Aforyzmy i myśli

„Aforyzm – złota myśl, sentencja, maksyma, gnoma, apoftegmat; zwięzła, lapidarna, przeważnie jednozdaniowa wypowiedź, wyrażająca ogólną prawdę filozoficzną lub moralną, w sposób zaskakujący i błyskotliwy.

Znani aforyści to cesarz Marek Aureliusz (Rozmyślania), książę François de La Rochefoucauld (Maksymy i rozważania moralne), francuski moralista Nicolas Chamfort (Charaktery i anegdoty), belgijski pisarz Octave Pirmez, niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe, hiszpański eseista José Bergamin oraz serbski poeta Jovan Dučić.”

Boski kształt ciała, orzechowe oczy i koralowe usta aptekarki były tak niezwykłe, że aby je chwalić trzeba było – oprócz zapłaty za lekarstwo – wykupić abonament. Pozdrawianie jej uroczego psa było już bezpłatne.

Bóg najpierw stworzył mężczyznę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył kobietę. Bóg najpierw stworzył kobietę, przekonał się, że nie jest ideałem i wtedy stworzył mężczyznę. Historia tworzenia człowieka zależy od tego, kto ją opowiada. Sam akt tworzenia jest teatralny z natury: próba generalna, poprawki, prezentacja ideału.

Bóg nie był w stanie stworzyć doskonałej kobiety, ponieważ nie miał wzorca. Tworząc mężczyznę, wystarczyło mu patrzeć w lustro.

Bóg nie pomaga ludziom bezpośrednio, tylko przez innych ludzi. Modląc się do Boga o pomoc, proś i oczekuj jej od człowieka.

Bóg w brudnych butach nie chodzi. Twoje obuwie jest najprostszym dowodem, czy zostałeś stworzony na obraz i podobieństwo boże.

Byłem człowiekiem niewierzącym. Nie wierzyłem w demokrację. Nawróciłem się i uwierzyłem, że wszyscy są sobie równi. Potem znowu straciłem wiarę i znowu się nawróciłem. Teraz naprawdę wierzę, że wszyscy są równi. Ale inaczej. Czy ja jestem równy panu albo pani? Jestem przecież wyższy.

Chciałbym być lepszy, mądrzejszy, wytrwalszy, coś na wzór i podobieństwo boże, ale ktoś mnie ciągnie w dół. Przyjrzałem się: to moje drugie „Ja”.

Czas, przestrzeń i śmierć to jedyne byty, którymi człowiek nie potrafi jeszcze manipulować.

Czasem myślę, że aby mieć porządek w głowie, muszę najpierw uporządkować moje biurko i szafę z ubraniami.

Dom bez mężczyzny jest jak ogród bez kwiatów, lodówka bez piwa i małżeństwo bez przekleństw.

Dziś na śmietniku, w lesie i w polityce można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

Ewolucja fatalnie wyróżniła człowieka, dając mu mózg prowadzący niezmiennie na rozdroża mądrości i głupoty, dobra i podłości.

Jaka jest najkrótsza droga do serca mężczyzny? Nóż w piersi. Miłość bywa bolesna.

Jest we mnie nienawiść. Nienawidzę krótkości życia, odbierania mi wolności i bylejakości.

Jeśli Bóg jest wieczny, a czas płynie, to w jakim jest on teraz wieku?

Jeśli Bóg obdarzył człowieka głupotą, to nie znaczy, że kazał mu ją demonstrować publicznie.

Jeśli kupiłeś cały chleb, zamiast krojonego, i chwytasz ostry nóż do ręki, zastanów się, co to oznacza: brak poczucia bezpieczeństwa czy też perwersyjną potrzebę dominacji?

Każdy nosi garb na plecach, tylko o nim nie wie, bo nie widać go w lustrze.

Kiedy dostrzegła własną doskonałość, nie mogła patrzeć na męża. Przestał być ideałem.

Kiedy żona prosi męża, aby jej kupił pęsetę do rzęs, ma on prawo wpaść w szał. Mężczyzna zna się na pęsetach kosmetycznych jak koń na obcęgach. Czy ktoś prosi konia o kupowanie obcęgów? Czy mąż jest gorszy od konia?

Kobiety nie można zrozumieć, można ją tylko pokochać. To też nie jest łatwe, bo często mówi innym językiem.

Litania do Najwyższego: Boże spraw, aby ukochany kraj przestał płynąć mlekiem, miodem i banknotami pięćsetzłotowymi, a spłynął normalnością.

Lubię literaturę zagraniczną. Czytam tylko dobrych autorów: Jacka Danielsa, Johnnie Walkera, Agwę de Boliwia, Camus, Remy Martin.

Męska decyzja niekiedy bardziej świadczy o męskości niż genitalia.

Miała tak głęboki dekolt, że widać było owłosienie na łydkach (zasłyszane, strasznie dawno)

Między człowiekiem a Bogiem stoi ludzka psychika, która małość jednego przeciwstawia wielkości drugiego. 

Mocna kawa jest moją słabością.

Mówią: Przesoliła, bo jest zakochana. Zakochany mężczyzna raczej zapomni o soli. Bywa też i odwrotnie. Są różni kucharze.

Na zdjęciach jestem przystojniejszy niż w rzeczywistości. Nie znoszę rzeczywistości.

Namiętność nie jest potrawą, która zamrożona dłuższy czas daje się odgrzewać.

Nie lubię ludzi wytykających mi moje wady. Sam o nich wiem. Wolałbym, aby mnie nauczyli, jak się ich pozbyć.

Nie samo kłamstwo jest problemem, ale ludzie, którzy tkwiąc w nim ubarwiają, przeinaczają i wykręcają prawdę.

Okazał się takim sukinsynem, że nawet rodzona matka go nie poznała.

Pamięć starzeje się szybciej niż ciało.

Piękno starości kryje się w oczach, uśmiechu, pogodzie ducha i dobrych uczynkach.

Pisanie, czytanie lub mówienie, które jest przyjemnością, za którą ci w dodatku płacą, jest szczególną formą perwersji. Jest jak kochanie się połączone z podglądaniem siebie przez dziurkę od klucza.

Po powrocie z wakacji, gdzie poznałem wiele osób i psów, nie miałem już wątpliwości, że pies to szlachetniejsza odmiana człowieka.

Podły wobec siebie samego jest ten, kto nie czyni wszystkiego – nie raniąc innych po drodze – aby zapewnić sobie szczęście.

Rano piję trzy mocne kawy i wciąż śpię. Cieszy mnie siła mego charakteru.

Roznamiętniony mężczyzna stygnie szybciej niż gorąca kobieta.

Są trzy rodzaje demokracji: Zachodnia – „Pozostańmy stabilni i bezpieczni”, Władimira Putina – „Uczynię was potężnymi” i Jarosława Kaczyńskiego – „Uszczęśliwię was”.

Sienkiewiczowski Kali zawsze będzie dbać o to, aby słuszność była po jego stronie.

Skoro Bóg jest niepojęty, to nie znamy też prawdy bożej. Ci, którzy się na nią powołują, to ludzie naiwni, szalbierze lub głupcy.

Słaba kobieta z nożem w ręku może być bardziej przekonująca niż  mocny mężczyzna.

Spiżowe pomniki wystawiane przez dyktatorów ku chwale własnej lub rodziny po zmianie władzy okazują się atrapami wypchanymi trocinami historii.

Stuprocentowa cnota nie idzie ani do nieba, ani do piekła, tylko do korekty.

Sukces niektórych pisarzy pochodzi nie tyle z ich wyobraźni, ile z ich ekshibicjonizmu i łamania konwencji. Publiczne obnażenie się w utworze literackim nie jest w tym przypadku grzechem, ale cnotą.

Świat jest zbyt złożony, abyśmy nie różnili się poglądami. Problemem jest to, że ludzie decydują się podnieść te różnice do rangi nienawiści.

Tak się zapatrzył w przyszłość, że zapomniał, skąd wyrastają mu nogi i jakie to ma znaczenie praktyczne.

Tłumaczenie własnych problemów życiowych wyrokami losu niekoniecznie jest wyrazem mądrości, szczerości czy prawdy.

U młodych ludzi ślepota objawia się często niewidzeniem niczego poza ekranem smartfonu.

Udowodnił swoją męskość nie zdejmując spodni. Nie każdy to potrafi.

Umierając człowiek przestaje się starzeć. Powinni o tym pamiętać ci, którzy pragną zachować wieczną młodość.

Uwielbiam ludzi, którzy mnie uwielbiają. Wydaje mi się to sprawiedliwe.

W epoce cudów dobrej zmiany łatwiej i taniej wymienisz prawdę na kłamstwo, a zachowując wiarę w Boga, szybciej staniesz się bezbożnikiem.

W świecie jest wiele prawd; ich ocena jest często kwestią proporcji. Kiedy ktoś mówi, że panuje łajdactwo lub głupota, nasuwa się pytanie: W jakiej mierze jest to prawdziwe?

Wiedząc, co to jest demencja, inkontynencja, artretyzm i choroba Alzheimera, beznadziejną głupotą jest starzeć się.

Większa głowa nie znaczy, że jest pojemniejsza. W grę wchodzi także wodogłowie.

Większość ludzi nie ma własnych poglądów, więc biorą je od innych. To rozsądne i ekonomiczne: w ten sposób zużywają mniej energii.

Wyobraźnia nie ma granic. Nie można jednak wyobrazić sobie nieskończoności, czasu, Boga. Wyobraźnia ma granice.

Wywiady z niektórymi politykami sprawdzają się tak dobrze jako środki wymiotne, że lekarze i apteki powinni je rekomendować jako alternatywę środków farmaceutycznych.

Z czego jest wykonany prawdziwy mężczyzna? Z metalu: srebro na głowie, złoto w kieszeni i żelazo w spodniach (zasłyszane)

Zachłysnąłem się i rzęziłem, nie mogąc złapać oddechu. Dano mi radę, abym wstrzymał oddech, to wrócę do siebie. Każdy ma własny sposób duszenia się.

Zamiast popatrzeć na siebie w lustrze, popatrzyłem w dowód osobisty. Przeraziłem się, jak bardzo się zestarzałem.

