrzyła na Mistrza skonfundowana. Nie była pewna, jak zareagować. Sefardi kontynuował.

– Teraz jestem królową. Powiedzmy, że tak pani sobie pomyślała i naprawdę wierzy, że nią jest i siedzi sobie na tronie z koroną na głowie i berłem w ręku, czekając aż mężczyźni zaczną jej okazywać podziw i szacunek, jaki poddani mają wobec władcy. Tej historyjki z imieniem i rozdeptanym dowodem osobistym nie opowiada chyba pani kobietom, tylko mężczyznom? Albo tylko mnie? – Sefardi pomyślał, że powiedział to niepotrzebnie; zrujnował fantazję zakwitłą przelotnie w głowie kobiety. Głupio mu się zrobiło, że zachował się tak, jakby miał do niej pretensję o drobinę iluzji, dziwaczny wymysł lub niewinne kłamstwo.

Isabela popatrzyła na niego niewidzącymi oczami. Nagle zerwała się, podeszła do niego i zmierzwiła mu włosy. Był to impuls, odruch, który zaskoczył ich oboje. Zdezorientowany Sefardi uznał to za pieszczotę, coś spontanicznego, wyraz niechęci pomieszanej z podziwem. Potraktowała go jak urwipołcia, chłopca, który uczynił coś niewłaściwego, nie w złej intencji, tylko z przekory i ciekawości, jak to zostanie odebrane, z chęci zwrócenia na siebie uwagi. Popatrzyli na siebie zaskoczeni, po czym Isabela w pośpiechu wyszła z pokoju, pozostawiając otwarte drzwi. Mistrz miał wrażenie, że zrobiła to pragnąc, aby pobiegł za nią i usprawiedliwił się z wszystkiego, co niepotrzebnie powiedział.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 32: Nowe metody zarządzania państwem

Wyzwania stojące przed Barrasem Blawatsky’m, właścicielem partii, premierem i gubernatorem w jednej osobie, były przeogromne. Potrzebny był nowy model zarządzania państwem, gospodarką, sprawami społecznymi, zdrowiem, wszystkim. Złożoność spraw wymagała nowoczesnego narzędzia zarządzania państwem. Wyzwanie to rozwiązano metodą kolejnych przybliżeń.

Na polecenie gubernatora opracowano najpierw cyfrowy model redukcji rzeczywistości do możliwości jednoosobowego zarządzania. Ważna była nazwa, przekonywująca i łatwa do zapamiętania. Pierwsza nazwa, ReduPrak, nie została dobrze przyjęta; niechętni jej byli lekarze, prawnicy i inni profesjonaliści. Źle się kojarzyła. Myślano nad inną.

Nowy system zarządzania państwem miał kształt piramidy. U podstawy znajdowały się komputery, do których tysiące urzędników wprowadzało dane, u góry był wąski lejek, przez który informacje płynęły prosto do premiera w formie krótkich papierowych notatek. On sam nie używał komputera; ceniono to, uważając, że premier ma ważniejsze sprawy do realizacji niż gapienie się w monitor komputera i stukanie w klawisze.

System stworzono w imponująco krótkim czasie. Okazał się tak prosty i skuteczny, że do kraju zaczęły przyjeżdżać delegacje z zagranicy, aby poznać jego działanie. Rząd wkrótce ograniczył dostęp do informacji o systemie z uwagi na niebezpieczeństwo wykorzystania go przez wrogów kraju. W szczególności obawiano się terrorystów.

W trosce o przyszłe pokolenia, uproszczono nauczanie. Zrezygnowano z większości przedmiotów ścisłych, zupełnie bezużytecznych w gospodarce obsługiwanej przez roboty, zwiększano natomiast ilość lekcji wychowania moralnego, religijnego i obywatelskiego. Przywrócono też stare hasło: Bóg-Honor-Ojczyzna. Na polecenie gubernatora instytut medyczny stworzył dodatek do wszystkich szczepionek dla dzieci, uzupełniający niedobór elementów patriotyczno-religijnych we krwi.

Pracę rządu utrudniała opozycja, reprezentująca elementy wolnomularskie, osobników o zachwianej orientacji seksualnej, jednostki aspołeczne, nie wierzące w Boga ani w Trójcę Świętą. Wyzwań przybywało, gdyż opozycja złośliwie zachęcała obywateli do pozostawania w kraju, zamiast udać się na emigrację, gdzie mogliby podnieść swoje kwalifikacje i odciążyć budżet państwa. Najbardziej podatni na jej argumenty byli młodzi ludzie, nieustabilizowani materialnie i poglądowo, pozostający w kraju i zwiększający bezrobocie. Stali się oni szczególną troską rządu. Natychmiast zaoferowano im pomoc w postaci nauki szybkiego pisania CV i podań o prace, poradnictwa, jak ubierać się na interview, oraz wsparcia duchowego.

Największym wyzwaniem dla gubernatora była demografia: nadwyżki siły roboczej w okresach słabego rozwoju gospodarki, które gubernator nazywał bessą, oraz niedostatku siły roboczej w okresach ożywienia gospodarczego, które nazywał hossą, choć czasem myliła mu się z bessą. Obywatele bardzo cenili używanie obcych terminów, mając w pamięci jego poprzednika, nieuka i zarozumialca. Gardzono nim, ponieważ był tylko premierem, w dodatku marnym.

– Ten łajdak nie zasłużył sobie na żadną godność. Nie to co nasz obecny premier, gubernator i właściciel partii – tak standardowo wypowiadał się naród na wiecach, w rozmowach prywatnych i w lożach zaproszonych gości. Wypowiedzi narodu cytowała patriotyczna prasa konserwatywna.

Szczodrze wyposażony w zaufanie społeczne i godność osobistą gubernator ujął sprawy mocno w ręce jak furman bat, aby osobiście kierować losem narodu. Pozycja furmana dobrze mu się kojarzyła; jego odlegli przodkowie byli furmanami.

– To ludzie siedzący blisko ziemi, umiejący opanować każdego, nawet zdeprawowanego, konia. Mówiąc o deprawacji gubernator miał na myśli opozycję.

Naród w swojej masie cenił proste i bezpośrednie wypowiedzi i metody działania premiera. Był mężem opatrznościowym. Niektórzy widzieli w nim także zbawcę; wyobrażali go sobie w postaci rycerza na białym koniu, z wielkim mieczem w prawej dłoni, walczącego z plagami bezrobocia, lewactwa, dysydentów i odrażających obcokrajowców. 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 31: Partia Konserwatywna zmienia właściciela

Kiedy konserwatyści wygrali wybory parlamentarne, jak jeden mąż uznali przywództwo Barrasa i wyrazili chęć oddania mu partii w pacht, a siebie w lenno. Na początku Barras wahał się i opierał przyjęciu tak szczodrego daru. Po zapoznaniu się z argumentami zwolenników, ostatecznie zdecydował się go przyjąć. Sporządzono akt notarialny; po raz pierwszy w historii demokracji pojawiła się partia, której jednoosobowego tytułu własności i jednoosobowej władzy nikt nie był w stanie zakwestionować.

W sali kolumnowej ratusza miejskiego odbyła się uroczystość przekazania darowizny połączona z objęciem władzy przez Barrasa. Delegacja partyjna wręczyła mu nowe insygnia partyjne: koronę jako symbol jedności, jabłko jako symbol władzy, berło jako atrybut szczególnej pozycji społecznej oraz miecz symbolizujący sprawiedliwość. Barras wygłosił mowę inauguracyjną, w której zatwierdził siebie na stanowisku przewodniczącego partii oraz ustalił jej nowy cel – stworzenie społeczeństwa doskonałego. Jego półgodzinny opis wywołał powszechny zachwyt na sali; wszyscy obecni pragnęli być doskonałymi obywatelami. Partię Konserwatywną Barras nazwał masową, mądrą, spolegliwą, odpowiedzialną i do głębi demokratyczną.

Przemówienie porwało obywateli; tłum zebrany pod ratuszem powiększył się w ciągu kilku minut do stu tysięcy wypełniając wielki Plac Ratuszowy. Liczebność zebranych stała się kością niezgody; rząd określił ją na co najmniej sto tysięcy, opozycja na dwa tysiące.

Nie ociągając się, Blawatsky w krótkim czasie dobrał sobie do pomocy kilka tęgich głów i ustanowił z nich organ doradczy, nazywając go osobistym komitetem politycznym. Następnym krokiem było ustalenie praw i obowiązków członków partii oraz relacji między władzą a członkami. Opozycja przedstawiła prosty opis tego układu.

– W Konserwie zasady współpracy opierają się na czterech filarach: mordy, kubła, fory i dwora. Kiedy wódz coś mówi, a ktoś wyraża inną opinię, pozostali członkowie natychmiast wołają: „Morda w kubeł! Jeśli ci się nie podoba, to fora ze dwora”.

Członkowie partii uznali układ za niezwykle korzystny, ponieważ zdejmował z nich odpowiedzialność za słowa i czyny. Uczynili to w głębokim przekonaniu, że podległość członka partii wobec charyzmatycznego wodza, który na wzór demiurga sam się wykreował, jest najwyższą cnotą. Dla partii miało to wielkie znaczenie praktyczne. Kiedy członkowie i zwolennicy partii słyszeli słowo „Wódz”, natychmiast zwierali szeregi. Niezależność intelektualna w Konserwie okazała się bezużyteczna; członkowie partii gardzili nią i zniechęcali innych do samodzielnego myślenia. Argumentowano, że jest ona szkodliwa dla partii, ponieważ jej istotą jest być niekwestionowanym wspólnym dobrem.

– Partia to masywny, równy stół, na którym na ozdobnym obrusie serwowane są najlepsze dania. Gdyby nie jedność, to każdy ciągnąłby sukno w swoją stronę, a przecież ten stół to nasza ojczyzna, a sukno to dorobek całego narodu – powtarzał zastępca Barrasa, ogrodnik z zawodu z poważnym dorobkiem w propagowaniu tropikalnych roślin ozdobnych pnących i płożących.

