Pracowita noc malarza Sapiehy. Opowiadanie.

Grudniowa noc była wyjątkowo zimna. W czasie nieszporów Napoleon Sapieha stał pod amboną i słuchał kazania kanonika Leona Karnego o początku świata i stworzeniu pierwszych ludzi, Adama i Ewy. Rozglądał się po kościele, pocieszając się widokiem ciepło ubranych świętych na obrazach. Był malarzem, widział niejeden obraz i był przekonany, że postacie świętych nie grzeszą nadmiarem ubioru, a tu takie zaskoczenie! Byli ubrani wyjątkowo solidnie, okutani szubami z naturalnego futra lisów i gronostajów. Zazdrościł im, bo sam odczuwał dojmujący chłód ciągnący od kamiennej podłogi, od którego stopy marzły w butach.

Do kościoła Sapieha chodził rzadko, głównie aby się wyspowiadać i pomodlić, aby wszyscy święci pomogli mu sprzedawać obrazy, źródło jego pasji i utrzymania. Z czasem zaprzyjaźnił się ze spowiednikiem, kanonikiem Leonem Karnym. W duchu nazywał go klechą. Nie było to negatywne określenie. No, może trochę. Kilka razy rozmawiali w zakrystii. Kiedy już malarz poczuł się swobodniej, powiedział mu:

– Nie za bardzo wierzę w spowiedź.

Klecha nie zdziwił się.

– To akt symboliczny. Słucham cię w zastępstwie pana Boga. Niektórych grzeszników taka spowiedź skłania do większej szczerości. A jeśli zadam im pokutę, także do większego żalu za grzechy i gorętszej chęci poprawy. To jedyny sens spowiedzi i pokuty.

Napoleon przypomniał sobie swoje obrazy. Od kilku tygodni były eksponowane w dwóch galeriach w mieście i nie sprzedawały się. Dotychczas nie znalazł się kupiec. Oprócz tego miał jeszcze do zbycia grafiki i rysunki. Prezentował je na własnej stronie internetowej, kilka także na wystawie Ośrodka Kultury Miejskiej „Bufor”.

– Obrazy wyjątkowo trudno się sprzedają. Może to z powodu ciężkiej zimy, bo ludziom nie chce się nigdzie chodzić, nawet jeśli jest to galeria obrazów położona kilkaset metrów dalej.

Wyobraźnia przeniosła go na zewnątrz, gdzie padał śnieg, a wcześniej zapowiedziano zamieć.

Z zamyślenia wyrwał go mocny głos kaznodziei.

– Ta dwójka zapoczątkowała ludzki ród, z którego wyłoniło się wiele ras ludzkich. Wy, drodzy parafianie, tak samo jak ja, też od nich pochodzimy. Ponieważ rasy mieszały się ze sobą, mamy w sobie domieszki różnej krwi. Wszyscy jesteśmy mieszańcami. Nie zapominajmy o tym, aby nie wynosić się nad innych ludzi, odmiennych od nas kolorem skóry, wyglądem czy zachowaniem.

Mimo zaawansowanego wieku kanonik trzymał się prosto. Był tak stary, że pamiętał nawet dziadka Napoleona Sapiehy, tego ze strony matki. Nazywał się Grzegorz Orda i był złośliwym karłem, który po wzbogaceniu się na handlu kradzionym drewnem, został filantropem i dobroczyńcą. Stał się tak bogaty, że mimo wyraźnej ułomności, ożenił się niezwykle udanie, biorąc za żonę najładniejszą dziewczynę we wsi.

Więcej szczęścia miał Napoleon do matki, mądrej i urodziwej kobiety. Co najważniejsze, była normalnego wzrostu i rozsądnej wagi, choć pod koniec życia trochę utyła. Miała jedną słabość; była melancholiczką. To po niej Napoleon odziedziczył obezwładniający smutek. Nie miał pojęcia o tej przypadłości, dopóki nie skończył trzydziestego roku życia, kiedy melancholia objawiła się w całej krasie. Dowiedział się o niej od lekarza. Zgłosił się do niego, skarżąc się na złe samopoczucie. Ataki melancholii pojawiały się i męczyły Napoleona głównie w dni, kiedy środki masowego przekazu pokazywały ciężkie wypadki drogowe, katastrofy, pożary i powodzie, w których masowo ginęli ludzie i zwierzęta.