Zapomniał języka w gębie. Szukał, ale go nie znalazł. Może dlatego, że nigdy go nie miał.

Zapuściłem brodę, wyglądałem fatalnie. Żona przestała mnie kochać. Kiedy zgoliłem brodę, znowu stałem się cudnym księciem. Broda mężczyzny to patent na odnowę miłości.

Dodatek:

Dla łajdaka i polityka Bóg jest narzędziem usprawiedliwiania wątpliwych poglądów i czynów.

Jego twarz i wypowiedzi są tak niezwykłe, że trudno rozpoznać, czy jest to polityk z głową barana, czy też baran z twarzą polityka.

Jeśli zapytasz człowieka wygadanego o rzecz kłopotliwą, a on nie umie jej wyjaśnić, to tylko dlatego, że oddał zęby do naostrzenia.

Jeśli Bóg zagląda jeszcze na ziemię, to tylko po to, aby sprawdzić, czy jego najwyższym przedstawicielem jest wciąż Papież Franciszek w Watykanie czy też już Ojciec Rydzyk w Toruniu.

Jeśli prezydent państwa jest miernotą, czy nie należałoby tego podać do publicznej wiadomości? Czy wielkość człowieka nie zasługuje na wyróżnienie, nawet jeśli on sam jest kieszonkowego wymiaru?

Każdy obywatel w czasie wyborów ma jeden głos. Prostak i mędrzec reprezentują identyczną siłę decyzji. Demokracja nie jest ustrojem sprawiedliwości społecznej, a jedynie wyrazicielką powszechnego dążenia do równości i sprawiedliwości.

Kiedy czytam komentarze internautów na tematy polityczne, widzę, że mimo wszystko jestem zdrowy psychicznie. Jak tu się nie cieszyć?

Kierunek rozwoju Kościoła w Polsce: wciąż polski, mniej katolicki, więcej partyjny, z sercem szeroko otwartym ku partii rządzącej.

Oszołomów, cyników, wazeliniarzy i innych miernot nie trzeba importować. Każdy kraj ma ich aż nadto, napędzanych żądzą władzy, wysokich dochodów i chęcią pokazania się w telewizji.

Naród, który ma beznadziejny rząd, zasłużył sobie na kopniaka od losu: jedni obywatele za to, że głosowali „tak”, drudzy, że nie umieli im się przeciwstawić, pozostali – za obojętność.

Niedostatek rozumu przy głosowaniu w wyborach parlamentarnych bywa formą ubóstwa, którą zwycięska partia może zrekompensować swoim wyborcom zasiłkami finansowymi dla poprawy samopoczucia.

Moi rodzice już nie żyją, jestem sierotą. Mam pytanie: Czy Ojciec Rydzyk mógłby mnie usynowić? Chciałbym żyć w dużej i bogobojnej rodzinie.

O niektórych politykach: Z prochu powstałeś, w śmiech się obrócisz!

Obywatele popierający przywódcę politycznego o skłonnościach dyktatorskich są większym zagrożeniem dla społeczeństwa niż on sam. Dla siebie również, tylko nie wiedzą jeszcze o tym.

Od człowieka zależy tylko to, co czyni w danej chwili. Reszta zależy od genów, Boga, losu. Czasem także od dyktatora pociągającego sznurki manipulacji i przemocy.

Poziom zakłamania polityków powinien być regulowany przez prawo. Ale jak to zrobić, skoro to oni je stanowią?

W demokracji jest władza i są obywatele. W dyktaturze jest władza i są poddani. Bywa i tak, że społeczeństwo znajdzie się pośrodku; jeszcze nie poddani, ale już nie wolni obywatele.

Ludzie nigdy nie byli sobie równi. Ma to coraz mniejsze znaczenie, ponieważ coraz wyraźniej liczy się przeciętność i bylejakość.

W demokracji równość jest wyobrażeniem, a nie bochenkiem chleba dającym się dzielić na równe części. Równość obywateli jest równością wobec prawa, a nie stanu majątkowego, wiedzy czy rozsądku.

W szemranych demokracjach rządzącym najlepiej służy kłamstwo, opozycji prawda a kościołowi oportunizm.

Oprócz prywatnego kościoła i wielkiej pobożnej rodziny, Ojcu Rydzykowi można także zazdrościć, że ma własnego pana Boga.

W wystąpieniach telewizyjnych wybrańców narodu najcenniejszy jest widok poruszających się ust oraz błysk złotego zęba mądrości.

Zwycięzcy nigdy nie byli bardziej sobie równi niż obecnie; przywódcy włożyli buty na koturnach, ich zwolennicy zgarbili się do poziomu nietolerancji.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, rok 2020

0Shares

Poezje refleksyjne. Zbiór “Oniemiałość”.

Drodzy Czytelnicy,

Poniżej przedstawiam wiersze powstałe w Australii lub inspirowane moimi przeżyciami w tym kraju. Zdecydowałem się je opublikować. Zbieram w tym celu fundusze. 

Wydałem już na własny koszt 3 książki, czwartą współfinansowałem. Publikacja książki przez oficjalne wydawnictwo to koszt około 10.000 zł, we własnym zakresie mogę to zrobić za 2 800 zł, trzy razy taniej.

Nie jestem w stanie dalej inwestować w publikację moich książek. Taka inwestycja praktycznie się nie zwraca, chyba że jest się powszechnie znanym autorem, dlatego też szukam pomocy w formie coraz bardziej popularnego crowdfundingu (publiczna zbiórka funduszy, potocznie –  zrzutka).

Będę wdzięczny za każdą pomoc: wpłatę, promocję zrzutki, umieszczenie linku na Facebooku, Instagramie, Twitterze, Linkedin, przesłanie linku emailem innym osobom.

Szczegóły zbiórki: https://zrzutka.pl/e64bet
Zrzutka kończy się 12 07 2020

Z góry dziękuję za pomoc,
Michael Tequila

A ja Cię błagam

A ja Cię błagam, Panie świata,
byś dał mi miłość, czułości lata
i spokój życia, obecność cudu,
a wszystko inne okrył ułudą.

Niech mnie obejmie i tkliwie dotknie,
darzy uśmiechem stojąc w oknie,
choć raz zatęskni za mną ogromnie
i nie zapomni od razu o mnie.

Alegorie

Z czyśćca niepokojów dusze wyjrzą płowe,
oniemiałość czynom odejmie znaczeń mowę,
w królestwie pięknej Wenus i chmurnego Marsa
Idea na tron zasiądzie. Wszystko inne to farsa.

Kiedy już dojdziesz, gdzie każdy dojść musi
i ciężar zmyślony na przejrzystość zmienisz,
ręce cię zaświerzbią i anioł podkusi
byś bezwstydnie dotknął poezji płomieni.

Anioł miłości

Anioł o rękach czystych jak kryształ
skrzydła ukrył w liściach jesieni,
ciała oplątał w nagości zmysłach,
w sercach rozniecił gorączkę płomieni.

Z nieba zstępują ideały,
w kwiatach nasturcji zapach dojrzewa,
mchy rdzawe schodzą z wilgotnej skały,
pierzasty kasztan zaczyna śpiewać.

Bałkany

Ziemia spalona, zszarpana darnia,
szczątki ciał w siebie chciwie zgarnia,
tysiące szczątków, bo niespokojna
nie spocznie, jak długo trwa wojna.

A inne nacje, gdzie luksus syty,
z wojny ściągają haracz obfity
śląc okrucieństwa broni i sprzętu;
nie ich obejmą fale zamętu.]

 

 

 

 

 

 

 

Białe motyle

Zamieć przybyła, dostojna i cicha,
ulicami chodzi, welonami oddycha,
z mroźnych ust białe wzlatują motyle,
fruwają rozbawione, prawią krotochwile.

Do świateł się garną istot miliardy,
w czapy ubierają prawdy i nieprawdy
gwarne ulice, dachy i zielone świerki,
czasem promień odzieją w niewinne iskierki.

W polu zając zdumiony staje w sztywny słupek,
spokojem bieli zachwyca filozof i głupek,
widząc jak ulotne i kruche istnienia
żyją bez niepokoju, wściekłości, łaknienia.

Bóg uczłowieczony

Prostotę życia chce zgmatwać w węzeł
chciwiec, co z bratem się kojarzy,
on chce inaczej, dalej, prędzej,
władza bez granic mu się marzy.

Boga odsunął, sam chce być Bogiem
w wieczny sobowtór powielony,
żywy swój obraz widzi za progiem,
sam sklonowany, chce rodzić klony.

Chemicznym snem zmorzył motyla,
rozsypał kropki wiotkich skrzydeł.
Kto teraz wdzięki będzie rozpylać,
esów floresów uczyć prawideł?

Burza 

Gdy wiatr na suszę się rozgniewa
burzę przyciąga i już ulewa
powietrze siecze w wodniste strugi,
chłoszcze biczami ciekłej szarugi.

Niebo lekkość w ciężarność zwiewa,
traci nagle, ziemię wodami zlewa.
Drzewo się miota w bezsilnym oporze,
gdy je przytłacza żywiołów morze.

Wiatr kubły wody w powietrzu niesie,
ciska na ziemię; ta jęczy, gnie się,
rącze strumienie tną ją żlebami,
ciało jej szarpią wód pazurami.

Wśród mokrych błysków widowiska
wicher rozgrywa gwałtów igrzyska,
a gdy się zdaje, że oszaleje,
nagle przycicha i pokornieje.

Busz australijski

Cichym istotom śpiącego buszu
natura skąpi żywych barw retuszu.
Choć w jej palecie kolorów wiele
tu niepodzielnie rządzą pastele.

Kontynent wyblakł już ze starości,
w słońcu ukochał wygrzewać kości.
Zmęczyły starca żywe kolory,
nęcą przymglonej zieleni wzory.

I tylko ziemia w rudę bogata
czerwień gromadzi wieki i lata,
a gdy barwności ma już do woli
twarz swą rozjaśnia wykwitem soli.

Ileż kontrastów ma buszu uroda,
czarne łabędzie, jezior słona woda,
skóra tubylców osmalona słońcem;
ono tu życia początkiem i końcem.