Osobowość przywódcza Barrasa okazała się żołniersko prosta i skuteczna; wszyscy członkowie partii doskonale go rozumieli i szanowali. Niewątpliwie miał on słabości, lecz były to bardziej niedobre nawyki niż przywary, choć i takie mu zarzucano, wymieniając przykładowo niechętny stosunek do innych ras. Mówiono, że obcokrajowców określał mianem Szwabów, albo Żabojadów, albo Żydów, a nawet Maurów, w zależności od tego, jak wyglądali i jak się zachowywali. Używanie określenia „Maurowie” wyjaśniano jego fascynacją Świętą Inkwizycją.

Sprywatyzowanie Partii Konserwatywnej rozwścieczyło opozycję. Akt darowizny uznała za wymuszony, a uroczystość w ratuszu za farsę demokracji. Gorąca debata w parlamencie nic nie zmieniła; Partia Konserwatywna pozostała własnością jej przewodniczącego.

W ciągu następnych dni na tablicach ogłoszeniowych, na ścianach budynków i w dziesiątkach innych miejsc oraz w mediach pojawiły się hasła w rodzaju „Żelazny przewodniczący”, „Wielki Przewo” i „Nowy faraon” oraz zdjęcie mięsistych ust wiceprzewodniczącego Partii Konserwatywnej na tle białych męskich pośladków, jak również rysunek pokazujący wielgachną postać Barrasa w malutkiej lektyce niesionej przez członków jego partii. Prorządowa prasa z satysfakcją pisała o niebotycznej frustracji opozycji.

Zabawka dla dewiantów i obsesjonatów. Przypowieść okolicznościowa.

W lipcu 2018 roku Światowa Rada Wynalazków ogłosiła wyniki konkursu na najlepszy wynalazek wszechczasów. Konkurs wygrał „Mechaniczny kraj”, zabawka dla dewiantów i obsesjonatów, najbardziej zaniedbanej kategorii obywateli wszystkich krajów. Jej sponsorem była fundacja „Zbłąkany umysł” zrzeszająca ludzi poszkodowanych ciężkimi przeżyciami. Promocja zabawki odbywa się pod hasłem „Dokopiemy wam”.

Konkurentem w konkursie był „Dmuchany Don”, ale po ostatnim pokazie publicznym otrzymał nienajlepsze recenzje nawet wśród swoich zwolenników. Recenzentom nie podobało się, że zbyt przekonywająco pozorował tak głęboki wstrząs mózgu, że jego leczenie mogło zrujnować nawet potęgę gospodarczą.

„Mechaniczny kraj” jest dosyć prosty i łatwy w obsłudze, zapewnia grającym niezwykłą satysfakcję, w dodatku bardzo rozwija intelektualnie. Światowa Rada Wynalazków dopuściła zabawkę do konkursu pod warunkiem, że nie zostanie ona opatentowana, aby każdy dewiant i obsesjonat na świecie miał prawo stworzenia własnej wersji bez opłat licencyjnych.

Zabawka ma kształt ostrosłupa posiadającego cztery boki w kształcie równoramiennych trójkątów i składa się z trzech niezależnych mechanizmów o nazwach Prezydent, Prezes i Premier. Są to automatyczni gracze, stanowiący grupę tak zwanych Ważniaków. Ich nazwy są zastrzeżone, inni gracze nie mogą ich używać. Użycie zabawki bez udziału Ważniaków nie jest możliwe.

Każdy z Ważniaków zawiera w sobie napęd i jest wyposażony w inteligencję, która utrzymuje zabawkę w stanie permanentnego ruchu, zawsze gotową do użytku. Formalnie Ważniacy są autonomiczni, niezależni od siebie, wiadomo jednak, że są oni sprzężeni ze sobą nicią skrytych powiązań cienką jak pajęczyna, lecz mocniejszą niż solidny drut kolczasty.

Zabawka porusza się we wszystkich kierunkach, najszybciej do tyłu i wydaje okrzyki takie jak „Dobrobyt”, „Uczciwość”, „Porządek”! „Dobre Żarcie”! „Historia”! „Radość”! W pewnych okolicznościach, kiedy Ważniacy są w dobrym nastroju, zabawka potrafi powiedzieć także „Cukier puder”! „Kum kum”! „Przepompownia” czy „Więzienie”. Są to zawołania, które podobają się graczom ze szczególnym poczuciem humoru.

Na pytanie, kto jest autorem tego niezwykłego wynalazku, Światowa Rada Wynalazków odpowiedziała, że zabawka wynalazła się sama. Pomysł podsunął Prezes, najbardziej przemyślna część zabawki, zaklepał Prezydent, a szczegóły ustalił Premier. Naukowcy zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi, twierdzą, że w wynalezieniu zabawki maczał palce także diabeł z piekła rodem. Pytany o to dowódca piekła, który w „Mechanicznym kraju” gra rolę zmilitaryzowanej jednostki szybkiego myślenia, miał podobno odpowiedzieć:

– Sam diabeł się w tym nie rozezna.

Prezydent, Prezes i Premier zastępują wszystkie instytucje, organizacje, zrzeszenia, opiekunów i kuratorów, jakie są normalnie potrzebne, aby bawiący się czuli się naprawdę szczęśliwi. Zasady działania „Mechanicznego kraju” nie są skomplikowane. Każdy rozumie je intuicyjnie patrząc na wizerunki Ważniaków wyświetlające się na trzech ścianach zabawki. Czwarta ściana pozostaje tajemnicą. Nikt nie wie, co ona oznacza, po co w ogóle jest. Powszechne przekonanie jest takie, że jest to rodzaj proroctwa do odgadnięcia, co w przyszłości stanie się z „Mechanicznym krajem” i jego otoczeniem.

Zabawka spełnia życzenia, trzeba tylko wyrazić je na głos, wysłać emailem lub opisać w liście do jednego z Ważniaków. Zabawka ma także właściwości lecznicze. Jeśli czujesz się nieszczęśliwy, bo masz za małą pensję, to Ważniacy przyznają ci natychmiastową podwyżkę, pod jednym tylko warunkiem, że przystąpisz do programu lojalnościowego.

Gracze mogą wyznaczać sobie dowolne role i nadawać sobie dowolne tytuły lub nazwy, o ile nie naruszają one zasad poprawności językowej. Przykładowe nazwy to Szary Obywatel, Demonstrant, Policjant, Sędzia, Prokurator, Lekarz, Czarna Wdowa, Polityk, Niepewny, Ksiądz i Zwykły Dziad. Zaleca się niestosowanie nazw takich jak Pedał, Dziwka czy Cham, ponieważ wywołują one nadmierną ekscytację i mogą zakłócać przebieg gry.

„Mechaniczny kraj” nie stawia ograniczeń wieku, doświadczenia czy rozwoju umysłowego; każdy może w nim znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Ponieważ jest to zabawka samodoskonaląca się, nie jest wiadome, w jakim kierunku rozwinie się ona ani jak mogą się zmienić zasady gry. Dla pewności natura wyposażyła Ważniaków w ograniczoną sztuczną inteligencję, aby nie mogli uzyskać całkowitej przewagi nad innymi uczestnikami gry. Nie jest jednak pewne, czy nie zechcą zmienić jej zasad, aby ostatecznie dokopać pozostałym graczom.

Zabawka zyskała natychmiastową popularność, jak tylko ukazała się na rynku. Najpierw zaczęły z niej korzystać osoby pragnące uniewinnienia, potem grzesznicy chcący pozbyć się wyrzutów sumienia, następnie ludzie z nieczystymi spojrzeniami, bogaci wytwórcy szybkich podwyżek cen, w końcu handlarze sumień. Z zabawki mniej korzystają osoby mające własne pomysły na zabawę, pragnący mieć więcej czasu na samodzielne czytanie literatury lub chodzenie na demonstracje, aby przewietrzyć sobie płuca na świeżym powietrzu.

Podsumowując, „Mechaniczny kraj” jest zabawką o szczególnych walorach rozrywkowych i poznawczych, wywołującą silne wrażenia, podobnie jak jeżdżenie samochodem pod prąd na autostradzie czy igraszki z nieznanymi dopalaczami.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 30: Rozwój kariery politycznej Barrasa Blawatsky’ego

W wyborach do parlamentu stanęły naprzeciw siebie rządząca Partia Liberalna oraz opozycyjna Partia Konserwatywna. Żadna z nich nie wiedziała, jaki los jej przypadnie w udziale, każda z nich była jednak przekonana, że to jej należy się zwycięstwo. Inne partie nie liczyły się. Rywalizacja rozpaliła emocje do tego stopnia, że na ulicach i skwerach, w kawiarniach i w klubach, pojawili się fachowcy typujący zwycięzców i dający gwarancję wygranej, jak również amatorzy-zgadywacze, hazardziści i wróżbici rzucający losy i stawiający kabałę. Wywołało to wielki szum informacyjny, przez który z trudem przebijały się programy wyborcze rywali. Do chaosu przyczynili się najbardziej liberałowie; w swojej zapiekłej hardości nie przyjmowali do wiadomości nawet najdrobniejszej możliwości porażki.

Z bezwzględnej walki wyborczej zwycięską ręką wyszła Konserwa. Przeciwnicy przyjęli to boleśnie. Szczypali się po rękach i tułowiu, aby upewnić się, że nie śnią, oszczędzając ze względów estetycznych tylko twarze. Nic im to nie pomogło. Stracili przywileje, godła, sztandary, insygnia a także paradne samochody, powozy, konie i ich pozłacaną uprząż. Wszystko zagarnęła Konserwa, kierowana przez Barrasa Blawatsky’ego, powszechnie już uznawanego za przywódcę z charyzmą. Zwycięska drużyna wynosiła go pod niebiosa przeciwstawiając go poprzednikowi.

– To poważny człowiek, geniusz. Nie to, co jego poprzednik, rudy odszczepieniec, polityk tuzinkowy, prywatnie arogancki bon vivant, jakich tysiące tuła się po spelunkach portowych całego świata – mówiąc to zwolennicy Barrasa wyzywająco spluwali na ziemię i rozcierali ślinę butem.

