Koniec świata. Opowiadanie fantastyczne. 

Imię i nazwisko: Daniel Corseio. Wiek: 73 lata. Zawód: przemysłowiec na emeryturze. Przebyte choroby: żadne (wedle oświadczenia pacjenta).

Informacja o przebytych chorobach zaintrygowała lekarza. Spojrzał uważnie na pacjenta, pochylił się i studiował przez minutę dane zawarte na karcie, po czym dopisał coś od siebie.

*****

Daniel przewrócił się w trakcie joggingu doznając obrażeń. Mimo swoich lat biegał regularnie. Upadł bardzo niefortunnie; zbiegając z górki w lesie potknął się o ledwo widoczny korzeń i wyłożył się jak długi na ścieżce. Pokonywał tę trasę regularnie i nigdy nie widział tej przeszkody. Miał zbity łokieć i zdartą skórę twarzy. Po powrocie do domu i wstępnym opatrzeniu obrażeń uparł się, mimo propozycji córki, że go zawiezie, że sam pojedzie do szpitala. Tam zbadano go, wykonano odpowiednie prześwietlenia i porządnie opatrzono. Okazało się, że doznał wstrząsu mózgu, na szczęście niewielkiego.

– To może mieć swoje konsekwencje, ale niekoniecznie. Medycyna nie jest w stanie określić, kiedy to nastąpi, czy w ogóle nastąpi i jaką przybierze postać. Mogą to być ból i zawroty głowy, problemy z koncentracją, dezorientacja, zaburzenia mowy. Zdarza się, że pojawiają się zaburzenia emocjonalne a nawet osobowości.

Po udzieleniu wyjaśnień, lekarz zalecił pacjentowi tydzień spokojnej rekonwalescencji.

Ograniczony instrukcjami lekarza Daniel Corseio zyskał dużo wolnego czasu. Spożytkowywał go czytając ulubione lektury: biografie, dokumenty, a właściwie ich tłumaczenia oraz książki i opracowania dotyczące objawień i przepowiedni. Jasnowidze, wróżbici i prorocy byli jego bohaterami, zarówno w podręcznikach historii jak i w dziełach literackich. Miał swoje ulubione przepowiednie i ulubionych profetów: Nostradamusa, Świętego Jana od Apokalipsy, Sybillę oarz Królową Saby. O nich czytał najchętniej, ich przepowiednie, proroctwa i biografie, wszystko, co mu wpadło w rękę. Była to prawdziwa pasja. Daniel traktował ją nad wyraz poważnie; będąc osobą wierzącą uważał, że przepowiednie i objawienia są częścią wiary w Boga.

Wieczorem trzeciego dnia rekonwalescencji, starszy pan poczuł się gorzej. Szumiało mu w głowie. Dla uspokojenia się usiadł na fotelu i odchylił głowę do tyłu; po chwili zapadł w głęboki sen. Miał widzenie, był to sen nie-sen, wyjątkowo realny. Ujrzał koniec świata. Przekaz pochodził od proroka, Świętego Jana, którego Daniel widział już wcześniej w snach, o którym czytał i którego oglądał na obrazach w kościołach i w jednym muzeum. Była to postać jak najbardziej autentyczna.

Usłyszał nie tylko zapowiedź końca świata, ale także zobaczył jego obraz: kulę ziemską w ogniu rozpalonej masy plazmy słonecznej. Był to obraz totalnego i ostatecznego kataklizmu. Daniel zapamiętał dokładną datę, miał on nastąpić za równe dwa miesiące.

Po przebudzeniu się poczuł się lepiej. Od razu wstał i zanotował wszystkie szczegóły snu, aby niczego nie pominąć ani nie zapomnieć. Myślał o objawieniu cały czas, zapomniał nawet zjeść kolację. W oparciu o zapiski wyliczył dokładny dzień końca świata. Obliczenia sprawdził trzy razy dla pewności.

*****

Objawienie końca świata zmieniło życie Daniela Corseio. Nie miał nawet cienia wątpliwości, że nastąpi, wiedział nawet dokładnie kiedy. Czuł jednak pewien niedosyt wynikający z dyskusji z córką i innymi osobami, kwestionującymi zasadność jego przekonań a nawet wiarę w Boga. Zarzucano mu łatwowierność. Zapamiętał słowa córki Alefy:

– Każdy fakt, każde najdrobniejsze zdarzenie, każda informacja wymaga potwierdzenia z drugiego źródła. Jeśli się potwierdzi, to jest to prawda. Jeśli nie ma potwierdzenia, to zawsze będą wątpliwości.

Córce wierzył tym bardziej, że była nauczycielką, uczyła filozofii i logiki. Kochał ją bardzo, mimo ze stawała mu niejednokrotne okoniem. Jej sprzeciwy przypisywał naturze kobiecej.

– Jej matka była taka sama. Czasami jednak miała rację.