Chuć

W chłopie dusza żyje zwierza,
stąd mu baba nie dowierza.
Choć sama jej nie możesz czuć,
to wiedz, że to po prostu chuć.

Chuci chłopu nie narzucisz,
chuć to aż w trzewiach musisz czuć.
Bez chuci baby się nie zbałamuci,
choćby cię nawet psem miał kto szczuć.

Owa tajemna chucia to jest coś do odczucia,
coś głębokiego, aż do serca kłucia.
Gdyś sam i czujesz chuć, to lepiej idź i młóć,
bo lepiej jest już młócić niż sam się bałamucić.

A jeśli nadal dręczy cię chuć,
to weź i z siebie ubranie zrzuć,
i zdrowo po łbie się pięścią młóć,
aż zaprzestaniesz cokolwiek czuć.

A teraz, kobieto, zbudź się, zbudź
nie pytaj tylko czy to chuć!

Co mnie przeraża

Niespełniona miłość mnie przeraża
i duch fanatyzmu, deprawator ludzi,
zabójca dziecka, co Boga obraża
i ranek, co radości nie budzi.

Współczesność przeraża, jej ślepa tępota,
co myślącą istotę przemienia w robota,
okrutnik, co ptaka żywego nadziewa,
by wątrobę utuczyć rozpychając trzewia.

Oślepła religia, co nie pomni Boga,
asfalt, gdzie deszcz spijała polna droga,
człowiek, wróg natury dostojnego piękna
i jego kanałów martwota zatęchła.

To poezja protestu, także rozpaczy. W mojej twórczości jest jej więcej. Wiersz był pisany dwadzieścia cztery lata temu, w 1996 roku. Był on prawdziwy już wtedy; dzisiaj jest wielokrotnie prawdziwszy, jeśli można stopniować prawdę.

Wychowałem się na Roztoczu Lubelskim, w Zwierzyńcu, gdzie obecnie mieści się dyrekcja Roztoczańskiego Parku Narodowego. Moje doświadczenia z dzieciństwa to zbieranie grzybów, poziomek, malin, jagód, jeżyn, borówek, orzechów laskowych, kąpiele w rzece i w stawie kąpielowym, gra w piłkę nożną na łące i wielkiej polanie leśnej między sosnami, zimą jazda na nartach, sankach, także na łyżwach. W moim otoczeniu wszędzie była przyroda: wielki park, lasy, łąki, pola, rzeka Wieprz, w której górnym biegu żyły raki (i to jakie!), stawy otoczone drzewami, w tym staw kąpielowy z piaszczystą plażą, oraz zamieszkujące je zwierzęta, ptaki i owady. Doświadczałem przyrody na każdym kroku. Była i jest ona dla mnie czymś żywym, bogatym i znaczącym.

Jestem świadkiem, jak na przestrzeni lat człowiek ogranicza, niszczy i zabija przyrodę. Dzieje się to konsekwentnie od pokoleń, w ostatnich kilkudziesięciu latach uległo fatalnemu przyśpieszeniu.

Moim ideałem jest przyroda, nie człowiek. To tylko jeden z gatunków istot żywych, który przyzwyczailiśmy się uważać na najważniejszy, porównując się nawet z Bogiem (stworzeni na wzór i podobieństwo boże). Nie uważam gatunku ludzkiego, do którego sam należę, za wyjątkowy. Jako jednostki potrafimy być wspaniali i twórczy, jako zbiorowość jesteśmy bezmyślnymi chciwcami, grabieżcami i głupcami o skłonnościach samobójczych. Nadal nie rozumiemy, że przyroda (natura) jest czymś świętym, jest wspólnym domem wszystkich żywych istot na naszej planecie.

Człowiek i ptak

Upał. Ziemia płonie.
Popalone twarze, poparzone dłonie.
Uderzenia słońca. Kosmiczny wybuch gazu.
Puls żyły rozrywa. To z ognia nakazu.

Drzewo. Ptak zastygły. Dziób szeroko otwarty
żarem oddycha. Wzrok mgłą niezatarty.
Żyje. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!

Plaża. Pełnia wolności. Nikt tu nie zapędza.
Przyjdziesz, twoja decyzja. Ignorancji nędza.
Być piękniejszym. Skóra koloru spragniona.
Plamki. Potem melanoma.

Znowu upał. Ziemia płonie i powietrze płonie.
Krew. Popalone twarze, poparzone dłonie.
Jakaś zabójcza zmiana. Jakaś przyczyna nowa.
To przestrzeni nowotwór – dziura ozonowa.

Klimat coraz gorętszy.
Czy to przeciw życiu słońce się sprzysięga?
To człowiek. Jego arogancja.
Atmosferyczny śmietnik. Pociągi dwutlenku węgla.

Ptak. Trwa. W cień spływa i szuka ochłody.
O, mądrości przyrody!
Człowiek. Ozonu destrukcja, słońca eksplozja
i rozpaczy rzeka. O, szaleństwo człowieka!

Droga do Europy

Rodacy!
Rozejrzyjmy się wokół przytomnie,
zapytajmy: Co nas tam ciągnie?
Europa jest za daleko!
Tam nie płyną razem i wóda i mleko!

Czy nam jest źle tu, w tym kraju?
Czy my naprawdę musimy do raju?
Czy musimy bić komuś pokłony?
Nasz prezydent da nam miliony!

Rozejrzyjmy się najpierw, gdzie schludniej!
Może lepiej na Wschód lub Południe?
Zapytajmy, gdzie blisko nam duchem?
Tam, gdzie dobrobyt tworzy się obuchem!

Bracia!
Nie dajmy się zbałamucić!
My ze złej drogi musimy zawrócić!

Droga przez wydmy

Biegnie przez wydmy. Ciągle w górę,
wyprzedza myśli, dogania chmurę,
słońce mu liże twarz promieniami,
dyszy zmęczone jak pies zziajany.

Przysiadł znużony na gorącym piasku,
ziemia paruje plamami blasków,
kobieta żywa, choć urojona,
wyciąga smagłe, tęskne ramiona.

W sercu jej przyniósł trzy tulipany,
skrył je głęboko, zakłopotany.
Dostojnie kroczą wzgórz wielbłądy;
miłość to radość – on jest przesądny.

Dzień zmarłych 

Świetliki nocy przywracają żywym
ojców i matki, dzieci i braci,
w słowach modlitwy i wzruszeniu tkliwym
wracają bliscy, których każdy traci.

Kamień nagrobny zwodzi pozorem
trwałości. Ileż wytrwa kruchy cement,
nim pod upartych dni naporem
w ziemię też zrzuci prochu brzemię?

Tu nie ma życia. Tam jest życie,
gdzie nie ma bólu i żalu rozstań,
w obliczu Boga, na jasności szczycie,
gdzie niepojęta, ostatnia przystań.

Francisco Goya

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Fraszki

Ukochałem szczerze fraszki,
umysłu figlarne igraszki,
śpiewne jak kanaryjskie ptaszki,
wiotkie przezroczystością ważki.

Fraszka zwana figielkiem,
stworzonko żeńskie, niewielkie,
zabawne jak młoda kotka,
rodzimej mowy to trzpiotka.

Fraszki przedziwna władza
drętwotę języka rozsadza,
szorstkość ukwieca w aksamit,
trafność przemienia w dynamit.

Pozornie niewinna fraszka
to tylko aktorska maska,
co prawdę za słów poradą
za żartu ukrywa fasadą.

Gdy piękno cichnie

Istnieć przestańcie, marzycie zbyt skromnie!
Gdy piękno wokół cichnie bezpotomnie
a kruche ślady wątleją w złudzenie,
wy oczu tajemnic gasicie pragnienie.

Kiedy już, Panie, każesz mi

Kiedy już, Panie, każesz mi umierać,
pozwól się dojrzeć choć przez mgłę,
wtedy już wszystko możesz mi odbierać,
bo ja przemycę nadziei łzę.

Chciałbym Cię dotknąć choćby przez mgnienie
plamką, co błyszczy skrzydłem motyla,
zanim zapadnę w snu zapomnienie,
śniąc, że przemija wieczności chwila.

Wytrwale ścigam przez szorstkie rżyska
życie, co tylko rodzi tęsknotę i żal;
czemu ma droga niepewna i śliska,
gdy innym ścielesz jedwabiów szal?

Koniec świata

Góry się rozwierają, powietrze się burzy
i płonie czerwienią – barwą krwawej róży.
Słup ognia wystrzela, płomień się rozrasta
i w nicość obraca lasy, domy, miasta.

Los koniec odmienił w prapoczątek ziemi,
skały płyną stopione śród żółtych płomieni,
gaz zwęgla powietrze i pyły rozwleka,
życie kona rozdarte, duch z niego wycieka.

Rzeka unosi się w górę, obłokiem się wzbija,
przestwór ognia ją chłonie i chciwie wypija.
Niedostrzegalny atom w proch też się rozpada
czarny – światła wygasiła kosmiczna zagłada.

Z krańców galaktyki tajnej mocy ręka
zgniata kulę ziemską, która z hukiem pęka,
jej szczątki ulatują w Gwiazdozbiór Kangura
i nikną powoli – wsysa je czarna dziura.

Z odrobin i pyłów nowy byt się tworzy,
miliardy lat kołuje w pierścieniach przestworzy,
nim znów duch go scali – pan wszechświata,
co kryje się w kosmosu bezgranicznych latach.

Korzenie niepokoju

Ból jak drzewo korzeniami wrasta,
wiatru niespełnień rozsypała się struga,
łzy kochanka gubi milcząca niewiasta,
w inną przeistacza; odchodzi i druga.

Kwietne szaleństwo

Czy są wdzięczniejsze polne kwiaty
nad polskie chabry, maki, bławaty?
Kolory w zboża dziki wiatr wwiewa,
Stwórca ogrody swoje obsiewa.

Na niwach tańczą wonne storczyki
wiatru słuchając cichej muzyki.
Kolorem lila płoną ostróżki,
drżą drobne listki, łodyżek nóżki.