Pierwszego dnia po zebraniu się nowego parlamentu Partia Konserwatywna utworzyła rząd i ustanowiła Barrasa premierem, a następnie powołała go na stanowisko gubernatora kraju dla podniesienia prestiżu urzędu, który i tak był już niezmiernie wysoki.

Początki kariery życiowej i zawodowej Barrasa były skromne. Był on potomkiem pobożnego Greka i patriotycznej Nomadyjki, co mogło oznaczać tylko mieszankę wybuchową lub niezwykłą siłę pokonywania przeszkód i osiągania celów. Kiedy ukończył szkołę podstawową, rodzice oddali go do Szkoły Zakonnej im. Przeczystej Prawdy. Był to okres, kiedy ubrany w szary siermiężny strój pątniczy przepasany grubym sznurem młody Barras pielgrzymował do miejsc świętych. Skromność ukształtowaną w tamtych latach umacniał później nawykami skąpych posiłków, żyjąc w mieszkaniu zdobnym obrazami męczenników. Nigdy nie mówił o swojej pobożności, ale ludzie go znający potwierdzali ją dodając ”Niech Bóg ma go w swojej opiece” albo „Niech mu Najwyższy błogosławi”. Kiedy przychodziły jego urodziny, świętował je uczestnicząc w procesji religijnej razem z najbliższą rodziną, kuzynostwem lub współpracownikami.

Był urzędnikiem państwowym, do pracy uczęszczał pieszo. Wykonywał ją bardzo solidnie, aby zasłużyć na uznanie zwierzchników, po czym wracał do skromnego, lecz gustownie urządzonego apartamentu. Zamieszkiwał go ze swoimi ulubieńcami, królikiem i kolorową papużką. Za królikiem przepadał, ubóstwiał go wręcz; była to jedyna istota w jego życiu dająca się nieprzerwanie głaskać. W okresie pracy urzędniczej Barras zapisał się do Partii Konserwatywnej, zwanej powszechnie Konserwą, opartej na solidnych wartościach wiary, ojczyzny i tradycji. Szacunek dla tych wartości kształtował się w nim już w domu rodzinnym i szkole zakonnej.

Jako członek partii, Barras nie wykazywał się początkowo nadmierną aktywnością. Podobnie było z życiem towarzyskim. Nie stronił od ludzi; bardziej to oni stronili od niego, wskutek czego wyrobił sobie niezasłużenie opinię dziwaka. Pozostał w stanie bezżennym, nie ślubując bynajmniej stanu kawalerskiego, a czyniąc to jedynie z przyzwyczajenia, z nawyku, jaki utrwalił w sobie w szkole zakonnej. Kobietami nie pogardzał, wręcz przeciwnie, szanował je nad wyraz, przede wszystkim swoją matkę, już świętej pamięci, oraz Świętą Józefinę, powszechnie czczoną w Nomadii.

Po kilku spokojnych latach na scenie politycznej, Barras nagle uaktywnił się. Stało się to w przededniu wyborów parlamentarnych. Okazał się znakomitym organizatorem, motywatorem i agitatorem. Miał spokojny głos, jego przemówienia nie były ekscytujące, ale porywały tłumy wizją społeczeństwa uczciwego i doskonałego moralnie.

Partia uznała go za objawienie. On sam widział to inaczej, twierdząc, że to on ją wymyślił, zdefiniował w szczegółach i powołał do życia. Dla członków partii stał się ojcem i matką, fundamentem stabilizacji równie solidnej jak kasa pancerna Schuster und Schuster z potrójnie szyfrowanym zamkiem zainstalowana w banku szwajcarskim z jednym piętrem na wysokości ulicy i pięcioma ukrytymi pod ziemią.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 29: Rozmowa o relacjach państwo-obywatel

Zbliżając się do gabinetu Mistrza, Isabela usłyszała głośne słowa. Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, z kim wynalazca mógłby mieć spotkanie o tak wczesnej porze. Zazwyczaj przyjmował gości dopiero po godzinie dziesiątej rano. Niepewna, co uczynić, zapukała. Przygotowała sobie usprawiedliwienie: dostarczy herbatę i wyjdzie. Z wewnątrz nie dobiegał żaden głos zapraszający do wejścia. Zapukała jeszcze raz, odczekała kilkanaście sekund i nacisnęła klamkę.

W pokoju był tylko Sefardi. Ubrany w brązowy tużurek, jasne domowe spodnie oraz kapcie, chodził po pomieszczeniu głośno perorując. W ręku trzymał kilka kartek. Kobieta rozejrzała się po pokoju, zaintrygowana, z kim rozmawia.

– Dziwak! Gada sam ze sobą – Isabela poczuła niechęć do mężczyzny. Zdecydowała się zostawić herbatę i wyjść. Kiedy odwróciła się w kierunku drzwi, Sefardi powstrzymał ją gestem ręki.

– Proszę nie dziwić się, że chodzę po pokoju i rozmawiam ze sobą. Powtarzam tylko tekst, który napisałem. Słysząc każdy wyraz i każde zdanie łatwiej jest mi je ocenić i poprawić. Jeśli coś nie brzmi tak, jak trzeba, natychmiast szukam lepszego sformułowania.

– Dziwne. Nigdy nie słyszałam, aby komuś pomagało gadanie ze sobą.

– Nie gadam ze sobą, tylko precyzuję swoje myśli. To mi oszczędza mnóstwo czasu na poprawianiu tekstu.

– A to, co pan poprawia, to naprawdę coś ważnego?

– Tak. Analizuję stosunki między władzą a obywatelami. Czy pani wie, Isabelo, że władza i obywatele to najbardziej trwały element każdego państwa? Nie ma takiego kraju, gdzie nie istniałaby władza i nie byłoby obywateli, dawniej zwanych podwładnymi.

– Jakie to ma znaczenie dla pana albo dla mnie? – w głosie kobiety zabrzmiał ton cierpkości. Rozważania Sefardiego uważała za jałowe i niepotrzebne. – Po co zastanawiać się nad czymś, czego i tak nie możemy zmienić? Zawsze jest jakaś władza i nikt z nią nie wygra. Obywatele, nie obywatele. Zresztą ci pańscy obywatele też są diabła warci. Nie dalej jak wczoraj słyszałam w telewizji…

– Znowu wpadła w swój kretyński nawyk natychmiastowej dygresji, niezależnie od tematu – pomyślał Sefardi, decydując się interweniować. Czasem słuchał jej wywodów, bo go bawiły, niekiedy znajdował w nich coś interesującego. Tym razem ważniejsza była praca.

– Isabelo! Niech się pani opamięta. Znowu chce mnie pani częstować tandetnymi wiadomościami telewizyjnymi. Ja mówię o poważnych sprawach. Niepokoi mnie to, co dzieje się w kraju. W głowie mam wzór idealnego mechanizmu, jakim jest nowoczesny zegarek. Czy pani wie, że dobry zegarek może chodzić kilkadziesiąt lat i więcej, i niezawodnie wskazywać godzinę? Raz na rok wymaga tylko minimalnej korekty czasu i to wszystko. Są zegarki, które nawet i tego nie potrzebują, ponieważ bezprzewodowo odbierają sygnały czasu zegara atomowego.

Na twarzy Isabeli pojawił się grymas irytacji. Sefardi przerwał wykład o nadzwyczajności zegarka.

– Powiem krótko, bo nie zamierzam pani nudzić. Nie jest dobrze. Mamy dwie wielkie partie. Jedna ma ogromną władzę i chce ją jeszcze bardziej powiększyć. To byłoby niebezpieczne. Druga partia straciła orientację i nie jest zdolna skutecznie jej się przeciwstawić. Obywatele na tym tracą, ale nie to interesuje mnie najbardziej. Mnie interesują konkrety: dlaczego wydatki państwa rosną dużo szybciej niż przewidywano i dlaczego wysocy urzędnicy otrzymują coraz wyższe uposażenia. Przecież one już są niewyobrażalnie wysokie. Za kilka miesięcy pracy prawie każdy z nich może kupić sobie dom.

Sefardi zamierzał coś jeszcze uzupełnić, ale Isabela przerwała jego wyjaśnienia.

– Przepraszam, muszę już iść, bo mam obowiązki. Życzę powodzenia.

Jej obcesowa reakcja sprawiła mu przykrość. Po jej wyjściu chwilę wpatrywał się w wygaszony monitor komputera, po czym machnął ręką, jakby wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Poprawianie tekstu odłożył na później. Czekał na telefon od dziennikarza, którego poprosił o przeprowadzenie ważnego dochodzenia.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 28: Obchody zwycięstwa nad reżimem

W dwudziestą piątą rocznicę zwycięstwa nad reżymem, w Afarze, stolicy Nomadii, odbyła się wielka demonstracja. Jej organizatorem była opozycyjna Partia Liberalna, popularnie zwana Liberą. Wygłaszano przemówienia.

– Zdobyliśmy wolność drogą pokojową, bez jednego wystrzału i bez rozlewu krwi. Nie roztrząsaliśmy win poprzedniego ustroju, nie rozliczaliśmy przeszłości. Uniknęliśmy rozdrapywania bolesnych ran. Dzięki temu mogliśmy skoncentrować się na pozytywnych działaniach. Było to wielkie osiągnięcie – pogodzić się z przeszłością, w duchu miłości bliźniego – przypominali przez megafony organizatorzy manifestacji.

Ugrupowania konserwatywno-narodowe uznały demonstrację za prowokację i zorganizowały kontrmanifestację. Obok siebie stanęli członkowie rządzącej Partii Konserwatywnej, Partii Narodowej, Partii Ojczyźnianej oraz patriotycznego ugrupowania Falanga. Reprezentowane były też organizacje religijne.