Przypomnienie, że jest uparty, umocniło go w przekonaniu, że musi znaleźć potwierdzenie daty końca świata, mimo że sam nie miał żadnych wątpliwości. Poszedł do biblioteki, aby przejrzeć dzieła proroków. Potrzebował pomocy, odbył więc rozmowę z bibliotekarką. Podzielił się z nią swoimi zainteresowaniami i wiarą w proroctwa i przepowiednie. Przy okazji dowiedział się jej imienia: Salome. Ona sama nie pytała go o imię ani o nazwisko, więc się nie narzucał.

Salome, niemłoda już niewiasta, ubrana w ciemnobeżową wysmuklającą sukienkę, wysłuchała go z uwagą i zainteresowaniem. Okazała się niezwykle pomocna, można by powiedzieć usłużna. Odszukała dwa najważniejsze dzieła opisujące proroków i ich przepowiednie. Książki były zbyt obszerne, aby mógł je przejrzeć jeden człowiek. Daniel potrzebowałby na to wiele dni. Poprosił więc Salome o pomoc. Zgodziła się bez wahania. Ona przeglądała jedno a on drugie dzieło. Szukali daty końca świata, która mu się przyśniła.

– Szukajcie a znajdziecie! – Po trzech godzinach studiowania, z przerwami na obsługę czytelników przybyłych oddać książkę lub wypożyczyć, bibliotekarka głośno wyraziła swoje zadowolenie ze znalezienia poszukiwanej informacji. Corseio zdumiał się; opis i data końca świata były dokładnie takie, jak to widział we śnie. Nie miał wątpliwości, to było proroctwo. Najważniejsze, że daty zgadzały się co do joty: rok, miesiąc i dzień. Oczywiście nie była to data wypisana czarno na białym. Trzeba było ją obliczyć od dnia innego wydarzenia zanotowanego w średniowieczu, udokumentowanego historycznie ponad wszelką wątpliwość. Datę końca świata Daniel obliczył, Salome poprosił tylko o dodatkowe sprawdzenie. Zajęło jej to więcej czasu niż jemu, ale wynik był ten sam.

Następnego dnia Daniel przyniósł jej kwiaty. Była mile zaskoczona. Sprawił jej przyjemność, jej reakcja sprawiła z kolei jemu radość. Wyszedł z biblioteki pogwizdując.

Do krytycznego dnia Corseio przygotowywał się z wielką starannością. Najpierw wszystko sobie przemyślał, potem sporządził listę spraw do załatwienia. Następnie wytypował dziesięć najbardziej znaczących spraw i ponumerował je w kolejności od najważniejszej do najmniej ważnej. Konsekwentnie je realizował, nie spiesząc się; miał dostatecznie dużo czasu. Testament sporządzony kilka lat wcześniej zawiózł do notariusza i zaktualizował. Przy okazji poczynił kilka małych darowizn, resztę zapisał córce. Sprawdził i pospłacał wszystkie długi. Nie było tego wiele; trzy niezbyt wysokie zapomniane kwoty. W ramach zwrotu długów, pooddawał właścicielom pożyczone książki.

Najwięcej czasu zajęły mu kontakty z ludźmi. Zadzwonił do wszystkich osób, z którymi nie widział się lub nie rozmawiał ostatnio, a miał uczucie, że powinien. Uporządkował swoje dokumenty układając je w chronologicznej kolejności i pozostawił je na widocznym miejscu. Potem uporządkował książki na regałach. To było najtrudniejsze. Część odłożył do tekturowych kartonów i pooznaczał je imionami i nazwiskami osób lub nazwami organizacji, do których miały trafić. Część pozostawił córce, aby zdecydowała, co z nimi zrobić. Były to przeważnie pięknie ilustrowane albumy turystyczne. Karty bankowe odłożył do kolorowej, rzucającej się w oczy koperty, pozostawiając wewnątrz kartkę z loginami i numerami haseł dostępu do kont. Stanu posiadania na dwóch kontach, jakie posiadał, nie zapisywał.

– Sami sobie to sprawdzą – pomyślał. Nie miał wątpliwości, że nie musi przygotowywać szczegółowych instrukcji jak przeprowadzać operacje bankowe. Alefa, jej mąż Joao i ich dzieci – więcej rodziny nie posiadał – lepiej radzili sobie z bankami i Internetem niż on sam.

*****

Córka dzwoniła do niego kilka razy, aby zapytać o zdrowie, jak również czy czegoś nie potrzebuje.

Powiedział, że czasowo zawiesił jogging i czuje się bardzo dobrze.

– Miałem trochę czasu i uporządkowałem swoje sprawy i rzeczy. Nie poznasz mieszkania, kiedy tu przyjedziesz. Zawsze mi mówiłaś, że mam bałagan; teraz wszystko jest na swoim miejscu. Nie wtajemniczał Alefy w szczegóły porządków, ani też nie wyjaśnił dlaczego je zrobił. Nie chciał jej martwić. Była ciekawa, pytała o to, wiedziała jednak, że jej nie powie. Lubił być tajemniczy. Rozmawiając z ojcem zadała sobie pytanie, czy ona też będzie taka jak się zestarzeje.