Kwiat łąk podmokłych – żółte kaczeńce
jak panny chylą swych płatków wieńce.
W rosie się kąpie z wczesnego rana
kaczęcość wiatrem rozkołysana.

Gdy ciepłym latem idziesz miedzą
i wonność wdychasz – kwiaty cię śledzą,
ich dzikie piękno wzrok twój omamia,
czarem cię wabi i w siebie wchłania.

Oddaj się cały, odwróć swą rolę,
zamień niewolę w kwietną swawolę,
wśród łąk i lasów pachnących alej
rzuć się przed siebie, kwietnie oszalej!

Milczę

Milczę. I ocean milczy, ponury, bez blasków,
bez pasm kolorowych w promieni potrzasku.
Wiatr fal rozmowy przemienił w westchnienia;
pragnę spełnienia marzeń, lecz nie ma spełnienia.

Przestwór zobojętniał, snuje się nijaki,
mewy lotność zgubiły, błądzą jak majaki,
plaża poszarzała, posmutniały piaski,
w rozpaczy umysł tonie, świat marnieje płaski.

Miłość utulona

Modry czas mija słońca spotkaniami,
śniegiem w górach i popiołem nocy,
czekam, aż się objawisz pieśnią nad pieśniami,
niewinnością, co nigdy nie znała przemocy.

Czuję i widzę, wciąż biegniesz przede mną,
obraz ciepły, tak bliski a taki daleki,
serce się buntuje skołtunioną wełną,
niepokornie wsiąka w dno zdradliwej rzeki.

Stąpasz wystrojona w kwiatów szaty wdzięczne,
to bzem pachniesz, to mamisz uśmiechem,
twe postacie tańczą ulotne, tysięczne
i błądzą zwiedzione pomylenia grzechem.

Czasem przychodzisz nagle, w usta mnie całujesz,
gubię się we wzruszeniu, tulę cię w ramionach,
wiem, że choć cię nie ma, to jednak mnie czujesz,
tyś miłość niedoznana, chociaż utulona.

Mosty z Awignonu

Mosty z Awignonu wychodzą z historii,
na skrzydłach melodii ożywa sukni czerń,
pod przęsłami wiosny płyną w euforii,
po gwiazdach nadchodzi rozpalony dzień.

Winnica, w której dłonie zanurzał Zbawiciel,
nie pachnie, z winogron kiści uleciało słońce
i z zieleni zdjęło rozblasków poszycie;
symboli czasu pilnują niewinne zaskrońce.

Zwykłe życie wzbiera falami pragnienia,
w ciszy się zamknęły sen i urojenia.
Serce szuka miłości, lecz znajduje słowa,
świat osacza mowa, niepojęta mowa.

Byłem w Awinionie w trakcie trzytygodniowej samochodowej wycieczki na południe Francji, przedłużonej do pięciu tygodni, w okresie maja i czerwca. Z Awinionem łączą mnie różne skojarzenia. Pierwsze, to pałac papieski, który wówczas zwiedzałem, ogromne zimne zamczysko, prawie puste, pozbawione wyposażenia, mebli, jakiegokolwiek ciepła. Drugie, to żebrak, z którym rozmawialiśmy na placu w pobliżu siedziby papieży. Jedyny żebrak, jakiego spotkałem we Francji, okazał się Polakiem. Przykro mi się wówczas zrobiło. Trzecie, to oczywiście most w Awinionie na Rodanie, z urwanymi przęsłami. Most wybudowano w 12-tym wieku łącząc miasta Avignon i Villeneuve-lès-Avignon.

Ciekawe wspomnienie związane z Awinionem to wspaniała piosenkarka Ewa Demarczyk, w czarnej sukni, śpiewająca piosenkę „Sur le pont d’Avignon”. Oglądałem ją i słuchałem w sali Olimpii w Paryżu, jedynej takiej imprezie w okresie mojej pracy w czasach PRL-u, kiedy pracując w handlu zagranicznym wyjeżdżałem służbowo za granicę. Piosenka opowiada o ludziach tańczących na moście. Oto link do jej wykonania pani Ewy https://www.youtube.com/watch?v=R76eQYTInA4

Na dworcu kolejowym

Kochajmy perony. Źdźbła w betonowiskach,
zagony kończyn ćwiczą biegów igrzyska,
oczy czarne nad ostrym obcasem
kołyszą biodrami podążając nóg lasem.

Tutaj samoistne dyżurują byty,
brzuchy roztyłe, papieros rozpity,
wąsy nad białych kart postumentem,
koczują w przestrzeń torów wciśnięte.

Czas w pudłach wjeżdża na perony,
wbiegają młodzieńcy, zstępują matrony,
graffiti za szybą obelgą ocieka,
mury zalewa bezsensu rzeka.

Noc na kempingu w Busselton

Lampa nocą – słońca ubogie złudzenie,
dziwak, co w niebo układa drzew cienie,
mroków gęste szaty mierzy promieniami,
biedak, co światła żyje mikrookruchami.

Opos krótkonosy, mały oprych nocy,
wyłazi ogłupiały i przeciera oczy;
nie widzi, co ukochał, czyli wora ciemni,
brzydzi go jasność, mało w niej tajemnic.

Białe płatki kwiatu pieprzowego drzewa,
noc im równie miła jak świateł ulewa,
spadają zapomniane miniaturki słońca,
bawią się wędrując, wirują bez końca.

Na niektórych duchownych

Kapłan, płatny urzędnik, obrzędy odprawia,
papierowym słowem z grzechem się rozprawia.
Apostolską pasją nie splami swej wargi,
milczy duch kaznodziei, płomiennego Skargi.
Pieśń intonuje żałosną plebejskiego tonu,
co skona nim dosięgnie Najwyższego tronu.

Na promenadzie

Na promenadzie wózek z lodami
bakaliowymi kroczy kołami,
korce słodyczy toczą się echem,
w oczach maluśkich lśnią uśmiechem.

Codzienność zdarzeń świeża i czerstwa,
w morzu topi codzienne oszczerstwa,
albo się wyrwie jak Filip z konopi,
by w gorzkiej wódce niepokój topić.

Na ławce urojeń samotnik się sądzi,
tłum przed nim w rozmowach brodzi,
on w zamyśleniu własnym zabłądzi,
z utartych ścieżek nad krawędzie schodzi.

W aureoli tęsknota skrzydlata
żyje i na spełnienie czeka,
ku Bogu rwie się zagubiona dusza,
prostaczych pragnień uwznioślona rzeka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nad Jeziorem Alberta

Jezioro wiatr omiata, spóźniony i chłodny,
dzień chmurny, deszczowy, wydarzeń niegodny.
Ptaki o tym nie wiedzą, łączą się w gromady
i na przekór pogodzie odbywają parady.

Czy widziałeś kiedyś pelikanów sznury,
jak spływają w jezioro spod nawisu chmury
na białoczarnych skrzydłach rozwartych jak żagle,
co nie drgną, nawet, gdy wiatr uderzy je nagle?

Żeglują nad jeziorem powietrzne okręty,
wielki dziób odchylony, przód zgrabnie wygięty,
przypominając z oddali węzłowate sznury
przesuwane w przestworzu prawami natury.

Kiedy wiatr je unosi tuż, tuż nad falami,
bryzgi wody muskają białymi brzuchami.
Myślisz, wdzięk bezgłośny szybuje w bezruchu;
to oczy chłoną piękno nie angażując słuchu.

Nadrzeczna mgła

Nie mogę powstrzymać się od komentarza, że jest to jeden z moich najulubieńszych wierszy, niezwykle nastrojowych. 

Mgła błękitnoszara rozwleka nastroje,
mota je w lepkości rozmazane zwoje,
dumny wiatr klei do nagiej skóry drzewa;
milczy, w liściach nie szemrze, nie śpiewa.

Mglistość drobiny światła przyciąga i chłonie,
przesącza powoli poprzez lepkie dłonie
i rozmiękłe na krzewy zwilgotniałe kładzie
równo, nie w słońca kontrastów nieładzie.

Rośliny milczą w pejzaż mgły wtopione,
kwiat oczy przymyka smutkiem podkrążone.
W pustkowiu ciszy zwilgły ptak zakwili,
jedyna kropla dźwięku w nostalgicznej chwili.

Nagrzane cienie

Na plażę strojne wbiegają blaski,
słońc zachodzących zapomnienie,
w wodzie spalają się iskier trzaski,
w morze nagrzane schodzą cienie.

Stąpam po grani kruchej ciszy,
zanurzam w falę odurzenia;
wzgórz cisza serca bicie słyszy,
serce słyszy wzgórz westchnienia.

W ręce chwytam naręcza promieni
– drgające, żywe, złotem tkane nici –
i na ołtarzu składam kamieni,
niech kamień życiem też się nasyci.

Chłodu arbuza smak słodko-winny
pełza po dłoni i do ust się lepi,
dotyk kropli odrywa się zwinny
i w piasek wsiąka nastrojem sepii.

Zapach kobiety płynie ponętny,
roznamiętnione budzi wejrzenie,
nastrojem ramion pełnych i chętnych
na ciepłym piasku splata dwa cienie.

Nie szukaj Boga

Nie szukaj Boga, on jest wszędzie,
w Matki Teresy miłosiernym czynie
i w spadających wód obłędzie,
to, co jest wielkie, nie przeminie.

Patrzę w światło, jak o chłodnym świcie
różanych kwiatów zapachy mnoży
i skrzące krople rozwiązuje skrycie;
milczę, mnie tylko godzi się ukorzyć.

Oczy zogromniałe w lazurowe niebo
błądzą po wzgórzach, gdzie lśni zamyślenie,
owad-czarodziej sieć misterną przędzie;
nie szukaj Boga, on jest wszędzie.

Od dzisiaj żłopię

Od dzisiaj żłopię jak ten cham,
upijam się na umór,
wódę kuflami od piwa chlam,
utrwalam szklankami rumu.

Kiedym wstawiony, poezją łkam,
serdecznym wzruszeniem szlocham,
pięknieję w oczach wrażliwych dam;
za tę wrażliwość je kocham.

