Letnie upały nad jeziorem Ostre-Upojne. Groteska. Odc. 1-13/13.

Odc. 1 Radość

Po dniach nijakich, kiedy z braku podniety ludziom głowy opadały na piersi, nastały długo oczekiwane upały. Temperatura ognia buzującego zimą na kominku utrzymywała się nieprzerwanie przez sześć dni, obniżając się tylko nocą i to nieznacznie. Mieszkańcom Zinajdy, kraju mądrych i szczęśliwych ludzi, upały pomieszały w głowie. Ludzie wyzwolili się z zahamowań uniemożliwiających im życie w pełni. Neuronowe kody usprawniły się, tworząc nowe pomysły i rozwiązania. Z dnia na dzień ludzie stawali się szczęśliwsi.

– Wreszcie nadeszły upragnione upały. I to jakie! – Wiele osób nie potrafiło pohamować okrzyków radości ze szczęścia.

Najbardziej zachwyceni stanem pogody i społeczeństwa byli lekarze. Obserwowali błogosławione skutki wysokich temperatur, robili zapiski i notatki. Swoją satysfakcję wyrażali publicznie.

– Upały zdziesiątkowały wirusa Quagga i wypaliły depresję do dna. To nas może tylko cieszyć – wyjaśniali, zacierając dłonie w białych rękawiczkach. 

W szpitalu pod wezwaniem Świętego Igry usuwano z podłogi czarne plamy.

– To ostatnie ślady depresji pacjenta niesionego wczoraj na noszach. Nie mógł iść sam, tak bardzo wirus zdewastował mu ciało i umysł – wyjaśnił Zeno, mężczyzna w sile wieku, mąż żonie i dziadek licznym wnukom. – Rozmawiałem z nim. Dziś jest już zdrów jak ryba.

Zolatea, jego żona, przytaknęła mu. Siedzieli spokojnie razem z Zygą, przyjacielem męża z lat młodzieńczych, w salonie domku wypoczynkowego położonego uroczo na leśnym wzgórku z widokiem na plażę wypełnioną po brzegi żółtym piaskiem. Całą trójką zgadzali się, że niezwykłe poczucie szczęścia w okresie zabójczej epidemii można wytłumaczyć jedynie upałem. Na plaży widzieli ludzi trzymających się za ręce, wybaczających sobie przewinienia i porzucających złe myśli. Osoby najdalej idące w akceptacji dobrodziejstw upałów w pełni tolerowali akty przemocy rządu wobec społeczeństwa i wybaczali rządzącym ich słabość chowania pod nazwiskami żon majątków pochodzących z kradzieży mienia państwowego.

– Żona jest źródłem radości w trudnych czasach – zanucił Zeno, kochający rymy i przyśpiewki. Była to pieśń o żonie pomagającej mężowi ukryć tajemniczo przyrastający majątek przed oczami opinii publicznej, o której wiadomo, że jest chciwa w swojej ciekawości, co u kogo w trawie piszczy. 

Drugiego dnia upałów wyruszyli z samego rana w trójkę na spacer po lesie. Idąc, raz gęsiego, jedno za drugim, a raz ławą, obok siebie, cieszyli się widokami. Śmiało wciskali stopy w sandałach w piach leśnej drogi, za nic mając narastający upał. Na jej otwartych odcinkach rozgrzane powietrze wydawało jęki twórczego natchnienia. Pył wznoszony przez podróżnych osadzał się jasnymi smugami na ubraniach, drzewach i krzewach.

– Pod wpływem słońca przyroda nabiera żywości – mówili, zagłębiając się w gorący piec drogi prowadzącej w głąb lasu. Po drodze mijali trzy obniżenia terenu porośnięte szuwarami po brzegach.

– O, tu było jezioro! – zawołała radośnie Zolatea, smukła małżonka Zeno.

– Wreszcie ten zbawienny upał dobije to bagno i wykwateruje dzikie ptaki, zakłócające spokój lasu swym rozmamłanym klekotaniem, szarpaniem się po szuwarach i bezsensowym nurkowaniem w zimnej wodzie. Po co to komu? – zawołał Zyga, mężczyzna nieokreślonej osobowości i struktury intelektualnej. Mówił o sobie, że ma aspiracje, musi tylko określić jakie i do czego mają one służyć.

Towarzysząca mu dwójka przytaknęła mu energicznie, podziwiając esy floresy kurzu wzniecanego przez sandały.

– Bez upału i kurzu gnuśnielibyśmy intelektualnie jak koń wypchany słomą w czasach kiedy jeszcze nie znano trocin, pierwowzoru pyłu gromadzącego się na rozgrzanej słońcem drodze – odezwał się Zeno.

Chwilę zastanawiali się nad jego słowami, oceniając ich trafność jak i filozoficzny sens.

Odc. 2 Los wirusa

Po powrocie ze spaceru oglądali telewizję. W wiadomościach wieczornych mówiono tylko o upałach i wirusie Quagga.

– Wirus przepadł na zawsze. Mamy przed sobą falę upałów, które go zabiją. Wysoka temperatura jest jego katem i gilotyną – uroczyście obwieścił wysoki urzędnik państwowy przypominający zasłużonego dróżnika kolejowego na weselu. Na początku Zolatea, Zeno i Zyga nie poznali go: był w okularach o tak cienkich oprawkach, że szkła wyglądały jak przyklejone do brwi i nosa. Miał na sobie tradycyjny garnitur urzędniczy, na nogach przykurzone lakierki, na piersi order i dwa medale.

Następnego dnia władze zorganizowały na Placu Defilad festyn poświęcony zwycięstwu nad wirusem. Na wielkiej tablicy świetlnej pokazywano temperaturę powietrza. O godzinie piątej po południu wynosiła ona trzydzieści pięć stopni Celsjusza. Każdy z uczestników festynu mógł wypróbować swoje zdolności oratorskie przemawiając na dowolny temat związany z wirusem, epidemią i upałem. Odważni mieli do dyspozycji pięć mównic ustawionych w takiej odległości od siebie, aby sobie wzajemnie nie przeszkadzać. Ludzie wstępowali na mównicę i mówili, co im rozum i ślina na język przyniosły. Płynęły deklaracje o dobroczynnym wpłynie upałów ma wirusa i epidemię. Wokół Placu Defilad ustawione były plansze z kolorowymi zdjęciami znanych już odmian wirusa Quagga w powiększeniu mikroskopowym. Pokazywano także mapy epidemiologiczne kraju. Na stoisku na północnej stronie placu sprzedawano wykonane z plastiku obrazy wirusa, na które można było pluć dla wyrażenia wrogości wobec niego i epidemii.

W nocy nadeszły nowe wiadomości. Okazało się, że wirusa można wykorzystać dla celów gospodarczych. Władze tworzyły w pośpiechu kolumny transportowe do wywozu stosów wirusów padłych w wysokiej temperaturze w miejscach, gdzie ustawiono szybko nagrzewające się w słońcu metalowe płyty. Materiał wywożono do oczyszczalni ścieków poza miastem w celu przetworzenia na nawóz naturalny.

Na początku akcja spotkała się z krytyką środowiska lekarskiego. Wkrótce służba epidemiologiczna przełamała ten opór, tłumacząc, że jest to bezpieczne a nawet konieczne. W imieniu władz sanitarnych wystąpił dyrektor Szpitala Antywirusowego pod wezwaniem Świętego Igry. Zwracał na siebie uwagę oczami tak czerwonymi jakby je wypożyczył od królika albinosa. Słuchano go z uwagą.

– Wirus Quagga to idealny nawóz. To materia organiczna składająca się z dwóch podstawowych elementów: kwasu nukleinowego, stanowiącego wirusowy genom, oraz otaczającego go płaszcza białkowego zwanego kapsydem. Służba sanitarna od dawna pracowała nad technologią utylizacji wirusa. Wysokie upały przyszły im z pomocą.

Zrzeszenie Organizacji Biznesowych przedstawiło własne plany wykorzystania wirusa. Zneutralizowany wysoką temperaturą mógł służyć  produkcji nie tylko nawozów naturalnych, ale i siatek na zakupy, moskitier i innych przedmiotów użytecznych w gospodarstwie domowym. Laboratorium Epidemiologiczne Sonda we współpracy z dwiema politechnikami pracowało nad wykorzystaniem wirusa jako przewodnika elektryczności. Okazało się, że przewodząc prąd elektryczny połączone ze sobą w sieć wirusy traciły zabójcze właściwości.

– To prawdziwa rewelacja. Wirus jest lekki, tani i mikroskopijnie mały. W dodatku występuje w dużych ilościach – wyjaśniła szefowa laboratorium.

Nie zabrakło też prześmiewców wykorzystania wirusa dla potrzeb człowieka. Propozycje w rodzaju „ natrzesz sobie ciało kremem z wirusa i świecisz nocą jak nafosforyzowana bombka choinkowa” spotykały się na szczęscie z uznaniem tylko nielicznych osób.

Odc. 3 W drodze nad jezioro

Trzeciego dnia upał nasilił się. Powietrze pulsowało tak intensywnie, że drzewa i krzewy oddalone od patrzącego o kilkanaście metrów wyglądały, jakby dostały drgawek paralitycznych. Mieszkańcy domków letniskowych od rana schodzili w dół do jeziora Ostre-Upojne trzymając się za ręce i śpiewając pieśni, jakie im się przypominały, głównie z dzieciństwa. Wszyscy mieli ten sam cel: nacieszyć się widokiem parującej wody, zanurzyć stopy w rozgrzanym piasku na plaży i zażyć gorącej kąpieli. Niektórzy spodziewali się spotkać nad wodą znajomych i odświeżyć kontakty.

W połowie drogi do jeziora trójka przyjaciół mijała rozłożysty dąb. U podstawy okalały go okrągłe kamienie oraz zwichrowana upałem  ławeczka, przypominająca artystyczną kompozycję żywych drewnianych  wygibasów. Zatrzymali się na chwilę, aby podziwiać niezwykłe dzieło natury. Z boku stała tabliczka z opisem eksponatu. Zeno głośno odczytał informację:

– Ławeczka jest naturalnym wytworem wysokiej temperatury powietrza. Została uznana za eksponat muzealny. Wkrótce zostanie umieszczona w Muzeum Upałów, współfinansowanym przez mieszkańców wsi Ostre-Upojne.

Kilkadziesiąt metrów dalej, w luce między drewnianą stodołą o postrzępionym słomianym dachu i murowanym domem mieszkalnym, podróżnicy zobaczyli grupę osób. Na przodzie stała mała dziewczynka w różowej siermiężnej sukieneczce, za nią dwie kobiety, wyglądające na jej matkę i babcię. Z boku stał mężczyzna z czarną brodą sięgającą prawie ziemi. Miał na sobie znoszony, ale w dobrym stanie, szary garnitur z dwoma rzędami guzików i sandały na gołych stopach. 

– Oryginalna grupka – mruknął Zyga. – Ciekaw jestem, skąd się wzięli i co tu robią. Wyglądają jak eksponaty muzeum figur woskowych. 

Byli to mieszkańcy domu. Zolatea znała ich dobrze i pierwsza ich pozdrowiła.

– Nie widziałam państwa co najmniej rok. Jolusia bardzo urosła. Ma piękną sukieneczkę. Panią Zofię i panią Antoninę poznaję z łatwością, ale pana, panie Józefie, to bym nie poznała. Domyśliłam się, że to pan, bo jest pan w towarzystwie żony i teściowej. Co u państwa słychać?

Obydwie grupy patrzyły na siebie z ciekawością. Mężczyzna zidentyfikowany jako Józef uznał słowa Zolatei za zachętę do wypowiedzenia się w imieniu rodziny. Przemówił donośnym głosem, dobywającym się z masywnej klatki piersiowej jak z czeluści pustego pnia dębu opanowanego przez demony. Mówił logicznie, ale dziwnie. Czuli, jakby chciał się wyspowiadać, co nie było dalekie od prawdy.

– W tak wyjątkowy dzień jak dzisiaj, gorąc wydobywa z człowieka najśmielsze pomysły. Zawsze pragnąłem ekscentrykiem, a co najmniej oryginałem. Te upały mnie zdopingowały. Wczoraj rozpuściłem brodę, okazała się dłuższa niż myślałem. Pielęgnowałem ją ostatnio tak intensywnie, że żona mi mówiła:

– Poświęcasz mi mniej czasu niż swojej brodzie.  A przecież ja też mam potrzeby.