Na mównicę wstępowali po kolei przedstawiciele każdej z tych grup, ludzie głęboko wierzący w Boga, o wyostrzonej moralności, aby wyrzucić z siebie to, co leżało im na sercu. Przewodniczący Partii Konserwatywnej krzyczał unosząc w górę pięść:

– Rewolucja bez ukarania oprawców nie jest rewolucją. Tylko krew może oczyścić naród z win i pozwolić mu żyć w poczuciu sprawiedliwości. Tylko bezkompromisowa uczciwość, jaką nakazują Bóg i kościół, matka nasza, pozwolą nam zapomnieć o haniebnej przeszłości i zacząć godnie żyć. Żądamy ukarania winnych!

– Nie ufajmy liberalnym łajdakom! To cynicy! Mówią o wybaczeniu w duchu miłości bliźniego, a sami nie wierzą w Boga! – krzyczeli staruszkowie i staruszki o twarzach pociemniałych z gniewu i częstego przebywania w kościołach i na cmentarzach. Z niecierpliwością spoglądali w górę oczekując gromu z jasnego nieba, który wytłucze nędzników bezprawnie powołujących się na ich Boga.

W wystąpieniach demonstrantów padały słowa wielkie jak głazy: Bóg, honor, ojczyzna, wiara, prawda i fałsz, wzmacniane przez megafony. Pragnienie sprawiedliwości parowało z mówców i unosiło się nad tłumem. Głosy mieszały się i przenikały nawzajem, pogłębiając zamieszanie i niepokój. Poprzedniego dnia wieczorem, kiedy we wszystkich kinach rozpoczęto wyświetlanie „Czterech jeźdźców Apokalipsy”, nad miastami i miasteczkami kraju ukazały się złowróżbne znaki. W zacienionych miejscach ulic i placów widziano widmo strachu z otwartymi ustami i złowieszczo rozwartymi oczami.

O godzinie trzeciej po południu ruszyły naprzeciw siebie dwa pochody. Zwolennicy Libery nieśli transparenty i wznosili okrzyki. – Jesteśmy chrześcijanami. Nie dopuścimy do rozlewu krwi! Z drugiej strony placu pochód Partii Konserwatywnej skandował: – Nie chcemy zemsty, tylko sprawiedliwości! Rozliczmy morderców naszych ojców i braci!

Policja obawiała się niebezpiecznej konfrontacji podejrzewając, że demonstranci będą uzbrojeni w ostre narzędzia, petardy i inne środki wybuchowe. Komendant policji wysłał silny oddział, polecając dowódcy zatrzymać się w miejscu, gdzie spodziewano się spotkania obydwu pochodów.

– Macie zapobiec rozlewowi krwi. Inaczej wam nogi z dupy powyrywam! – czując na plecach brzemię odpowiedzialności był szczery aż do bólu. Zdawał sobie sprawę, że cokolwiek uczyni, będzie oskarżony o niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień służbowych. Nie obawiał się konsekwencji; był wiernym członkiem partii, która chroniła swoich ludzi przed krytyką opozycji niezależnie od okoliczności.

Starcia nie udało się uniknąć. Policja rozdzieliła demonstrantów i aresztowała osoby najbardziej agresywne; ich ofiary przewieziono do szpitali. Atmosfera w stolicy zgęstniała. Minister spraw wewnętrznych obawiał się dalszych zamieszek. Po głowie chodził mu najgorszy scenariusz: przerodzenie się zamieszek w wojnę domową.

Przesłuchania demonstrantów potwierdziły głęboki podział społeczeństwa. Okazało się, że ludzie uczyli się historii kraju z różnych podręczników. Obydwie strony były zgodne tylko w sposobie ocen sił i wydarzeń politycznych. O sobie mówili, że są obywatelami prawdomównymi i gotowymi do poświęceń dla ojczyzny jak Vasco Da Gama dla królowej Portugalii, przeciwników uznawali natomiast za ludzi zawistnych, roszczeniowych i nieodpowiedzialnych. Coraz więcej obywateli było przekonanych, że nastał okres buntu i desperacji.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 27: Historia rządów kraju i barykady

Historia barykady zaczęła się kilkanaście lat wcześniej, kiedy do władzy doszli liberałowie. To oni swoją absurdalną polityką ogłupili naród na dobre. Interesowały ich tylko sprawy konstrukcyjne; to była ich obsesja. Oszaleli na punkcie infrastruktury, wielkich konstrukcji, gigantycznych lotnisk, dziesięciopasmowych autostrad, mostów nad przepaściami i tuneli odpornych na bombę atomową, parkingów na tysiące samochodów, stacji benzynowych wielkości małego miasta, gigantycznych muzeów i luksusowych pałaców. Burzyli lub sprzedawali, często za bezcen to, co stare, i na jego gruzach budowali wszystko od nowa, zupełnie bezsensownie, jakby dla żartu lub na wiwat. Nikt w rządzie o niczym innym nie myślał i nie mówił, wszędzie słychać było tylko: więcej, więcej, więcej. Członkowie rządu bez wyjątku reprezentowali postawy stachanowskie, dawno już przeżyte. Byli ponadto skorumpowani do szpiku kości. Działania rządu liberałów otaczały same afery. Rozdęte do wielkości balonu pękały teraz, za rządów konserwatystów, z hukiem nad głowami obywateli. Zamieszanie było tak wielkie, że obywatele – zaniedbując obowiązki służbowe i rodzinne – nic innego nie robili, tylko czytali, słuchali i dyskutowali o aferach i korupcji.

Oceny moralne władzy podzieliły społeczeństwo barykadą nie do pokonania.

– Nastały ciężkie czasy – narzekali ludzie z jednej strony barykady, wyobrażając sobie przyszłość w kształcie ciemnego tunelu, bez oświetlenia, za to z dziurami w jezdni, nad którymi hulał zimowy wiatr, choć był zaledwie początek jesieni.

– To niepoprawni pesymiści – zżymali się osobnicy po drugiej stronie barykady. – Mamy przecież fantastyczną infrastrukturę, bez której nie istnieje nowoczesne społeczeństwo. Nigdy nie było lepiej, w dodatku perspektywy rozwoju kraju są wyjątkowo korzystne. Wyobraźnia kierowała ich ku egzotycznym miejscom, gdzie wprost ze słonecznej plaży można było nurkować między rafy koralowe, a na nadmorskim bulwarze kupić za półdarmo przepyszne lody Maraska i owoce liu-tsi w likierowej polewie.

Uczestnicy obydwu obozów widzieli się bardzo dobrze, ponieważ dzieląca ich barykada była wytworem ich własnej wyobraźni. Świadomość ta prześladowała Sefardiego. Dla oderwania się od posępnej rzeczywistości, sięgał myślą do kosmosu, gdzie czas i odległości mierzy się latami świetlnymi, a nie dniami kalendarzowymi i kilometrami. Myślał o Bogu, żyjącym w samotności i podarowaniu mu pięknego, wielofunkcyjnego zegarka zdobnego kamieniami szlachetnymi, które rozjaśniłyby mu wieczność.

Po chwilach filozoficznej zadumy, Mistrz wracał do rzeczywistości. Bolesny podział kraju pochłonął go tak daleko, że zaniedbał, a w końcu porzucił zegarmistrzostwo, swoją pasję, aby poświęcić się naprawie uczuć społeczeństwa.

Po dwudziestu pięciu latach demokracji Nomadia przeżywała problemy wolności. Kraj nie nadawał się do rządzenia. Wyglądało to tak, jakby młody człowiek zaczął nagle odczuwać nieznośny bóle ząbkowania. Rozkwitły egoizmy i egocentryzmy. Obywatele, przez rządzących polityków zwani podmiotami, ciągnęli sukno demokratycznego stołu każdy w swoją stronę.

Historia zaczęła się w prostym baraku koszarowym na południu kraju, gdzie reprezentacja zbuntowanych obywateli spotkała się na ringu z reprezentacją despotycznego rządu. Buntownicy mieli za sobą miliony desperatów; ich szeregi powiększały się na podobieństwo wiosennej rzeki przyjmującej strumienie wody spływające ze wszystkich stron.

Despoci dysponowali aparatem państwowym i armią oraz doświadczeniem podstępnej manipulacji narodem. Walka była trudna i wyczerpująca. Jednej stronie chodziło o zdobycie tytułu mistrzowskiego i niezależności, drugiej o wtopienie się w nurt przemian, których nie byli w stanie okiełznać siłą perswazji ani wojska. Porozumienie osiągnięto ostatecznie drogą negocjacji. To podzieliło naród. Po latach wolność okazała się mniej ważna niż sposób, w jaki ją zdobyto.

 

Dzieje człowieka i narodu

Kiedy Bóg stworzył Adama i zobaczył, że jest on szczęśliwy, stworzył kobietę, aby poznał także, co to jest cierpienie. Kiedy naród poczuł się szczęśliwy, pojawił się Jarosław Kaczyński, aby mu przypomnieć, że Bóg nie tylko istnieje, ale i czuwa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 26: Isabela odwiedza Sefardiego w gabinecie

Głośne pukanie przerwało Sefardiemu myśli o zbliżającym się spotkaniu przy krawężniku. Chwilę później Isabela wtargnęła w jego męskie zagubienie. Kierowało nią przeznaczenie albo kobieca intuicja. Kiedy znalazła się w gabinecie, próbował zgadnąć cel jej pojawienia się: dostarczyć gorącej herbaty, zadać pytanie, zawsze miała ich pod dostatkiem, czy też posprzątać pokój. Nic innego nie przychodziło mu do głowy.

Coś leżało na podłodze, jakiś drobiazg, gdyż schyliła się, aby to sprawdzić. Kiedy stała przechylona, miał czas przyjrzeć się jej pośladkom ciasno opiętym sukienką w zielone grochy zdobne kroplami połyskliwej rosy. Poczuł ciepło rozlewające się po ciele i pragnienie sięgnięcia po owoc znajdujący się prawie w zasięgu ręki, co groziło protestem i awanturą, a może i czymś gorszym. Kultura wzięła górę nad naturą, żądającą szczerości i rozładowania namiętności. Pohamował się, koncentrując się tylko na patrzeniu.

