Człowiek z taczką. Opowiadanie. Odc. 1-3/3

Odc. 1/3 Spotkanie nad jeziorem

Pierwszy raz zobaczyłem go na początku maja, kiedy buki i brzozy pobliskiego lasu pyszniły się już zielonością, jak pchał wyładowaną ziemią taczkę w kierunku jeziora. Był młody, miał na sobie czerwoną koszulę w kraty i podniszczone, jasne, długie spodnie. Towarzyszyły mu dwa figlujące nieprzerwanie psy rasy Jack Russel.

Obserwowałem go kilka minut, nie wychodząc z samochodu. Przyjeżdżałem tu, aby jak zwykle pochodzić po lesie. Od początku epidemii robiłem to regularnie, dwa razy w tygodniu. Stało za tym przekonanie, że wirus może dopaść człowieka wszędzie z wyjątkiem lasu.

Za trzecim razem, kiedy zatrzymałem się na kawałku dzikiej murawy między drogą a siatką ogrodzenia, mężczyzna jak zwykle odbywał swoją wędrówkę z taczką w kierunku jeziora. Nie wszyscy ludzie lubią, aby im przeszkadzać, kiedy pracują, dlatego się wahałem, zanim ośmieliłem się zagadać. Poczekałem, aż znalazł się kilka metrów ode mnie i wysiadłem z samochodu. Nie zdziwiło go, kiedy szedłem prosto w jego kierunku, był już chyba przyzwyczajony do mnie i do samochodu. Zatrzymał się, oparł nóżki taczki o ziemię, otarł pot z czoła i pozdrowił mnie. Odpowiedziałem pozdrowieniem.

Pięknie tu – zacząłem z przekonaniem, bo rzeczywiście była to piękna okolica: po lewej stronie jezioro Onta, po prawej wzgórze, w głębi stary las, miejsce moich spacerów i marszów. – Te widoki. Mieszka pan w cudownym miejscu. Wzgórza, woda, lasy. Nowenna to przyszłościowo najlepsza dzielnica miasta. Widzę, że wywozi pan ziemię. Będzie się pan budować? – Zapytałem, domyślając się, jaka będzie odpowiedź.

Nawiązaliśmy rozmowę. Mówił chętnie. Miał na imię Alfred. Miałem wrażenie, że rozmowa była dla niego pretekstem, aby odpocząć. 

Miał narzeczoną z bogatego domu. Planowali pobrać się. Jej ojciec, znany przemysłowiec, był zdecydowanie przeciwny ich planom. Arnika, jego narzeczona, opowiedziała mu, co ojciec mówił jej o ich związku. Rozmawiała z nim na temat wybranka swojego serca nie jeden ale wiele razy. Ojciec nie owijał spraw w bawełnę.

– To człowiek bez charakteru i przyszłości. Bo co to za zawód – fryzjer?! Stać cię na dużo lepszą partię. Możesz zostać żoną człowieka, który jest dyplomatą, przemysłowcem czy dobrze zapowiadającym się naukowcem. Ten twój fryzjer kiedyś się zagapi i przypali włosy klientce elektryczną lokówką, i wtedy skończy się jego sława artysty fryzjerstwa.

– A co miałby twoim zdaniem zrobić, aby przekonać ciebie, że jest człowiekiem z przyszłością?

– Musiałby udowodnić, że jest coś wart. Zrobić coś imponującego, aby zasłużyć na ciebie.

– Na przykład, co?

– Na przykład zbudować dom. Nie jakiś domek, tylko coś naprawdę pięknego, abyśmy nie musieli się wstydzić przychodząc do ciebie w odwiedziny.

– Na szczęście negatywna opinia ojca nie zraziła Arniki do mnie. Potrafiła bronić swoich racji. Gotowa była czekać na mnie. Powiedziała mi tylko „byle nie za długo”. To było zrozumiałe, zgodziłem się. Ostatecznie sprawa stanęła na domu. Powiedziałem jej, że zbuduję dla niej wspaniały dom. Taki, z którego naprawdę będzie dumna.

Alfred przerwał. Odwrócił głowę w kierunku powiększającej się wyrwy w ziemi i przyglądał się jej przez chwilę. Poszedłem za jego wzrokiem. Było to urocze miejsce. Działki po bokach były niezbudowane. Były to niegdyś  ogrody z krzewami i drzewami owocowymi, różowymi, białymi i czerwonymi o tej porze roku. Dalej, patrząc w kierunku lasu, stał dom  z dużym gankiem i kolumnami. Z daleka było już widać, ze budował go chyba architekt zakochamy w budownictwie śródziemnomorskim.

– Jak pan widzi, przygotuję miejsce pod fundamenty – przerwał moje zamyślenie taczkarz. Zaciąłem się, robię to sam, aby udowodnić sobie i jej ojcu, że dam radę. Chyba bardziej sobie niż jemu. 

Słuchając, przyglądałem się człowiekowi. Było w nim coś niezrozumiałego, zastanawiającego: szorstkość przemieszana z delikatnością, zwierzęcy upór zintegrowany z duszą artysty, jakiś dysonans, rozbieżność. Miał uduchowioną twarz męczennika i dłonie wirtuoza fortepianu. Nie musiałem sobie tego wyobrażać, bo zdjął z jednej ręki roboczą rękawicę, aby dać odpocząć dłoni. Te atrybuty męskiej urody były jakby doczepione do nóg, rąk i korpusu wysportowanego, proporcjonalnie zbudowanego, mężczyzny. Pomyślałem, że Arnika dobrze wybrała.

Odc. 2/3 Samotnik

Wracając do domu zmęczony intensywnym marszem po lesie, nie mogłem przestać myśleć o człowieku z taczką. Tak mi się kojarzył, tak go sobie zapamiętałem. Nie jako Alfreda, ale jako człowieka z taczką. Nigdy nie widziałem go inaczej. Stanowili parę zrośniętych ze sobą istnień, człowieka i przedmiotu. Nie potrafiłem nazywać go taczkarzem, choć byłoby to najwłaściwsze bo to profesjonalny termin.

Ojciec Arniki uważał go za gołodupca. Może nie dosłownie, ale taki to miało sens. Uznałem postępowanie jej ojca za haniebne. Było haniebne, bo ten mężczyzna, choć był tylko fryzjerem, zasługiwał na coś znacznie lepszego. Dla mnie był człowiekiem z charakterem. Miał swoje ideały. Zdecydowanie stałem po jego stronie.

Historia Alfreda poruszyła mnie do głębi. Ilekroć jechałem, aby odbyć kondycyjny antywirusowy marsz po lesie, zadawałem sobie pytania:

Z zawodu jest fryzjerem. Jak doszło do ich pierwszego spotkania a następnie wzajemnej fascynacji sobą? Prawdopodobnie Arnika zjawiła się u niego jako klientka. Ale jak doszło do zaprzyjaźnienia się a następnie zakochania się z wzajemnością? Mężczyźni-fryzjerzy i ich klientki nie zakochują się w sobie; to brzmi prawie jak banał. A jednak!