Potocznej mowy odrzucam szlam,
wykwintne dobieram słowa,
oprawiam w rymy złoconych ram;
artysty kieliszka to mowa.

A gdy w delirium ostatnim drgam
i mózg dopala wzruszenie,
na mowy plebejskość po prostu plwam;
ja wieszcza już jestem wcieleniem.

Oli P.

Widzę Cię, Panno Młoda,
w białych muślinów powiewach,
ciesz się, Twoją dziewczęcość
sen o miłości rozwiewa.

Lecz nie zapomnij o sobie
oddając się uczuć niewoli,
bo rozpacz gorzką odkryjesz,
która Cię bardzo zaboli.

Życzę Ci pełni szczęścia
oraz miłości spełnienia,
a gdyby troski nadeszły,
daru ich zapomnienia.

Życzę powiewów wiosny,
słońca promiennych nastrojów
i dzieci, co szczęściem Ci będą
i źródłem niepokojów.

A jeśli smutek w Twym sercu
nie daj, Boże, zagości,
pociechą służyć Ci pragnę
mojej nieśmiałej miłości.

Panna młoda, Ahmedabad, Gujarat, Indie

Oto stoję na brzegiem

Oto stoję nad brzegiem, u skraju urwiska,
ocean huczy w dole, gejzerami tryska
i myśl upartą kuje; jakiż człek jest mały,
gdy go ocean otoczy i odwieczne skały.

Objął mnie mocarz szumnych fal ramieniem,
cichością się stałem i myśli skupieniem.
Gdy poczucie nicości w sercu już rozpalił,
odszedł milczący w zapomnienie fali.

O, rodzaju ludzki, co żyjesz złudzeniem,
że wieczność obdarzysz dumnych czynów mieniem,
niespokojnych pokoleń przeminą tysiące,
pozostaną tylko ocean i słońce.

Podróż w zapomnienie

Żegnajcie myśli doszczętnie przeżute,
dni przeżywane pod rozkazów nutę,
czasie mierzony zegarka godziną;
wasze obrazy w zapomnieniu giną.

Witajcie równiny, przestrzenie otwarte,
gwiazd księgi w nocy granacie otwarte,
witaj czasie bezkresny swobody podnietą,
pełnio obcowania z cielesną kobietą.

Duchu, co żyjesz w wielkomiejskim tłumie,
wolność uwięziłeś w bezwolnym rozumie,
odchodzę w nieznane, uciekam przed tobą,
by znów stać się sobą, po prostu sobą.

Rezerwat Onkaparinga

Busz, co okrutne słońca przemienia
w krwi pulsowanie żywego stworzenia,
kontynentowi pustyń i mitów
zielonych przydaje aksamitów.

Na lustrze rzeki wiatrów wachlarze
tchnieniami budzą faliste miraże,
albo jak ryba płetwą je mącą,
gdy zimnym skrzydłem mocniej potrącą.

Czerwonogrzbiete, rosłe kangury
skokami tłoczą śladów sznury.
Żwawo pną się dwunogi samcze
na wichrowatych wzgórz podzamcze.

Suche szpikulce, igły i drzazgi
rwą się do ciała żywej miazgi.
Tubylcy ostre mijają progi,
obcy boleśnie rani nogi.

Martwy pasożyt – czarna jemioła,
kształtami zwierząt i ptaków woła.
Życie fałszywe w konar tłoczy,
gdy go ozdabia w sękate oczy.
Żyje ptak buszu w konar zaklęty,
milczy, zdrewniałym snem śnięty.

Wdzięk ptasiej szyi oraz głowy,
tkwiący wśród sęków splątanej mowy,
wicher odrywa od tła błękitów,
na ziemię zwala z szumiących szczytów.

Garbatą krechą ścieżkę przeszywa
korzeń – żywej gałęzi alternatywa,
co ze współbraćmi w głąb się rozwiewa
w drugą, stężałą koronę drzewa.

Zaciąga nad nią barwną zasłonę
mikroskopijny, milczący dzwonek;
nadziały na się kolczaste krzaczki
zwielokrotnione, krwiste kubraczki,

W królestwie buszu poszumnej cisz
wrzask zgrzytliwością nagłą dyszy;
to ludzki wtargnął barbarzyńca,
by burzyć spokój duchów zwierzyńca.

Przyroda Australii, zwłaszcza jej roślinność, to temat szczególny, także mojej poezji. Cytuję Wikipedię: „Australia stanowi osobne państwo roślinne (Australis) o swoistej florze, z dużą liczbą endemitów (np. 750 gatunków eukaliptusów i 450 gatunków akacji)”. Endemit to gatunek rzadko spotykany, unikatowy dla danego miejsca, występujący na ograniczonym obszarze.

W Australii przeważa roślinność typowa dla klimatów suchych i gorących. Wnętrze kontynentu zajmują pustynie piaszczyste (bez roślinności) oraz półpustynie ze słonoroślami i kolczastymi krzewami (karłowate akacje, eukaliptusy, kazuaryny i inne) tworzące tzw. skrub.

Moje wspomnienia z Adelajdy i dużej południowej części Stanu Południowej Australii to upalne lata, przeważnie bez deszczu, pożółkła i zbrązowiała roślinność, dużo usychających drzew, ostre kolczaste krzewy, rośliny solniskowe (odporne na zasolenie), oczywiście także lasy eukaliptusowe. Mój dom stal przy parku, za którym był strumień Dry Creek wypełniony wodą po brzegi po intensywnym deszczu w okresie zimy, i kompletnie suchy latem, z brudnymi kałużami lub plamami wilgoci, z których sterczały poskręcane korzenie drzew.

Przypominam sobie też las w Second Valley, ponad sto km na południe od na południe od Adelajdy. Poczułem się tam jak na Roztoczu Lubelskim: wysokie sosny (gatunek kanadyjski) bardzo podobne do polskich, paprocie no i grzyby, rydze i maślaki. Pochodzę z rodziny grzybiarzy. Takich rydzów jak w Second Valley w życiu nie widziałem. Pierwszy raz to był szok: rosnące obok siebie rydze wielkości talerzyka deserowego, każdy z nich zdrowy, nienaruszony przez robaki lub ślimaki. W ogólne ich nie braliśmy, ponieważ było mnóstwo mniejszych. Podobnie z maślakami, tych było jeszcze więcej.

Australijczycy grzybów nie zbierali. Jeśli ktoś wychodził z lasu z wiaderkiem lub dużym koszem, było prawie pewne, że to Polak lub Czech. Mam też przed oczami scenę: las, głównie sosnowy, jak w Polsce, rydze, paprocie. Mógłbym spodziewać się zobaczyć sarnę lub zająca, a tu niespodzianka: dwa młode kangurki kicające bez pośpiechu po otwartej przestrzeni wyciętego fragmentu lasu.

Rozpacz

Troskę w niepokój przetwarza,
cierpienie cierpieniem pomnaża,
serce bólem rozdziera,
myśl o szaleństwo ociera,
udręką spływa i szarpie;
rozpacz – zmasowane harpie.

To obraz Vincenta van Gogha, który sam chorował na depresję..  

Ten wiersz to poetycka forma wyrazu uczuć depresyjnych. Depresja oznacza niemoc, sytuację, w której człowiek pragnie i chce coś zrobić, a równocześnie nie starcza mu woli i sił na wykonanie. Efektem jest frustracja. Cytuję fragmenty Wikipedii „ Frustracja to zespół przykrych emocji związanych z niemożliwością realizacji potrzeby lub osiągnięcia określonego celu… Czasem frustrację definiuje się jako każdą sytuację, która wywołuje nieprzyjemne reakcje: ból, gniew, złość, nudę, irytację, lęk i inne formy dyskomfortu… Frustracja prowadzi do próby pokonania przeszkody, jeśli się one nie powiodą pojawia się agresja, regresja lub apatia”.

Zachęcam do zapoznania się z teorią depresji-agresji, ponieważ jako społeczeństwo jesteśmy na drodze szybkiego rozwoju zaburzeń depresyjnych. To cena, jaką płacimy za dobrodziejstwa postępu cywilizacyjnego: szybciej, łatwiej, więcej. Epidemia koronawirusa tylko temu sprzyja.

Rozstrzelanie

Z deszczem i słońcem przyszło rozstanie,
Bóg drzewo skazał na rozstrzelanie
Piorun je ogniem z nieba poraża,
okrywa czarnym kirem cmentarza.

Nie całe życie ogień spopielił,
z korzenia młody pęd się oddzielił
i przyszła drzewa reinkarnacja,
ziemi nad niebem zwycięska racja.

Pożary lasów i buszu to stała cecha Australii. Przed kolonizacją kraju przez Brytyjczyków powodowane one były przez wyładowania elektryczne w czasie burzy, a także przez Aborygenów dla odnowienia życia biologicznego. Dzisiaj częściej wywoływane są przez człowieka, przypadkowo lub celowo. Piromaniaków nigdy nie brakowało.

W czasie podróży po Australii wielokrotnie widziałem spalone, nadpalone i osmalone drzewa. To niezwykły obraz: z czarnego spalonego pnia wyrastają młode, zielone pędy. Żywotność roślin w Australii jest nadzwyczajna. Nie jest to jednak cała prawda. Tylko nielicznym udaje się przeżyć. Jeśli dobrze sobie przypominam, na sto tysięcy nasion eukaliptusa, tylko z jednego wyrośnie dorosłe drzewo. Nasienie to zarodek życia. To przypomnienie dla tych, którzy myślą o zarodku jako świętości. Natura tego nie potwierdza.

Równina Nullarbor

Pora upalnej sjesty, milczenie zieleni,
na suchym pniu drzewa jasny pęd się pleni.
Cisza zastygła w bezruchu, głęboka zaduma,
odchodzenie z życiem pogodnie się kuma.

Drzemiącą równinę nagły krzyk ożywia
papug skrzekliwych; linia ich łamliwa
błękit oprawia w drżące ruchu ramki
i ubiera w skrzydeł kolorowe plamki.

Asfalt skwarem paruje i pnie się do góry,
z wyżyn zstępują pobielane chmury
i łączą się z drogą w tajemne istnienie;
ta przestrzeń nieznana … to me przeznaczenie.

