Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 214: Zamach bombowy w kawiarni

Zwiedzając japońską kawiarnię Sefardi nie krył zaskoczenia. Nie pytał o szczegóły, domyślając się, że wnuk dzieli się z nim prawdopodobnie także swoimi doświadczeniami. Nie mieściło mu się w głowie, że Sato i jego partnerka preferowali kontakty wirtualne raczej niż bezpośrednie spotkania. Zapytał Enrique o to.

– Im to odpowiada. Oboje zaspokajają swoje pragnienia seksualne, podniecają się, przeżywają akty miłosne, snując marzenia i fantazje erotyczne. Co ważne, nie tracą czasu na dojazdy. Ich spotkania niewiele ich kosztują. To tylko koszt wynajmu sali i użytkowania komputera. Mają tu idealne warunki do intymnych spotkań. Niejednemu mężczyźnie nie przeszkadza nawet to, że za jego plecami stoi jeszcze ktoś inny. To kwestia poczucia bezpieczeństwa. Domyślam się, że ciebie to dziwi, bo jesteś osobą starszej generacji. Tutaj, w kawiarni, panuje współczesność. Sato i jego partnerki zachowują się całkowicie swobodnie, sami określają sobie reguły postępowania. Są wolnymi ludźmi, nie chcą wiązać się ze sobą, chcą żyć bez zobowiązań. Oni nawet uważają, że nie mogą tego zrobić, bo nie mają czasu ani możliwości. Nie mają chęci spotykać się ze sobą bezpośrednio. Mieszkają z dala od siebie, długo pracują, bardzo dobrze zarabiają, są zadowoleni z pracy, prowadzą bogate życie. Każde z nich ma swoich przyjaciół. To jest miłość w nowoczesnym wydaniu. Media nazywają to cyberseks, czyli seks online – wyjaśnił Enrique uprzedzając pytanie dziadka. – W moim środowisku i w moim pokoleniu nie jest to wstydem, ale zaletą. To znak czasu.

Drogę do drzwi wyjściowych z kawiarni mężczyźni przeszli w milczeniu. Sefardi potrzebował czasu na oswojenie się z czymś, czego nie znał ani nie rozumiał, co było jak najbardziej rzeczywistością i zdobywało coraz więcej zwolenników. W końcu pomyślał, że nowa forma relacji damsko-męskich daje ludziom znacznie więcej niezależności i że rząd czeka twardy orzech do zgryzienia, aby przekonać ich do prokreacji.

*****

Kilka dni później w kawiarni wybuchła bomba. Policja natychmiast podjęła śledztwo. Większą część zdarzenia odtworzono z monitoringu. Przy krawężniku na ulicy zatrzymała się furgonetka. Wysiadł z niej mężczyzna z brodą tak gęstą, że nie sposób było rozpoznać rysów twarzy, tym bardziej, że na głowie miał czapkę zasłaniającą uszy i nosił ciemne okulary. W prawej ręce trzymał paczkę. Przybysz rozejrzał się nieufnie na boki, podszedł do okna i przez chwilę przy nim majstrował. Chyba wcześniej coś tam zrobiono, ponieważ w ciągu kilkunastu sekund było już otwarte. W kawiarni zainstalowany był alarm, ale nie włączył się. Zamachowiec wszedł do środka przez okno. Po kilkudziesięciu sekundach wyszedł tą samą drogą, docisnął ramę okna do ściany, wsiadł do furgonetki i odjechał.

W momencie eksplozji bomby w kawiarni znajdowało się niewiele osób. Było krótko po dziesiątej rano. Wybuch rozerwał stojące w pobliżu meble na strzępy; ich szczątki leżały rozrzucone po wszystkich kątach. Widok był nie tyle straszny, ile dewastujący. Pierwsza myśl personelu była taka, że eksplodował kocioł centralnego ogrzewania piętro niżej.

Policjanci długo pracowali na miejscu zdarzenia. Kawiarnię zamknięto, budynek i przynależny do niego parking odgrodzono od ulicy. Przyjechali pirotechnicy, aby sprawdzić, czy nie ma jeszcze innego ładunku. W sobotę, następnego dnia po tragedii, w kawiarni zapanowało prawdziwe szaleństwo; przez cały dzień przychodzili ludzie, aby obejrzeć miejsce zamachu.

Śledztwo doprowadziło policję tylko do okna, przez które wniesiono ładunek wybuchowy. Oprócz sposobu wejścia złoczyńcy do kawiarni i zakresu szkód nic więcej nie udało się ustalić. Sprawca nie pozostawił za sobą śladów. Jego pojazd w momencie parkowania przed kawiarnią miał fałszywą tabliczkę rejestracyjną. Była to zwykła furgonetka, jakich tysiące porusza się po kraju. Sefardi domyślał się, że mogła to być akcja tajnej policji skierowana przeciwko tym, których rząd nazywał „odszczepieńcami”, „zboczeńcami” i „bezpośrednimi wrogami prokreacji”.

*****

Bomba zjednoczyła przeciwników prokreacji konsolidując wszystkie ich nurty, włącznie z homoseksualistami i cyberseksiarzami, oraz uruchomiła falę doniesień o nadużyciach władzy. Wkrótce nastąpiły dwa dalsze zamachy bombowe, ktoś podpalił także klub osób o odmiennych orientacjach seksualnych. Kiedy członkowie klubu w pośpiechu opuszczali budynek nieznani sprawcy napadli na nich i pobili.

Media donosiły o nadzwyczajnej aktywności policji, porwaniach, tajemniczych podpaleniach, akcjach szkalowania i dywersji, manifestacjach i kontrmanifestacjach. Na spotkaniach publicznych pojawili się prowokatorzy. Organizatorzy imprez oskarżali o to policję i rząd. Gubernator ignorował te głosy, szef policji, Babochłop, zaprzeczał oskarżeniom. W Internecie pojawiły się doniesienia, że to patriotycznie nastawieni obywatele i organizacje wrogie zboczeńcom dają znać o sobie.

0Shares