Wkrótce dowiedziałem się, że nazywa się Alfred Tarota, powszechniej znany jest jednak jako Fredo. Był to jego zawodowy pseudonim. Coś zagrało w mojej pamięci. Córka kiedyś wspomniała mi to imię, była jego klientką. Fredo był artystą sztuki fryzjerskiej, czesały się u niego panie z towarzystwa. Niektóre kobiety uważały go za super stylistę, niezrównanego mistrza fryzjerstwa damskiego.

Kiedy następnym razem zapytałem go, czy to wszystko jest prawdą, potwierdził.

– Fryzjerstwo zawsze było moim ulubionym zawodem. Jestem fryzjerem artystycznym. Teraz niestety mam mniej czasu, aby się tym cieszyć. Dzielę życie między zakład fryzjerski a budowę domu. Z konieczności mniej się udzielam towarzysko. Nie jest to dobre rozwiązanie, ale nic na to nie poradzę. Dzięki mojej pracy poznałem Arnikę i to jest najważniejsze.

Obserwowałem Fredo regularnie przez cały sezon letni i wiosną następnego roku, jak wywozi ziemię na brzeg jeziora. Czytałem także o nim w prasie. Sprawa stała się głośna, bo w grę wchodziła niepowszednia historia miłosna. Wraz z informacjami pojawiły się zdjęcia Fredo z taczką i dwoma nieodłącznymi psami, omawiano nawet postępy prac. Potem sprawa ucichła.

Zapytany przeze mnie, dlaczego nie wynajmie firmy, która szybko przygotowałaby miejsce pod fundamenty korzystając z koparki, fryzjer zaskoczył mnie swoją odpowiedzią:

– Ziemia jest święta. Nie można jej szarpać bezduszną maszyną. Dlatego robię to ręcznie. Mam siłę i cierpliwość. Kiedy postawię już dom będę mieć poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

– I wykonania monstrualnej roboty – dodałem. – Zapiszą pana w księdze rekordów Guinnessa.

– Nie zależy mi na tym.

Rozmawiając ze mną, uśmiechał się cały czas. Była w nim dobroduszność, wiara i upór, których nie rozumiałem. Pracował sam, cierpliwie, dzień po dniu po zakończeniu pracy w zakładzie fryzjerskim, czasem nawet w sobotę i niedzielę, aby zbudować najpiękniejszy dom na świecie dla ukochanej kobiety.

– Skąd on ma na to pieniądze? Pracując zarobkowo na pół etatu i drugie pół bez wynagrodzenia przy budowie domu, musi się przecież z czegoś utrzymywać. Dochód z fryzjerstwa nie mógł mu wystarczyć.

Rozmawiałem na ten temat z moją żoną, którą historia miłosna i szaleńcza praca Fredo coraz wyraźniej intrygowały, choć nie tak bardzo jak mnie.

– Uważam go za człowieka pozytywnego, ale zupełnie niepraktycznego, po prostu oryginał i dziwak – Taka była jej opinia. Miała dużo racji. Nie mogłem tego nie przyznać.

Kiedyś żona dała się przekonać, aby pojechać ze mną i go poznać, a przynajmniej go zobaczyć. Rozmawialiśmy z Fredo bardzo krótko, bo zbliżała się burza. Od tego czasu – nie wiem dlaczego – żona straciła zainteresowanie całą tą historią.

Kontynuując wyprawy do lasu rozmawiałem z Fredo głównie po to, aby podtrzymać naszą znajomość, bo w jego życiu praktycznie nic się nie zmieniało. Byłem do niego pozytywnie nastawiony. Sam miałem niełatwe życie i rozumiałem go co najmniej częściowo. Zaprzyjaźniliśmy się, choć byłem znacznie starszy od niego.

Opowiedział mi więcej o sobie. Otrzymał spadek po rodzicach, właśnie to wzgórze oraz teren z jeziorem w Nowennie, stopniowo rozbudowującej się, najdroższej dzielnicy miasta. Zostawili mu także spore oszczędności w postaci funduszu inwestycyjnego, z którego otrzymywał wypłaty każdego miesiąca.

– Jakby domyślili się, że będę bardzo potrzebować tych pieniędzy. Zawsze troszczyli się o mnie, chyba nadmiernie, bo sami żyli dosyć oszczędnie. Nie mogę oczywiście narzekać. – Wyjaśnił, że nie potrzebuje dużo, bo żyje skromnie. – To tylko ja i moje psy. Na nic więcej nie muszę wydawać pieniędzy.

Odc. 3/3 Wymarzony dom

Zapytałem go o Arnikę. Dowiedziałem się tylko tyle, że obiecała mu, że będzie czekać, ale po roku przestała. Nie chciał powiedzieć nic więcej. Doszło do mnie wkrótce, że znalazła sobie kogoś innego. Fredo zachowywał się tak, jakby tego nie wiedział lub nie chciał wiedzieć, lub nie miało to dla niego znaczenia. Przestałem go rozumieć, ale nie straciłem zainteresowania jego życiem. Scenariusz jego postępowania był dla mnie niejasny, mogłem tylko czekać i śledzić rozwój wydarzeń.

Nadal podziwiałem Fredo, jak z wytrwałością graniczącą z uporem maniaka wywozi ziemię taczką. Imponował mi jego niezwykły hart i pokój ducha. Nie było widać po nim zmęczenia. Wydobyty urobek składował na płaskim brzegu jeziora, który stopniowo wydłużał się, zmniejszając powierzchnię wody. Miałem wrażenie, że Fredo tego nie widzi, ponieważ proces kurczenia się jeziora następował stopniowo. Pchając taczkę i opróżniając ją patrzył tylko w ziemię. Być może w ogóle go to nie interesowało.

Przez cały okres obserwacji nic się w nim nie zmieniało: ta sama czerwona koszula, te same długie, jasne spodnie, ta sama taczka. Zmieniała się tylko góra, jezioro i chyba trochę psy. Były mniej rozbiegane, spokojniejsze, wierni towarzysze pracowitej samotności swego pana. Polubiliśmy się wzajemnie; psy łasiły się do mnie, jakbym był członkiem rodziny.

Po półrocznej przerwie – przebywałem wtedy za granicą w niekończącej się podróży służbowej – przyjechałem znowu, aby odbyć tradycyjny już spacer po lesie. Zaskoczył mnie widok miejsca tak dobrze mi znanego. Tam, gdzie ostatnio widziałem prymitywne zarysy fundamentów, stał dom. Ale jaki! Była to rezydencja, coś jak dawny szlachecki dworek, rozległy, imponujący, tonący w kwiatach. Połowa wzgórza na całej szerokości rozległej działki zniknęła, nie pozostało z niego nic oprócz stromych wycięć w stoku po obydwu bokach i ogromnego nawisu ziemi z tyłu.

Przyglądałem się niezwykłej zmianie pejzażu, kiedy z domu wyszedł Fredo. Poznał mnie i z daleka machał już ręką. Zaskoczył mnie swoim zrelaksowanym, odmiennym wyglądem. Miał na sobie elegancką, jasnoniebieską koszulę w paski oraz jasne, nowe spodnie z dobrego materiału, na nogach zaś granatowe zamszowe mokasyny. Z gustownym, nie rzucającym się w oczy złotym łańcuchem na szyi wyglądał jak popularny artysta wychodzący przed dom, aby przywitać gościa przybywającego na urodzinowe przyjęcie lub towarzyski niedzielny grill.