Po ostatniej rozmowie z córką zdenerwował się, po co wszystko tak starannie uporządkował skoro i tak w dniu końca świata wszystko zniknie. Dla ułatwienia sobie sprawy, zadziałała tu jego podświadomość, wytłumaczył sobie, że nie musi to być koniec świata dla wszystkich, tylko dla niego. Zrobiło mu się od razu lżej. Żadną miarą nie zamierzał rezygnować ze swego planu.

– To byłoby coś równie potwornego jak wyrzeczenie się Boga tylko dlatego, że ma się przejściowe wątpliwości.

W dniu zagłady, przed godziną dwunastą w południe przyjął dużą dawkę leków nasennych, aby nie umierać w cierpieniu.

*****

Lekarz szpitala miejskiego na wieczornym obchodzie nie śpieszył się. W towarzystwie pielęgniarki oddziałowej przechodził od pacjenta do pacjenta, sprawdzał efekty wykonanych zabiegów, stan zdrowia, czasem nawet zadawał kilka pytań, coś wyjaśniał lub udzielał instrukcji.

Na karcie pacjenta umieszczonej w nogach łóżka przeczytał na głos: Daniel Euzebio Corseio. Przypomniał sobie telefon kobiety pytającej o jego stan zdrowia. Był jej ojcem; lekarz rozmawiał z nią niezbyt długo. Po zapoznaniu się z danymi zawartymi na karcie, popatrzył na starszego pana z uwagą. Nie pytał o nic tylko wyjaśnił:

– Kiedy przywieziono pana, był pan nieprzytomny. Od razu zrobiliśmy panu płukanie żołądka. To pana uratowało.

Daniel patrzył na niego niepewnie. Stał przed nim młody mężczyzna z siwiejącymi już włosami, jasne kosmyki przeplatały się z ciemnymi. Miał na sobie niezbyt czysty fartuch lekarski. Dziwnie mu się kojarzył: młoda twarz, siwiejące włosy, fartuch budzący wątpliwości szarymi plamami w kilku miejscach. Słuchając lekarza, Daniel był wciąż oszołomiony. Nie mógł przypomnieć sobie, co się stało. Miał niejasne uczucie, że coś mu nie wyszło.

– Przestraszył się pan końca świata?

Pytanie zaskoczyło Daniela. Wybałuszył oczy i milcząco gapił się na pytającego. Nagle przypomniał sobie wszystko. Nic nie odpowiedział, zastanawiał się tylko, skąd lekarz to wie.

– Nie jest pan skromny, co? – padło drugie pytanie. Lekarz przypatrywał mu się z niejasnym uśmiechem na twarzy.

Daniel Corseio poczuł się zagubiony. To były pytania sięgające poza normalne rozumienie świata. Poczuł, że musi coś odpowiedzieć. Postanowił udawać.

– Dlaczego pan o to pyta, panie doktorze? Nie rozumiem, o co chodzi.

– Tylko Bóg wie, kiedy nastąpi koniec świata. A pan uznał, że jest równy Bogu. Czy nie jest to ciężki występek dla człowieka wierzącego?

Corseio pragnął zaprzeczyć, ale coś go powstrzymało. Rozglądał się niepewnie. W końcu pokoju zauważył Świętego Jana. Nie miał co do tego wątpliwości, widział go dziesiątki razy na obrazach, ilustracjach i rycinach. Święty miał nie swoją twarz, ale jego, Daniela Corseio, poruszał szybko językiem i wargami, coś mu tłumacząc. Co do własnej twarzy zamiast twarzy świętego nie miał wątpliwości. Ten sam owalny kształt, wystające kości policzkowe i krzaczaste brwi. Daniel przeraził się i odwrócił głowę. W przeciwległym końcu sali zobaczył drugą postać. Był to Nostradamus. Też miał jego twarz. Daniel zamknął oczy i usłyszał jakby ktoś cicho lecz namiętnie kłócił się z nim. Rozpłakał się.

– Co się panu stało, panie Corseio? Źle się pan czuje? – lekarz i pielęgniarka zaniepokoili się. Podeszli do niego; lekarz zaczął badać puls trzymając pacjenta za nadgarstek, pielęgniarka głaskała go po drugiej ręce dla uspokojenia.

– Jak moja Alefa, kiedy była mała – pomyślał Daniel, wracając wspomnieniem do córki, wówczas małej dziewczynki, pocieszającej go kiedy dowiedział się o samobójstwie przyjaciela.

Daniel odczuł natłok myśli. Nie mógł przyznać się, że chciał się wynieść ponad Boga i decydować, kiedy nastąpi koniec świata. To byłoby świętokradztwo i bluźnierstwo. Przestraszył się, rozglądał się w poszukiwaniu pomocy. Wtedy znowu zobaczył te same dwie postacie stojące w dwóch przeciwległych rogach salki szpitalnej. Przyglądali mu się uważnie i kiwali głowami.