Odc. 4 Józef i jezioro

Józef spokojnie kontynuował swoją niesamowitą historię jakby wyuczył jej się na pamięć.

– Czasem żona pyta się mnie w nocy:- Dlaczego twoja dłoń nie jest tak wdzięczna dla mego spragnionego pieszczot ciała jak dla brody? Zadając takie pytania, obnażała piersi jakby jak przed karmieniem oseska spragnionego mleka. Buchało od niej takie gorąco, że nie sposób było się zbliżyć. Zadaj mi chociaż jeden orgazm – krzyknęła w końcu zniecierpliwiona. Kiedy ją dotknąłem, doznała konwulsji rozkoszy. Wyznała mi wtedy, że była to najbardziej upojna noc jej życia, gorąca jak blacha piekarnika.

Zolatea wyjaśniła cicho swoim towarzyszom:

– Kompletnie zapomniałam, że to zboczeniec. Mówiono mi o nim we wsi, ale nie wierzyłam. A teraz masz babo placek! Opowiada nam intymne przeżycia. Upał padł mu na głowę podobnie jak innym ludziom. Oprócz nas nie ma tutaj ludzi normalnych.

Aby skierować rozmowę na bezpieczniejszy tor, zapytała:

– A jak pańskie kury, pani Józefie? Nie widzę ani jednej za ogrodzeniem. Słyszałam, że wydusił je lis. Czy to prawda?

– Ah, kury. Że też pani je pamięta! Zaczęły zdychać jak tylko nadeszły upały. Te, które ominął los szybkiego zejścia z tego świata, zabijaliśmy i jedli. Żona nieprzerwanie gotowała rosół głównie dla mnie, bo wszystkim się przejadł. Ja przepadam za rosołem zwłaszcza z cienkim makaronem ryżowym.

Kiedy przyjaciele przybyli w końcu nad jezioro Ostre-Upojne, było tam kilkadziesiąt osób. Tłum się wciąż powiększał. Wielu plażowiczów imponowało opalenizną, kilka osób wyglądało jak raki wyjęte w wrzątku.

Pod wieczór cienie smuklały w zachodzącym słońcu. Widać było jak chodzą po drzewach, idą na plażę i zanurzają się w wodzie zupełnie jak żywe istoty. Ludzie przyglądali im się z ciekawością, bo widok był nadzwyczajny: widzieć cienie poruszające się niezależnie od właściciela. Jakaś tęgawa kobieta powiedziała, że jest lekarką i wyjaśniła, że to są przywidzenia wywołane upałem.

– Powinniśmy wszyscy jak najszybciej wrócić do swoich domów, aby to się źle nie skończyło.

Nikt nie wziął jej słów poważnie. Panował nastrój wzniosłej radości, upojenia, nawet ekstazy. Woda w jeziorze była bajeczna. Kąpiący się nie chcieli z niej wychodzić. Niektórzy prowadzili rozmowy z osobami siedzącymi na brzegu.

– Będziemy moczyć się w jeziorze nieprzerwanie, dzień i noc. To nadzwyczajne przeżycie. Woda jest coraz cieplejsza. Wreszcie wygrzejemy się jak nigdy w życiu.

Zolatea, Zeno i Zyga zdecydowali się popłynąć razem przez jezioro na drugi brzeg widoczny w oddali. Ostrzegano ich, aby tego nie robili.

– Noc się zbliża. Zmęczycie się i potoniecie.

Byli dobrymi pływakami i zbagatelizowali ostrzeżenia.

– Spoko! Zrobimy to bez problemów. Nigdzie nam się nie śpieszy! Co nagle, to po diable! Mamy czasu jak jeż kolców – przekomarzali się z osobami wątpiącymi w ich umiejętności pływackie.

Na wszelki wypadek zabrali ze sobą – dla lepszego samopoczucia – małe plastikowe boje wyposażone w podłużne pływaki przypominające grube serdelki łączące linkę bojki z ciałem pływaka.

Odc. 5 Glony i wybuchy

Wieczorem w jeziorze zakwitły glony w dwóch kolorach; różowym bliżej brzegów, gdzie woda była cieplejsza, i zielonym, bliżej środka jeziora, gdzie było najgłębiej i woda była chłodniejsza. Przy świetle księżyca glony mieniły się i fosforyzowały. Zrobiło się tak jasno, że kąpiącym nie chciało się wychodzić z jeziora. Pływali i baraszkowali w wodzie, zajmując coraz większą część jego powierzchni.

Radość i zabawa skończyły się przed północą, kiedy na środku jeziora pojawiła się łódka z płóciennym daszkiem. Płynęła na wiosłach tak cicho, że nikt jej nie zauważył, dopóki nie poleciały z niej dwie petardy w kierunku zarośli przy brzegu. Kąpiący się ruszyli błyskawicznie w kierunku plaży, aby jak najszybciej ewakuować się na stały ląd. Kiedy przebrzmiały echa huku, wszyscy usłyszeli męski głos wzmocniony megafonem:

– Mówi właściciel jeziora, Jan Znojny. Ostrzegam was. Przestańcie wrzucać do wody kolorowe kulki plastiku, straszyć ryby i zrywać założone przeze mnie sieci. Wy tu jesteście dla przyjemności, ale ja żyję z jeziora. Jeśli natychmiast nie wyjdziecie z wody i nie rozejdziecie się, zrobię coś, co absolutnie wam się nie spodoba. W taki upał każdy sąd mnie usprawiedliwi. Lepiej nie ryzykujcie. Nie pomoże jeden środek, to wykorzystam drugi. Nie kijem go to pałką – tak mi podpowiada mój syn, Anzelm, i ja się z nim zgadzam. To profesjonalista. Był w wojsku i został komandosem. Jednym ciosem potrafi powalić człowieka na ziemię. Największą rybę ogłuszy uderzeniem pięści w łeb.

– Wieprzka zresztą również – dał się słyszeć z dna łódki szorstki męski głos.

– Z Anzelmem nikt jeszcze nie wygrał. Lepiej, abyście nie spotkali go na swojej drodze. Osobiście nie mogę wam zakazać kąpieli w jeziorze, bo takie jest prawo, ale mogę tak obrzydzić wam pobyt tutaj, że rodzona matka was nie pozna! Chcę was też ostrzec, że jezioro jest niebezpieczne, zwłaszcza nocą. Utonął tuj niejeden dobry pływak. Ich szczątki leżą na dnie jeziora. Żyją tutaj wspaniałe węgorze. Abyście zrozumieli dobrze, o czym mówię, dodam, że węgorze żywią się padliną.

Po jego słowach od strony łódki dały się słyszeć wzmacniane przez megafon rzężenia, charkot i jęki, jakby ktoś zanurzał człowieka pod wodą, aby go wykończyć. Wszyscy domyślali się, że jest to nagranie, ale nikt nie był pewien, czy nie dzieje się to naprawdę.

Starszy, siwy mężczyzna z włochatym torsem głośno uspokajał osoby stojące na brzegu:

– Nie przejmujcie się. Znam dobrze Jana Znojnego. Głos to może i ma kapitana wielkiego parowca, ale sam jest drobnej postury, waży nie więcej niż roczny baran. Jego syna, Anzelma, nie widziałem, ale słyszałem, że posturą niewiele różni się od ojca, z tym że jest moczymordą i rozrabiaką. Tyle mogę powiedzieć, bo tyle wiem. A wiem to na pewno.

Zolatea, Zeno i Zyga zawrócili w kierunku plaży, skąd wyruszyli. Kiedy wychodzili na brzeg, upał nasilał się. Glony gdzieś znikły albo też przestali je widzieć. Na brzegu spotkali ludzi żywo dyskutujących, co się stało. Byli zdezorientowani. Między drzewami przepływały fale gorącego i chłodniejszego powietrza, mieszając się ze sobą. To wzmagało niepokój. Większość plażowiczów ubierała się w pośpiechu.

Odc. 6 Wiara Józefa

W drodze powrotnej przy dębie czekał na nich Józef. Zatrzymał ich podniesioną otwartą prawą dłonią, wyprostowany i jeszcze bardziej uroczysty niż poprzednim razem. Miał na sobie nową zdobną suknię, broda była jeszcze bardziej połyskliwa i czarniejsza, czapka na głowie obrzeżona szeroką złotą wstęgą przypominała koronę. Oczy mu płonęły.

– Mam ważną rzecz do oznajmienia. Kiedy odeszliście stąd nad jezioro, naszedł mnie głęboki sen, a z nim powołanie. Zobaczyłem wszystko jak na dłoni. Upał to symbol ognia, jedyny możliwy do ogarnięcia umysłem przez człowieka. Nawet żona przyznała, że mój sen był nadzwyczajny i że powołanie jest prawdziwe. Teraz uważajcie: zakładam nowy kościół “Wiary Odrodzonej w Ogniu”. To rzecz poważna, a nie jakaś sekta religijna jakiegoś Józefa pod hasłem “Bóg Odnowiony”.

Zolatea, Zeno i Zyga popatrzyli po sobie. Józef stał na drodze jak posąg i przemawiał. Było to coś nowego. Nigdy tak się nie zachowywał. Był spokojnym rolnikiem, hodującym krowy i kury, sprzedającym jajka i nabiał. Czasem wynajmował jeden lub dwa pokoje letnikom.

– Stara wiara jest martwa. Przejadła się całkowicie, wszystkim, nie tylko mnie. Ludzie chodzą do kościoła, ale to nic nie zmienia w ich sercach i sumieniach. Pozostają klocami drewna bez czucia i wrażliwości na drugiego człowieka. A nam potrzeba miłości. Mój kościół będzie kościołem miłości i miłosierdzia, dobroci i radości. Będzie cenić to, co jest wypukłe a nie wklęsłe. Przede wszystkim w sztuce. Wklęsłość niesie ze sobą fałsz. Bagno jest wklęsłe. A kopuła kościoła i góra są wypukłe. To ważna symbolika.

– Z czego będzie się utrzymywać pański kościół Wiary Odrodzonej w Ogniu? – głos Zygi brzmiał jak nigdy poważnie. 

Odc. 7 Kościół nowej wiary

Józef odpowiedział bez wahania:

– Mam pomysły. Muszę je jeszcze dopracować. Jeden to artystyczna obieralnia warzyw i owoców. Będziemy prowadzić warsztaty twórcze. W te okolice przyjeżdża każdego roku masa turystów, jest też coraz więcej rodzinnych domków wypoczynkowych. Wielu ludziom bardzo podoba się sposób, w jaki moja żona i teściowa obierają owoce i warzywa, jak je kroją we wzory, jak układają na tacach, jak je zdobią, pieką, smażą i gotują. Ludziom podoba się także to, że nie pozostawiają odpadków. To, co zostaje, jest w całości wykorzystywane w gospodarstwie. 

– Czy to wystarczy na potrzeby pańskiego kościoła? – zapytał Zeno sceptycznie. Józef popatrzył na niego uważnie.

– To nie wszystko. Nowy kościół jest jak nowy biznes, trzeba go rozkręcić. Na początku będziemy musieli sprzedać lub wynająć stary kościół. Jest praktycznie niewykorzystany. Jeśli nic z nim nie zrobimy, rozsypie się pozostawiając po sobie gruzy. Tego na pewno nam nie potrzeba. Porozmawiam z proboszczem, sam się tym zajmę. Ma do mnie zaufanie. Wiary i religii trzeba nauczać na otwartym powietrzu, więc murowana świątynia nie jest potrzebna.

– Czego będzie pan jeszcze nauczać w Kościele Wiary Odrodzonej w Ogniu?

– Równości mężczyzn i kobiet, wyświęcania kobiet na duchowych przewodników, wcześniejszej inicjacji seksualnej, bo krajowi potrzeba dzieci.

– A homoseksualizm i LGBT? – nieustępliwie ciekawski Zyga pragnął zaskoczyć Józefa kłopotliwym pytaniem.

Zapytany myślał chwilę. Czapka przechyliła mu się na bok, nawet tego nie zauważył.

– Jeśli Bóg stworzył takich ludzi, to znaczy, że i my musimy ich zaakceptować. Koniec, kropka. Przestańmy oczy mydlić tym LGBT, o którym wszyscy mówią. Są ładni chłopcy i mężczyźni to i mogą podobać się sobie nawzajem. Podobnie jest z dziewczynami i kobietami. Nic złego nikomu nie robią. Nic na to nie poradzimy – Józef opuścił głowę i głaskał brodę w zamyśleniu.