Wyraziłem podziw dla jego osiągnięć i zapytałem czy nawis ziemi z tyłu nie jest niebezpieczny. Uspokoił mnie.

– To bardzo solidna konstrukcja ułożonych pod odpowiednim kątem betonowych kolumn i płyt. Projektował ją znany architekt. Jego żona była moją klientką, zrobiła mi dobrą reklamę dzięki czemu mogłem uzyskać korzystniejszą cenę za usługi firmy jej męża.

Przy kolejnej wizycie zapytałem Fredo ponownie o Arnikę, czy wie, co u niej słychać. Tym razem był trochę bardziej rozmowny. Powiedział, że jest mężatką, ale nie ma dzieci.

– Podobno co roku wyjeżdżają za granicę na wakacje. Czy jest szczęśliwa, tego to nie wiem – dodał odwracając głowę w kierunku psów, które ujadając radośnie wybiegły zza domu aby mnie przywitać.

Wydawało mi się, że pogodził się z losem. Bardzo tylko pragnął, aby zobaczyła dom, który dla niej zbudował. To było jego jedyne marzenie – podzielił się nim ze mną zanim się pożegnaliśmy. Dowiedziałem się od mojej żony, że wierzył, że jak Arnika zobaczy ten wymarzony dom, wtedy wróci do niego.

Wytrwałość Fredo przyniosła wyniki. Udało mu się umówić z Arniką na ósmy dzień sierpnia, że przyjedzie do niego, aby razem obejrzeli dom. Liczył na słoneczny, ciepły dzień.

Fredo przygotowywał się do wizyty jakby zależało od niej jego życie. Posprzątał dom wewnątrz i dookoła, włożył świeże kwiaty do wazonów, gruntownie przewietrzył wszystkie pomieszczenia. Pościerał starannie zakamarki, gdzie mógł zgromadzić się kurz, umył zlewy, wanny i sedesy. Robił wszystko sam. Był skrupulatny w każdym szczególe. Przygotował nawet kawę do naparzenia, aby jej zapach stworzył atmosferę ciepła i radości.

W nocy z siódmego na ósmego sierpnia około godziny dwudziestej drugiej zaczął padać deszcz. Takich opadów nie notowano w historii ani miasta, ani kraju. To była potworna ulewa, pogrom wszystkiego, co stanęło na drodze miliardom litrów wody spadającym z nieba. Potop trwał sześć długich godzin. Potoki wody spływały w kierunku jeziora Onta, podnosząc jego poziom metr po metrze.

Kiedy Arnika przyjechała pod wskazany adres, nie szukała długo. Pamiętała to miejsce. Nie było tam niczego do oglądania. Nie było wzgórza, nie było domu, tylko w miejscu jeziora rozciągało się gigantyczne rozlewisko mętnej wody.

Przyjechałem na miejsce kilka godzin później, jak tylko dowiedziałem się o skutkach oberwania chmury nad Nowenną i sąsiednimi dzielnicami. Stałem w szoku w miejscu, z którego lubiłem podziwiać dom i nie wierzyłem własnym oczom. Dołączył do mnie mężczyzna; nigdy wcześniej go nie widziałem. Lekko przygarbiony, w surducie i sztuczkowych spodniach wyglądał jak zapomniany przez czas kaznodzieja, który wybrał się nad jezioro, aby ułożyć sobie w głowie kazanie na ważne święto kościelne. Jego twarz była jeszcze młoda; postarzały ją posiwiałe przedwcześnie włosy i dwie wyraźne zmarszczki zatroskania. Staliśmy w milczeniu, szukając wzrokiem tego domu. Mężczyzna popatrzył na mnie, następnie spojrzał w niebo, milczał chwilę, po czym przemówił wyraźnym, mocnym głosem:

– Nie znałem osobiście Fredo, właściciela domu, ale znam ich historię. Fredo zbudował go z miłości do kobiety. W najpiękniejszym miejscu, na stoku wzgórza, z widokiem na jezioro. To wyjaśnia i uzasadnia wszystko. Miłość to najświętszy z sakramentów.

Michael Tequila
Gdańsk, 20 03 2021

0Shares

Domek nad jeziorem

Przez życie Alleny Aleksiejewy przewaliły się wszystkie fale nieszczęść i radości. Nieszczęścia bardziej czuła niż pamiętała, bo było to bardzo dawno. Czasami widziała je jak za mgłą a czasem wyraźnie jakby stały jej przed oczami: susze, powodzie, wojny, wybuch bomby atomowej, wirus i epidemia oraz małe i wielkie grupy okropnie krzyczących ludzi.

Allena Aleksiejewa była już starszą panią. Tak ją określano. Czasem ktoś zwracał się do niej inaczej, ale nie mogła sobie przypomnieć, kto to był. Kiedyś była naczelniczką poczty, oddaną pracy i obowiązkową jak mało kto. Bardzo ją ceniono. Zawsze taka była, już od dziecka. W szkole nauczyciele chwalili ją za dokładność, pracowitość i wzorowe zachowanie. W domu miała dwa odznaczenia za wzorową pracę na poczcie i wiele dyplomów.

Zwolniono ją, kiedy w krótkim czasie trzy razy zgubiła klucze od urzędu pocztowego. Dwa razy odnalazła je sama, za trzecim razem ktoś je znalazł i odniósł, bo miały metalową przywieszkę z wygrawerowanym imieniem, nazwiskiem i telefonem. Być może nic by z tego nie wynikło, gdyby urzędu nie okradziono. Brak śladów włamania przesądził sprawę. Wszyscy wiedzieli, że to nie ona, ale na żądanie prokuratora jej dom został przeszukany. To było bardzo przykre. Płakała wtedy kilka razy. Wszystko to pamiętała tylko do czasu. Potem niedobre wspomnienia zblakły i zostały tylko te lepsze, głównie z dzieciństwa.

Po wszystkich złych i dobrych przeżyciach została sama. Miała domek nad brzegiem jeziora. To był dorobek całego jej życia. Miała go, bo się zadłużyła w banku i długo spłacała, dorabiając wieczorną pracą w sklepie. Latem, kiedy siedziała na tarasie, ktoś powiedział:

– Takie miejsce. Żyć nie umierać!

Nie pamiętała już kto to był. Nie miało to zresztą znaczenia, bo miała swój świat i nic innego się nie liczyło.

Mieszkała sama i jakoś sobie radziła, choć zimą nie było łatwo. Najtrudniej było kiedy mróz barwił okna warstwą siwego szronu w gwiazdy, gałązki, koła i kwadraty. Chodziła wtedy grubo ubrana i była dobrej myśli.

Najbardziej nie lubiła samotności. Dokuczała jej coraz mocniej. Tak bardzo, że postanowiła uporządkować swoje życie, aby było jej lżej.