Wierni opuszczali kościół tak powoli, jakby nie było im zimno. Padał drobny śnieg i panoszył się siwy mróz. W drodze do domu Napoleon przemarzł jeszcze bardziej. Po przybyciu na miejsce, natychmiast zaparzył sobie duży kubek gorącej herbaty. Sączył ją powoli, myśląc o niesprzedanych obrazach wystawionych w galeriach miejskich. Zamierzał położyć się już spać, kiedy usłyszał dzwonek u drzwi. Zaniepokoił się. Zastanawiał się, kto mógłby chcieć odwiedzić go tak późno w taką pogodę. Był to syn Rafał z żoną i dwójką dzieci.

– Przepraszam, że nie powiadomiłem cię o naszym przyjeździe. Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę. Przyjechaliśmy na weekend, aby cię trochę rozerwać. Najbardziej pragnęły cię widzieć Paweł i Karolinka. Nie musisz o nic się martwić, przywieźliśmy ze sobą jedzenie. Mamy nawet własną pościel, gdyby zaszła taka potrzeba.

Zanim Napoleon znalazł się w łóżku, była już jedenasta. Zmęczony, zasnął od razu. W nocy na przemian budził się i zasypiał. Na początku jak zwykle miał krótki sen. Odwiedził go dziadek po kądzieli, karzeł, któremu się poszczęściło, oraz matka, urodziwa i mądra kobieta, po której odziedziczył melancholię. Potem zobaczył siebie samego w uścisku głębokiego smutku; patrzył w milczeniu przed siebie, nic nie widząc. Chwilę później straszliwie przeklinał, nie mogąc się wyrwać z potwornego nastroju.

Napoleon nigdy nie potrafił określić, jaki będzie przebieg nocy, kiedy będzie ona bezsenna, a kiedy coś będzie mu się śniło. Nie wiedział, od czego to wszystko zależało. W grę mogła wchodzić kawa, którą chętnie i często pił, ciśnienie atmosferyczne, nieobliczalne w swoich wahaniach, hormony wydzielane przez organizm, hamujące lub stymulujące delikatne połączenia nerwów w mózgu. Myślał także o działaniu leków, choć nie brał ich za dużo.

Po śnie o przodkach i melancholii, naszedł go upiór bezsenności. Kształtem przypominał niewyrosłego chłopca, ubranego w siną opończę z kapturem, z maską w miejscu twarzy, w której świeciły otwory na oczy. Po figurze i oczach Napoleon rozpoznał dziadka Ordę. Mieszkańcy wsi nazywali go złośliwym karłem. Napoleon miał go teraz przed sobą. Dziadek przypatrywał mu się uważnie, po czym wyciągnął rękę szarpnął go za ramię. To go zabolało, zacisnął więc zęby. Napoleon zacisnął zęby. Milczał, nie będąc stanie wykonać najmniejszego ruchu. Karzeł – trzymając go wciąż za ramię – drugą ręką wyciągnął zza pleców przedmiot przypominający małe widły i zaczął go żgać. Napoleon usiłował wyrwać się i uciec. Po kolejnym bolesnym pchnięciu wiedział, że musi zrobić coś drastycznego. Zaangażował w to całą siłę woli. Podjął decyzję. Zwarł się w sobie i kiedy oprawca nieznacznie się obrócił, skoczył mu na plecy, aby go okiełznać jak dzikiego mustanga i zmusić do pracy w kieracie własnych poleceń.

– Będziesz posłusznie zmieniać moje nieudolne obrazy w użyteczne  przedmioty, które ludzie będą kupować – krzyknął dziadkowi do ucha. Na wszelki wypadek powtórzył polecenie, lecz usłyszał tylko szept. To go tak zaniepokoiło, że się obudził.

Wstając z łóżka, popatrzył na duży zegar ścienny rozjaśniony bladym światłem księżyca. Była godzina pierwsza piętnaście. Poczuł ucisk w dole brzucha i pomyślał, że pęcherz jest bardziej regularny niż budzik. Pierwszą potrzebę wyjścia do toalety odczuwał zawsze o tej samej godzinie.