– Tyle inicjatyw na raz – westchnął Zyga, kiedy rozstali się z Jozefem. – Nowy Kościół Wiary Odrodzonej w Ogniu, obieralnia artystyczna warzyw i owoców, sprzedaż lub wynajem starego kościoła, nauczanie wiary na otwartym powietrzu. Dla mnie to nie są dowody, że chłop zwariował. W tym co mówił, są piękne idee. Jest w nich głębia. W miarę jak rozwijał temat, sam zapalał się zupełnie jak Józef.

– Według mnie Józefowi chodzi także o recykling, zagospodarowywanie wszelkich odpadów. To oznacza czystość środowiska. Połączenie wiary w Boga z ochroną przyrody! Albo długie brody u mężczyzn! Nie potrzeba golarek, mitrężenia czasu przed lustrem, kremu do golenia; to także oszczędność wody. Że też nie od razu to zauważyłem! Muszę z nim porozmawiać! Tak, muszę z nim porozmawiać. Koniecznie!

Zolatea popatrzyła na niego z niepokojem. Przestraszyła się. Zeno pozostał spokojny; pochylając głowę w bok Zyga mrugnął do niego szelmowsko.

Odc. 8 Kobieta od wiśni

Wracali przez las pylistą drogą. Był już prawie wieczór. Przyjemność sprawiało im wzbijanie tumanów kurzu. Patrzyli jak układa się na drzewach w różne wzory. Upał zelżał nieznacznie, nie więcej niż o jeden lub dwa stopnie Celsjusza. Naprzeciwko działki Zeno i Zolatei z domkiem „Leśna Oaza” stała za płotem kobieta. Obok niej stał syn, dwójka pozostałych chłopców bawiła się dalej na działce. Byli to piękni chłopcy, najstarszy, stojący przy matce uśmiechał się nieśmiało. Miał na sobie koszulkę z napisem „Upał w górę, serca w górę”. Oboje dyszeli z trudem. Otwierali usta i chwytali gorączkowo powietrze.

– To ten upał. Oddycham jak polarna kura wrzucona do pieca hutniczego – głos kobiety z trudem przedostawał się przez spieczone usta.

Wędrowcy wdali się w rozmowę.

– Ładnie się pani zagospodarowuje. Domu jeszcze nie ma ale jest już altanka, szopa na narzędzia, zjeżdżalnia dla dzieci i sporo drzewek owocowych.

– Założyłam ogród kilka dni temu. Akurat zanim nadeszły upały. Przywieźli nam nie sadzonki, ale duże drzewka owocowe. 

– Czyli właściwa rzecz we właściwym czasie – zasugerował Zeno.

– Najbliżej płotu rośnie ciepłolubna wiśnia. Dobrze, że taką odmianę kupiłam. To egzotyczny okaz prosto z Afryki. Jak znalazł na upały. Drzewko ma już pierwsze owoce, wiśnie piąstki małego dziecka. Słodkie jak maliny. Wczoraj o godzinie ósmej rano zaczęliśmy liczyć. Było osiem wiśni. W południe było już szesnaście. Liczba owoców na drzewku podwaja się trzy razy dziennie. Wkrótce wiśnia tak będzie zawieszona owocami, że gałęzie mogą się połamać.

Kobieta i chłopiec brali do ust dojrzałe wiśnie i jedli. Gęsty sok ciekł im obficie po brodach. Obok działki przechodził starszy tęgawy turysta. Miał na sobie czarny sweter i długie spodnie, na twarzy okulary z grubymi soczewkami. Rozglądał się z ciekowością dookoła. Widząc kobietę i chłopca z twarzami ociekającymi czerwienią, przeraził się. Stanął w miejscu i drżał jak liść osiki. Nikt nie wiedział co robić. Kilka minut później przyjechali po niego żona i syn. Przywieźli ze sobą wielki wentylator. Syn uruchomił go kablem podłączonym do akumulatora samochodu i skierował strumień zimnego powietrza na ojca.

– Tata najpierw musi solidnie schłodnieć, zanim wróci do siebie. Jest bardzo wrażliwy na ludzką krzywdę. Widząc ofiarę przemocy reaguje natychmiast drżeniem ciała. Powoli dojdzie do siebie. U nas w rodzinie to normalne. W te potworne upały nie takie rzeczy się zdarzają. W nocy także będzie upalnie. Pilnujcie się państwo.

Odc. 9 Wieczorne rozmowy

Następnego dnia – wciąż trwały upały, gorąco było nawet nocą – świat wokół „Leśnej Oazy” zmienił się nie do poznania. Już w południe trawa była wypalona do cna, obnażając szarość ziemi.

– Prawdziwa Australia – cieszył się Zeno i w największy upał polewał rośliny strumieniem zimnej wody. – To wywołuje wstrząs termiczny. Jedynie on może pobudzić do życia roślinność pogrążoną w cieplnym letargu.

Miał rację. Po zakończeniu podlewania siedzieli we trójkę na werandzie i patrzyli z radością, jak zieleń wokół domku wraca do życia.

Wieczorem Zolatea przyniosła małe wiaderko poziomek zebranych na działce.

– Obficie polane zimną wodą poziomki nabrały wigoru i dały owoce większe i słodsze niż zazwyczaj – zauważyła. Nigdy wcześniej nie zebrałam tak urodziwych poziomek jak dzisiaj. Są dwa razy większe i pachną jak perfumeria. 

Jedząc poziomki ze śmietaną rozmawiali o rodzinie i dzieciach. W telewizji pokazywano dwa małżeństwa z dużą ilością dzieci. W obydwu przypadkach była ich cała gromada, każde w innym wieku, o różnej budowie ciała i wyglądzie, różnych zainteresowaniach. Rodziny mieszkały w dwóch krajach, jedna w Meksyku, druga w Belgii. Były utalentowane do tego stopnia, że nazywano je cudownymi dziećmi. Najmłodszy synek rodziny belgijskiej, o imieniu Pierre-Claude, był utalentowany muzycznie i wokalnie. Kiedy słyszano jego śpiew, natychmiast zapraszano go do zapisania się do chóru. W Gandawie, gdzie mieszkała rodzina, miał zaproszenia na występy publiczne z kościoła, rady miasta oraz szkoły, gdzie się uczył. Wkrótce sam król Belgii Cornelius II poprosił go, aby grał na fortepianie i śpiewał pieśni na weselu jego córki wychodzącej za mąż za księcia Yorku.

Wesele okazało się niezwykle udane. Wszyscy byli zachwyceni oprawą wokalno-muzyczną w wykonaniu Pierre-Claude’a. Panna młoda trzy razy rzucała wianek za siebie, trzy razy łapała go ta sama kobieta o imieniu Lucylle. Mimo, że nie była zbyt urodziwa, miała ogromne powodzenie. W ciągu zaledwie kilku dni kilka razy wyszła za mąż. Opowiedziała o tym swoim druhnom.

– Nie chwalę się i nikomu oprócz was tego nie mówię, ale jestem w trzech szczęśliwych małżeństwach. Zawsze chciałam się sprawdzić w wielożeństwie. Dotychczas przodowali w tym mężczyźni, teraz nastał czas kobiet. Każde z moich małżeństw zawarłam w innym mieście, niezbyt oddalonym od siebie, co daje mi łatwość szybkiego przenoszenia się. Dzięki wielkim upałom przeżywam potrójnie upojne noce, gorące, pełne namiętności. Mam trzech wspaniałych mężczyzn, trzy domy, trzy źródła dochodów. Czuję się naprawdę szczęśliwa.

Odc. 10 Wielożeństwo i odkrycia

Na pytanie, czy tego rodzaju postawa jest słuszna moralnie i społecznie, Lucille odpowiedziała:

– Wielożeństwo jest piękną sprawą. Jest ono możliwe tylko w niektórych krajach świata, na szczęście także w Belgii. Dzięki wyzwoleniu się kobiet, mają one dzisiaj swobodniejsze podejście do życia i miłości podobnie jak zawsze mieli je mężczyźni, nawet duchowni. Życie i miłość muszą być na luzie, nieskrępowane okowami przesądów. Przesądy to straszna rzecz. Przesądem było to, że kobieta musi wyjść za mąż za mężczyznę, którego wybrali jej rodzice. Moja babcia cierpiała z powodu tego przekonania tak bardzo, że z rozpaczy rzuciła się do rzeki, aby skończyć swoje życie. Na szczęście nie utonęła; uratowało ją trzech mężczyzn przepływających obok łódką. Byli niezwykle przystojni, uroczy i szarmanccy. Zakochała się we wszystkich trzech. Wbrew rodzicom i ówczesnym zwyczajom postanowiła uszczęśliwić miłością wszystkich swoich wybawców. W krótkim czasie zawarła trzy małżeństwa. Nie lubiła rozgłosu, zrobiła więc to po cichu. Była dla mnie wzorem odwagi i skromności.

– Wielożeństwo – wyjaśniała potem druhnom – to wspaniały wynalazek. Zamiast uszczęśliwiać jednego mężczyznę, uszczęśliwiasz od razu kilku. Przez wieki z tego przywileju korzystali mężczyźni, mając po kilka żon. Bardziej ambitni mieli nawet cały harem. Teraz to się zmieniło. Kobiety odzyskały należną im moc. Inaczej traktują siebie i mężczyzn. Ma to pełne uzasadnienie biologiczne i społeczne. Mężczyźni potrzebują dużo ciepła, którego dostarczyć im może tylko kobieta. Upały zwiększają potencjał ciepła w kobiecie. Kobieta nie zużywa się w miłości jak mężczyzna, który co jakiś czas wiotczeje podobnie do meduzy wyrzuconej przez falę na piaszczysty brzeg, czekając na przypływ, aby dojść do siebie.

Druhny poruszone jej opowiadaniem dzieliły się swoimi wspomnieniami. Nie mając doświadczeń małżeńskich, miały sporo obserwacji miłosnych. Kiedy Lucille skończyła, biły jej brawo tak intensywnie, że temperatura podniosła się o dwa stopnie. Tak twierdziły, nie była to jednak prawda.

– Temperatura powietrza wzrosła nagle wskutek nadejścia nowego frontu ciepła – mówili meteorolodzy w telewizji.

Dla Zygi upalne dni w Leśnej Oazie były czasem odkryć. Czuł się jak Krzysztof Kolumb na dziobie statku Santa María patrzący w nieskończoną dal zasnutą mgłą niepewności i nadziei. W ciągu kilku dni dokonał dwóch odkryć: magnetycznej moskitiery w drzwiach oraz bojki asekuracyjnej do pływania na jeziorze. Obydwa odkrycia udokumentował zdjęciami czyniąc sobie zarzuty, że wcześniej nie dokonał tych odkryć. Rozmawiał o tym z przyjaciółmi.

– Muszę być wobec siebie uczciwy. Nie miałem w sobie uważności i ciekawości, jaka normalnie towarzyszy średnio rozwiniętemu mężczyźnie. Dopiero upał wyzwolił we mnie pełen potencjał odkrywczości, zaostrzając zmysły obserwacji i intuicji, stanowiące podstawę wszelkiej genialności. Zawsze pragnąłem być odkrywcą. Teraz to się ziściło. Kilkakrotnie powtórzył to sobie w duchu, aby upewnić się, że nie śni.

Odc. 11 Gubernator Głowa

– Takiego myślenia musimy uczyć w szkołach, a nie wychowania seksualnego, o którym każdy wie, że prowadzi na manowce. To dlatego mamy tyle pożarów w kraju – wtrącił wójt wsi Duże Pożarne, uczestniczący w dyskusji na temat sportu i zachowań społecznych. Nie wszyscy rozumieli, co ma na myśli.

– Wójt jest trochę dziwny od czasu, jak objął władzę, ale już przyzwyczaiły się do tego. Każdemu władza uderza do głowy – mieszkańcy wsi nie kryli się z publicznym wyrażaniem swoich poglądów i uczuć.

Od czasu pojawienia się upałów reprezentacja narodowa siatkarzy wygrywała mecze jeden po drugim z łatwością graniczącą z cudem. Mieszkańców domku wypoczynkowego „Oaza Radości” ogarniała wtedy euforia.