W gęstwinie drzew i krzewów otaczających domek odkryła kilka gniazd, a w nich ptaki. Upatrzyła sobie dwa z nich. Złapała pierwszego, był to gil lub czyżyk, nie była pewna. Potem okazało się, że jest to gil. Poznawała go po ubarwieniu i po śpiewie. Włożyła go do małej klatki znalezionej na poddaszu domu, nakarmiła i napoiła. Klatkę umieściła wśród drzew przed domem po lewej stronie. Zrobiła to wtedy, kiedy w pobliżu nie było kota. Nie chciała, aby to widział, bo był niebezpieczny. Wieczorem chodziła nakręcać gila, aby śpiewał. Nastawiała czas porannego śpiewu: godzina siódma rano. Przy okazji sprawdzała miniaturowy głośniczek oraz bateryjkę, taki paluszek, ile w niej było energii. Jeśli bateryjka była ciepła, to znaczyło, że ma dużo energii. Jeśli była zimna, wtedy ją wymieniała. Nie martwiła się o nią, bo miała w domu w szufladzie jeszcze inne bateryjki w zapasie.

Od pewnego czasu bateryjka ją dziwiła. Zawsze była bardzo ciepła, prawie gorąca.

– Jak to może być, zadawała sobie pytanie, że ptak śpiewa a bateryjka jest stale pełna energii. To ją niepokoiło. Jak tylko przestawała o tym myśleć, niepokój znikał. Było to tak wygodne, że w końcu w ogóle o bateryjce zapomniała.

Potem był czyżyk, mogła to być też zięba. Nigdy nie udało jej się wyjaśnić tego do końca. Umieściła go w drugim końcu pasma drzew przed domem po prawej stronie. Postępowała z nim tak samo jak z gilem, z tym, że czyżyk, czy też zięba, rozpoczynał śpiew dwadzieścia minut później. Słyszała ich trele przez cały dzień.

– Jeden kończy, drugi zaczyna. Zupełnie jak dyżur na poczcie – mówiła sobie. Czuła się z tym szczęśliwa.

Kilka razy, kiedy wychodziła z domu, aby odwiedzić ptaszki, zagubiła się. Błąkała się wtedy po lesie wśród chaszczy i po nierównej plaży nad jeziorem, szukając drogi do domu. Nie mogła jej odnaleźć. Najgorzej było, kiedy zapominała czego szuka. Było to bardzo niemiłe. Na szczęście teren był ogrodzony i w końcu odnajdywała dom. Czasem nawet ktoś jej pomagał ale nie wiedziała kto. Pamiętała tylko, że ta osoba miała ciepłe ręce i miły głos.

Raz Allena bardzo zmarzła, bo padał deszcz i cała przemokła. Kiedy wróciła do domu, w kuchni czekała już gorąca herbata i pigułki na przeziębienie. Zdziwiła się, bo nie pamiętała, kiedy je tam położyła.

Po ptaszkach przyszły zwierzęta. Odczuwała ich brak i często o nich myślała. Musiała coś sobie wybrać.

– Pies ani kot nie, bo jedzą mięso. To niezdrowe. A ponadto, skąd tu wziąć mięso? Ponieważ sama była wegetarianką, więc mięso wykluczyła. Krowy nie chciała, choć lubiła mleko, bo była za duża. Po prostu bała się jej. Koza? To była następna możliwość.

– Tak! – starsza pani uznała, że to dobre rozwiązanie.

Kiedy zwierzę pojawiło się przy domu, Allena Aleksiejewa była zdziwiona skąd się wzięło. Najważniejsze, że koza podobała jej się. Była brązowo-biała i miała bródkę. Była bardzo przyjazna, wręcz sympatyczna. Beczała nie za często, więc nazwała ją Istria. Myślała o imieniu Mećka, było jednak zbyt pospolite, aby nadać je zwierzęciu domowemu mieszkającemu tak jak ona nad jeziorem. Kiedy Allena miała już własne towarzystwo, poczuła się naprawdę szczęśliwa.

Ogólnie rzecz biorąc, nie przyjmowała gości, ale kiedy przychodzili, zapraszała ich bez wahania na werandę, bo tam było najwygodniej. Wpadali do niej niezapowiedziani, bo jej telefon nie działał. Sama nie dzwoniła, ponieważ po drugiej stronie linii nigdy nikogo nie było. Ponadto nie miała do kogo dzwonić.

Gościom przynosiła ciasto, zawsze miała jakieś w zapasie, i od razu proponowała kawę lub herbatę. Do jej naparzania używała dużego imbryka. Pamiętała nawet, kiedy i gdzie go kupiła. Podobał jej się, bo był biały w czerwone kropki, przez co był dobrze widoczny.

Goście dużo rozmawiali. Byli młodzi i lubili mówić a ona słuchała. Czasem do niej mówili “mamo” lub “babciu”, ale nie za bardzo to rozumiała.

– Młodzi jesteście, to musicie się wygadać. Ja już się w życiu dosyć nagadałam – tłumaczyła im.

Kiedyś przyjechała karetka pogotowia. Allena nie miała pojęcia, kto ją wezwał i po co. Lekarz badał ją bardzo starannie zadając pytania. Na koniec powiedział do siebie albo do swojego pomocnika:

– Starsza pani ma zaniki pamięci ale na szczęście jakoś sobie radzi. Dzielna kobieta.

Powiedział to głośno i Allena Aleksiejewa to zrozumiała. Coś jeszcze mówił, ale to już do niej nie dotarło, bo myślała o czymś innym. Potem zapytał się:

– Czy pani czuje się tutaj szczęśliwa?

Odpowiedziała, że tak i od razu zapomniała. On to chyba rozumiał, bo się ucieszył, że w domku nad jeziorem była szczęśliwa. Nie znała innego świata.

– Czy można było czegoś innego się spodziewać?

Odpowiadając na pytanie tłumaczyła sobie.

– Sami to zrobiliśmy. Te powodzie, susze, bomba atomowa i ci ludzie przechodzący z miejsca w miejsce.

Zanim odjechali, obwieźli ją dookoła jeziora i przywieźli z powrotem. Wkrótce karetka odjechała. Przed odjazdem Allena poprosiła doktora, aby kupił jej wełny.

– Kolor czerwony, cztery kłębki i kolor szary … Zawahała się. – Też cztery kłębki. Będę robić sweter dla brata.

– A jeśli brat nie zechce go nosić? – Zapytał lekarz, uśmiechając się tajemniczo.

Patrzyła na niego, ale nie widziała, aby otwierał usta. Domyśliła się, że był sztucznym tworem. Był dziwnie ubrany; nosił luźny biały strój i miał czarną brodę.

– To wtedy dam tym sportowcom, co tu biegają rano. Temu najchudszemu, bo jemu jest najzimniej.

Nie słuchała jego odpowiedzi. Wróciła do domku, obeszła wszystkie pomieszczenia i roześmiała się. Był to ten sam dom. Wkrótce pojawiła się koza. Allena Aleksiejewa zobaczyła ją przez okno i wyszła, aby pogłaskać zwierzaka. Chyba była zmęczona, bo usiadła na krawędzi tarasu i długo patrzyła na jezioro. Patrzyła i patrzyła, aż w końcu obraz rozmazał jej się przed oczami i wtedy zrobiło jej się bardzo smutno. Było to dziwne, bo zachód słońca był przepiękny. Do domu wróciła dopiero wtedy, jak zrobiło się ciemno i zimno. Była też już głodna.