Kiedy Isabela wyprostowała się, zobaczył ją jakby od nowa. Była proporcjonalnie zbudowana, z wyraźnie zarysowanymi biodrami, dużymi piersiami i powabnymi oczami Mulatki. Była obfitsza niż większość kobiet podobnej postury. Sefardi był pewien, że przyciąga uwagę i wzbudza pożądanie niejednego mężczyzny. Nabrał przekonania, że była tego świadoma i celowo schyliła się po papierek leżący na podłodze, aby przetestować swój niewieści wdzięk na nim. Teraz, trzymając świstek papieru w ręku, stała wyprostowana, z szeroko otwartymi oczami i patrzyła na niego. Wyglądała na zdziwioną. Przypomniała mu obraz Botero, malarza wybujałości cielesnej, którego niezwykle barwne obrazy oglądał w Muzeum Fernando Botero, kiedy podróżował za granicą. Po chwili niemego wpatrywania się w siebie, ona z perspektywy malarskiej, on z wysokości anonimowego widza, Isabela wyszła z ram obrazu, a następnie z pokoju.

Kilka godzin później ponownie pojawiła się w drzwiach gabinetu, ubrana w strój, którego nigdy wcześniej nie widział. Zawierał w sobie mieszankę egzotycznych kolorów wyciszanych plamami łagodnego brązu i szarości przypominając ubarwienie ptaka nieznanego pochodzenia.

– Znowu coś wymyśliła – Sefardi był niezdecydowany, czy powinien ją zganić, pochwalić, czy zachować obojętność. 

– O czym pan tak myśli, don Sefardi? – zapytała niewinnie kobieta i nie czekając na odpowiedź, dodała życzliwie obdarzając go zwyczajową dawką niewieścich przemyśleń: – Niech się pan nie przemęcza. Rano myślenie niewiele daje. Ja na przykład najlepiej myślę po południu, bo jestem sową od urodzenia, a nie skowronkiem. Znam pana dostatecznie dobrze i wiem, że wczesne myślenie nic panu nie da, jeśli nie napije się pan mocnej kawy i nie obudzi się ze swoich zbereźnych snów. Mówię o tym kawałku powieści, który dał mi pan ostatnio do poczytania.

Isabela postawiła kawę na biurku, po czym bezceremonialnie, nie pytając zainteresowanego o zdanie, wsypała do kubka dwie czubate łyżeczki brązowego cukru.

Sefardi nie interweniował. Jej postępowanie uznał za część odwiecznej kobiecej opiekuńczości, która wie doskonale na podstawie obserwacji i intuicji, co służy podopiecznemu, za którego Isabela go uważała. Zaobserwował już wcześniej, że objęła go protektoratem bezinteresownej pomocy w sprawach zdrowia oraz odżywiania.

Kiedy spróbował słodkiej kawy, postanowił rzucić jej rękawicę.

– Myślałem o tym, jak rozwiązać wątpliwość, czy naprawdę coś łączy człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Męczy mnie to.

– A jakie to ma znaczenie czy pan zna czy nie zna odpowiedzi na to pytanie? Niech pan nie komplikuje sobie życia. Mało to jest pytań, na które nie umiemy odpowiedzieć. Człowiek by zwariował, gdyby chciał znać wszystkie odpowiedzi.

– Isabelo! To tylko wymówka, bo nie wie pani, co odpowiedzieć. Osobiście lubię znać odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie mi się nasuwają. Pomyślałem sobie, że jeśli nie umiałbym odpowiadać na takie pytania, to byłbym skończony jako zegarmistrz, wynalazca i jako człowiek. Moje życie nie byłoby warte funta kłaków i powinienem je skończyć. Wszyscy wokół oczekują jednak, że ze śmiercią trzeba poczekać na pana Boga, a nie podejmować własnej decyzji. Chodzi mi o eutanazję. Ciekaw jestem, co pani o niej sądzi?

– A, eutanazja. Słyszałam o niej. W pana przypadku nie widzę takiej potrzeby. Pański rozum i ciało pracują dostatecznie dobrze. A jeśli nie, to niech się pan napije kawy albo koniaku, to poczuje się pan lepiej. Niech mi pan nie komplikuje życia. Nie mam chęci uczestniczyć w pańskim przedwczesnym pogrzebie – kobieta popatrzyła na niego z politowaniem. Coś jej się przypomniało.

– Co do pańskiego pytania, co odpowiedziałby panu Bóg, to znam odpowiedź. Powiedziałby: Nie musisz na mnie czekać, jeśli tak się spieszysz. Przyjdź, kiedy zechcesz. Myślisz, że zajmuję się takimi sprawami. Przecież miliony ludzi na świecie w każdej chwili pytają mnie o coś, proszą, błagają, polecają siebie i swoich najbliższych. Gdybym tego wszystkiego słuchał, to bym zwariował. Wie to każda kobieta, która wychowuje dziecko zadające setki pytań. Jedno dziecko! A tutaj miliardy ludzi! Tak myśli pan Bóg.

Isabela wyszła z pokoju, wzruszając ramionami. Sefardiemu wydało się, że w drzwiach mruczała słowa „…nie słucha niemądrego pastucha”, nie zamierzał jednak tego sprawdzać wszczynając dochodzenie.

 

Dykteryjka o krótkości życia napisana na okoliczność paranoidalnych czasów

Życie przeminęło mu błyskawicznie. Kiedy zdał sobie sprawę z jego przelotności, było już po wszystkim. Dożył dziewięćdziesięciu lat.

W ostatniej chwili zdążył zastanowić się jednak nad krótkością i przemijaniem. Nie wszystko pamiętał. Przeleciał szybciutko dziesiątkami po tych dziewięćdziesięciu latach. Nie doliczył się lat dwudziestych, trzydziestych i pięćdziesiątych. Wypadły mu z pamięci jak klucze księdzu z rękawa sutanny. Z pomocą pośpieszył mu brat bliźniak, młodszy o pięć lat, przez co wszystko lepiej pamiętał. Nie był miły. Wywalił mu prosto z mostu:

– Miałeś przerwy w życiorysie, bo to albo więzienie, albo pijaństwo. Taki byłeś, nie da się zaprzeczyć.

Usłyszawszy te podłe słowa, naruszające głęboko jego godność osobistą, nie chciał wierzyć, że to istotnie jego brat bliźniak, w dodatku o pięć lat młodszy. Nie wierzył, ale mu wytłumaczyli, że są przecież podobni do siebie jak dwie krople wody. Co więcej, noszą to samo imię: Jarek.

– Dlaczego mamy to samo imię? – pytał chyba ze trzy razy z uporem maniaka. – Dlaczego tylko jedno imię?

– Daliśmy wam to samo imię, bo jesteście tak podobni do siebie, że sam diabeł by was nie rozpoznał – był to głos jego babci, miała wtedy grubo ponad sto lat. Nikt dokładnie nie znał jej wieku, bo jej dowód osobisty zapodział się gdzieś w czasie pierwszej wojny światowej.

Z wcześniejszych wydarzeń Jarek pamiętał, że urodził się w rodzinie uczciwych chrześcijan, osób głęboko wierzących w dobro, nie wylewających za kołnierz, jak się to wtedy mówiło, oraz że jak się urodził, to był strasznie rudy, co mu od razu pielęgniarka wypomniała. Ponieważ nie wierzył, pokazała mu jego rudość w lusterku.

Wszyscy byli zachwyceni płomienną czupryną. Uznali ją za ważniejszą okazję do wypicia niż same urodziny.

– Dzieci rodzi się do groma i trochę, ale mało wśród nich jest rudasów – odezwały się głosy.

Było to na sali porodowej. Towarzystwo zebrało się błyskawicznie, aby nie marnować czasu, bo już wtedy było wiadome, że czas to pieniądz. Przynieśli ze sobą wódkę, wino i piwo, i tylko jedna osoba litrowy słoiczek rydzyków w occie. Nikogo to nie zdziwiło, bo od dziwienia robią się zmarszczki. W służbie zdrowia alkoholu wtedy nie brakowało, bo dla pewności zaopatrzenia, na dole, w suterynie, w dawnej izbie przyjęć, zorganizowano małą bimbrownię.

Wody nikt nie przyniósł.

– Bo i po co? – mówili zebrani. – Czy człowiek jest polem ryżowym wymagającym nawadniania?

Jarek od razu wiedział, że nie lubią wyrazu ani pojęcia „irygacja”, bo był to wyraz obcy, dziwnie brzmiący.

Tylko ojciec zmartwił się jego włosami. Powiedział wtedy na głos, choć był głuchoniemy od urodzenia.

– Niedobrze, że jest rudy.

– Dlaczego? – pytano. – Chciałbyś, żeby urodził się łysy, w dodatku głuchoniemy tak jak ty? Przecież to głupio wygląda.

– Nie, chodzi mi o coś innego – odparł ojciec. – Będzie fałszywy. Wiadomo, rudy to fałszywy. Ja wprawdzie uczciwością nie grzeszę, ale tylko wtedy, kiedy jestem trzeźwy. W pijanym widzie jestem uczciwy jak mało kto. W dodatku u mnie w rodzinie nikt nigdy nie był rudy.

Jarek nie pamiętał dokładnie jak się urodził, bo strasznie się wtedy upił mlekiem matki. „Mleko”, był to pierwszy wyraz, który wymówił. Potem przez rok nic nie mówił. Mleko okazało się wzmocnione, bo mama Jarka wypiła kieliszeczek wódki na szczęście.

– Pamiętaj, gówniarzu, powiedziała wtedy do niego, że ważne zdarzenia trzeba uroczyście obchodzić. A jak się coś obchodzi, to wiadomo, z alkoholem, pompą i paradą.

Kiedy to wyrzekła, ksiądz, który przyjechał, aby Jarka ochrzcić, bo wyglądał blado i słabowicie, od razu solidnie polał go wodą z sikawki. Był to gest bardzo spontaniczny i naturalny, bo w szpitalu była drużyna strażacka, a on wszędzie widział ogień, przeważnie piekielny, tak głęboko wierzył w niebo, czyściec i piekło. Najgłębiej oczywiście w piekło.