Zaraz po siatkarzach wystąpiła w telewizji znana i szanowana osobistość. Był to gubernator Głowa. Pełnił on ważną rolę regulując mechanizmy złożonej struktury społecznej jaką jest państwo. Nie dla wszystkich obywateli Głowa był postacią godną podziwu czy choćby uwagi. Byli i tacy, co kręcili nosem na jego zachowania publiczne.

– Głowa taki, Głowa siaki, Głowa owaki – mówili osobnicy nie darzący go sympatią.

Drugiego dnia upałów Głowa wyraźnie ożył. Wygłaszał poglądy śmielsze niż zawsze, zachwycał oryginalnością myśli, szlachetnością intencji, imponował doświadczeniem i mądrość życiową. Pozdrawiał serdecznie tłumy wiwatujące na jego cześć i obiecywał poprawę warunków bytowych, tani transport i lepszą edukację.

– Nie mogę obiecać tylko lepszej pogody, bo jest już doskonała. Upały sprzyjają myśleniu, działaniu, zabijają wirusa i ożywiają inicjatywę.

Bardziej uczuciowe kobiety przesyłały mu dyskretnie pocałunki, bardziej religijne oferowały mu także modlitwy jako dowód podzięki za to, co robi dla kraju. Ludziom w potrzebie Głowa obiecywał różnego rodzaju pomoc a nawet wsparcie finansowe.

– Nie będzie tego dużo, bo z pustego to i Salomon nie naleje, ale zawsze podreperuje to wasze budżety rodzinne. Proście mnie, a otrzymacie. Mam wpływy w rządzie. Jestem lubiany, to zrobią dla mnie wszystko. Dajcie mi tylko trochę czasu. Czas to pieniądz – żartował na koniec, wzbudzając falę entuzjazmu.

– Nikt nie jest tak dowcipny jak gubernator Głowa – odezwały się głosy.  

O godzinie szesnastej odezwały się dzwony kościelne i twarz gubernatora stężała z napięcia, po obu stronach szyi żyły napięły się jak powrozy.

– Jeśli sądzicie, że wiecie, jak potwornie trudne jest życie gubernatora, to się mylicie. Podejmuję decyzje tak ważkie i brzemienne w skutkach, że dziwię się samemu sobie, że do tej pory jeszcze nie oczadziałem, że tak powiem. Jest to cierpienie nie do zniesienia. Właściwie to nie powinienem się w ogóle martwić, ponieważ dziewięćdziesiąt dziewięć procent moich decyzji jest słuszne; mniej udanych decyzji jest tylko jeden procent, mimo tego że się nieprzerwanie uczę dobrego gubernatorstwa. Ale to mnie martwi do szaleństwa. Właśnie ten jeden procent. On śni mi się po nocy i dusi mnie jak zmora. Czuję wtedy, że kiedy podejmuję te decyzje to jakbym podnosił platformę z trzema ciężarówkami z pełnym ładunkiem śrub do młockarni.

Odc. 12 Edukacja i biczowanie

Upały sprzyjały śmiałym reformom, dokonywaniu rzeczy przełomowych. Każdy wiedział, że zmiany są nieuniknione. Świat się walił i palił. Ludziom gotowało się w głowach.

– Wszystko będzie nowe i lepsze – zapowiedział brodaty mężczyzna w telewizji.

Na początku nie było wiadome, kto to taki i o czym mówi. Potem pojawiła się informacja, że to nowy minister edukacji, ale mało kto w to wierzył, bo wyglądał bardziej na pobożnego pustelnika zajmującego się uprawą warzyw niż na ministra edukacji.

– Może rzeczywiście jest to Jakub Lespuniok, nowy minister edukacji, człowiek o śmiałych myślach z głową w płomieniach. Stało się to zrozumiałe, kiedy minister wyjaśnił:

– Żar lejący się z nieba przyniósł mi do głowy nowe pomysły. Są one na miarę osiągnięć wielkich odkrywców Marko Polo, Krzysztofa Kolumba, Vasco da Gamy i tych grotołazów, co to dwa lata temu zeszli pod ziemię, aby eksplorować Jaskinię Wężową i jeszcze nie wyszli – entuzjazmował się, gestykulując prawą dłonią.

Rodzice młodzieży szkolnej wiwatowali na jego cześć, kiedy zapowiedział, że będzie dużo lekcji religii oraz ważne dzieła ojców i doktorów kościoła w literaturze obowiązkowej.

– Dzieciom potrzeba poważnej wiedzy biblijnej a nie płochej literatury klasyków. Literatura światowa nam się przejadła. W programie nauczania będą też gry o tematyce biblijnej „Kain zabija Abla”, „Przemiana Żony Lota w Słup Soli”, „Sodoma i Gomora”.

Przed wyjazdem z domku „Leśna Oaza” Zeno, Zolatea i Zyga rozmawiali o świadomości. Była to rozmowa służąca dojściu do poważnych wniosków.

– Wydaje się, że wielodniowy upał wypalił wielką dziurę w świadomości ludzkiej – zaczęła Zolatea.

– Nic nie ma sensu a równocześnie wszystko ma sens – powiedzieli mężczyźni i poważnie pokiwali głowami.

– Świat stanął dęba a potem obrócił się do góry nogami. Nie zdziwię się, jeśli ludzie zaczną chodzić na czworaka jak zwierzęta a zwierzęta na dwóch nogach jak ludzie. Wszystko jest możliwe – dodał Zeno.

– To już się spełniło, bo kangur chodzi na dwóch nogach, podobnie też orangutan – wtrącił Zyga – Widziałem to w telewizji – usprawiedliwiał się, kiedy Zolatea i Zeno popatrzyli na niego z ciekawością.

W drodze powrotnej z wakacji widzieli procesję biczujących się księży. Szli gromadnie jak na pielgrzymce obnażeni od góry do pasa, wydając okrzyki bólu i radości. Krzyczeli głośno, co czują i czego pragną.

– Walą prawdę jak z armaty, sieką nią jak biczem po oczach. Prawdziwe zuchy – entuzjazmował się Zyga.

Procesja zatrzymała się przy niewielkim placyku. Do ludzi stojących w pobliżu i przyglądając się księżom przemówił starszy już biskup o twarzy przedwcześnie dojrzalej, z nosem w formie przyduszonego ziemniaka. Mówił otwarcie patrząc ludziom w oczy.

– Upał wypalił w nas grzeszne myśli. Już nigdy nie dotknę małego chłopca, żeby nie wiem jak łasił się do mnie i prosił a nawet błagał, abym go głaskał po głowie.

– Dzieci są podstępne – dorzucił włochaty, chudy jak tyka ksiądz, uderzając się po plecach pejczem wykonanym ze skóry szorstkowłosego kucyka. Jego plecy zaczerwieniły się tak intensywnie, że nie sposób było je dostrzec w promieniach palącego słońca. Wyglądały jak czerwona płachta na byka.

Odc. 13 (ostatni) Podziękowania

Upały pozostawiły kraj w pełni szczęścia, niszcząc niedobre myśli i wspomnienia. Objęło ono wszystkie warstwy społeczne, po równi biednych i bogatych. Najbardziej cieszyli się z upałów rządzący. Wyrażali tę radość przyznając ordery i wysokie nagrody pieniężne wybitnym działaczom społecznym.

W imieniu władz państwowych przemówił gubernator Głowa:

– Jesteśmy wdzięczni Bogu za upały, ten dar prosto z nieba. Wypaliły w nas całe zło. Ogień piekielny nie uczyniłby tego lepiej. Radujmy się i ściskajmy z tego powodu nawet z naszymi przeciwnikami i wrogami. Jesteśmy także wdzięczni kościołowi za pomoc w realizacji planów uszczęśliwiania społeczeństwa.

– Wszyscy jesteśmy bliźnimi – wołali słuchający go ludzie, śląc uśmiechy na prawo i na lewo.

Wieczorem w Katedrze Wielkopańskiej wielebny ojciec Szczurek poprowadził modły o nowe, jeszcze większe upały. Zakończył słowami błogosławieństwa i życzeniami:

– Oby znowu nastały dni upalnej radości dla ludzi, zwierząt i roślin.

Wierni wstawali z ławek i klęczników przywołując to, co każdy uważał za najważniejsze:

– Jedność przyrody i człowieka! Trąby jerychońskie! Niech żyje miłość bliźniego, nawet jeśli jest on wredny! Precz z wirusem. Precz z nepotyzmem i sobkostwem, jakie wywołał.

Radości nie było końca. Pod koniec modłów wystąpił wysoki urzędnik państwowy ubrany jak zawsze: tradycyjny garnitur urzędniczy, na nogach czarne lakierki, na piersi order szczególnych zasług urzędniczych.

– Wybaczcie nam podłość i głupotę jeśli zrobiliśmy coś niewłaściwego, coś komuś odebrali lub nie daj Boże ukradli. W okresie wszechwładnego panowania wirusa wiele osób straciło rozum i różne dziwne zdarzenia miały miejsce. Pozostałe po nim zło, a jest go niemało, będziemy konsekwentnie usuwać nie żałując sił i środków.

– Rozumiemy was i wybaczamy – wołali wzruszeni jego szczerością wierni. Kradzież jest szlachetna, jeśli zabiera się tym, co mają, i oddaje tym, co mają mniej lub nic nie mają, nie zapominając oczywiście o sobie. Pamiętajmy o piśmie świętym: „Kochaj siebie samego jak bliźniego swego”.

Na zakończenie wielebny ojciec Szczurek zaintonował psalm pochwalny „Dzięki Ci, Boże, za wielkie upały”.

Michael Tequila
Gdańsk, 7 lipca 2021

0Shares

Człowiek z taczką. Opowiadanie. Odc. 1-3/3

Odc. 1/3 Spotkanie nad jeziorem

Pierwszy raz zobaczyłem go na początku maja, kiedy buki i brzozy pobliskiego lasu pyszniły się już zielonością, jak pchał wyładowaną ziemią taczkę w kierunku jeziora. Był młody, miał na sobie czerwoną koszulę w kraty i podniszczone, jasne, długie spodnie. Towarzyszyły mu dwa figlujące nieprzerwanie psy rasy Jack Russel.

Obserwowałem go kilka minut, nie wychodząc z samochodu. Przyjeżdżałem tu, aby jak zwykle pochodzić po lesie. Od początku epidemii robiłem to regularnie, dwa razy w tygodniu. Stało za tym przekonanie, że wirus może dopaść człowieka wszędzie z wyjątkiem lasu.

Za trzecim razem, kiedy zatrzymałem się na kawałku dzikiej murawy między drogą a siatką ogrodzenia, mężczyzna jak zwykle odbywał swoją wędrówkę z taczką w kierunku jeziora. Nie wszyscy ludzie lubią, aby im przeszkadzać, kiedy pracują, dlatego się wahałem, zanim ośmieliłem się zagadać. Poczekałem, aż znalazł się kilka metrów ode mnie i wysiadłem z samochodu. Nie zdziwiło go, kiedy szedłem prosto w jego kierunku, był już chyba przyzwyczajony do mnie i do samochodu. Zatrzymał się, oparł nóżki taczki o ziemię, otarł pot z czoła i pozdrowił mnie. Odpowiedziałem pozdrowieniem.

Pięknie tu – zacząłem z przekonaniem, bo rzeczywiście była to piękna okolica: po lewej stronie jezioro Onta, po prawej wzgórze, w głębi stary las, miejsce moich spacerów i marszów. – Te widoki. Mieszka pan w cudownym miejscu. Wzgórza, woda, lasy. Nowenna to przyszłościowo najlepsza dzielnica miasta. Widzę, że wywozi pan ziemię. Będzie się pan budować? – Zapytałem, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.

Nawiązaliśmy rozmowę. Mówił chętnie. Miał na imię Alfred. Miałem wrażenie, że rozmowa była dla niego pretekstem, aby odpocząć. 

Miał narzeczoną z bogatego domu. Planowali pobrać się. Jej ojciec, znany przemysłowiec, był zdecydowanie przeciwny ich planom. Arnika, jego narzeczona, opowiedziała mu, co ojciec mówił jej o ich związku. Rozmawiała z nim na temat wybranka swojego serca nie jeden ale wiele razy. Ojciec nie owijał spraw w bawełnę.