Następnego dnia, jak tylko obudziła się, opuściła nogi na podłogę i włączyła radio. Wydawało jej się, że kiedyś wyrzuciła je na śmietnik. Chwilę słuchała muzyki lecz bez większej przyjemności. Potem popatrzyła przez duże oszklone drzwi prowadzące na taras. Stały tam kwiaty i uśmiechały się do niej. Odpowiedziała im uśmiechem. Nie śpieszyła się nigdzie, miała dużo czasu.

Michael Tequila
Gdańsk, 23 listopada 2020

0Shares

Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 14 Katmandu

W drodze do Katmandu autobus zatrzymał się, aby uczestnicy wycieczki mogli zrobić zakupy w wielopiętrowym domu towarowym Bhat-Bhati Supermarket and Departamental Store. Jego pełen opis był niezwykle bogaty i zawierał w sobie określenia w rodzaju global, international, imperial, gigantic i futuristic. Właścicielem domu był Baba Ditto, Hindus z Varanasi, posiadacz wielkiej fortuny, człowiek o nieprzeciętnych zdolnościach, marzyciel i twórca idei łańcucha wznoszących się reinkarnacji, z których każda następna jest doskonalsza niż jej poprzedniczka.

Ditto pokazywał się niekiedy przy wejściu głównym do Bhat-Bhati, w garniturze z jedwabiu, z krzaczastą brodą i wąsami skutecznie ukrywającymi dolną część twarzy, oraz złotym sygnetem na ręce, aby rozdawać ulotki i rozmawiać z klientami. Jeśli rozmowa sprawiała mu przyjemność, częstował osobę wyróżnioną gorącą kawą w malutkiej filiżaneczce i oferował autograf z swoim zdjęciem dużego formatu. Ich zapas nosił za nim służący, biały Europejczyk, w liberii, płynnie mówiący czterema językami. Był to Anglik zatrudniony przez Babę dla upamiętnienia czasów Imperium Brytyjskiego, kiedy Anglicy zatrudniali Hindusów w roli służących. 

Dom towarowy Bhat-Bhati cieszył się sławą największego sklepu na kontynencie i na świecie. Był doskonale zaopatrzony; najdrobniejszy produkt nie mógł być ustawiony  na półce jeśli nie był dostępny w co najmniej w pięciu odmianach.

Uczestnicy wycieczki szybko wymienili się informacją, że na czwartym piętrze, w południowym skrzydle, jest niesamowity wybór herbat ekologicznych zwanych tu organicznymi. Były one w różnych opakowaniach, od prostego do najbardziej luksusowego, były bardzo dobrej jakości i miały rozsądne ceny. Wszyscy zaopatrzyli się w większą ilość herbat jako upominki dla rodziny i przyjaciół.

Czas zakończenia zakupów ustalono na godzinę piętnastą piętnaście. Zbliżała się już godzina szesnasta, a część podróżnych wciąż robiła zakupy. Pozostali, czekający już w autobusie, niecierpliwili się coraz bardziej. Kiedy zauważono, ze nie ma też Kantyny, zdenerwowanie pogłębiło się. Zaczęto przeklinać.

– Zaraz go przyprowadzę – zaoferował się Dobroczyńca.

Po kilku minutach, szybciej niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać, wrócił razem z alkoholikiem.

– Skąd wiedziałeś, gdzie go szukać? – padały pytania.

– To nie było trudne. W dziale alkoholi. Siedział i gapił się na sprzedawcę, czekając na zapakowanie trzech butelek “Desi Daru”, najbardziej popularnego alkoholu na Półwyspie Indyjskim. Kantyna wie, co jest dobre. Wiedzy o alkoholach nie można mu odmówić. To coś rewelacyjnego! To najlepszy na świecie absynt – wyciąg z kwiatów i liści piołunu, anyżu oraz kopru włoskiego z niewielkim dodatkiem innych ziół. Otrzymuje się go w procesie ekstrakcji.

Zasięgnąłem języka i kupiłem do przetestowania absynt o nazwie Gogoo-Loo, produkowany z dodatkiem wydzieliny jakiegoś egzotycznego robaka. To najmocniejszy alkohol na świecie, ma osiemdziesiąt czystego alkoholu. Jest zakazany w wielu krajach. Po kilku kieliszkach można już mieć urojenia, a z całą pewnością następnego dnia. Nigdy jeszcze nie przeżyłem delirium, dlatego musiałem go kupić – w miarę opowiadania Dobroczyńca ożywiał się coraz bardziej.

– Po wypiciu Gogoo-Loo nie można już pić innego alkoholu, jeśli chce się dożyć następnego dnia. To przeżycie na miarę reinkarnacji.

To, co mi powiedziano tak mnie poruszyło, że nabyłem dwie butelki. Inne trunki wyglądają przy nim jak bezalkoholowy szampan dla dzieci. Jak tylko ruszymy, zaczynam rozlewać. Możecie już ustawiać się w kolejce.

Wieczorem, po kolacji, grupa oglądała tańce newarskie w restauracji Nepali Chudo w hotelu Northcrop. Mieścił się on w dwupiętrowym budynku zbudowanym z czerwonej cegły, bardzo przyjemnej dla oka. Każde piętro otaczał balkon osłonięty metalową barierką. Od podstawy ściany frontowej strzelał w górę blaszany komin; kończyła go konstrukcja przypominająca dziwaczną budkę dla ptaków.

Większość czasu tańczył mężczyzna o twarzy, uśmiechu i wdzięku kobiety; każdy gest jego ramion i dłoni wyrażał delikatność. Przygrywała mu dwuosobowa orkiestra. Goście siedzieli przy długich stołach i smakowali sake serwowane w mikroskopijnych kieliszkach.

0Shares

Spóźnione poezje wtorkowe

Dziś niewiele z siebie wykrzesałem. Nic nie napisałem, nic nie stworzyłem. Przeczytałem tylko duży fragment książki „Nie ma” autorstwa Mariusza Szczygła. Polecam.

W poczuciu winy przedstawiam dwa wiersze z mojego tomiku „Klęczy cisza niezmącona”. Pozdrawiam.

Michael T.

Obraz z górami Grampians

Za powiek zamkniętych gęstą zasłoną
słońca Australii wspomnieniami płoną,
ożywają równiny, przemawiają drzewa,
słyszę i czuję, jak magpie śpiewa.

 

 

 

 

 

 

 

W ściany zamknięty żyję po kryjomu,
wybiegam z chłodu ciasnoty domu,
przestrzeni szukam, wolności bez granic,
światła i ciszy….

Wszystko to na nic, bo ja tu jestem.
Lotem gołębia
myśl w pejzaż daleki rączą duszę wprzęga,
ręce unoszę i z serca krzyczę
… i znów przeżywam przestrzeń i ciszę.

Sopot, 3 października 1997

 

 

 

 

 

Odwieczne przemienienie

Słońce po dnia obchodzie zstępuje z zenitu,
ocean oczy razi pękami ogników
i tonie ogniste koło rzucając promienie:
majestatyczne, odwieczne, wieczorne przemienienie.