Ten widok mam stale przed oczami. Jechałem samochodem po Eyre Highway w kierunku Australii Zachodniej. Powietrze intensywnie falowało nad rozgrzanym asfaltem. Widać to szczególnie wyraźnie, kiedy droga idzie nieco pod górę. Jezdnia w perspektywie jest wtedy na wysokości oczu. Moim domem był samochód i przyczepa kempingowa. Szeroka, pusta droga ciągnąca się w błękitną przestrzeń, upał, niebo, parujący asfalt i przypadkowe stadko papug to był cały świat. PS. Na trasie Adelajda – Perth jest najdłuższy w Australii prosty odcinek drogi, 280 km. bez najmniejszego zakrętu.

Siebie wykrzyczeć

Złote jaszczurki pełzają po krawędziach snu,
usta powieki budzą pieszczotami tchu;
miłość noc uwięziła za drzwi fortecami,
pytania odeszły oddechów krokami.

Pragnę siebie wykrzyczeć,
ból, nagość, tęsknienia,
odwołać prawdę, że nie ma
miłości spełnienia.

Skarżyła się

Skarżyła się pani Hania,
że tyle ma rozbierania:
pantofelki, rajstopki, bluzeczki,
koszulka, biustonosz, majteczki.

W końcu na pomysł wpadła,
fachową pomoc znalazła.
Dziś ją rozbiera pomocnik nowy,
od stóp aż do samej głowy.

Wielce szanowne panie,
nie męczcie się rozbieraniem,
nie błądźcie po ciała manowcach,
angażujcie zręcznego fachowca!

Stąpasz w nastroju

Stąpasz w nastroju śpiewnym, radosnym,
okruchy słońca depczesz stopami,
kasztan przytula ciepły cień wiosny,
a ja – w rozterce, potargany.

Miłość uniesień, czuwanie w ciszy,
świat obcy umilkł za oknami,
ja do cię mówię – ty nic nie słyszysz,
krzyczę – głos grzęźnie za kratami.

Tyle obietnic mi składałaś
czułością pieszczot i słów szeptanych,
lecz w sercu cicho gdzieś kłamałaś,
żyję tuż obok, zapomniany.

Szukanie myśli złotej

Przy lampie ściemnionej zsiadły się anioły,
toast wzniosły pogodny, życzliwie wesoły;
istoty zapomniane pogubiły zmysły,
w czarne symbole uciekły i jak bańka prysły.

Patrzysz na ręce, słońca odrobinki
wywabiły plamki, wybroczyły krwinki,
piękne palce zgubiły powaby smukłości;
byle co już nie cieszy, lecz byle co złości.

W uporze skrytości wciąż szukasz konkluzji,
myśli złotej, jedynej. Zamknięta w iluzji
prawd nieprostych mieni się barwami,
kot nieuchwytny, co chodzi własnymi drogami.

Talent

Mąż poślubiony czy wolny kochanek,
co blizny zostawia na ciele i duszy,
nim nowych zniewag nadejdzie poranek,
kwiatem obietnic łzy bólu osuszy.

Bodźcem do napisania tego wiersza była sytuacja kobiet w Australii, źle traktowanych przez mężów lub partnerów, które nie były zdolne od nich odejść wierząc w nadejście poprawy. Przeprosiny, kwiaty, upominki, zaproszenie na kolację do restauracji, obietnice “zmienię się”, “znowu będzie dobrze”, powodowały spadek determinacji wyrwania się z niedobrego, czasem wręcz fatalnego związku.  

Ty mi dzień dajesz 

Ty mi dzień dajesz, ja wybieram noce,
gdy serce z wyżyn schodzi i mniej już łomocze,
ty mi nadzieję dajesz, lecz ja pragnę ciebie,
w soli, w winie i w powszednim chlebie.

Ty pragniesz ciepła, ja ci daję słowa,
ciebie blask oczu cieszy, mnie cieszy twa mowa,
ty chcesz niewinność zachować, ja chcę cię dotykać;
tańczyć nie potrafię – dziwna ta muzyka.

Tyś mą miłością

Tyś mą miłością. Tylko ciebie widzę,
krucha jak promień biegniesz przez łąki,
fortuna z uczuć wzniosłych szydzi
i naigrawa z tęsknej rozłąki.

W górach nie musisz

W górach nie musisz siać piękna ni grozy,
one tam rosną od zarania,
ani skał rzeźbić w przepastne wąwozy
bo te się rodzą z dzikich wód szemrania.

Nikt nie jest w stanie wywyższyć kwiatów,
bo je maluje ktoś ponad nami,
ni słowem zgłębić ludzkiego dramatu,
bo ten się spełnia własnymi znakami.

Ja tutaj jestem nie wiadomo czemu;
taki miał kaprys Pan Opatrzności,
by dać mi szansę oddać się zdumieniu,
nastrojom smutku i chwilom wzniosłości.

W kościele żywych

W kościele żywych nie klękam, nie siadam,
bo konfesjonał bólu nie leczy,
czasem głos skryty do mnie zagada;
on jeden istotę zna rzeczy.

W końcu przychodzi anioł zbawienia,
przy ołtarzu klęka i gra na harfie,
aż z serca wypłoszy żale i złudzenia,
gdy strunę smutku ostatnią rozszarpie.

W rozmowie z guru

W rozmowie z guru doznaję olśnienia,
ile we mnie miłości, a ile pragnienia,
ile we mnie wolności, a ile niewoli,
co przed okiem skryte, a tak bardzo boli.

Przed samym sobą otwieram wnętrze,
a tam zeskorupiałe zjawy nieporęczne,
oczy przerażenia i maski chciwości,
kajdany urojeń miast blasków wolności.

Lecz oto olśnienie: zwierają się wrota,
w zapomnieniu płonie przeszłości martwota,
niepewna przyszłość uchodzi w nieznane,
ciepło miłości wraca rozśpiewane.

We dwoje czyli spacery z sobowtórem

Poranne słońce ziemię zalewa
powodzią promiennych błysków,
sobowtóra przy mnie prowadzi
jak dżokej konia przy pysku.

Gdy od światłości odchodzę
za cieniem kroczę wysokim,
w dal zmierzamy bezbrzeżną,
ścielącą się pod obłoki.

Kiedy słońce w zenicie chwały,
a ja pod nim prosty i słuszny,
cień chudnie i staje się mały,
dziwny pokurcz u nóg posłuszny.

W południe postać skromna
pod wieczór odwagi nabiera,
kończyny i tułów rozluźnia,
mroczny kształt rozpościera.

Naśladowca mój najwierniejszy,
kołysząc się lekko na boki
uważnie ruchy me śledzi,
to rośnie, to staje się szeroki.

Włócząc się z wiernym wcieleniem
jedną zjawą zdajemy się senną,
raz ja wędruję przed cieniem,
to znów on bieży przede mną.

Noc obojgu przynosi wytchnienie,
cień we mnie znajduje schronienie;
dobrze wie, że istnieje złudzeniem,
bo to ja jestem jego istnieniem.

Wegetuje więc wierny i pomny,
że kiedy sam stanę się cieniem,
on stworem zostanie bezdomnym,
własnego złudzenia złudzeniem.


Obraz “Ostatni”. Autor: Ernest Możdżeń

Wiatraki czasu

Srebrnego wiatraka migają cienie,
gdy wiatr bezdźwięk poruszy,
by wodą zrosić ziemi cierpienie
wyrosłe na skrzydłach suszy.

W zapomnieniu rdzewieją żelaza
kół wozów ciąganych przez woły,
co dawno już padły z wycieńczenia,
ich śladem traktów wądoły.

Czas przyśpieszony losy odmienia
czarnym mieszkańcom lądu,
w dwa stulecia z epoki kamienia
w wiek kosmicznych spycha przesądów.

Wieczór nad równinami

Kołyszą się traw przestrzenie,
rozgrzana ziemia drzemie,
ta sama, a jednak wciąż inna;
deszczem ciężarna, wiatrem zwinna.

Skruszonych błękitów drobiny
w trawiaste spadły równiny.
Kwiaty w nastrojach milczące
budzi i spać kładzie słońce.

Wieczór wydłuża cienie,
wzmacnia pagórków zielenie
i skrywa je do połowy
w welon błękitnomatowy.

Wiersz jest efektem kilkudniowego pobytu na kempingu w okolicach miejscowości Hawker (ok. 230 mieszkańców) w Górach Flindersa na terenie Australii Południowej. Ten łańcuch górski ma długość prawie 500 km i jest zbudowany głównie ze skał osadowych, bogatych w skamieliny. Góry porasta skrub i eukaliptusy, wczesną wiosną teren pokryty jest wielokolorowym dywanem kwiatów. Pamiętam oswojonego strusia stukającego dziobem w okno naszej przyczepy kempingowej, aby dać mu coś do zjedzenia. Mój przyjaciel z banku, gdzie pracowałem, uważał Góry Flindersa za ósmy cud świata. Jeździł tam corocznie na wypoczynek w okresie wiosennym.

Wyciągam ręce

Dzieci, gdzie są moje dzieci?
Milczą uwikłane w serca gęstej sieci;
rozrzucone loki, duże, czarne oczy,
odchodzą samotne w krainę niemocy.

Oczy spragnione, niewidzące, próżne,
błagają w milczeniu o życia jałmużnę,
pogubione błądzą po wyśnionej łące
tkliwe pocałunki i szepty gorące.

Wyciągam ręce, łza uwiera w krtani,
nikt mnie nie słucha, wszyscy rozbiegani
szukają uciech; ja – zasług u Boga,
On milczy – mnie ogarnia trwoga.

Zanurzam w sobie poranne jezioro

Zanurzam w sobie poranne jezioro,
oczy oddaję rozpylonej mgle,
niechaj połyski diamentów zbiorą,
do przejrzystości powrócić chcę.

Sznur drzew przesuwa żywe szeregi,
biegnie tuż obok uszczęśliwiony
i mnie wypełnia sobą po brzegi,
tak los się spełnia niedopełniony.