W ostatnim momencie życia Jarka coś strasznie huknęło i było już po wszystkim. Ze zdarzenia zapamiętał tylko to, że czekał na niego pan Bóg z otwartymi ramionami. W jednej ręce trzymał gałązkę oliwną a w drugiej butelkę z okowitą. Całe pół litra. Uśmiechał się, ale nierówno, bo tylko jedną połową twarzy, na drugiej wyraźny był gniew.

– Czemu, Panie, jesteś na mnie półgniewny? – zapytał Jarek z głupia frant. – Byłem przecież pobożnym człowiekiem i chodziłem regularnie do kościoła. Wiedzą o tym nawet ludzie niewierzący.

– Bo mi przeszkadzasz. Graliśmy tu sobie spokojnie w wiścika, a tu raptem otrzymuję wiadomość, że zjawiasz się u nas i to bez zapowiedzi. Nie dość, że włazisz z kopytami do nieba, to jeszcze zadajesz głupie pytania. Mam prawo być gniewny. W niebie, musisz to wiedzieć, ordnung muss sein, jak mówią wszyscy kanclerze począwszy od Bismarcka. Panie, świeć and jego duszą – westchnął.

Jarek przyjrzał mu się dokładnie, lecz nie był pewny, czy był to rzeczywiście sam Stwórca, czy też jego patron, Święty Jarek, ale pod dobrą datą. Kiedy wypili w końcu na przywitanie, jak dobrzy krajanie, film mu się kompletnie urwał.

Taki był koniec życia Jarka, człowieka dobrej woli, ostatni dzień dziewięćdziesiątego roku licząc od dnia urodzin.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 24: Słodko-kwaśne wspomnienia Sefardiego

Wiek dawał się najbardziej we znaki Sefardiemu. Katował go tak, jakby był odrębną istotą, choć przecież stanowili wspólnotę. Mężczyzna gubił się w prostych czynnościach, zawodziły go koncentracja i pamięć. Tylko wyobraźnia i ciekawość świata pozostały w nim młode i aktywne, niekiedy wręcz dziecinnie żywe, podobnie jak skłonność do żartów.

Kiedy obudził się, na dworze było jeszcze ciemno. Nie mogąc zasnąć, wstał i czytał chodząc po salonie z książką w ręku. Pół godziny później rozbolały go oczy. Pomyślał, że szkła okularów są przybrudzone. Zdjął je, aby przetrzeć. Dopiero wtedy zauważył, że były to okulary do pracy przy komputerze, nie do czytania. Ogarnął go płomień gniewu. Nieszczęśnik kontrolował się na tyle, że eksplodował tylko wewnętrznie, z dziwną rozwagą, jakby bał się obudzić domowników lub sąsiadów śpiących z uchem przy ścianie. Z sercem wypełnionym goryczą przeklinał swój los w najbardziej grubiański sposób. Uznając wulgarność za szczególną formę prostactwa, nie odrzucał jej w przekleństwach. Wręcz przeciwnie, godził się z nią, nawet błogosławił, ponieważ pozwalała mu lepiej wyrażać uczucia, oburzenie na siebie, świat i Boga.

Tego ostatniego oskarżał otwarcie, że poskąpił mu potomstwa, jakim szczodrze obdarzał większość ludzi. Innym przychodziło ono łatwo jak splunięcie, podczas gdy liczna rzesza nieszczęśników, do których sam się zaliczał, pozostawała w zamknięciu żelaznych sztab i kłódek samotności. Jedyne dziecko, jakie miał, była to dziewczynka, kiedy podrosła, wdała się w złe towarzystwo i po kilku rodzinnych burzach zniknęła na zawsze.

Tego dnia po raz pierwszy naszło Sefardiego pragnienie, aby w proteście wobec macoszego traktowania go przez Boga odejść ze świata szybciej niż mu to przeznaczył. Uciekając od ponurej myśli, Sefardi zdał sobie sprawę, że otrzymał tak wiele innych dóbr, że mimo wszystko nie powinien rozpaczać. Wprawdzie w połowie był nieszczęśliwy, to przecież w drugiej połowie miał prawo odczuwać szczęście.

– Czuję się jak skazaniec posadzony na rozgrzanych węglach, którego polewają zimną wodą, aby przynieść mu ukojenie – nie potrafił powstrzymać się od milczącej uszczypliwości wobec losu.

Dojrzałe życie Sefardiego przypadło na czas niezwykłych zmian, przechodzenia z epoki spraw prostych i uporządkowanych do epoki komputera i przestrzeni wirtualnej, o pojemności miliony razy większej niż przestrzeń fizyczna. Był to czas osobliwości, rowerów elektrycznych z podręczną kafeterką do parzenia kawy, robotów wykonujących salto do tyłu, sztucznej inteligencji cudownie podwyższającej poziom IQ za jedno szczere „Bóg zapłać”, samojezdnych autobusów stawiających pasjanse znudzonym pasażerom, tanich jak barszcz podróży kosmicznych oraz cichego terroryzmu służącego rozwiązywaniu trudnych problemów rodzinnych. Także gadżetów i produktów w rodzaju cztery w jednym, w tym proszku do prania służącego za perfumy i zapewniającego biel tak olśniewającą, że bez ciemnych okularów można było oślepnąć w jednej chwili.

Największą rewolucję wywołał smartfon, produkowany w astronomicznych ilościach we wszystkich kolorach tęczy. Na ulicach pojawiły się tabuny rozpromienionych osobników trzymających w rękach nawet trzy smartfony, aby sycić się rozmową jednocześnie z wieloma osobami. Zamiast ssać matczyne piersi małe dzieci namiętnie uczyły się korzystania ze smartfonu. Zachwycało to rodziców, szczęśliwych, że nie musieli wychodzić z pociechami na place zabaw, aby niepotrzebnie biegały, pociły się i brudziły ubranka.

– Można by powiedzieć, że postęp oszalał, a pan, don Sefardi, razem z nim, bo wyraża się pan o nim tak pozytywnie – wnosząc herbatę do gabinetu Isabela burzyła życzliwy, aczkolwiek nie bezkrytyczny stosunek Mistrza do nowoczesności.

– Smartfon to zaraza – Isabela postawiła szklankę na biurku, aby kontynuować temat ze znajomością rzeczy profesora uniwersytetu. Wprowadziła Sefardiego najpierw w podziw, a następnie w zniechęcenie, kiedy zdał sobie sprawę, że wygłasza poglądy wyuczone w kolejce sklepowej. Sam miał niechętny stosunek do smartfonu. Uważał, że zainicjował on migrację międzykontynentalną milionów biedaków. Żyjąc w Afryce schodzącej na dziady po wyzwoleniu się z kolonializmu widzieli na swoich malutkich ekranikach kraje niewyobrażalnie bogate, o których wcześniej tylko słyszeli. Dzięki smartfonowi mogli oglądać na własne oczy ludzi wielkich i otyłych; zachwycało ich to, ponieważ sami żyli w głodzie wysuszającym ciało i nadymającym brzuch pustką niezaspokojenia.

– Głód i pragnienie, Isabelo, to popędy najsilniej motywujące człowieka, nawet bardziej niż popęd seksualny, najprostszy i najbardziej prymitywny. To natura zmusza biedaków, aby starać się uszczknąć choćby odrobinę niezmierzonego bogactwa, jakim dysponują zamożne społeczeństwa.

Isabela nie dała się sprowokować wzmianką o seksie, czujnie pamiętając, o czym zawsze i w każdych okolicznościach myślą mężczyźni bez względu na wiek i stan posiadania. Zdecydowała się bronić kobiecości podejmując krytykę irracjonalnych postaw starzejącej się lubieżności. Przyszło jej to tym łatwiej, że kilka dni wcześniej uczestniczyła w spotkaniu promującym zdrowsze miasta.

– Mówi pan, don Sefardi, o bogactwie, ja na to odpowiem panu ironicznym uśmiechem od ucha do ucha. Więcej towarów znaczy więcej opakowań, góry śmieci, na których gnije wyrzucona żywność i ubrania, jakie z powodzeniem mogłyby służyć nędzarzom. To także więcej smogu, który zatruwa miasta przylegle do wysypisk, więcej samochodów do transportu śmieci, więcej dymu ze spalarni i smrodu z oczyszczalni ścieków. Co mi na to odpowie, proszę mi wybaczyć, osobnik taki jak pan, męski szowinista okopany na stanowisku dominacji nad kobietą?

Prowokatorskie pytanie Isabeli zniechęciło Sefardiego do dalszej rozmowy. Wymówił się stwierdzeniem, że ma dużo pracy i nie może poświęcić więcej czasu na pasjonującą rozmowę o bogactwie i nędzy.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 24: Krótka historia Leo Kovina

Uczestnictwo w zebraniu przy krawężniku dawało mieszkańcom osiedla Aura szansę wyróżnienia się. Z okazji tej korzystali najchętniej Iwan Iwanowicz, Sefardi Baroka oraz Leo Kovin, przez niektórych mieszkańców osiedla uznawany za zboczeńca politycznego. Był to osobnik młodszy niż pozostali pretendenci do sławy osiedlowej, porywczy, o lekko skośnych oczach i wystających kościach policzkowych. Najbardziej wyróżniały go teorie, jakie głosił. Przyciągały one w szczególności ludzi młodych, dających się uwieść niespójnymi ideami ukrytymi w wielkich słowach. Jego najciekawszymi pomysłami było państwo uproszczone, całkowite zniesienie podatków oraz wysadzanie w powietrze bezużytecznych instytucji.