– To człowiek bez charakteru i przyszłości. Bo co to za zawód – fryzjer?! Stać cię na dużo lepszą partię. Możesz zostać żoną człowieka, który jest dyplomatą, przemysłowcem czy dobrze zapowiadającym się naukowcem. Ten twój fryzjer kiedyś się zagapi i przypali włosy klientce elektryczną lokówką, i wtedy skończy się jego sława artysty fryzjerstwa.

– A co miałby twoim zdaniem zrobić, aby przekonać ciebie, że jest człowiekiem z przyszłością?

– Musiałby udowodnić, że jest coś wart. Zrobić coś imponującego, aby zasłużyć na ciebie.

– Na przykład, co?

– Na przykład zbudować dom. Nie jakiś domek, tylko coś naprawdę pięknego, abyśmy nie musieli się wstydzić przychodząc do ciebie w odwiedziny.

– Na szczęście negatywna opinia ojca nie zraziła Arniki do mnie. Potrafiła bronić swoich racji. Gotowa była czekać na mnie. Powiedziała mi tylko „byle nie za długo”. To było zrozumiałe, zgodziłem się. Ostatecznie sprawa stanęła na domu. Powiedziałem jej, że zbuduję dla niej wspaniały dom. Taki, z którego naprawdę będzie dumna.

Alfred przerwał. Odwrócił głowę w kierunku powiększającej się wyrwy w ziemi i przyglądał się jej przez chwilę. Poszedłem za jego wzrokiem. Było to urocze miejsce. Działki po bokach były niezbudowane. Były to niegdyś  ogrody z krzewami i drzewami owocowymi, różowymi, białymi i czerwonymi o tej porze roku. Dalej, patrząc w kierunku lasu, stał dom  z dużym gankiem i kolumnami. Z daleka było już widać, ze budował go chyba architekt zakochamy w budownictwie śródziemnomorskim.

– Jak pan widzi, przygotuję miejsce pod fundamenty – przerwał moje zamyślenie taczkarz. Zaciąłem się, robię to sam, aby udowodnić sobie i jej ojcu, że dam radę. Chyba bardziej sobie niż jemu. 

Słuchając, przyglądałem się człowiekowi. Było w nim coś niezrozumiałego, zastanawiającego: szorstkość przemieszana z delikatnością, zwierzęcy upór zintegrowany z duszą artysty, jakiś dysonans, rozbieżność. Miał uduchowioną twarz męczennika i dłonie wirtuoza fortepianu. Nie musiałem sobie tego wyobrażać, bo zdjął z jednej ręki roboczą rękawicę, aby dać odpocząć dłoni. Te atrybuty męskiej urody były jakby doczepione do nóg, rąk i korpusu wysportowanego, proporcjonalnie zbudowanego, mężczyzny. Pomyślałem, że Arnika dobrze wybrała.

Odc. 2/3 Samotnik

Wracając do domu zmęczony intensywnym marszem po lesie, nie mogłem przestać myśleć o człowieku z taczką. Tak mi się kojarzył, tak go sobie zapamiętałem. Nie jako Alfreda, ale jako człowieka z taczką. Nigdy nie widziałem go inaczej. Stanowili parę zrośniętych ze sobą istnień, człowieka i przedmiotu. Nie potrafiłem nazywać go taczkarzem, choć byłoby to najwłaściwsze bo to profesjonalny termin.

Ojciec Arniki uważał go za gołodupca. Może nie dosłownie, ale taki to miało sens. Uznałem postępowanie jej ojca za haniebne. Było haniebne, bo ten mężczyzna, choć był tylko fryzjerem, zasługiwał na coś znacznie lepszego. Dla mnie był człowiekiem z charakterem. Miał swoje ideały. Zdecydowanie stałem po jego stronie.

Historia Alfreda poruszyła mnie do głębi. Ilekroć jechałem, aby odbyć kondycyjny antywirusowy marsz po lesie, zadawałem sobie pytania:

Z zawodu jest fryzjerem. Jak doszło do ich pierwszego spotkania a następnie wzajemnej fascynacji sobą? Prawdopodobnie Arnika zjawiła się u niego jako klientka. Ale jak doszło do zaprzyjaźnienia się a następnie zakochania się z wzajemnością? Mężczyźni-fryzjerzy i ich klientki nie zakochują się w sobie; to brzmi prawie jak banał. A jednak!

Wkrótce dowiedziałem się, że nazywa się Alfred Tarota, powszechniej znany jest jednak jako Fredo. Był to jego zawodowy pseudonim. Coś zagrało w mojej pamięci. Córka kiedyś wspomniała mi to imię, była jego klientką. Fredo był artystą sztuki fryzjerskiej, czesały się u niego panie z towarzystwa. Niektóre kobiety uważały go za super stylistę, niezrównanego mistrza fryzjerstwa damskiego.

Kiedy następnym razem zapytałem go, czy to wszystko jest prawdą, potwierdził.

– Fryzjerstwo zawsze było moim ulubionym zawodem. Jestem fryzjerem artystycznym. Teraz niestety mam mniej czasu, aby się tym cieszyć. Dzielę życie między zakład fryzjerski a budowę domu. Z konieczności mniej się udzielam towarzysko. Nie jest to dobre rozwiązanie, ale nic na to nie poradzę. Dzięki mojej pracy poznałem Arnikę i to jest najważniejsze.

Obserwowałem Fredo regularnie przez cały sezon letni i wiosną następnego roku, jak wywozi ziemię na brzeg jeziora. Czytałem także o nim w prasie. Sprawa stała się głośna, bo w grę wchodziła niepowszednia historia miłosna. Wraz z informacjami pojawiły się zdjęcia Fredo z taczką i dwoma nieodłącznymi psami, omawiano nawet postępy prac. Potem sprawa ucichła.

Zapytany przeze mnie, dlaczego nie wynajmie firmy, która szybko przygotowałaby miejsce pod fundamenty korzystając z koparki, fryzjer zaskoczył mnie swoją odpowiedzią:

– Ziemia jest święta. Nie można jej szarpać bezduszną maszyną. Dlatego robię to ręcznie. Mam siłę i cierpliwość. Kiedy postawię już dom będę mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

– I wykonania monstrualnej roboty – dodałem. – Zapiszą pana w księdze rekordów Guinnessa.

– Nie zależy mi na tym.

Rozmawiając ze mną, uśmiechał się cały czas. Była w nim dobroduszność, wiara i upór, których nie rozumiałem. Pracował sam, cierpliwie, dzień po dniu po zakończeniu pracy w zakładzie fryzjerskim, czasem nawet w sobotę i niedzielę, aby zbudować najpiękniejszy dom na świecie dla ukochanej kobiety.

– Skąd on ma na to pieniądze? Pracując zarobkowo na pół etatu i drugie pół bez wynagrodzenia przy budowie domu, musi się przecież z czegoś utrzymywać. Dochód z fryzjerstwa nie mógł mu wystarczyć.

Rozmawiałem na ten temat z moją żoną, którą historia miłosna i szaleńcza praca Fredo coraz wyraźniej intrygowały, choć nie tak bardzo jak mnie.

– Uważam go za człowieka pozytywnego, ale zupełnie niepraktycznego, po prostu oryginał i dziwak – Taka była jej opinia. Miała dużo racji. Nie mogłem tego nie przyznać.

Kiedyś żona dała się przekonać, aby pojechać ze mną i go poznać, a przynajmniej go zobaczyć. Rozmawialiśmy z Fredo bardzo krótko, bo zbliżała się burza. Od tego czasu – nie wiem dlaczego – żona straciła zainteresowanie całą tą historią.

Kontynuując wyprawy do lasu rozmawiałem z Fredo głównie po to, aby podtrzymać naszą znajomość, bo w jego życiu praktycznie nic się nie zmieniało. Byłem do niego pozytywnie nastawiony. Sam miałem niełatwe życie i rozumiałem go co najmniej częściowo. Zaprzyjaźniliśmy się, choć byłem znacznie starszy od niego.

Opowiedział mi więcej o sobie. Otrzymał spadek po rodzicach, właśnie to wzgórze oraz teren z jeziorem w Nowennie, stopniowo rozbudowującej się, najdroższej dzielnicy miasta. Zostawili mu także spore oszczędności w postaci funduszu inwestycyjnego, z którego otrzymywał wypłaty każdego miesiąca.

– Jakby domyślili się, że będę bardzo potrzebować tych pieniędzy. Zawsze troszczyli się o mnie, chyba nadmiernie, bo sami żyli dosyć oszczędnie. Nie mogę oczywiście narzekać. – Wyjaśnił, że nie potrzebuje dużo, bo żyje skromnie. – To tylko ja i moje psy. Na nic więcej nie muszę wydawać pieniędzy.

Odc. 3/3 Wymarzony dom

Zapytałem go o Arnikę. Dowiedziałem się tylko tyle, że obiecała mu, że będzie czekać, ale po roku przestała. Nie chciał powiedzieć nic więcej. Doszło do mnie wkrótce, że znalazła sobie kogoś innego. Fredo zachowywał się tak, jakby tego nie wiedział lub nie chciał wiedzieć, lub nie miało to dla niego znaczenia. Przestałem go rozumieć, ale nie straciłem zainteresowania jego życiem. Scenariusz jego postępowania był dla mnie niejasny, mogłem tylko czekać i śledzić rozwój wydarzeń.

Nadal podziwiałem Fredo, jak z wytrwałością graniczącą z uporem maniaka wywozi ziemię taczką. Imponował mi jego niezwykły hart i pokój ducha. Nie było widać po nim zmęczenia. Wydobyty urobek składował na płaskim brzegu jeziora, który stopniowo wydłużał się, zmniejszając powierzchnię wody. Miałem wrażenie, że Fredo tego nie widzi, ponieważ proces kurczenia się jeziora następował stopniowo. Pchając taczkę i opróżniając ją patrzył tylko w ziemię. Być może w ogóle go to nie interesowało.

Przez cały okres obserwacji nic się w nim nie zmieniało: ta sama czerwona koszula, te same długie, jasne spodnie, ta sama taczka. Zmieniała się tylko góra, jezioro i chyba trochę psy. Były mniej rozbiegane, spokojniejsze, wierni towarzysze pracowitej samotności swego pana. Polubiliśmy się wzajemnie; psy łasiły się do mnie, jakbym był członkiem rodziny.

Po półrocznej przerwie – przebywałem wtedy za granicą w niekończącej się podróży służbowej – przyjechałem znowu, aby odbyć tradycyjny już spacer po lesie. Zaskoczył mnie widok miejsca tak dobrze mi znanego. Tam, gdzie ostatnio widziałem prymitywne zarysy fundamentów, stał dom. Ale jaki! Była to rezydencja, coś jak dawny szlachecki dworek, rozległy, imponujący, tonący w kwiatach. Połowa wzgórza na całej szerokości rozległej działki zniknęła, nie pozostało z niego nic oprócz stromych wycięć w stoku po obydwu bokach i ogromnego nawisu ziemi z tyłu.

Przyglądałem się niezwykłej zmianie pejzażu, kiedy z domu wyszedł Fredo. Poznał mnie i z daleka machał już ręką. Zaskoczył mnie swoim zrelaksowanym, odmiennym wyglądem. Miał na sobie elegancką, jasnoniebieską koszulę w paski oraz jasne, nowe spodnie z dobrego materiału, na nogach zaś granatowe zamszowe mokasyny. Z gustownym, nie rzucającym się w oczy złotym łańcuchem na szyi wyglądał jak popularny artysta wychodzący przed dom, aby przywitać gościa przybywającego na urodzinowe przyjęcie lub towarzyski niedzielny grill.

Wyraziłem podziw dla jego osiągnięć i zapytałem czy nawis ziemi z tyłu nie jest niebezpieczny. Uspokoił mnie.

– To bardzo solidna konstrukcja ułożonych pod odpowiednim kątem betonowych kolumn i płyt. Projektował ją znany architekt. Jego żona była moją klientką, zrobiła mi dobrą reklamę dzięki czemu mogłem uzyskać korzystniejszą cenę za usługi firmy jej męża.

Przy kolejnej wizycie zapytałem Fredo ponownie o Arnikę, czy wie, co u niej słychać. Tym razem był trochę bardziej rozmowny. Powiedział, że jest mężatką, ale nie ma dzieci.

– Podobno co roku wyjeżdżają za granicę na wakacje. Czy jest szczęśliwa, tego to nie wiem – dodał odwracając głowę w kierunku psów, które ujadając radośnie wybiegły zza domu aby mnie przywitać.