– Chcecie mi wybaczyć? – zapytał niepewnie.

Nic nie odpowiedzieli, wciąż przyglądali mu się pytająco. Widać to było po ich twarzach, które dziwnym trafem przypominały jego własne oblicze, tak jakby to on był w każdym z nich.

– Mam przeprosić Boga?

Obydwaj poruszyli głową potakująco. Daniel zdjął nogi z łóżka, zsunął się na podłogę, ukląkł i zaczął się modlić.

– Zanurzył się w swój świat proroków i przepowiedni końca świata – szepnął lekarz do pielęgniarki pociągając ją za fartuch w kierunku drzwi wyjściowych. Wychodząc, zgasił światło a pielęgniarka zamknęła drzwi. W pokoju pozostała zapalona tylko mała lampka przy łóżku, przy którym klęczał Daniel Corseio wpatrując się to w jednego to w drugiego proroka. Był już spokojny. Wiedział, że ma przeprosić Najwyższego za swoją decyzję, nie wiedział tylko jak.

– W razie czego pójdę do biblioteki i razem z Salome znajdę jakieś rozwiązanie – zdecydował się.

Zanim zasnął zmęczony przeżyciami, postanowił, że kupi jej kwiaty, tylko inne niż cyklameny podarowane ostatnim razem. Cyklameny nie kojarzyły mu się dostatecznie mocno z wiarą w życie.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 8 kwietnia 2020

0Shares

Automat. Opowiadanie science-fiction

To kolejne krótkie opowiadanie z dziedziny fantastyki. Myślę coraz częściej, że dzisiaj jest to science-fiction, niedługo jednak może okazać się jak najbardziej rzeczywistością.

W przestrzennej poczekalni kliniki uniwersyteckiej panował trudny do zdefiniowania zapach, przypominający mieszkankę palonych migdałów, eteru oraz płynu do dezynfekcji podłóg. Przeleciałem wzrokiem po twarzach oczekujących pacjentów, kobiet i mężczyzn; w większości były to starsze osoby. Siedzieli na krzesłach lub stali obok nich patrząc przed siebie; dwie pary rozmawiały ze sobą półgłosem. Byli niezwykle spokojni, niektórzy wręcz apatyczni, jakby przyjęli środki uspokajające. Po chwili przestali zwracać na mnie uwagę, z wyjątkiem jednego mężczyzny. Średniego wzrostu, ubrany w ciemnoszary garnitur z kolorową muszką, ze starannie wyczyszczonymi pantoflami na nogach, wyglądał dystyngowanie. Miał zaokrąglone kształty ciała; jego łagodnie uśmiechnięta twarz sugerowała dodatkowo, że lubi dobrze zjeść.

Na początku spokojny, mężczyzna ożywił się, jak tylko zauważył, że rozglądam się wokół z zamiarem znalezienia sobie miejsca. Usiadłem na krześle między gabinetem numer dwadzieścia trzy i dwadzieścia cztery, kilka kroków od niego. Po chwili wahania czy też zastanawiania się, podszedł do mnie. Domyśliłem się, że pragnie zapytać mnie o coś lub o czymś poinformować. Na serdecznym palcu lewej dłoni miał złoty sygnet z wygrawerowanym, nieokreślonym czarnym symbolem. Kiedy pochylił się w moim kierunku, zauważyłem tik pod lewym okiem a poniżej lekko opuszczony kącik ust. Zapytał mnie, czy może się przysiąść wskazując ręką stojące obok krzesło.

– Oczywiście. Bardzo proszę. Krzesło wydaje mi się wolne – odpowiedziałem starając się nie nadawać memu głosowi tonu zachęty.

Przedstawił się jako “Człowiek Ex”. Zważywszy jego wygląd i zachowanie nie zdziwiło mnie to specjalnie. Powiedział, że urodził się dosyć dawno, ale jest synem współczesności. Nic nie odpowiedziałem, skinąłem tylko głową potakująco przyjmując oświadczenie do wiadomości. Potem już tylko słuchałem. Mówił raczej szybko i krótkimi zdaniami. Opowiedział mi fragment swojego życia, właściwie to nawet dnia. Zaczął od pogody. Mówił w czasie teraźniejszym, jakby relacjonował to co się dzieje przed jego oczami.

– Jest grudzień dwa tysiące dziewiętnaście. Na dworze jest minus pięć stopni Celsjusza. W skali Fahrenheita to plus 23 stopnie. Nie! Więcej! … Nie! Mniej! Sam już nie wiem – Człowiek Ex przerwał i popatrzył gdzieś w przestrzeń nad moją głową.