Wszystko ucieka w tył i na boki,
żwawo uchodzi poza krawędzie,
siedząc w miejscu też stawiam kroki,
nie będąc nigdzie jestem wszędzie.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, czerwiec 2020

W księgarniach jest pierwszy zbiór poezji Michael Tequila: Klęczy cisza niezmącona, wydanie książkowe i e-book – patrz  Empik https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Koniec świata. Opowiadanie fantastyczne. 

Imię i nazwisko: Daniel Corseio. Wiek: 73 lata. Zawód: przemysłowiec na emeryturze. Przebyte choroby: żadne (wedle oświadczenia pacjenta).

Informacja o przebytych chorobach zaintrygowała lekarza. Spojrzał uważnie na pacjenta, pochylił się i studiował przez minutę dane zawarte na karcie, po czym dopisał coś od siebie.

*****

Daniel przewrócił się w trakcie joggingu doznając obrażeń. Mimo swoich lat biegał regularnie. Upadł bardzo niefortunnie; zbiegając z górki w lesie potknął się o ledwo widoczny korzeń i wyłożył się jak długi na ścieżce. Pokonywał tę trasę regularnie i nigdy nie widział tej przeszkody. Miał zbity łokieć i zdartą skórę twarzy. Po powrocie do domu i wstępnym opatrzeniu obrażeń uparł się, mimo propozycji córki, że go zawiezie, że sam pojedzie do szpitala. Tam zbadano go, wykonano odpowiednie prześwietlenia i porządnie opatrzono. Okazało się, że doznał wstrząsu mózgu, na szczęście niewielkiego.

– To może mieć swoje konsekwencje, ale niekoniecznie. Medycyna nie jest w stanie określić, kiedy to nastąpi, czy w ogóle nastąpi i jaką przybierze postać. Mogą to być ból i zawroty głowy, problemy z koncentracją, dezorientacja, zaburzenia mowy. Zdarza się, że pojawiają się zaburzenia emocjonalne a nawet osobowości.

Po udzieleniu wyjaśnień, lekarz zalecił pacjentowi tydzień spokojnej rekonwalescencji.

Ograniczony instrukcjami lekarza Daniel Corseio zyskał dużo wolnego czasu. Spożytkowywał go czytając ulubione lektury: biografie, dokumenty, a właściwie ich tłumaczenia oraz książki i opracowania dotyczące objawień i przepowiedni. Jasnowidze, wróżbici i prorocy byli jego bohaterami, zarówno w podręcznikach historii jak i w dziełach literackich. Miał swoje ulubione przepowiednie i ulubionych profetów: Nostradamusa, Świętego Jana od Apokalipsy, Sybillę oarz Królową Saby. O nich czytał najchętniej, ich przepowiednie, proroctwa i biografie, wszystko, co mu wpadło w rękę. Była to prawdziwa pasja. Daniel traktował ją nad wyraz poważnie; będąc osobą wierzącą uważał, że przepowiednie i objawienia są częścią wiary w Boga.

Wieczorem trzeciego dnia rekonwalescencji, starszy pan poczuł się gorzej. Szumiało mu w głowie. Dla uspokojenia się usiadł na fotelu i odchylił głowę do tyłu; po chwili zapadł w głęboki sen. Miał widzenie, był to sen nie-sen, wyjątkowo realny. Ujrzał koniec świata. Przekaz pochodził od proroka, Świętego Jana, którego Daniel widział już wcześniej w snach, o którym czytał i którego oglądał na obrazach w kościołach i w jednym muzeum. Była to postać jak najbardziej autentyczna.

Usłyszał nie tylko zapowiedź końca świata, ale także zobaczył jego obraz: kulę ziemską w ogniu rozpalonej masy plazmy słonecznej. Był to obraz totalnego i ostatecznego kataklizmu. Daniel zapamiętał dokładną datę, miał on nastąpić za równe dwa miesiące.

Po przebudzeniu się poczuł się lepiej. Od razu wstał i zanotował wszystkie szczegóły snu, aby niczego nie pominąć ani nie zapomnieć. Myślał o objawieniu cały czas, zapomniał nawet zjeść kolację. W oparciu o zapiski wyliczył dokładny dzień końca świata. Obliczenia sprawdził trzy razy dla pewności.

*****

Objawienie końca świata zmieniło życie Daniela Corseio. Nie miał nawet cienia wątpliwości, że nastąpi, wiedział nawet dokładnie kiedy. Czuł jednak pewien niedosyt wynikający z dyskusji z córką i innymi osobami, kwestionującymi zasadność jego przekonań a nawet wiarę w Boga. Zarzucano mu łatwowierność. Zapamiętał słowa córki Alefy:

– Każdy fakt, każde najdrobniejsze zdarzenie, każda informacja wymaga potwierdzenia z drugiego źródła. Jeśli się potwierdzi, to jest to prawda. Jeśli nie ma potwierdzenia, to zawsze będą wątpliwości.

Córce wierzył tym bardziej, że była nauczycielką, uczyła filozofii i logiki. Kochał ją bardzo, mimo ze stawała mu niejednokrotne okoniem. Jej sprzeciwy przypisywał naturze kobiecej.

– Jej matka była taka sama. Czasami jednak miała rację.

Przypomnienie, że jest uparty, umocniło go w przekonaniu, że musi znaleźć potwierdzenie daty końca świata, mimo że sam nie miał żadnych wątpliwości. Poszedł do biblioteki, aby przejrzeć dzieła proroków. Potrzebował pomocy, odbył więc rozmowę z bibliotekarką. Podzielił się z nią swoimi zainteresowaniami i wiarą w proroctwa i przepowiednie. Przy okazji dowiedział się jej imienia: Salome. Ona sama nie pytała go o imię ani o nazwisko, więc się nie narzucał.

Salome, niemłoda już niewiasta, ubrana w ciemnobeżową wysmuklającą sukienkę, wysłuchała go z uwagą i zainteresowaniem. Okazała się niezwykle pomocna, można by powiedzieć usłużna. Odszukała dwa najważniejsze dzieła opisujące proroków i ich przepowiednie. Książki były zbyt obszerne, aby mógł je przejrzeć jeden człowiek. Daniel potrzebowałby na to wiele dni. Poprosił więc Salome o pomoc. Zgodziła się bez wahania. Ona przeglądała jedno a on drugie dzieło. Szukali daty końca świata, która mu się przyśniła.

– Szukajcie a znajdziecie! – Po trzech godzinach studiowania, z przerwami na obsługę czytelników przybyłych oddać książkę lub wypożyczyć, bibliotekarka głośno wyraziła swoje zadowolenie ze znalezienia poszukiwanej informacji. Corseio zdumiał się; opis i data końca świata były dokładnie takie, jak to widział we śnie. Nie miał wątpliwości, to było proroctwo. Najważniejsze, że daty zgadzały się co do joty: rok, miesiąc i dzień. Oczywiście nie była to data wypisana czarno na białym. Trzeba było ją obliczyć od dnia innego wydarzenia zanotowanego w średniowieczu, udokumentowanego historycznie ponad wszelką wątpliwość. Datę końca świata Daniel obliczył, Salome poprosił tylko o dodatkowe sprawdzenie. Zajęło jej to więcej czasu niż jemu, ale wynik był ten sam.

Następnego dnia Daniel przyniósł jej kwiaty. Była mile zaskoczona. Sprawił jej przyjemność, jej reakcja sprawiła z kolei jemu radość. Wyszedł z biblioteki pogwizdując.

Do krytycznego dnia Corseio przygotowywał się z wielką starannością. Najpierw wszystko sobie przemyślał, potem sporządził listę spraw do załatwienia. Następnie wytypował dziesięć najbardziej znaczących spraw i ponumerował je w kolejności od najważniejszej do najmniej ważnej. Konsekwentnie je realizował, nie spiesząc się; miał dostatecznie dużo czasu. Testament sporządzony kilka lat wcześniej zawiózł do notariusza i zaktualizował. Przy okazji poczynił kilka małych darowizn, resztę zapisał córce. Sprawdził i pospłacał wszystkie długi. Nie było tego wiele; trzy niezbyt wysokie zapomniane kwoty. W ramach zwrotu długów, pooddawał właścicielom pożyczone książki.

Najwięcej czasu zajęły mu kontakty z ludźmi. Zadzwonił do wszystkich osób, z którymi nie widział się lub nie rozmawiał ostatnio, a miał uczucie, że powinien. Uporządkował swoje dokumenty układając je w chronologicznej kolejności i pozostawił je na widocznym miejscu. Potem uporządkował książki na regałach. To było najtrudniejsze. Część odłożył do tekturowych kartonów i pooznaczał je imionami i nazwiskami osób lub nazwami organizacji, do których miały trafić. Część pozostawił córce, aby zdecydowała, co z nimi zrobić. Były to przeważnie pięknie ilustrowane albumy turystyczne. Karty bankowe odłożył do kolorowej, rzucającej się w oczy koperty, pozostawiając wewnątrz kartkę z loginami i numerami haseł dostępu do kont. Stanu posiadania na dwóch kontach, jakie posiadał, nie zapisywał.

– Sami sobie to sprawdzą – pomyślał. Nie miał wątpliwości, że nie musi przygotowywać szczegółowych instrukcji jak przeprowadzać operacje bankowe. Alefa, jej mąż Joao i ich dzieci – więcej rodziny nie posiadał – lepiej radzili sobie z bankami i Internetem niż on sam.

*****

Córka dzwoniła do niego kilka razy, aby zapytać o zdrowie, jak również czy czegoś nie potrzebuje.

Powiedział, że czasowo zawiesił jogging i czuje się bardzo dobrze.

– Miałem trochę czasu i uporządkowałem swoje sprawy i rzeczy. Nie poznasz mieszkania, kiedy tu przyjedziesz. Zawsze mi mówiłaś, że mam bałagan; teraz wszystko jest na swoim miejscu. Nie wtajemniczał Alefy w szczegóły porządków, ani też nie wyjaśnił dlaczego je zrobił. Nie chciał jej martwić. Była ciekawa, pytała o to, wiedziała jednak, że jej nie powie. Lubił być tajemniczy. Rozmawiając z ojcem zadała sobie pytanie, czy ona też będzie taka jak się zestarzeje.