Wydawało mi się, że pogodził się z losem. Bardzo tylko pragnął, aby zobaczyła dom, który dla niej zbudował. To było jego jedyne marzenie – podzielił się nim ze mną zanim się pożegnaliśmy. Dowiedziałem się od mojej żony, że wierzył, że jak Arnika zobaczy ten wymarzony dom, wtedy wróci do niego.

Wytrwałość Fredo przyniosła wyniki. Udało mu się umówić z Arniką na ósmy dzień sierpnia, że przyjedzie do niego, aby razem obejrzeli dom. Liczył na słoneczny, ciepły dzień.

Fredo przygotowywał się do wizyty jakby zależało od niej jego życie. Posprzątał dom wewnątrz i dookoła, włożył świeże kwiaty do wazonów, gruntownie przewietrzył wszystkie pomieszczenia. Pościerał starannie zakamarki, gdzie mógł zgromadzić się kurz, umył zlewy, wanny i sedesy. Robił wszystko sam. Był skrupulatny w każdym szczególe. Przygotował nawet kawę do naparzenia, aby jej zapach stworzył atmosferę ciepła i radości.

W nocy z siódmego na ósmego sierpnia około godziny dwudziestej drugiej zaczął padać deszcz. Takich opadów nie notowano w historii ani miasta, ani kraju. To była potworna ulewa, pogrom wszystkiego, co stanęło na drodze miliardom litrów wody spadającym z nieba. Potop trwał sześć długich godzin. Potoki wody spływały w kierunku jeziora Onta, podnosząc jego poziom metr po metrze.

Kiedy Arnika przyjechała pod wskazany adres, nie szukała długo. Pamiętała to miejsce. Nie było tam niczego do oglądania. Nie było wzgórza, nie było domu, tylko w miejscu jeziora rozciągało się gigantyczne rozlewisko mętnej wody.

Przyjechałem na miejsce kilka godzin później, jak tylko dowiedziałem się o skutkach oberwania chmury nad Nowenną i sąsiednimi dzielnicami. Stałem w szoku w miejscu, z którego lubiłem podziwiać dom i nie wierzyłem własnym oczom. Dołączył do mnie mężczyzna; nigdy wcześniej go nie widziałem. Lekko przygarbiony, w surducie i sztuczkowych spodniach wyglądał jak zapomniany przez czas kaznodzieja, który wybrał się nad jezioro, aby ułożyć sobie w głowie kazanie na ważne święto kościelne. Jego twarz była jeszcze młoda; postarzały ją posiwiałe przedwcześnie włosy i dwie wyraźne zmarszczki zatroskania. Staliśmy w milczeniu, szukając wzrokiem tego domu. Mężczyzna popatrzył na mnie, następnie spojrzał w niebo, milczał chwilę, po czym przemówił wyraźnym, mocnym głosem:

– Nie znałem osobiście Fredo, właściciela domu, ale znam ich historię. Fredo zbudował go z miłości do kobiety. W najpiękniejszym miejscu, na stoku wzgórza, z widokiem na jezioro. To wyjaśnia i uzasadnia wszystko. Miłość to najświętszy z sakramentów.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 03 2021

0Shares

Obraz ze zwierzętami. Opowiadanie fantastyczne.

Do Narbony, podgórskiego miasteczka, gdzie drogi rozchodzą się tylko w dwóch kierunkach, Mario Miller przybył kilka dni po pożarze swojego domu. Przyjechał, a właściwie przywieziono go, bezpośrednio ze szpitala, gdzie leczył się z oparzeń i szoku. W celu odpoczynku i rekonwalescencji przyjeżdżał do Narbony jeszcze dwukrotnie. W końcu kupił tu dom, a właściwie domek położony na krawędzi miasta, i pozostał na stałe. Nie był rozmowny, niewiele o nim wiedziano. Mieszkał sam, bez żony i bez dzieci, które podobno żyły gdzieś w innej części kraju. Uważano go za dziwaka i nazywano Samotnikiem.

On sam czuł się samotny dlatego, że nie miał wspomnień.

– Jest w mojej pamięci jakaś luka, czarna plama, miejsce kompletnie puste. Dlatego jestem, jak podejrzewam, podłym człowiekiem – wyznał księdzu na spowiedzi. Samuel Alternat, proboszcz, jedna z nielicznych osób, które znały Millera bliżej i mu pomagały, starał się go pocieszyć i przekonywał, że powinien odszukać w sobie coś pozytywnego. Będąc dużo starszy niż Mario, nie wahał się udzielać mu życzliwych pouczeń.

– Mario! Nie powinieneś tak myśleć. To, że odczuwasz wewnętrzną pustkę, która wydaje ci się zimna i mroczna, nie znaczy, że jesteś złym człowiekiem. Bóg to wie najlepiej. To jemu powinieneś zostawić ocenę, jaki jesteś. Jakie to zresztą ma znaczenie? Czy musimy w ogóle siebie oceniać?

Pozostałe osoby, które znały Mario bliżej, to lekarka, odwiedzająca go raz w miesiącu oraz starsza pani mieszkająca blisko kościoła, przychodząca do domu Samotnika raz w tygodniu. Robiła dla niego zakupy, gotowała posiłki od razu na kilka dni, prała pościel i trochę sprzątała. Lekarka przyjeżdżała do Mario w ostatnią sobotę miesiąca własnym samochodem, nowym Reno Clio. Na początku nie wiedziano, kim jest i po co przyjeżdża, bo była ubrana po cywilnemu i spędzała z Mario kilka godzin. Wyglądało to tajemniczo. Raz przywiozła ją karetka pogotowia i wtedy pani doktor – tak zwracał się do niej kierowca – miała na sobie biały strój lekarski, jakoś do niej nie pasujący. Potem, na stacji benzynowej, kierowca powiedział obsługującemu go pracownikowi, że lekarka nazywa się Renata Sandauer i jest bardzo przyzwoitym człowiekiem, pomagającym innym w potrzebie. Dom Mario doktor opuszczała bez pośpiechu i chyba w nienajlepszym nastroju, bo zanim wsiadła do samochodu patrzyła tak jakoś dziwnie w otwarte drzwi domu, żegnając jego mieszkańca machaniem ręki. Raz tylko była wyraźnie zadowolona; sam Mario chyba również, bo wyszedł przed dom i się uśmiechał.

W życiorysie Samotnika były właściwie same tajemnice. Nie wiedziano, kim jest i z czego się utrzymuje, bo nie pracował. Po pewnym czasie mieszkańcy miasteczka dowiedzieli się pocztą pantoflową, że był najpierw adwokatem, a potem sędzią w sądzie okręgowym w dużym mieście.

– Sam nie wiem, jak to możliwe, że był sędzią, bo to dziwak. Czasem z nim rozmawiałem przez płot, ale opowiadał mi tak niestworzone historie, że przestałem się nim interesować. Zachowywał się jak artysta, widział świat w zupełnie inny sposób niż my wszyscy. Może to jakiś malarz abstrakcjonista? – wyjawił kiedyś sąsiad Millera, mieszkający w dużym domu po drugiej stronie płotu.

Po pół roku w Narbonie nikt nie miał wątpliwości, że Mario jest niesamowitym dziwakiem. Niektórzy uważali go nawet za wariata.

Chlubą miasteczka, oprócz otaczających je wzgórz i lasów, było jezioro Parne. Letnicy przyjeżdżający tu na wypoczynek nie mieli jednak o nim najwyższego zdania.

– Tyle w nim wody, co kot napłakał. Łabędzie zamieszkujące wysepkę, mogłyby ją wypić, gdyby tylko zechciały.

Nie były to komplementy, choć jezioro nie było bynajmniej małe czy płytkie.

Zimą Samotnik chodził nad jezioro w wielkich czarnych butach, które smarował tłuszczem Shoe Open Classic, kupowanym w lokalnym sklepie, aby ze skóry nie wychodziły białe plamy soli. Zachowanie Mario komentowali, przynajmniej na początku, mieszkańcy miasteczka. Potem się już przyzwyczaili do jego dziwactw.

– Jego buty są tak stare i wielkie, że pożal się Boże.

Również białe plamy od soli wysypywanej zimą na drogę okazały się fałszywe. Pojawiały się także wtedy, kiedy Mario chodził wyłącznie po śniegu, gdzie nie było ani grama soli.

Pewnego styczniowego dnia Mario stanął przed zamarzniętym jeziorem i wlepił wzrok w martwą taflę wody. Poczuł się samotny, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Przypisał to wiadomościom o wydarzeniach krajowych, których słuchał w radio przed wyjściem z domu. Były niepomyślne. Mając je w pamięci przyglądał się tafli jeziora, zaciągniętej nieświeżym, szarym lodem, wyglądającym jak przybrudzony dywan, słuchał wiatru hulającego na otwartej przestrzeni i patrzył na drzewa zamazane zimową wilgocią. Gorąco zapragnął psa do towarzystwa.

Idąc dalej napotkał malarza z paletą w ręce, obrazami i rozkładanym stołeczkiem do siedzenia. Uznał to za wyjątkowy przejaw szczęścia. Artysta był tęgim mężczyzną ubranym w ciężki kożuch, buty walonki oraz czapę wielką jak łeb niedźwiedzia, pod którą ukrywał własną rozkudłaną głowę. Obok niego stały obrazy na sztalugach rozstawionych wzdłuż brzegu jeziora przy krawędzi szerokiej ścieżki. Pośrodku, zamocowana do drewnianego słupka, stała biała tablica z napisem „Wyprzedaż”. Oglądając obrazy, Samotnik konwersował z artystą. Pytał go jak człowiek, który dawno z nikim nie rozmawiał i był ciekaw świata: o techniki malarskie, rynek dzieł sztuki, a nawet o życie osobiste i losy spóźnionych artystów, którym oprócz ambicji niewiele już pozostało w dyspozycji. Były to sprawy, o jakie pyta inteligentny człowiek ogarnięty zimowym smutkiem.

Malarz nieufnie odpowiadał na pytania. Był ostrożny wobec obcego, dziwnie zachowującego się człowieka w ciężkim czarnym wojskowym obuwiu, obszernym swetrze, sztuczkowych spodniach w kolorze bordo i rozpiętym zimowym płaszczu. Określił siebie jako „zwolennika silnej władzy artystycznej, która potrafi nakarmić naród dobrym samopoczuciem i nadzieją wiecznego szczęścia”, po czym zachęcił Samotnika do obejrzenia jego dzieł. Ostatni obraz zatytułowany „Gospodarstwo agroturystyczne” był naprawdę wielkich rozmiarów. Oprawiony w zdobną, szeroką ramę, przedstawiał pejzaż z lasem, jeziorem i zwierzętami. Były to głównie psy różnych ras, całe mnóstwo. Mario poczuł słabość do obrazu, ponieważ znajdował się na końcu szeregu i prezentował się równie samotnie jak on w czasie wędrówek nad jeziorem.

Po dokładnym obejrzeniu „Gospodarstwa agroturystycznego”, niektórych fragmentów nawet przez lupę, która nie wiadomo jak znalazła się w kieszeni płaszcza, Mario zauważył dwa psy rasy Jack Russell. Na obrazie były też inne rasy psów, uszeregowane według wielkości, kolorów i inteligencji. Wszystkie dane dotyczące menażerii agroturystycznej były elegancko przedstawione na miniaturowych plakietach ułożonych w tabele przy prawej krawędzi obrazu. Samotnik zapytał właściciela, czy mógłby kupić psa z górnego prawego rogu obrazu.

– Co to za okaz? O, ten pies, tutaj, w samym górnym prawym rogu? Ten, co ma ugiętą prawą nogę i trzyma w pysku przepiórkę – zainteresował się Samotnik. – To niewątpliwe pies myśliwski. Imponuje mi jego postawa; wygląda jakby wystawiał ptaki na strzał myśliwemu.

Malarza nie zaskoczyły pytania ani obserwacje Samotnika. Przyjął je tak naturalnie, jakby nigdy nie pytano go o nic innego. Uśmiechnął się tylko jakoś tak łagodnie, wyrozumiale.