– Podsumuję się – zaczął od nowa. – Jestem człowiekiem-automatem. Lub prawie automatem. Nie mam czasu ani własnej woli. Sterują mną budzik, telefon, radio, telewizor i komputer oraz sygnały, wiadomości i polecenia dochodzące z różnych stron. Zrób to! Zrób tamto! Nie rób tego! Lepiej mnie posłuchaj! Zainteresuj się! Zanotuj! Zapamiętaj! To okropne. Oprócz wymienionych urządzeń polecenia najczęściej wydaje mi rodzina. W nocy nie śpię, tylko czuwam, ale co to za czuwanie, skoro w dzień śpię, bo jestem zmęczony. Najgorsze jest to, że muszę robić kilka rzeczy na raz.

Mężczyzna zatrzymał się na moment, zbierając myśli. Przełykał ślinę, stwarzał wrażenie, jakby coś go męczyło. Po chwili zebrał się w sobie.

Czasem myślę, że oszaleję. Zły nastrój szybko mi jednak przechodzi, bo rwą mi się myśli. To dobra rzecz. Zdałem sobie z tego sprawę, dopiero dzisiaj nad ranem, kiedy się obudziłem. Wołałem o pomoc, ale nikt nie przyszedł. Wiem, że potrzebuję silnego bodźca, aby przetrwać, idę więc do kuchni i wyjmuję słoik z kawą. Jest prawie pusty, na dnie jest tylko odrobina. To za mało. Stoję i myślę, co robić. Potrzebuję więcej czasu, bo jak wspomniałem, myśli rwą mi się na strzępy. Postanawiam zaparzyć sobie kawę po turecku, czyli zagotować na wolnym ogniu. Łupię ziarna nożem, staram się robić to jak najciszej, aby nie obudzić nikogo z domowników. A tu nagle słyszę głos z ciemności:

– Co ty tam wyprawiasz? Czy musisz hałasować? 

Powstrzymuję się, aby nie wybuchnąć. To ja staram się zachowywać jak najciszej, a tu zwraca mi się głośno, w dodatku obcesowo, uwagę! Tłumię w sobie gniew i nastawiam kalarepę na parze. To na śniadanie, bo dietetyczka zaleciła mi jeść więcej warzyw. Potem wyjmuję garnek do kawy, wsypuję kawę ze słoiczka oraz pogniecione przeze mnie ziarna i włączam płytę elektryczną. Przerywam obserwację garnka po minucie, bo natychmiast muszę iść do toalety. Kiedy wracam, aby dokończyć parzenie kawy, słyszę, jak buzuje woda w garnku z kalarepą. Odrywam się od garnka z kawą, podnoszę pokrywę i żgam kalarepę widelcem, aby sprawdzić, czy nie jest już miękka. Jak widelec trafił do mej ręki, nie wiem. Kalarepa jest jeszcze twarda. Wracam do kawy. W trakcie pilnowania, czy się już nie gotuje, przypominam sobie, że w maselniczce jest mało masła. Idę do lodówki, wyjmuję kostkę masła i odłupuję kawałek nożem. Kilka skrawków pryska na bok. To mnie wkurza. Chciałbym dać sobie w pysk. W garnku dochodzi kalarepa. Odrywam się od masła, aby wyłączyć prąd pod garnkiem do gotowania na parze. Muszę zdążyć przed godziną dziewiątą, bo nie chcę być przy stole, kiedy zjawi się rodzina.

Człowiek Ex patrzy na mnie uważnie, studiuje moją twarz. Widzę, że mnie taksuje wzrokiem i ocenia. Chyba wypadło to korzystnie, bo kontynuuje jakby uspokojony. Kładzie ręce na udach i wyprostowuje palce. Zauważam, że ma zadbane dłonie i długie palce.

– Co do nerwów, to wkurzam się automatycznie. Chyba dlatego, że mam w głowie różne implanty, kostkę pamięci neuronowej, fragment sztucznej pamięci. To wszystko zainstalowano mi tutaj, w klinice. Miałem problemy z padaczką. Czasem ta cała maszyneria rozmagnesowuje mi się lub coś podobnego. Lekarze nazywają to zapaścią zakłóceniowo-energetyczną. Trudno to wszystko spamiętać, a jeszcze trudniej uporządkować w głowie, bo nerwy mam napięte jak postronki. Nie mam do siebie pretensji, bo sam ich sobie nie napiąłem.

Patrzę na Człowieka Ex z uwagą, zastanawiając się kim on jest. Aktorem? Naukowcem? Muzykiem? Jego słowa przywracają mnie do przytomności.

– W międzyczasie przypominam sobie, że wcześniej w nocy chciałem skoczyć z balkonu. Nie zrobiłem tego tylko dlatego, że mieszkam na trzecim piętrze. Spadając, choć ziemia jest twarda jak kamień, tylko bym się połamał, a nie zabił. Jaki jest sens, aby się tylko połamać? – Człowiek Ex zadaje pytanie patrząc mi w oczy.