Najbardziej uwielbiali Kovina anarchiści umysłowi. Ich adoracja wyrastała z przekonania, że teoria niekoniecznie musi mieć choćby minimalną możliwość praktycznego zastosowania. Cieszył się on ich mirem tak długo, dopóki jego kolejna żona lub dorastające dziecko nie wybiło im z głowy uwielbienia wykazując bezpłodność intelektualną mistrza. Najtrwalszą z teorii Kovina był polityczny podział mieszkańców kraju na kategorie ludzi, zwierząt, gadów i płazów. W sprawie owadów, poruszających się po otwartej przestrzeni oraz drobnych zwierząt hodowanych w mieszkaniach, które pominął w swojej teorii, na co zwrócono mu uwagę, wypowiedział się niezwykle prosto:

– Kto by zwracał uwagę na takie gówno! Koncentrujmy się na sprawach naprawdę ważnych dla obywateli.

Inną zasługą Kovina dla społeczeństwa było uszczęśliwienie czterech kobiet w trzech małżeństwach i jednym konkubinacie oraz spłodzenie pięciu dorodnych synów, najwyraźniej przypominających ojca obecnością przyrodzenia. Wzmianka o tym szczególe podobieństwa wprowadzała go w mroczny nastrój, ponieważ wiązała się z poglądem głoszonym za jego plecami, że to nie on ojcował całemu potomstwu. Był to zarzut nikczemny, gdyż partnerki Kovina wypowiadały się o jego jurności życzliwie, o ile w ogóle coś mówiły. Najczęściej, już po rozpadzie związku, machały tylko ręką lub odpowiadały skrótowo „Szkoda strzępić języka”. Wcześniej nie korzystały z przywileju wypowiedzi, ponieważ Kovin dla wprawy lub z czystej życzliwości ręcznie wypominał im błędne poglądy. Było powszechnie wiadomo, że w obejściu i w łóżku był panem i władcą. Mimo dwuznacznej reputacji kobiety lgnęły do niego jak niedźwiedź do miodu.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 23: Narada pracowników

W wielkiej sali konferencyjnej laboratorium zebrało się kilkadziesiąt osób. Miało to być spotkanie informacyjne; zarząd firmy miał przedstawić plany na przyszłość. Wszyscy byli ich ciekawi. W spotkaniu uczestniczyli tylko pracownicy, naukowcy różnych specjalności, genetycy, lekarze, weterynarze, chirurdzy, poza tym personel pomocniczy, ochroniarze, kierowcy. Wielu nie znało się nawzajem, wszyscy ukrywali się pod pseudonimami, obowiązywała anonimowość. Jeśli ktoś kogoś znał, nie przyznawał się do tego. Wyglądało to trochę na partyzantkę. Łączyło ich jedno, razem stanowili firmę, która miała zmienić Nomadię, a może nawet i świat, przywracając równowagę między ludźmi, zwierzętami i przyrodą.

Poprzedniego dnia miała miejsce wielka awaria elektryczna i nie wszystko działało jeszcze należycie. Ponieważ było ciepło a system klimatyzacyjny nadal szwankował, ludzie przyszli ubrani, jak kto chciał, przeważnie w krótkich spodenkach i koszulach, spódnicach i bluzkach. Kilka osób było ubranych w dresy, jakby przyszli prosto z sali treningowej. Od czasu przejęcia połowy udziałów kapitałowych laboratorium przez Front Wyzwolenia Koni przestano przywiązywać wagę do ubioru; duch anarchizmu przeniknął wszystkie tkanki organizacji.

Mimo wykształcenia i wysokich kwalifikacji wielu uczestników zebrania czuło się zagubionych. Każdy miał swoją specjalizację, nikt nie ogarniał całości zagadnienia. Było to jak patrzenie przez dziurkę od klucza na halę wystawową z setkami eksponatów, umożliwiającą widzenie tylko jednego obrazu i domyślanie się, co tam jeszcze może być. Niespokojna wyobraźnia powiększała ich zagubienie. Stworzenie hybrydy konia i człowieka wydało im się nagle większym wyzwaniem niż upiorna pustynia, gdzie w ciągu dnia słońce odbywa piekielny taniec w płonącym welonie, a nocą wałęsają się po diunach wysuszone ciała zwierząt i ludzi padłych z wycieńczenia. Nie wiedzieli od czego zacząć, czuli się jak dzieci, które ledwie nauczyły się dukać, a już zostały wezwane do analizy złożonego dzieła.

Czekanie na rozpoczęcie zebrania przedłużało się. Opóźnienie przekroczyło już ponad pół godziny. Z audytorium padały okrzyki, pytania, jakieś sugestie w kierunku stołu prezydialnego stojącego na podium w końcu sali konferencyjnej. Spoglądając wyczekująco na przewodniczącego zebrania, ludzie niecierpliwili się coraz bardziej. Ten siedział nieruchomo ze wzrokiem wbitym w notatki rozłożone na stole i nie reagował. Był to starszy mężczyzna, w garniturze i pod krawatem. Wyglądał jakby wrósł w krzesło. Nagle ktoś powiedział głośno, właściwie krzyknął:

– Na początku był chaos.

Wszystkie głowy obróciły się w jego stronę. Był to brodaty mężczyzna z gęstą czupryną ciemnobrązowych włosów przypominającą rozkudłany pióropusz.

– Nazywam się Niedźwiedź – wyjaśnił spokojnie i rozglądając się wokół wyprostował się, aby lepiej go widziano. – To moja ksywa oczywiście – dodał zupełnie niepotrzebnie, bo i tak wszyscy domyślili się tego. Mężczyzna odchrząknął, popatrzył dookoła i wyjaśnił:

– Jestem filozofem zwierząt i pierwszy chcę zabrać glos. Ktoś musi zacząć, skoro przewodniczący zebrania zasnął. Albo nie wie, co zrobić.

Kilka osób zaczęło klaskać, lecz szybko przestało. Sytuacja wyglądała trochę teatralnie.

– Pytaniem jest, co my właściwie chcemy osiągnąć. Wiemy, że ma to być hybryda konia i człowieka, ale to bardzo nieprecyzyjne pojęcie. Jak zaczniemy o tym dyskutować, to tylko pogłębimy rozgardiasz pojęciowy. Dlatego ja, Niedźwiedź … Mówiący przerwał, aby nabrać powietrza. Po chwili – ni z tego, ni z owego – złożył propozycję:

– Ponieważ jestem pacyfistą, mówcie mi Misiu.

Zrobił to chyba dla rozładowania napięcia. Oferta spotkała się z uśmiechami i oklaskami. Nikt nie wiedział, do czego zmierza, czuli jednak, że przyświeca mu jakiś plan.

– No dobrze. Koniec żartów. Jestem filozofem, ale także animatorem spotkań firmowych i artystycznych. Proponuję, aby to, co Labo ma stworzyć nazwać Obiektem, ponieważ dokładnie nie wiemy jeszcze, co to będzie. Taka nazwa to dobry kamuflaż w warunkach konspiracji. Jeśli przyjmujecie moją propozycję, dajcie znać podnosząc rękę. To będzie dobry początek, bo sprawa jest cholernie skomplikowana.

– Przyjmujemy, przyjmujemy! – rozległy się głosy. W górę podnosiło się coraz więcej rąk.

Dziennikarz Rosaton pomyślał najpierw, że Niedźwiedź został zatrudniony dla zapewnienia rozrywki i przedstawia farsę, aby rozładować napięcie niepotrzebnego oczekiwania, szybko jednak nabrał przekonania, że ma on inny, ważniejszy cel do realizacji. Ruchem ręki nakazującym „Dajcie mi chwilę czasu” mówca uspokoił salę, po czym kontynuował.

– Powiem wam, jak ja to widzę. Stoimy przed dylematem, czy Obiekt ma być konioczłowiekiem, czyli mieć więcej cech zwierzęcych, czy też człowiekoniem, czyli mieć więcej cech ludzkich. Jest jeszcze trzecia opcja: cechy końskie i ludzkie mogą się równoważyć, ale jeśli tak, to jak to osiągnąć, bo będziemy mieli do czynienia z kombinacją cech anatomicznych, fizjologicznych i psychicznych.

Uczestnicy spotkania patrzyli w skupieniu na Niedźwiedzia; mówił logicznie. Ich spojrzenia i napięta uwaga dawały mu pewność, że posuwa się we właściwym kierunku. Jego głos zabrzmiał mocniej.

– Kolejna propozycja, to zastanowienie się nad postacią, inaczej mówiąc nad wyglądem Obiektu. Widzę dwie możliwości: klasyczny, mitologiczny Centaur, z czterema nogami i tułowiem konia, zwieńczonym z przodu torsem i rękami człowieka, albo też model prostszy, czyli ludzki tułów osadzony na końskich nogach. Byłby on prostszy anatomicznie, niekoniecznie jednak fizjologicznie. Nie proponuję niczego więcej, bo i tak mamy aż nadto spraw do dyskusji.

W miarę jak Niedźwiedź mówił, na telebimie zawieszonym nad stołem prezydialnym wyświetlały się obrazy centaurów, ichtiozaurów – pół koni, pół ryb z jedną parą końskich nóg, onocentaurów – pół ludzi, pół osłów, centaura arkadyjskiego Eurytiona, dobrego centaura Folosa i innych mieszkańców Tesalii i Arkadii, ich pełne obrazy, szkice i schematy łącznie z matematycznymi wyliczeniami proporcji ciała.

Po zakończeniu prezentacji Niedźwiedź podsumował:

– Zastanówcie się nad tym. Pierwsze – to nazwa, jaką ostatecznie powinien otrzymać Obiekt, drugie – układ jego cech końskich i ludzkich, trzecie – jaką postać powinniśmy mu wybrać. Liczę na nasz zespół logików i matematyków, że pomogą nam to wszystko zoptymalizować.

Do dyskusji zgłosiło się kilka osób, pytania cisnęły im się na usta, ktoś głośno wyrywał się z jakimiś propozycjami. Niedźwiedź popatrzył na siedzącego przy stole przewodniczącego, jeszcze bardziej zgarbionego nad leżącymi przed nim papierami, aby upewnić się, czy nie zechce interweniować. Przy krańcu stołu zauważył Niotse. Nie widział jej tam wcześniej, zjawiła się nie wiadomo kiedy. Skinęła mu potakująco głową. Przyjął to jako znak akceptacji jego przewodnictwa w dyskusji.