Kiedy jasność w sen cichy powoli zapada
i w chmur ciepłej pierzynie kryje się mew gromada,
woda tak dziwnie szemrze. Czy to senne marzenie?
To ocean rozmawia z Bogiem, to ciche rozmodlenie.

Australia, Morphett Vale, 1996

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 225 (przedostatnia): Babochłop i historia trzech braci

– A Babochłop? Co z nim? Przecież to on rządził i to zupełnie sprawnie, kiedy byłeś w letargu. Co się z nim stało? – Sefardi przechylił się do przodu, jakby chciał lepiej słyszeć.

Barras milczał z oczami wlepionymi w przestrzeń. Przez jego twarz przebiegały cienie, choć pozostawała cały czas w słońcu. Bracia cierpliwie czekali na odpowiedź. Wydawało się, że nic z tego nie będzie, kiedy Barras obejrzał się wokoło, jakby chciał upewnić się, że nikt ich nie słyszy, po czym odezwał się przytłumionym głosem.

– To jedyny człowiek, który został skazany na śmierć, a ja nie skorzystałem z prawa łaski, aby darować mu winę i uratować życie, choć zrobił tak wiele dobrego dla kraju w najtrudniejszym dla wszystkich okresie. Nikogo wcześniej ani później tak nie potraktowałem. Głos gubernatora był bezdźwięczny. – Nie mogłem inaczej. On jedyny mógł zniszczyć naszą reputację, moją i Ekscelencji, mógł zniweczyć nasze zasługi. Zbyt dużo wiedział i zbyt dużo mógł. Był niebezpiecznym konkurentem. Poza tym to popapraniec. Tacy ludzie zawsze byli mi obcy, nawet jeśli nie okazywałem tego publicznie.

Czarna Eminencja popatrzył na brata ze smutkiem i żalem.

– Tego jednego, takiej właśnie postawy, nigdy nie mogłem zrozumieć ani zaakceptować w tobie. To zaprzeczenie boskiej miłości. Teraz boli mnie to tym bardziej, kiedy wiem, że jesteśmy braćmi.

– I to bliźniakami. To niesamowite – Sefardi uznał, że powinien przerwać ciąg tragicznych wynurzeń i oskarżeń. – Najbardziej ciekawi mnie to, jak odkryłeś, że jesteśmy braćmi.

Czarna Eminencja poprawił fałdę na sutannie. Przypomniał sobie początek historii. Było to przypadkowe odkrycie. Przeglądał księgi rejestrowe parafii w miasteczku, gdzie spędził dzieciństwo w domu dziecka. Przyjechał tam, aby pomóc przyjacielowi odtworzyć drzewo genealogiczne i przypadkowo natknął się na zapis dotyczący urodzin trzech chłopców. Urodzili się tego samego roku, miesiąca i dnia. Zaintrygowało go to, bo była to także data jego urodzenia. Uznał, że dwaj pozostali bliźniacy musieli być jego braćmi. Nie miał pojęcia, że w ogóle miał rodzeństwo, nikt mu nigdy o tym nie mówił. Wychowywał się sam, był adoptowanym dzieckiem.

– Tajemnicę odkryłem idąc po nitce do kłębka, nie od razu. Najbardziej zdziwiłem się, kiedy dowiedziałem się, że to wy dwaj jesteście moimi braćmi. Trafiliśmy do różnych rodzin, mieliśmy różne nazwiska. Nurtowało mnie, dlaczego rodzice oddali nas pod opiekę osób trzecich. Okazało się, że to nie rodzice, tylko matka. Ojciec był przeciwny, ale chyba nie za bardzo, skoro tam trafiliśmy.

– Jak dowiedziałeś się tych wszystkich szczegółów z naszego dzieciństwa, o których nam mówisz, mając do dyspozycji tylko oficjalne dokumenty? – Sefardi zadał pytanie, wiedziony nie tylko chęcią poznania własnej historii, ale i instynktem pisarza, badacza ludzkich losów.

– Wytrwale szukałem informacji. Zajęło mi to dużo czasu, na szczęście miałem go dosyć. No i miałem zacięcie do zgłębiania przeszłości. Rozmawiałem z kierowniczką domu dziecka. Staruszka niewiele już pamiętała, ale to wydarzenie akurat zapadło jej w pamięć. Niektóre szczegóły dodatkowo potwierdziła i uzupełniła opiekunka dzieci, niewiele od niej młodsza. Chcielibyście na pewno wiedzieć, dlaczego matka oddała nas w obce ręce. Mogę się tylko domyślać, właściwie to mam prawie pewność. Nasza matka była kobietą samodzielną, wyzwoloną i ambitną. Tak jak inne wyzwolone kobiety, czy wściekłe baby, jak mówił o nich Babochłop, których antyprokreacyjne postawy zwalczaliśmy tak namiętnie. Być może zaszła w niechcianą ciążę albo uznała, że dzieci będą jej ciężarem w życiu i karierze zawodowej. To indywidualistka, która urodziła się kilkadziesiąt lat za wcześnie. Dzisiaj zapewne walczyłaby z państwem i kościołem, a nawet z Bogiem, o niezależność dla wszystkich kobiet. Dobrze, że nie skończyliśmy gorzej.

– Historia naszego dzieciństwa jest zbyt przytłaczająca. Nie jestem już w wieku sprzyjającym grzebaniu się w rodzicielskiej niepoczytalności. Porozmawiajmy o czymś innym. – Zaproponował Barras.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 168: Dni powodzi i tornado

Następnego dnia, była to środa, woda pozostała po gradobiciu i ulewne deszcze padające w nocy oraz oberwanie chmury nad samym ranem spowodowały wielką powódź. Ulicami Afary płynęły samochody, zupełnie jak łódki, zatrzymując się na drzewach, znakach drogowych, murach i przypadkowych wzniesieniach. Woda rwała ulicami, podmywając budynki i wypełniając mętną cieczą piwnice, podwórka i mieszkania na parterze, w obniżeniach terenu sięgając nawet okien pierwszego piętra. W mieście co najmniej sześć domów zostało całkowicie pochłoniętych przez żywioł. Silnym opadom towarzyszyły gwałtowne porywy wiatru i skoki ciśnienia.

Ludzi ogarnęła panika większa niż pierwszego dnia.

Osoby starsze, matki i ojcowie rodzin, padali na klęczki i modlili się błagając Boga o zachowanie ich przy życiu, niektórzy umierali na miejscu na serce lub duszności, dodatkowo przerażeni niepewnością, dokąd trafią, do nieba czy do piekła.

Młodzi ludzie zachowywali się inaczej. Niepewni najbliższych godzin, jedni pili na umór, inni rozpaczliwie uprawiali miłość w nadziei, że spłodzą potomstwo, które cudem ich przeżyje. Domy publiczne pękały w szwach. Najnowszy z nich, o nazwie Cezarea, oddany do użytku tydzień wcześniej, miał zajęty cały parter, gdzie ceny pokoi i usług rywalizowały z niebywałym luksusem. Była to starannie odrestaurowana kamienica przy ulicy Larga, piękna i pachnąca świeżością jak kobieta od pewnego czasu śniąca się nieprzerwanie siostrzeńcowi Sefardiego. Pierwsze piętro, równie eleganckie i niewiele mniej kosztowne niż parter, jak również trzecie piętro, gdzie mieściły się pokoje z tabliczką „Samoobsługa” i wizerunkiem kształtnej męskiej dłoni, dysponowały dwom wolnymi pokojami wynajmowanymi na godziny.