W nocy nie śpię, bo bolą mnie plecy od długiego siedzenia przy telewizorze lub książce, goni pęcherz, niepokoją myśli. W nocy często dzwoni do mnie kuzyn, to moja najbliższa rodzina. Bardzo cierpi i płacze. Jest niesprawny od czasu, kiedy stracił nogę w wypadku samochodowym. Strasznie się męczy. Jak takiemu nie pomóc? Siedzę przy telefonie i pocieszam go, jak umiem.

– Jak pan sobie radzi, kiedy sam czuje się pan podle? – Pytam ze współczuciem. Pytanie ożywiło mojego rozmówcę.

– Strasznie przeklinam. Rzucam wulgarnymi słowami. Latają po pokoju jak krwawe ochłapy i tylko czekać, jak się psy zbiegną z całej okolicy. Kurwa mać! Gówno! Zimna dupa! Do groma! Podaję panu przykłady w miarę przyzwoitych i obyczajnych przekleństw, jakich używam. To nie jest dno, bo mam w mózgu implant, ogranicznik przekleństw. Działa on na zasadzie słownika sprawdzającego, czy znajduje się w nim przekleństwo, jakie zamierzam użyć. Od czasu do czasu poddają mnie też hipnozie, ale nie wiem w jakim celu. Chyba po to, aby nastroić mnie optymistycznie.

Z gabinetu numer dwadzieścia cztery wychodzi pielęgniarka. Jest młoda, ale niezbyt ładna. Ma na sobie biały fartuch i czerwone lakierki na wysokich obcasach. Nic nie mówi tylko patrzy na mojego towarzysza swoimi sarnimi oczami i on wie, co ma robić. Człowiek Ex mówi:

– Nie mogę więcej z panem rozmawiać. Mam operację. Zaktualizują mi oprzyrządowanie mojej głowy. Profesor powiedział mi, że jest ono jak najnowsze science fiction, połączenie możliwego z niemożliwym. Wierzę mu. Jak wróci pan tutaj w środę, to opowiem resztę mojej historii. A jest czego słuchać.

Człowiek Ex wstaje z krzesła i wchodzi w jasną plamę światła  padającego z okna. Zauważam lekko połyskliwą, prawie przezroczystą skórę twarzy delikatnie porysowaną błękitnymi żyłkami i popstrzoną brązowymi plamkami. Kiedy się odwraca, aby wejść do gabinetu, widzę także dwie podłużne blizny po nacięciach skóry za lewym uchem. To mnie przekonuje, że to człowiek autentyczny, łączący przeszłość z teraźniejszością. 

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 220: Przebudzenie gubernatora z letargu

Rozdział IV: Epilog.

Po czternastu miesiącach i dziesięciu dniach gubernator Barras Blawatsky obudził się z letargicznej śpiączki.

Ozdrowienie gubernatora media skomentowały jako autentyczne zmartwychwstanie, licząc na to, że wiara w cuda przywróci mu wiarygodność utraconą wskutek niefortunnej choroby. Wielu obywateli kojarzyło ją z zaburzeniami umysłowymi i dziedziczną degeneracją.

Przebudzenie nastąpiło około godziny dziewiątej rano. Słońce stało już wysoko nad lasem otaczającym klinikę rządową. Przez otwarte okno gubernator usłyszał głosy dzieci i matek z wózkami zebranych na festynie inaugurującym nowy, wielki plac zabaw. Chwilę później usłyszał jęki ciężarnych kobiet dochodzące z klinik położniczych, a nawet, jak mu się wydawało, skrzypienie sprężyn w łóżkach towarzyszące duchowemu i cielesnemu zespalaniu organizmów. Wspomagały je okrzyki Och! Ach! Umieram z rozkoszy! Jeszcze raz, jeszcze raz! Wypnij się mocniej! i podobne wezwania towarzyszące aktom prokreacji.

Zdezorientowany różnorodnością głosów gubernator wsłuchał się uważniej. Po chwili doszło do niego coś, co zagłuszyło poprzednie doznania: gwar radości niezliczonej armii maluchów, osesków i niemowląt, przeplatany skrzypieniem wózków dziecięcych, brzękiem butelek z ciepłym mlekiem, dźwiękami grzechotek i zabawek, okrzykami radości, muzyką płynącą z miniaturowych radyjek. Wszystko to mieszało się z dziwnymi głosami, których nie był w stanie rozpoznać. Niezwykły rozgwar wstrząsnął nim i ostatecznie go otrzeźwił. Gubernator poczuł głód i poprosił o solidny posiłek.

Tego dnia tylko jadł, rozmawiał z personelem kliniki i wypoczywał. Następnego dnia z samego rana popędził do łazienki i po upływie pół godziny był już na nogach wykąpany, ogolony i odświeżony. Natychmiast skontaktował się z wicegubernatorem i otrzymał pierwsze wyjaśnienia na swoje pytania. Kilka godzin później spotkał się z Czarną Eminencją i kiedy ten powtórzył mu to samo, słowo w słowo, gubernator nie mógł wyjść z szoku.