– Proszę podzielić się teraz na grupy i rozejść do stolików, których jest dziesięć, aby skoncentrować się na szczegółach. Po południu o godzinie siedemnastej każdy zespół przedstawi swoje przemyślenia, tutaj na tej sali. Jeśli zgodzicie się, to poprowadzę dyskusję ogólną. Dzisiejsze zebranie traktuję bardzo nieformalne, na luzie; uznajmy je za burzę mózgów, gdzie każdy może swobodnie przedstawiać pomysły i nie martwić się, czy są one dobre czy złe.

Propozycję przyjęto z entuzjazmem. Chwilę później pojawiła się przy Niedźwiedziu Niotse. Popatrzyła na niego z uwagą, uśmiechnęła się aprobująco i rzuciła krótko: – Wielkie dzięki, Misiu, po czym dodała:

– Przewodnicz wszystkim dyskusjom. Tego pijaka zasypiającego przy stole już zwolniłam. To dobry człowiek, ale niestety ma słaby charakter. Jest członkiem starego zarządu laboratorium, który współrządzi z nami firmą. Zawiodłam się na nim. Nie wiem, dlaczego się załamał. Mówiąc to zdała sobie sprawę, że czeka ich jeszcze wiele niespodzianek.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 22: Partia konsoliduje swój pogląd

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił w nim jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. Następnego dnia Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od kilku dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał. Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Były to udane spotkania, szczere, obustronnie satysfakcjonujące. Docierały tam jednak do niego niedobre wieści o koniach. Uznał je za niebezpieczne zwierzęta. W małej miejscowości, której nazwy nie zapamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze zapamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie odpowiadające dokładnie kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec, uznając to zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, instynktowną ucieczkę przed ostatecznością zwierząt kierowanych przerażeniem.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć? – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości, wyłączał się, ziewał, mrugał i popadał w zadumę, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Kiedy tłumaczył im, że to tylko chwilowa zaduma, zgadzali się, jednakże w ich oczach widział co innego. W końcu ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Niechęć do koni umocnił ostatecznie w przewodniczącym Barrasie premier Csudo, wyjaśniając, że koń jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają tyle zachodu i opieki co zwierzęta, nawet najbardziej oddane człowiekowi.

Rozmowy z premierem przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są gatunkiem zwierząt zdolnym do przeżycia jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony, nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której uciekał. Ucieczka nie była jednak możliwa, ponieważ zapisy złych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów z miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji złowrogie zamysły ekoterrorystów stały się dla Barrasa i Csudo absolutną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, istot którym brakowało tylko nieco bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upomnieć się o swoje prawa.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 21: Konspiracja

Podejmując się stworzenia hybrydy konia i człowieka członkowie Frontu Wyzwolenia Koni nie od razu zdali sobie w pełni sprawę z niebezpieczeństw, jakimi to groziło. Nikt w kraju nie zaakceptowałby takiego projektu, ani kościół, ani rząd, ani obywatele. Było to wyzwanie rzucone ludziom i Bogu, stworzenie istoty nieistniejącej w przyrodzie, która z łatwością mogła być uznana za większe nieszczęście niż zaraza czy bomba atomowa. Była ona dlatego przerażająca, że przewyższała człowieka: równie inteligentna jak on, a może i inteligentniejsza, lecz dużo silniejsza, bardziej wytrwała i posiadająca instynkt, rodzaj intuicji zwierzęcej, słabo rozwiniętej u człowieka. Już sam wygląd takiej istoty wystarczyłby, aby ludzie ją odrzucili.

Ekoanarchiści wierzyli jednak w konioczłowieka i za żadne skarby nie odstąpiliby od swojego zamysłu. Myśleli tylko intensywnie, jak ograniczyć ryzyko, że ktoś mógłby odkryć ich tajemnicę i zniszczyć laboratorium, ich samych, w końcu także wytwór ich marzeń i wyobraźni. Bali się przede wszystkim rządu, wrogiego koniom jak i anarchistom, którzy z zasady sami byli wrogami państwa i władzy. Konspiracja stała się imperatywem.

Na początku były to nieudolne poczynania, amatorszczyzna oparta na zasadzie, róbmy to, co komu przychodzi go głowy, co wydaje się słuszne, aby się chronić. Potem przyznali, że zachowywali się jak rozbrykany źrebak, któremu do łba przychodzą myśli świeże i nieuporządkowane jak trawa rosnąca pod ławką, gdzie nikt jej nie depcze, żaden pies nie obsika i gęsi nie wyskubują.

Na pierwszy ogień poszła firma. Nazwę „Laboratorium” ścięto do podstawy pozostawiając tylko „Labo”. Tak było krócej i poręczniej. W drugiej kolejności poskracano imiona pracowników lub zastąpiono je pseudonimami, przestano też używać nazwisk. Każdy pracownik laboratorium miał swoją ksywę. Praktyka brania pod nóż imion, nazwisk, laboratorium i jego części organizacyjnych, a potem także czynności i wszystkiego, co dawało się zakamuflować, ukryć przed obcymi oczami, nie było żadnym widzimisię lub fanaberią kierownictwa, ale bezwzględną koniecznością. Było to coś poważniejszego niż mydlenie oczu, gra pozorów i robienie zmyłek.

Bardzo szybko stało się oczywiste, że sprawami bezpieczeństwa musi kierować osoba doskonale znająca zasady konspiracji, z doświadczeniem zdobytym w wojsku, policji, wywiadzie lub ochronie osobistej.

Inicjatywę przejęła Niotse. Miała szczęście. W szeregach członków klubu znalazła wysokiej rangi wojskowego, pułkownika, będącego od członkiem klubu ekoanarchistów. Ujawnił się dopiero wtedy, kiedy ogłosiła, że poszukuje specjalisty do spraw bezpieczeństwa.

W klubie nikt nie miał pojęcia o jego kwalifikacjach, ponieważ z nikim o tym nie rozmawiał. Zachowanie tajemnicy było dla Niotse najlepszą rekomendacją; z miejsca uznała pułkownika za właściwego człowieka. Od razu ustalili dla niego pseudonim Aaron. Nikt nie miał prawa znać jego prawdziwej roli ani tożsamości, Aaron oficjalnie podawał się za asystenta Niotse.  

Miało to miejsce już po tym, jak Front Wyzwolenia Koni nabył połowę udziałów kapitałowych Laboratorium i wszyscy członkowie Frontu stali się automatycznie jego pracownikami.

Niotse przedstawiła sytuację jednoznacznie, aby nikt nie miał najmniejszego złudzenia, w co jest zamieszany.

– Im świat wie mniej o nas, tym lepiej. Tak naprawdę, to nic nie może o nas wiedzieć. To, co robimy, to coś więcej niż bomba atomowa. Chodzi o stworzenie żywej istoty łączącej w sobie dwa gatunki, konia i człowieka, hybrydy, która zapobiegnie dalszej dewastacji przyrody i zniknięciu konia jako gatunku. Człowiek jest najbardziej inteligentnym zwierzęciem na świecie, ale najbardziej niebezpiecznym, koń jest nie tylko niezwykle użytecznym, zwierzęciem, ale i najmniej agresywnym biologicznie, ponieważ w minimalnym stopniu zużywa zasoby naturalne. Konioczłowiek to nasz ratunek. Praca nad nim jest nie tylko nielegalna, ale i niebezpieczna; jest prawie samobójstwem. Dlatego musimy otoczyć ją kompletną tajemnicą. Od tej chwili obowiązuje nas totalna konspiracja. Możemy ufać tylko sobie nawzajem. Gdyby ktoś z nas świadomie zdradził naszą tajemnicę, może być pewny, że tego nie przeżyje – Niotse wypowiedziała tylko raz te słowa, nie musiały być one powtarzane, ponieważ weszły natychmiast w krwioobieg wszystkich działań firmy.

Pierwszym zadaniem Aarona było gruntowne sprawdzenie życiorysów wszystkich pracowników.  

– Twój życiorys, Niotse, też sprawdzę. Nie myśl, że twoje stanowisko zwalnia cię od tego obowiązku. Możesz też sprawdzić mnie, jeśli sobie życzysz –  poważnie zaproponował mężczyzna.

Dwóch członków klubu nie przeszło weryfikacji. Nigdy się o tym nie dowiedzieli. Laboratorium zmieniło siedzibę i znikło z ich pola widzenia. Dwójka przestała otrzymywać zaproszenia, nie miała pojęcia, gdzie, kiedy i czy w ogóle spotkania odbywają się. Pozostałych członków organizacji poproszono, aby zerwali z nimi wszelkie kontakty.

Tego wieczoru młodsi pracownicy Laboratorium tańczyli do rana wokół ogniska. Tańce były wymyślone, pląsawica końska i różne inne nazwy, przeważnie biologiczne, także sprawy niewypowiedziane. Bawili się jak dzieci, trzymając się za ręce. Ktoś przyniósł narkotyzowany napój „Perswazja” i częstował szklaneczkami małymi jak naparstek. Nie czuli wyrzutów sumienia, że piją, gdyż przebaczenie spływało na nich falami żywicznego dymu z tlącej się na ognisku gałęzi sosny dziwnej w kształcie i zapachu. Zabawą unicestwiali własne urazy złego traktowania przez podłych ludzi oraz niezaspokojoną tęsknotę za światem idealnym, w którym także konie mają znaczące miejsce. Do namiotów rozchodzili się dopiero nad ranem. Pomogło im w tym zmęczenie i biała mgła, zniechęcając do dalszej aktywności.

Udając się na spoczynek widzieli namioty pokryte przezroczystymi kroplami rosy, zapowiadającymi promienie słońca. Ktoś powiedział na głos:

– Mamy cholerne szczęście, że znaleźliśmy rozwiązanie nie łączące się z okrucieństwem, terroryzmem i bezprawiem walki o słuszną sprawę. Nie znoszę przemocy.