Na drugim piętrze burdelu mieściła się dyrekcja, palmiarnia i siłownia z sauną. W dzień wielkiej powodzi gościli na siłowni tylko mężczyźni nieświadomi lub niepomni, że piętro wyżej i piętro niżej dostępne są rozrywki ciekawsze i milsze niż bieganie w miejscu po ruchomej taśmie lub uporczywe wyciskanie sztangi. Tych, którzy przeżyli, nazywano potem Narcyzami, ćwiczącymi tylko po to, aby napawać się w lustrze widokiem wymodelowanego czteropaku na brzuchu i wypchanych steroidami bicepsów. Na ulicy niedorostki drwiły z nich rzucając z bezpiecznej odległości uszczypliwościami w rodzaju „mały ptaszek w dużej klatce”.

W piątek nad miastem i okolicą przeciągnęło tornado, unicestwiając po drodze wszystko, co stawiało opór jego maniakalnej sile. W pierwszej kolejności ofiarą padały duże, przestrzenne obiekty, lżejszej konstrukcji budynki, samochody, stogi siana, stodoły, drzewa, czasami także słupy i stacje sieci energetycznej.

Wiatr nasilał się coraz bardziej, uderzał falami z taką furią, że ludzie musieli odwracać się frontem do niego i pochylać do przodu, aby nie dać się powalić i szukać schronienia pod drzewem lub murem, gdziekolwiek istniała osłona. Nie mogąc jej znaleźć padali na ziemię, aby tylko zmniejszyć uderzenia wiatru. Był on tak zimny, że ciarki ludziom chodziły po plecach, dreszcze chwytały ciała w żelazne obręcze, skóra kurczyła się boleśnie i dostawała gęsiej skórki. Wskutek strachu nawet najcieplej ubrani przechodnie nie czuli potu na skórze, ponieważ wichura przenikała najdrobniejsze szparki tkaniny usuwając wilgoć z ciała.

Na przystani jachtowej wiatr uderzył w rosłą dziewczynę z taką siłą, że uniósł ją w powietrze z szalem furkoczącym jak flaga i rzucił w spienioną wodę. Świadkowie zdarzenia zamarli z przerażenia. Jeden z nich sprawdził potem kroniki wypadków w poszukiwaniu informacji, kim była nieszczęsna ofiara, ponieważ chciał złożyć kwiaty i zapalić świeczki w miejscu wypadku. W tej sprawie ukazało się nawet ogłoszenie prasowe, nie odnaleziono jednak nikogo, kto zginąłby w czasie wichury tamtego dnia. Poszukiwacz tragicznej informacji odetchnął z ulgą, że chyba uległ złudzeniu, choć byłby gotów przysiąc lub założyć się o dużą sumę, że takie zdarzenie miało miejsce.

W mieście potężny wir powietrza porwał stojący przy drodze samochód osobowy, na szczęście bez pasażerów, i rzucił nim z taką siłą, że przebił świeży jeszcze mur wkomponowując weń pojazd. Najzdolniejszy rzeźbiarz nie wyśniłby tak udanej kompozycji, nie mówiąc o jej stworzeniu. Po ustaniu zabójczej pogody ludzie przybywali setkami, aby oglądać fenomen: samochód idealnie zawieszony wewnątrz muru, z drzwiami po obydwu jego stronach. Instalacja była tak niezwykła, że władze miasta zdecydowały się zbudować w tym miejscu Muzeum Żywiołów Atmosferycznych. Grupa artystów konstrukcyjnych proponowała nazwę Muzeum Sztuki Piekielnej, bardziej przemawiającą do wyobraźni i nawiązującą do diabelskiego charakteru dzieła. Powołano do życia komitet organizacyjny, który miał zająć się wykupieniem działki i sfinansowaniem inwestycji. Do transakcji nie doszło z uwagi na potrzeby odbudowy masowych zniszczeń kraju. Były one tak wielkie, że obywatele odmówili wsparcia idei budowy muzeum określając ją jako „wyrzucanie pieniędzy w błoto” oraz „zamurowywanie w ścianie”.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 108: Testament. Pani Godano i ksiądz Terrano.

Śmierć Sefardiego Baroki przyniosła znaczące odszkodowanie jego najbliższej rodzinie. Okazało się, że był wysoko ubezpieczony od ponad dwóch lat. Nie była to kwota szokująca, ale na tyle duża, że można było za nią kupić dom w dobrej dzielnicy. Nie pałac czy dworek z wielkim parkiem, ale przyzwoity kilkupokojowy dom z ogrodem, ogrodzony i osłonięty gęstym żywopłotem przed oczami ciekawskich. Odszkodowanie przypadło drugiemu pokoleniu zstępnych, wnukom i wnuczkom zmarłego. Dokonując zapisu darczyńca zastanawiał się, czy osoby pominięte w testamencie nie rozpętają wojny domowej. Aby zmniejszyć ryzyko niesnasek rodzinnych, starał się nie dyskryminować ani nie wyróżnić nikogo, dając jedynie wyraz swojemu poczuciu sprawiedliwości. Sefardi nie byłby jednak sobą, gdyby nie użył sztuczki gwarantującej akceptację jego postanowień. Postawił prosty warunek. Wyjaśnił go z pewną wylewnością w liście do rodziny, stanowiącym formalny załącznik do testamentu.

„Nie jestem apodyktyczny, chciałem jak najlepiej, ustaliłem jak najmądrzej, kierując się rozumem, uczuciami jak i poczuciem sprawiedliwości. Nie jestem apodyktyczny i dlatego daję wam wybór: albo w ciągu trzech miesięcy od otwarcia testamentu zgodnie przyjmiecie jego zapisy, takie jakie one są, albo całość darowizny przeznaczona zostanie na cel dobroczynny. Na świecie jest tyle ubóstwa, że obdarowani będą całować ślady moich rąk na testamencie i stóp wyciśniętych na płycie Muzeum Sefardiego Baroki, które zafundowałem sobie z próżności”.

W imieniu rodziny głos zabrała Penelopa. Przyznała, że żyli obok siebie od wielu lat, często nie widząc się i nie kontaktując przez kilka tygodni z rzędu. Zachęciła członków rodziny do przyjęcia testamentu, określając go jako „okrutny wyrok niezrównoważonego świętej pamięci męża”. Po namyśle, którego długość zaczęła niepokoić zebranych, dodała: teraz rozumiecie, dlaczego unikałam tego człowieka mieszkając pod jednym dachem. Trudno mi nie nazwać go inaczej niż … Poszukiwanie właściwego słowa zajęło jej dostatecznie dużo czasu, aby siostrzenica zdążyła podejść do niej i ujmując ją za rękę, odwieźć od zamiaru składania dalszych wyjaśnień:

– Ciociu, to wszystko, co o nim powiesz, dostanie się do prasy. Chyba nie chcesz, aby i ciebie określono mianem potwora?