Wszystko okazało się kłamstwem! Cała rzeczywistość, którą znał i w którą wierzył.

W ciągu kilku minut uświadomił sobie, co się stało: nastąpiła prawdziwa eksplozja demograficzna! Nie zaskoczył go fakt, że rodziło się coraz więcej dzieci, ale źródła i przyczyny tej eksplozji. Nie były to skutki działań rządu ani kościoła. Zainicjowany przez niego wspólnie z Czarną Eminencją program rozwoju prokreacji okazał się czystą fikcją i w dodatku całkowitą plajtą. Nic w nim nie zadziałało. Nadziewane gotówką karty bankowe okazały się nieskuteczne podobnie jak inne środki zachęty. Gubernatorowi trudno było w to uwierzyć. Korzyści płynące z posiadania bankowej karty debetowej były tak wielkie, że można było tylko oczekiwać, że po przezwyciężeniu strachu, który na początku ma zawsze wielkie oczy, Nomadyjczycy będą z nich nieprzerwanie korzystać. Gubernator spodziewał się nawet, że pewnego dnia ludzie zaczną szturmować urzędy zaopatrzenia prokreacyjnego i prosić o karty lub pisać podania, aby dostarczono je pocztą.

*****

Nową rzeczywistość potwierdziły kolejne odkrycia. Niespodziewanym objawieniem dla gubernatora było to, że kobiety rodziły dzieci, ponieważ im za to płacono. To była ich jedyna motywacja. Stały się diabolicznie chciwe i zdemoralizowane mimo ostrzeżeń Kościoła, coraz poważniejszych, że tak nie można, że Bóg ukarze je za niegodziwe postępowanie. Śmiały się z tych napomnień coraz bardziej szyderczo, bo nikt nie doświadczał żadnej kary, ani boskiej, ani ludzkiej. Otrzymując solidne zasiłki finansowe, nie musiały pracować. Niektóre matki niepracujące stać było na więcej niż kobiety pracujące. Małżeństwa stały się wygodne, nikt nie chciał mieć potomstwa i wychowywać je na własny koszt. Rząd stał się obiektem szantażu.

– No money, no children – mówiły petentki, a wtórowali im mężowie i partnerzy, popisując się znajomością języków obcych zdobytą za nieswoje pieniądze.

Rosnące wypłaty zasiłków na dzieci groziły ruiną budżetu państwa. Rząd ciął wszystkie inne wydatki na potęgę, do gołej skóry, aby nie dopuścić do bankructwa, nieprzerwanie aktualizując prognozy wpływów i wydatków. Przypominało to prewencyjny pożar lasu dla uratowania domu i zabudowań gospodarczych przed nieszczęściem.

*****

Fakty te długi czas ukrywane były przed społeczeństwem. Ujawnił je wysoki pracownik urzędu statystycznego. Rozwścieczony zwolnieniem z pracy ogłosił publicznie, że urząd regularnie fałszuje dane budżetowe. Trzymana w ukryciu bomba pomocy prokreacyjnej wybuchła, ujawniając skomplikowany system zapomóg, dodatków, nagród, dyplomów, medali i innych wyróżnień dla rodzin wielodzietnych oraz dla aktywistów ruchu prokreacyjnego. Nikt niczego nie robił bez zapłaty.

Wszystko zmieniło się, kiedy obywatele uświadomili sobie, że sprawa prokreacji jest prosta jak drut, że jest to zwykły układ popytu i podaży, w którym dziecko jest towarem, państwo reprezentuje popyt, a oni podaż. Nie wszyscy zrozumieli to od razu, a nawet jak zrozumieli, to wahali się, czy ich myślenie jest poprawne logicznie i zasadne moralnie. Proces edukacji nie stał jednak w miejscu. Obywatele lepiej wykształceni, absolwenci a nawet uczniowie szkół, którzy łyknęli choćby drobinę ekonomii, edukowali przyjaciół i znajomych, co znaczy rynek, popyt, podaż i cena. Byli też tacy, co nie chcieli za żadne skarby przyswoić sobie nowego sposobu myślenia. Ted, przyjaciel Sefardiego, nazywał ich odpornymi na wiedzę. Ci, którzy korzystali w pełni z dobrodziejstw popytu państwa na dzieci, nie krępowali się nazywać ich otwarcie głąbami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 87: Pacjent ze szpitala Grandioso

W szpitalu Grandioso panował osobliwy zwyczaj. W bezpośrednich kontaktach między sobą młodzi lekarze i personel pomocniczy pracujący na zmianie dziennej używali kodu językowego. Duża sala operacyjna była dla nich salą operową, mniejsza – operetką, ciężką operację określali mianem rzeźni, lżejszą – krajania. Słowne szaleństwo miało realne podstawy: jeden z lekarzy miał ojca prowadzącego ubojnię, w której mu pomagał, zanim zdecydował się ratować życie raczej niż je odbierać, drugi lekarz był miłośnikiem muzyki i literatury. Swoje zainteresowania przenieśli do języka szpitalnego, zarażając nim pozostały personel.