Po ostatniej rozmowie z córką zdenerwował się, po co wszystko tak starannie uporządkował skoro i tak w dniu końca świata wszystko zniknie. Dla ułatwienia sobie sprawy, zadziałała tu jego podświadomość, wytłumaczył sobie, że nie musi to być koniec świata dla wszystkich, tylko dla niego. Zrobiło mu się od razu lżej. Żadną miarą nie zamierzał rezygnować ze swego planu.

– To byłoby coś równie potwornego jak wyrzeczenie się Boga tylko dlatego, że ma się przejściowe wątpliwości.

W dniu zagłady, przed godziną dwunastą w południe przyjął dużą dawkę leków nasennych, aby nie umierać w cierpieniu.

*****

Lekarz szpitala miejskiego na wieczornym obchodzie nie śpieszył się. W towarzystwie pielęgniarki oddziałowej przechodził od pacjenta do pacjenta, sprawdzał efekty wykonanych zabiegów, stan zdrowia, czasem nawet zadawał kilka pytań, coś wyjaśniał lub udzielał instrukcji.

Na karcie pacjenta umieszczonej w nogach łóżka przeczytał na głos: Daniel Euzebio Corseio. Przypomniał sobie telefon kobiety pytającej o jego stan zdrowia. Był jej ojcem; lekarz rozmawiał z nią niezbyt długo. Po zapoznaniu się z danymi zawartymi na karcie, popatrzył na starszego pana z uwagą. Nie pytał o nic tylko wyjaśnił:

– Kiedy przywieziono pana, był pan nieprzytomny. Od razu zrobiliśmy panu płukanie żołądka. To pana uratowało.

Daniel patrzył na niego niepewnie. Stał przed nim młody mężczyzna z siwiejącymi już włosami, jasne kosmyki przeplatały się z ciemnymi. Miał na sobie niezbyt czysty fartuch lekarski. Dziwnie mu się kojarzył: młoda twarz, siwiejące włosy, fartuch budzący wątpliwości szarymi plamami w kilku miejscach. Słuchając lekarza, Daniel był wciąż oszołomiony. Nie mógł przypomnieć sobie, co się stało. Miał niejasne uczucie, że coś mu nie wyszło.

– Przestraszył się pan końca świata?

Pytanie zaskoczyło Daniela. Wybałuszył oczy i milcząco gapił się na pytającego. Nagle przypomniał sobie wszystko. Nic nie odpowiedział, zastanawiał się tylko, skąd lekarz to wie.

– Nie jest pan skromny, co? – padło drugie pytanie. Lekarz przypatrywał mu się z niejasnym uśmiechem na twarzy.

Daniel Corseio poczuł się zagubiony. To były pytania sięgające poza normalne rozumienie świata. Poczuł, że musi coś odpowiedzieć. Postanowił udawać.

– Dlaczego pan o to pyta, panie doktorze? Nie rozumiem, o co chodzi.

– Tylko Bóg wie, kiedy nastąpi koniec świata. A pan uznał, że jest równy Bogu. Czy nie jest to ciężki występek dla człowieka wierzącego?

Corseio pragnął zaprzeczyć, ale coś go powstrzymało. Rozglądał się niepewnie. W końcu pokoju zauważył Świętego Jana. Nie miał co do tego wątpliwości, widział go dziesiątki razy na obrazach, ilustracjach i rycinach. Święty miał nie swoją twarz, ale jego, Daniela Corseio, poruszał szybko językiem i wargami, coś mu tłumacząc. Co do własnej twarzy zamiast twarzy świętego nie miał wątpliwości. Ten sam owalny kształt, wystające kości policzkowe i krzaczaste brwi. Daniel przeraził się i odwrócił głowę. W przeciwległym końcu sali zobaczył drugą postać. Był to Nostradamus. Też miał jego twarz. Daniel zamknął oczy i usłyszał jakby ktoś cicho lecz namiętnie kłócił się z nim. Rozpłakał się.

– Co się panu stało, panie Corseio? Źle się pan czuje? – lekarz i pielęgniarka zaniepokoili się. Podeszli do niego; lekarz zaczął badać puls trzymając pacjenta za nadgarstek, pielęgniarka głaskała go po drugiej ręce dla uspokojenia.

– Jak moja Alefa, kiedy była mała – pomyślał Daniel, wracając wspomnieniem do córki, wówczas małej dziewczynki, pocieszającej go kiedy dowiedział się o samobójstwie przyjaciela.

Daniel odczuł natłok myśli. Nie mógł przyznać się, że chciał się wynieść ponad Boga i decydować, kiedy nastąpi koniec świata. To byłoby świętokradztwo i bluźnierstwo. Przestraszył się, rozglądał się w poszukiwaniu pomocy. Wtedy znowu zobaczył te same dwie postacie stojące w dwóch przeciwległych rogach salki szpitalnej. Przyglądali mu się uważnie i kiwali głowami.

– Chcecie mi wybaczyć? – zapytał niepewnie.

Nic nie odpowiedzieli, wciąż przyglądali mu się pytająco. Widać to było po ich twarzach, które dziwnym trafem przypominały jego własne oblicze, tak jakby to on był w każdym z nich.

– Mam przeprosić Boga?

Obydwaj poruszyli głową potakująco. Daniel zdjął nogi z łóżka, zsunął się na podłogę, ukląkł i zaczął się modlić.

– Zanurzył się w swój świat proroków i przepowiedni końca świata – szepnął lekarz do pielęgniarki pociągając ją za fartuch w kierunku drzwi wyjściowych. Wychodząc, zgasił światło a pielęgniarka zamknęła drzwi. W pokoju pozostała zapalona tylko mała lampka przy łóżku, przy którym klęczał Daniel Corseio wpatrując się to w jednego to w drugiego proroka. Był już spokojny. Wiedział, że ma przeprosić Najwyższego za swoją decyzję, nie wiedział tylko jak.

– W razie czego pójdę do biblioteki i razem z Salome znajdę jakieś rozwiązanie – zdecydował się.

Zanim zasnął zmęczony przeżyciami, postanowił, że kupi jej kwiaty, tylko inne niż cyklameny podarowane ostatnim razem. Cyklameny nie kojarzyły mu się dostatecznie mocno z wiarą w życie.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 8 kwietnia 2020

0Shares

Hiszpania 6: Korzystanie z telefonu i smartfonu. Biblioteka publiczna.

Połączenia telefoniczne z Hiszpanii do Polski kosztują teraz tyle samo, co lokalne w Polsce, jeśli ma się wykupiony abonament u operatora (tak jest przynajmniej w moim przypadku). Łącząc się z Hiszpanii moim smartfonem z numerem w Polsce wypowiedź rozmówcy słyszałem czasem podwójnie, raz nawet potrójnie. Życzenia imieninowe składano mi trzy razy. Pomyślałem, że mój rozmówca stracił pamięć. Nie mam pojęcia, w czym rzecz. Moim znajomym też się to zdarzyło. Miałem również wrażenie, że dzwoniąc z pokoju hotelowego na siódmym (najwyższym) piętrze rozmowy telefoniczne łatwiej ulegały zakłóceniom. Prawdopodobnie dlatego, że na poddaszu znajdują się urządzenia elektryczne – silniki wind i klimatyzacji).

Komputer jest dostępny w hotelu lub w kawiarence internetowej. Koszt typowo 3 Euro za pół godziny. Nie jest to mała kwota, zważywszy, że to, co zrobiłbym w piętnaście minut na moim komputerze w domu, na obcym mogę nie skończyć nawet w godzinę lub dłużej. Korzystałem więc z komputera w bibliotece publicznej.

Z lokalną biblioteką warto się zapoznać. Usługi są bezpłatne, jest dostęp do książek, czasopism, komputerów i informacji. Turyści na ogół tam nie zaglądają, a jest to znakomite miejsce do zasięgnięcia informacji na dowolny temat. W Malgrat de Mar, gdzie mieszkałem, oznaczenia i opisy w komputerach były niestety w języku katalońskim. Znam hiszpański, lecz nie miałem pojęcia, co znaczą katalońskie słowa w komputerze, gdyż jest to język bardzo odmienny. Poza tym system komputerowy był zupełnie inaczej zorganizowany, nie mogłem odnaleźć symboli (ikon) aplikacji, folderów, poczty elektronicznej, wyszukiwarki, przeglądarki. Plusem jest to, że panie z biblioteki chętnie pomagają.

Mały fragment czwartego opowiadania z "Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania":

"Hanuman stojący przed Eduardo był zły, marszczył czerwoną twarz, robił miny, choć dłoń miał uniesioną pokojowo do góry. To było mylące. Świeżo upieczony adept sztuki interpretacji gestów bogów hinduskich nie wiedział, co o tym sądzić. Sięgnął odruchowo do zasobów intuicji i podał Bogu-Małpie duży, żółty banan, który zabrał na drugie śniadanie. Podając, wykonał gest „Namaste” składając dłonie na wysokości serca z palcami wskazującymi do góry i lekko pochylając głowę. Zarówno dar, jak i pozdrowienie zostały jednoznacznie odrzucone. Bóg-Małpa zareagował pomrukiem zbliżonym do dźwięku wydawanego przez osobnika usiłującego przypomnieć sobie człowieczeństwo, które obluzowało się w nim przy kolejnym upadku na ziemię w stanie upojenia.

Olśniony nagłą myślą Gordo wyjął z kieszeni szeleszczące pięćdziesiąt rupii i podał Hanumanowi. Ten schwycił je z wyraźnym zadowoleniem. Gordo pomyślał, że podobał mu się szelest. Sam lubił szelest suchych liści pod stopami kolorową jesienią. Zafascynowany odruchem obdarowanego, Gordo przyglądał się Hanumanowi z uwagą, kiedy zdarzyło się coś, czego się nie spodziewał. W oczach małpy z postury i boga z natury dojrzał samego siebie, wizerunek niekompletny, niezbyt wyraźny, ale niewątpliwie prawdziwy: wysokie czoło, brązowe oczy, nieco odstające uszy".

0Shares