– A, ten! To, co trzyma w pysku, to nie jest przepiórka, tylko nać marchewki. To pies ogrodnika. Taki, co to sam nie zje i innemu nie da. To najgorszy gatunek psa. Jeśli zechce go pan wziąć, to dam panu solidny rabat i dołożę jeszcze gratis smycz i kaganiec. Pies wprawdzie jest skąpy, ale nie bez walorów. To najlepszy strażnik ogródka, działki a nawet pola. Najsprytniejszy złodziej nic przy nim nie wskóra. Tylko z lasem mu nie wychodzi, bo psy mają słaby wzrok, kierują się węchem, a w lesie jest dużo zapachów.

Samotnik zastanawiał się. Po chwili przywołał malarza skinieniem ręki i oświadczył:

– Wezmę te dwa psy. Te rasy Jack Russel. Potrzebuję ich do towarzystwa, kiedy spaceruję samotnie nad jeziorem. Jak one się nazywają i ile kosztują?

– Nazywają się Jack i Russel. – Żywo odpowiedział artysta.

Mario informację przyjął bez komentarza.

– Jeśli przychodzi pan nad jezioro niezbyt regularnie – kontynuował malarz – to lepiej chyba je wypożyczyć. Odpada wtedy panu troska o zwierzęta, nie musi pan niczym się zajmować.

Mężczyzna mówił niezbyt wyraźnie i jakby trochę seplenił. Trudno było go zrozumieć. Nie przeszkodziło to Samotnikowi, od razu zaskoczył. Ujął go rzeczowy język artysty. Sam od dawna myślał o tym, że dobrze byłoby nie robić z gęby cholewy, unikając mówienia dużo i rozwlekle lub coś przekręcając.

Po minucie negocjacji mężczyźni dobili targu; psy zostały wypożyczone na dwa miesiące. Malarz wręczył Samotnikowi swoją wizytówkę z datą i dopiskiem: „Abonament dwumiesięczny na psy Jack i Russel”. Mario odczytał na głos pozostałą treść wizytówki: „Jan Krnąbrny, malarz-naturysta”, po czym schował ją do kieszeni płaszcza. Podszedł do obrazu i zdjął z niego psy – były zawieszone na małych, prawie niewidocznych haczykach – po czym ruszył na spacer wokół jeziora. Zwierzaki były stęsknione za wolnością. Mario cieszył się, obserwując, jak bawiły się ze sobą. Pomyślał, że powinien zadzwonić do Zuzanny, z którą łączyła go intymna przyjaźń, aby podzielić się wiadomością. Przyjeżdżała do niego starym, dobrze utrzymanym sportowym samochodem, najczęściej w piątek po południu, kiedy szczególnie męczyła go chandra.

– Zuzanno, dzielę się z tobą radosną nowiną. Wynająłem dwa psy od grubego malarza sprzedającego obrazy nad jeziorem Parnym. To czysta rozkosz patrzeć, jak one figlują, naskakują na siebie, czają się, pozorują akty agresji, kiedy w istocie usposobione są przyjaźnie. Myślę, że wiele moglibyśmy nauczyć się od nich.

W trakcie rozmowy Samotnik kontynuował obserwację Jacka i Russela. Najciekawsze było to, że zwierzaki wymyślały sobie gry i zabawy. Były one tak przemyślne, że Mario zadał sobie pytanie, czy nie warto byłoby ich wykorzystać dla opracowania gry komputerowej. Widział w niej psa w roli głównej i człowieka jako istotę mu podporządkowaną. Podobało mu się odwrócenie ról.

Zuzanna wysłuchała jego rewelacji, ale nie okazała entuzjazmu. Zapytała tylko:

– Kto będzie je karmił, wyprowadzał na spacer, szczotkował i czyścił, kiedy się ubłocą?

Samotnik zastanawiał się chwilę, po czym odpowiedział z powagą:

– My oboje, oczywiście. Ale ty tylko w piątek. Kiedy już wyjdziesz zaspokojona z łóżka, zobaczysz, ile radości sprawią ci te psiaki.

Po zakończeniu rozmowy Mario w ciągu kilku minut obmyślił scenariusz gry korzystając z pomysłu, jaki przyszedł mu do głowy. Strasznie mu się podobał.

Po zakończeniu spaceru wrócił do malarza, podniósł psy i zaczepił je ponownie na obrazie. Natychmiast wtopiły się w tło i znieruchomiały. Znając ich ruchliwość, wiedział, ile ten spokój je kosztuje. Wyglądały jednak na szczęśliwe. Odchodząc przypomniał malarzowi, że ma abonament na dalsze ich wypożyczenia.

Następnego dnia Mario zadzwonił do urzędu patentowego, aby zorientować się w zasadach rejestrowania gier komputerowych z psem w roli głównej. Okazało się, że taką grę już wymyślono i opatentowano kilka lat wcześniej.

– Kto jest właścicielem patentu? – zapytał Samotnik, nie zamierzając rezygnować ze swego planu. Pomyślał, że porozmawia z posiadaczem patentu i wynegocjuje jakieś ustępstwo na rzecz własnej gry.

– Dzieci ze szkoły podstawowej z miejscowości Propyle, proszę pana. Klasa 3B. To one są właścicielem patentu. Zwiedzały z wychowawczynią schronisko dla psów i wtedy wpadły na ten pomysł.

Oświadczenie urzędnika zaskoczyło Mario, bo nie spodziewał się, że młodzież w tym wieku jest zdolna do takiej inwencji. Bardzo lubił dzieci, więc go to nawet ucieszyło.

– Dziecko potrafi wszystko wymyśleć, jeśli tylko nie jest przejedzone lub śpiące – dodał urzędnik biura patentowego, jakby domyślając się, o czym może myśleć rozmówca.

Nadeszło lato i Samotnik poczuł się lepiej. Mniej odczuwał smutek i nostalgię. Równocześnie stracił zainteresowanie psami. Miał inne sprawy na głowie. Wokół jego domu wyrosła wysoka trawa i trochę chwastów i trzeba było zająć się nimi. Zamiast psów, Samotnik wypożyczał teraz na zmianę owcę, kozę i krowę. Bardzo mu to odpowiadało, bo oprócz przyjemności obcowania z żywą istotą miał także mleko. Krowę nazwał Baśka, przypominając sobie sąsiada z czasów młodości, który tak właśnie nazwał swoją krowę. Kozie ani owcy Samotnik nie nadawał imienia, wołał na nie po prostu: Kozo albo Owco! Rozumiały to doskonale, nie buntowały się, w końcu uznał, że jest im wszystko jedno.

– Zachowują się obojętnie podobnie jak niektórzy ludzie – pomyślał uspokojony.

Koza była najmniej wymagająca z całej trójki, żywiła się wszystkim, co jej wpadło do pyska, i nie potrzebowała opieki. Mario wypożyczył ją na całe dwa tygodnie i zabrał do domu, aby sprawdzić żydowską przypowiastkę o człowieku, który skarżył się na ciasne mieszkanie. Wprawdzie sam nie cierpiał na ograniczoność przestrzeni, ale bez kozy mieszkanie wydało mu się nieporównanie większe. Kiedy ją oddawał, uznał, że było to wartościowe doświadczenie.

Trwały wakacje, czas płynął. Jan Krnąbrny pojawił się nad jeziorem Parne dopiero pod ich koniec; widać było, że nie próżnował. Miał nowe obrazy i prezentował je na sztalugach ustawionych wzdłuż brzegu jeziora. Z ostatniej podróży do Afryki przywiózł ze sobą bogate wspomnienia. Musiał brać udział chyba w niejednym safari, bo na jego obrazach dominowały słonie, żyrafy, nosorożce i bawoły.

– Teraz najbardziej mi leżą duże afrykańskie zwierzęta roślinożerne. Maluję je, póki jeszcze istnieją, bo są to gatunki zagrożone – wyjawił malarz, spokojnie rozstawiając sztalugi.

Popołudnie tego dnia było wyjątkowo gorące. Słońce buchało żarem jak rozgrzana pustynia. Samotnik wypożyczył żyrafę. Nie było to tanie przedsięwzięcie, ponieważ rząd wcześniej podwyższył opłaty za wypożyczanie zwierząt powyżej dwóch metrów wysokości. Dla Mario było to jednak wartościowe doświadczenie; żyrafa w ciągu kilku godzin zjadła liście z rozłożystej akacji rosnącej w rogu podwórka Mario, zaśmiecające mu posesję. Kiedy objadała z liści dąb rosnący na brzegu jeziora Parne, oboje musieli salwować się ucieczką, ponieważ pojawiły się rozwścieczone dziki polujące na swój ulubiony pokarm – żołędzie.

Było to jesienią, kilka lat później, kiedy Samotnik przeszedł już na emeryturę rezygnując z dotychczas pobieranej renty inwalidzkiej. Robił sobie akurat herbatę, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Za progiem stał młody uśmiechnięty listonosz z dużą przesyłką; przekazał ją Samotnikowi za pokwitowaniem. Kto wysłał paczkę, nie było wiadome. Był to jakiś nieznany nadawca, jego adres był również zupełnie obcy odbiorcy.

Wszystkie nadjeziorne doświadczenia ze zwierzętami, aczkolwiek użyteczne i ciekawe, nie okazały się tak odkrywcze jak album ze starymi zdjęciami, dokumentami i listami znalezionymi w paczce. Mario dowiedział się z nich o tej części swego życia, która zawsze wydawała mu się czarną plamą. Okazało się, że na chrzcie nadano mu imię Luna, skrót od Lunatyk, i że szalone pomysły przychodziły mu do głowy już od piątego roku życia. Jego emocjonalność rodzice docenili dopiero wtedy, kiedy Luna, po przeczytaniu powieści Winnetou uznał, że jest Old Shatterhandem i usiłował powalić konia jednym uderzeniem pięści. Właściciel dorożki oskarżył go wtedy o to, że jest nienormalny i naskoczył na jego rodziców, towarzyszących mu na spacerze. Luna usiłował wyperswadować mu niewłaściwą postawę również uderzeniem pięści; wynikła z tego wielka awantura.

Sprawa nie trafiła do sądu, a on do więzienia, ponieważ sąd uznał, że jest jeszcze niepełnoletni. Był jednak na tyle rozwinięty, że oddano go do domu poprawczego z widokami na wolność zza zakratowanych okien. Był to dom dla dorastającej, trudnej młodzieży. Luna mieszkał tam kilka tygodni. Znudziło go to, a potem zmęczyło do tego stopnia, że wyrwał kraty, udowadniając ostatecznie, że imię Old Shatterhand pasuje do niego jak ulał.

Były to ciekawe czasy, pełne gwałtownych zmian, kiedy wiele niedobrych zachowań uchodziło za właściwe i poprawne. To mu pomogło. Po osiągnięciu dojrzałości Luna-Mario zmienił się. Skończył studia na wydziale psychologii przez pewien czas praktykował jako psycholog, potem przekwalifikował się na psychiatrę, posługując się dyplomem kolegi, z którym mieszkał w jednym pokoju w domu poprawczym.

Po zapoznaniu się z zapomnianą częścią własnego życiorysu, Mario, postanowił oddać się pasji wypożyczania zwierząt. Cieszył się, że odkrył ją w sobie z wielką korzyścią dla zwierząt i dla siebie. Kiedy o tym myślał, dochodził nieodwracalnie do filozoficznego wniosku, że każdy ma w życiu dobre i złe dni, tygodnie i miesiące, i że nigdy nie jest za późno za dobrą zmianę, dopóki się żyje.

Śmieć zastała Mario we śnie. Stało się to nagle, bez ostrzeżenia ze strony serca, wątroby czy płuc, że coś jest nie w porządku. Pogrzeb odbył się trzy dni później. Nie był liczny. Stawili się wszyscy, którzy go znali, ksiądz, gospodyni, lekarka i młody literat spisujący jego obserwacje i wspomnienia.

W drodze na cmentarz kondukt pogrzebowy został zatrzymany przez policję, aby przepuścić ważny transport ciężarowy. Czekanie przedłużało się. Sąsiad zmarłego zaczął snuć wspomnienia z okresu ich wczesnej znajomości. Opowiadając o jakimś incydencie nazwał Mario świrem. Lekarka zaniemówiła, a chwilę potem wpadła we wściekłość. Rzadko widzi się człowieka w stanie takiego wzburzenia. Wyrzucała z siebie słowa obciążone gniewem. 