Nie podobało się to starszej kadrze lekarskiej i dyrekcji. Było to o tyle zrozumiałe, że kodowany język doprowadził kiedyś do nieporozumień i poważnej skargi na szpital ze strony wpływowego pacjenta. Lekarze wyszli z sytuacji obronną ręką. Zadecydowała o tym niepisana zasada stawiania solidarności lekarskiej ponad odpowiedzialność wobec ludzi i Boga. W obronie swoich interesów ustalili, że gdyby ktoś z personelu chlapnął kiedykolwiek coś nieodpowiedzialnego, to wszyscy pozostali zgodnie oświadczą, że tego dnia był pijany i nie można mu ufać.

*****

Tuż przed południem karetka pogotowia przywiozła do Grandioso nieznanego mężczyznę. Wewnątrz pojazdu znajdowała się także kobieta. Zanim zemdlała na wiadomość, że pacjent traci przytomność i wymaga natychmiastowej reanimacji, zdążyła wyjaśnić lekarzowi dyżurnemu, że jest to jej mąż.

– Co mu się stało? – Zapytał. – To bardzo ważne. Musimy to wiedzieć. To może nawet uratować mu życie.

– Nie mam pojęcia. Wczoraj był zdrowy, dziś rano poczuł się źle. W trakcie jedzenia śniadania zbladł i zaczął intensywnie się pocić. Podejrzewam, że się zatruł. Strasznie lubi pierożki z grzybami. Chyba zjadł je w nocy. Odgrzał i zjadł. To taki nocny marek. Rano widziałam pusty talerz. Tłumaczyłam mu, żeby ich nie jadł, bo za długo stały w lodówce i mogą być niedobre – wyjawiła zrezygnowana kobieta, dodając niechętnie: – Zawsze był uparty jak muł. Coś okropnego!

Chwilę później z dyżurki wyszedł, niechętnie porzucając oglądanie ulubionego programu sportowego, młody lekarz wezwany do pacjenta.

– Dokąd go bierzemy? Do sali operowej czy operetkowej? – Pielęgniarz, który zwrócił się do niego, też wydawał się być w nienajlepszym humorze.

– Co się pytasz? Na operetkę oczywiście. Z tego, co wyjaśniła jego żona wnoszę, że opera go nie interesuje.

– Czyli operetka ostatecznie?

– Oczywiście.

W dalszej rozmowie mężczyźni wyjaśnili sobie, że nie będzie to krajanie ani rzeźnia, tylko zwykłe płukanie żołądka. Pacjenta przewieziono do sali reanimacyjnej. Przebranie go, ułożenie na stole operacyjnym i podłączenie urządzeń nie zajęło wiele czasu. Pacjent majaczył, miał halucynacje.

– Albo on jest niedorozwinięty, albo za często ogląda telewizję. – Skomentowała pielęgniarka po kilku minutach. – Wiele osób już tutaj bredziło, ale ten przerósł wszystkich. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. To, co mówi, to groch z kapustą, jakieś zoo, cyrk, kronika wypadków i bajka dla dzieci wymieszane razem jak odpadki w śmieciarce.

– Nie przysłuchiwałem się. Może słyszałem jeden wyraz lub dwa. Mówi bardzo niewyraźnie jak przez sen. – Odpowiedział dyżurny lekarz zastanawiając się, czy jego ulubiony zespół piłkarski ma szanse awansu do ekstra ligi.

– Mówi całkiem wyraźnie. – Oponowała pielęgniarka. – Mogę powtórzyć ci słowa: ptak, który rusza oczami, terrorysta, pistolet maszynowy, transparent, konie, kobieta z dużymi piersiami, prelekcja, siodło i chyba nawet proletariat. – Coś z tego rozumiesz?

– Czy to ma jakieś znaczenie? – Odpowiedział zapytany, nie licząc na wyjaśnienia. Popatrzył na bladą, spoconą twarz pacjenta na stole zabiegowym. Coś go w niej zastanowiło. Przyglądał się dłuższą chwilę, po czym machnął ręką zrezygnowany.

– Jak skończymy, proszę odwieźć go na salę ogólną i monitorować jego stan. Musi się obudzić.

Kiedy wywożono pacjenta z sali reanimacyjnej, zjawiła się rejestratorka.

– Muszę zanotować dane do założenia karty informacyjnej. Pielęgniarz przeszukał ubranie mężczyzny, znalazł portfel, a w nim dowód osobisty i podał go kobiecie.

– Pożyczę na chwilę, aby zapisać datę urodzenia, serię i numer dowodu oraz adres zamieszkania. Po wyjściu z sali z ciekawości przybliżyła kartę do twarzy i głośno odczytała nazwisko Sefardi Baroka. Nic to jej nie mówiło. Dla niej był to tylko jeszcze jeden numer statystyczny.

 

2Shares