*****

Kiedy Anastazja Godano zadzwoniła i poprosiła o widzenie, ksiądz Terrano niezbyt chętnie zgodził się na spotkanie. Umówili się w salce katechetycznej przy plebanii. Kobieta zaskoczyła księdza podwójnie: była w pełnej żałobie i wyraziła pragnienie nawrócenia na wiarę katolicką, wiarę przodków, jak to określiła. Ksiądz uznał jej życzenie za niezwykłe; przez lata uważał ją za nieugiętą agnostyczkę, choć nie obnosiła się ze swoim niedowiarstwem. Oboje wiedzieli o sobie dużo, ponieważ oboje byli bliscy Sefardiemu. Do spotkania i prośby ośmielił ją fakt, że Sefardi mówił jej dużo dobrego o Amizgao.

– Uważał księdza za osobę godną najwyższego zaufania. – Podsumowała, schylając głowę z uznaniem. Wyznała to ze szczerością kobiety, która straciła więcej niż przyjaciela i poszukuje pocieszenia. – Sefardi mówił mi, że ksiądz uważa Boga za swego przyjaciela. On sam był księdza przyjacielem większym niż Bóg. – Pewne wahanie widoczne w jej głosie wynikało z niepewności, czy dostatecznie dobrze rozumie relacje między Bogiem a człowiekiem.

– To niezwykłe wyznanie. Sefardi był moim przyjacielem podobnie jak jest nim Stwórca, ale to inny rodzaj przyjaźni. Nasz wspólny, nieżyjący już przyjaciel był ciekawym i oryginalnym człowiekiem, bardzo nietuzinkowym. Łączyła nas miłość do literatury, a szerzej – do sztuki. Wie pani, szanowna pani Anastazjo – ksiądz ożywił się, oczy mu rozbłysły – on widział i rozumiał życie jako teatr, scenę, gdzie ludzie nie żyją naprawdę, tylko grają role. Tak to kiedyś określił. Najbardziej bliski był mu teatr groteski i absurdu. Spieraliśmy się nawet ot, oczywiście bardzo przyjaźnie, co oznaczają te dwa pojęcia. Sefardi uważał, że groteska i absurd najlepiej tłumaczą złożoność ludzkiego życia i postępowanie samych ludzi. A jeśli nie tłumaczą, to przynajmniej przybliżają i objaśniają. To go szalenie fascynowało. Miałem wrażenie, że jest bliski szaleństwa, a bardziej konkretnie, bliski choroby psychicznej. Bałem się o niego. Dlatego pogrzeb, jaki zainscenizował, nie zdziwił mnie nadmiernie.

Dziecinnym ruchem ręki rozmówczyni poprawiła sukienkę na kolanach, po czym zaśmiała się serdecznie.

– Nie mogę zgodzić się z księdzem. Sefardi miał tylko bardzo bogatą wyobraźnię. Jeśli coś mówił, co przypominało szaleństwo, to był to tylko wytwór płodnej wyobraźni wynalazcy. Obawiam się, że nie wyjawił księdzu swoich rzeczywistych poglądów na życie, tylko coś w rodzaju złożonych konstrukcji czasomierzy, które uważał za boski wytwór, a później także pomysłów powieści, jakimi się pasjonował. Wiem to najlepiej, ponieważ nikt nie był tak blisko niego jak ja. – Po przedstawieniu swoich racji Anastazja ścisnęła kolana i opuściła oczy. 

Ksiądz w milczeniu zaakceptował jej sprzeciw wobec swoich obserwacji, nie tylko dlatego, że był przyzwyczajony do sprzeciwu i odmienności opinii. W jednej chwili zrozumiał serdeczność relacji łączących siedzącą przed nim kobietę z Sefardim. Nie poświęcił tematowi więcej uwagi. Zdziwił się tylko pierwszemu odruchowi zniecierpliwienia, kiedy usłyszał opinię rozmówczyni.

– Pani mu pomagała w ostatnich dniach jego życia. – Zmienił temat rozmowy.

Brwi Anastazji uniosły się do góry. – Skąd ksiądz to wie?

 

3Shares

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych. Opowiadanie absurdalne, ale niekoniecznie urojone.

Francisco Goya: Prostak.

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych obudził się. Coś mu ciążyło. Nie był to kask na głowie, w którym lubił się pokazywać podczas jazdy w dół. Była to imaginacja. Musiała pojawić się w nocy, bo wcześniej jej nie zauważył. Na wszelki wypadek zajrzał do słownika, aby sprawdzić, że nie jest to nic chorobliwego ani niebezpiecznego. Okazało się, że imaginacja to to samo co wyobraźnia. Prezydent poczuł się lepiej.

Postanowił podzielić się swoim odkryciem z innymi. Nie był egoistą. Zorganizował publiczną manifestację. Przyszli klakierzy i prości obywatele, którzy lubili jego krzyki. Krzyczał bardzo donośnie. Podniecał się przy tym.

Po części oficjalnej poświęconej dyskusji, jaki to on jest mądry, pracowity i nieustraszony, zebrał się w sobie, zaróżowił na twarzy i lekko wzdął policzki. Robił to zawsze, to go wyróżniało. Potem przemówił. Mówił o wyimaginowanym wspólnym domu. Mieszkał razem z rodziną i znał wyraz „wspólny”.

– Wspólnego domu nie ma! To znaczy jest, ale jest wyimaginowany! Prawdziwy musimy dopiero stworzyć. Tu u nas. Będzie to dom okratowany, bezpieczny, po którym będę mógł jeździć bez ograniczeń na białym koniu. Wspólnego domu nie ma! – Powtórzył głośno, aby go dobrze zapamiętano.

Otaczający go klakierzy i dwaj prości obywatele uwierzyli mu. Inni nie. Ktoś zapytał go z głupia frant:

– A te sto miliardów waluty netto, jakie otrzymaliśmy od wyimaginowanego wspólnego domu na przestrzeni kilkunastu lat, to co? Skąd się wzięły? Spadły z nieba?

Prezydenta zamurowało. Nie miał pojęcia o żadnych pieniądzach, netto czy brutto. Był prostym człowiekiem, wykształconym, ale prostym. W szkole mówiono mu nawet, że jest prymitywny, ale nie wierzył.

Zamurowany na beton stał tam jeszcze wieczorem. Ludzie przychodzili i oglądali go. 

– Ożyje jak ci kamienni rycerze z gór, kiedy przypomni sobie, czy wspólny dom istnieje czy nie – pocieszali się znajomi, którzy przyszli zrobić sobie zdjęcia z zamurowanym prezydentem. Rozsyłali je potem do przyjaciół w kraju i za granicą.

Wkrótce cały świat usłyszał o prezydencie Nafciarzy Zjazdowych. Powtarzano jego słowa, komentowano, a nawet oprawiono w złotą ramkę. Ukazały się wraz z ramką w Księdze Ginesa, pod hasłem „Bełkot polityczny”.

2Shares