– Mario Miller nie był świrem. W więzieniu, gdzie trafił z wyrokiem za wykonywanie zawodu psychiatry ze sfałszowanym dyplomem, zmienił się. Po odsłużeniu kary podjął i skończył studia prawnicze. Pracował najpierw w kancelarii prawniczej, potem został mianowany na stanowisko sędziego. W międzyczasie ożenił się i miał dwójkę dzieci. Dobił go pożar domu, w którym zginęła jego córeczka i jego pies. Miał wcześniej pewne problemy psychiczne, teraz załamał się kompletnie. Poznałam go, kiedy trafił do szpitala. Była to schizofrenia paranoidalna. Żył w urojonym świecie, nawiedzały go omamy i halucynacje. Mimo zaburzenia świadomości pozostał człowiekiem pozytywnym i twórczym. Mówię to na podstawie zapisków młodego literata, który na moją prośbę spisywał jego przeżycia. Mario żył wśród przyrody, życzliwych ludzi i kolorowych zwierząt. Nie był świadomy, że przebywa w innym wymiarze niż my wszyscy. Miał szczęście. Taką pozytywną rzeczywistość generował mu jego zbuntowany umysł. Pies na obrazie malarza Krnąbrnego nie był obrazkiem, ale żywym zwierzęciem, biegającym, węszącym i figlarnym. Taki był świat Mario.

Renata Sandauer zamyśliła się, patrząc jak ulicą przejeżdżają wielkie ciężarówki przykryte szarozielonym brezentem. Uspokajała się powoli. Kiedy z jej oczu zniknęły sztalugi, obrazy, gruby artysta w kożuchu, zwierzęta i Mario, doktor skończyła mówić. Uśmiechnęła się. Postanowiła, że będzie to robić częściej, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś  nazwie innego człowieka świrem.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, lipiec 2020

0Shares

Poezja. W nijaką zimową noc nastrojowa Australia

Nie mam dziś nic więcej do zaoferowania jak dwa australijskie wiersze. Sam bardzo je lubię, mam dobre wspomnienia.

Temat pierwszego to pelikany. Żyje ich w Australii bardzo dużo, są wszędzie, gdzie jest trochę więcej słodkiej wody. Zasięg ich skrzydeł jest imponujący; sięga nawet 3,4 m. Jak podają fachowe źródła, kości tych ptaków są niezwykle lekkie, szkielet stanowi około 10% wagi ciała. Stado pelikanów może przekroczyć nawet tysiąc sztuk.

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

W okolicach Adelajdy (gdzie mieszkałem), mgła jest rzadkością. Gęstą mgłę zdarzyło mi się widzieć tylko raz w ciągu kilkunastu lat, na równinie w pobliżu rzeki Murray. Dzień był niezwykle spokojny, bez wiatru. To wtedy napisałem ten wiersz.  

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 226 (ostatnia): Rozmowa nad jeziorem

– Mnie bardziej intryguje twój pogrzeb i twoje zmartwychwstanie, Sefardi. To był majstersztyk: napisać powieść i tak pokierować wydarzeniami, aby zrobić książce i autorowi niesamowitą promocję. Nie na darmo wytypowano twoją powieść do udziału w międzynarodowym konkursie Debiut Literacki Roku. Udane połączenie dobrego dzieła literackiego z promocją autora to prawdziwa katapulta w sławę pisarską bez wcześniejszego dorobku. Zostałeś celebrytą w ciągu jednego dnia. O twoim pogrzebie i zmartwychwstaniu mówiło całe społeczeństwo. Oczywiście nie wszyscy byli zachwyceni. Mimo bezsensownych plotek i insynuacji oraz dziwacznych śledztw twój honor pozostał nienaruszony. Ludzi trzeźwo myślących napawają smutkiem postawy niechęci wobec nowości. Wszystko przecież nieprzerwanie się zmienia.

Popijając kawę spokojnie rozmawiali, na luzie i bez pośpiechu. Nad jeziorem pojawiła się chmura o pierzastych krawędziach. Chwilę wisiała w przestrzeni jakby zastanawiając się, co zrobić, po czym ruszyła ku brzegowi. Przesuwała się powoli nad powierzchnią wody, potem przyśpieszyła rosnąc w oczach. Zbliżając się do brzegu uformowała się w wielki, niemy lej tornado.

Eminencja obserwował niezwykłe zjawisko. Dziwnie się zachowywał. Jego wzrok stał się szklisty, pod lewym okiem pojawił się nerwowy trick; drobniutki nerw poruszał wewnętrzny kącik oka. Sefardi i Barras spojrzeli w kierunku wody zaintrygowani, co mogło go tak zahipnotyzować. Nad jeziorem panował spokój. Powietrze stało w miejscu, na powierzchni wody unosiło się tylko kilka żaglówek jakby malowanych delikatną kreską Alfreda Sissley’a. Biały kolor żagli odbijał się od granatowej powierzchni wody.

Wielki lej zbliżył się do brzegu i wciągnął w siebie Eminencję. Duchowny przypomniał sobie wszystko. Był znowu małym Zemanem, oglądał obrazy z dzieciństwa, snuł wspomnienia, słyszał dawno przebrzmiałe rozmowy. Rozciągnęła się przed nim wstęga życia, przywracając wyblakłe i zapomniane już obrazy, najbardziej skondensowaną formę pamięci. Przed jego oczami pojawili się ojciec i matka, pozdrawiali go, po chwili znikli w cieniu z podniesionymi do góry dłońmi. Potem zjawiali się ludzie, których znał i których nie znał, cały tłum, konie, przyroda, zamach na parlament, Świątynia Wiary i Prokreacji, palec boży, dwaj cudem odnalezieni bracia, kobiety niezależne oraz Babochłop, już świętej pamięci. W końcu Eminencja zobaczył Boga w postaci wielkiej ryby wyskakującej nad powierzchnię jeziora. Zawisła na kilkanaście sekund w niebieskawym powietrzu rozedrganym w słońcu. Duchowny zaniepokoił się; po chwili spłynęła na niego ulga jak błogosławieństwo.

– Przecież to symbol pierwszych chrześcijan – pomyślał.

Usiłował powiedzieć to na głos, lecz ten ugrzązł mu w gardle, patrzył więc tylko znieruchomiały, bojąc się zniszczyć to, co widzi. Bracia obserwowali go z niepokojem. Sprawiał wrażenie osoby oderwanej od rzeczywistości. Działo się z nim coś niedobrego. Na jego twarzy pojawiło się napięcie, wyraz niepewności i zaskoczenia. Po chwili niepokój zniknął i twarz opromienił uśmiech. Nie mieli pojęcia, skąd wzięła się ta nagła zmiana. Opowiedział im swoje przeżycie, cieszył się.

– Wyzwoliłem się z niepokojów przeszłości. Otrzymałem przebaczenie.

Wszyscy trzej poczuli się nagle głodni jak ludzie powracający do zdrowia po długiej rekonwalescencji. Uznali, że muszą zjeść coś solidnego. Mieli przed sobą długi dzień. Eminencja wstał, skoncentrował się, widać było, że ma coś ważnego do przekazania.

– Moi drodzy! Powiem wam, co myślę o naszym życiu i społeczeństwie. Co je trapi, na co cierpimy wszyscy. Otóż jest to strach przed zmianami, brak empatii dla zwierząt i przyrody, nietolerancja inności bliźniego oraz neurotyczne dociekanie prawdy o życiu i śmierci. Wielka szkoda, bo bez tych samoograniczeń życie byłoby o niebo lepsze i piękniejsze.

Koniec powieści

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 224: Spotkanie w Szwajcarii

Spotkali się w górach, w Szwajcarii, nad jeziorem Otrata, parującym szarą mgiełką wilgoci. W dwóch zatokach ocienionych wysokim lasem utrzymywała się nad powierzchnią wody aż do południa. Pierwszy raz znaleźli się na innym kontynencie. Siedząc przy stoliku na tarasie kawiarni podziwiali niezwykły porządek panujący w miasteczku i zapamiętywali widoki. Budynek, gdzie mieściła się kawiarnia, wyglądał jak geometryczna bryła ustawiona przez olbrzyma na stromym zboczu wzgórza. Połyskujące w dole jezioro rozciągało się aż do podnóża skalistych gór.

Dopiero teraz, po kilku rozmowach, Barras, Sefardi i Eminencja widzieli, jak bardzo są do siebie podobni. Wszyscy byli leworęczni, co chętnie uznali za dowód wyjątkowych uzdolnień. Był to szczegół, odkryty zupełnie przypadkowo, jakby dla żartu, kiedy już wiedzieli ze stuprocentową pewnością, że są braćmi. To drobne świadectwo pokrewieństwa zachęciło ich do dalszych poszukiwań podobieństw i jak różnic. Niektóre z nich okazały się zabawne, jak to, że wszyscy trzej w dzieciństwie bawili się siusiakiem więcej niż inni chłopcy, co miało rokować szczególną wrażliwość uczuciową, jak twierdziła niania. Była siostrą przyrodnią gospodyni Czarnej Eminencji. To za jej pośrednictwem duchowny dowiedział się wielu szczegółów swego rodzinnego życia. Wszyscy trzej kochali dobre jedzenie, szczególnie owoce morza, wykazywali pewną skłonność do ascezy jak i jawne pragnienie dominacji i władzy. W końcu ich pokrewieństwo poświadczał także tik w lewym oku, pojawiający się tylko wtedy, kiedy byli bardzo zdenerwowani.

Byli sami na tarasie kawiarni. Było jeszcze zbyt wcześnie, aby pojawili się inni goście, przeważnie turyści, przyjeżdżający do Szwajcarii na rodzinny wypoczynek lub dla samotnych wypraw w wysokie partie gór. Bracia przyjechali tu, aby poznać się bliżej rozmawiając o koszmarze, jaki nawiedził ich pod koniec życia, o Wieży Babel, murze walących się książek oraz Świątyni Wiary i Prokreacji, o wszystkim tym, czego żaden z nich nigdy by się nie spodziewał. Byli już starsi i spokojniejsi, mieli czas i dużo wspomnień do snucia i wymiany. Pijąc powoli kawę spoglądali na siebie ukradkiem, udając, że przyglądają się jezioru, miasteczku i górom na horyzoncie.

Stojący w progu kelner obserwował ich kątem oka. Nie miał nic innego do roboty.

– To na pewno emeryci. Przyjechali tu dla wypoczynku i podratowania sobie zdrowia. Przychodzą najwcześniej, są zawsze pierwsi, chyba nie mogą spać – mruknął do kolegi zmieniającego obrus na stoliku. – Wyglądają nijako, jak bracia zakonni, żyjący razem przez tyle lat, że upodobnili się do siebie. Ta sama powolność w ruchach, to samo zamyślenie na twarzy.

*****

– Dzięki, Eminencjo, za zorganizowanie tego spotkania – Sefardi popatrzył na brata. Zastanawiał się nad czymś, chwilę błądził wzrokiem po jeziorze, zanim oprzytomniał. Zaśmiał się.

– Nawet nie wiem, jak masz na imię. Wszyscy zwracają się do ciebie Eminencjo, Wasza Wielebność albo Księże Arcybiskupie, ale ty przecież masz jakieś imię.

– Zawsze byłem Czarną Eminencją. Nigdy nie używałem imienia. Moje prawdziwe imię i nazwisko to Zeman Blara.

Bracia popatrzyli na niego z zainteresowaniem. Wyglądali tak, jakby widzieli go po raz pierwszy w życiu. Byli mu wdzięczni za to spotkanie. Nigdy wcześniej nie byli razem. Zaskoczył ich zaproszeniem, a jeszcze bardziej tym, co miał im do powiedzenia. Że są rodzonymi braćmi.

– To ty, Zemanie, przekonałeś Sefardiego i mnie, abyśmy sobie wybaczyli wzajemną niechęć. Dzięki ci za to. Pogodziłeś nas, to twoja zasługa. – Barras przerwał i wytężył wzrok.

– Czy mi się wydaje, że jezioro powiększa się albo podnosi się do góry? Jego powierzchnia jest teraz znacznie wyżej niż godzinę temu. Widzę to po linii brzegowej.

Wszyscy patrzyli przez chwilę we wskazanym kierunku, ale nic nie zauważyli. Szybko stracili zainteresowanie. Spotkanie było dla nich ważniejsze. Przyglądali się sobie, odkrywając się nawzajem. Pierwszy odezwał się Barras.

– Pomyśleć, że byliśmy najbardziej znanymi obywatelami kraju. Mieliśmy władzę i wpływy. Byliśmy popularni: gubernator, arcybiskup, wynalazca i pisarz.

0Shares