Po powrocie z łazienki Napoleon nie kładł się już spać. Był przekonany, że nie zaśnie. Za bardzo się ożywił. Postanowił zająć się swoim biznesem. Nie był to pierwszy raz, kiedy zdecydował się pracować po nocy.

Najpierw włączył komputer i sprawdził pocztę elektroniczną. Ucieszył się; czekało na niego kilka emaili w sprawie grafik wiszących w galerii „Bufor” w centrum miasta. Miał kupców na trzy z nich. Były jeszcze emaile od osób pytających, czy mogą liczyć na rabat kupując większą ilość gadżetów z nadrukami jego grafik wystawionych na aukcji.

Siedząc wygodnie w fotelu pomyślał, że dobre wieści warto uczcić kieliszkiem wina. Podszedł do barku i wyjął kieliszek i butelkę. Przypatrywał się jej przez chwilę, po czym uznał plan za nieprzyzwoity. Przypomniał sobie zasadę, że nie pije przy pracy. Wrócił do biurka i zabrał się do roboty.

Miał szczęście, bo pracowało mu się bardzo dobrze. Nocna praca stała się normalną praktyką. W dzień malował obrazy, wykonywał grafiki i rysunki, głównie ilustracje książek, noc zaś poświęcał na ich promocję, sprzedaż oraz obsługę klienta. Robił to głównie przez Internet korzystając z poczty elektronicznej, rzadziej Skype’a. Z telefonu starał się korzystać jak najmniej; rozmowy telefoniczne uważał za stratę czasu.

Po udzieleniu odpowiedzi osobom zainteresowanym kupnem grafik, Napoleon podsumował wartość prac sprzedanych w ostatnim tygodniu  oraz sprawdził, ile pieniędzy ma na koncie w banku. Teraz miał czas na przyjemności.

W ciągu niecałej godziny opracował „dobową teorię życia artysty”. Wydała mu się niebanalna, ponieważ porządkowała działania twórcy sztuki w ciągu doby, co robił, o której godzinie i po co. Teoria miała sens praktyczny; była odpowiedzią na wyzwania i niepokoje codziennego życia. Pomysł chodził mu po głowie od dwóch miesięcy. Był to projekt natury prawie naukowej. W akademii sztuk pięknych, gdzie studiował malarstwo, nachodziły go ciągoty, aby zostać naukowcem. Myśląc o tym, zapisał tytuł i streszczenie teorii. Ostateczny tekst postanowił opracować w późniejszym czasie. Kiedy skończył, od razu zadzwonił do Erazma, wieloletniego przyjaciela, podobnie jak on aktywnego nocą. Chciał pochwalić się nietypowym osiągnięciem i usłyszeć jego opinię.

Prezentując teorię Sapieha nie dopuścił przyjaciela do głosu. Zrobił to celowo. Mówił tak, aby Erazm mógł się wypowiedzieć dopiero wtedy, kiedy poznał całą treść. Był przygotowany na krytyczne uwagi przyjaciela, którego uważał za osobę mądrą i wyjątkowo zrównoważoną. Na ogół były one pozytywne. Tym razem Erazm zaskoczył go dosadnym i kwiecistym wezwaniem.

– Napoleonie! Doskonale wiesz, jak bardzo jestem ci życzliwy i dlatego boli mnie to, co muszę ci powiedzieć. Nie podoba mi się twoja teoria. Jest dobra dla biologa albo lekarza. Nie widzę czemu miałaby służyć. Nie widzę też rzesz artystów, którzy mieliby się nią entuzjazmować. Co innego twoje obrazy, rysunki i grafiki. W tym jesteś naprawdę dobry, osiągasz sukcesy, masz przed sobą perspektywy, których większość malarzy, grafików i rysowników mogłaby ci pozazdrościć. Jesteś doskonałym artystą, ale marnym teoretykiem. Teoria to nie jest twoja działka do uprawy.

Po zakończeniu rozmowy, Napoleon jeszcze raz uważnie przeczytał „dobową teorię życia artysty”. Uznał ją za niepotrzebny wybryk, nawet wygłup. Dziwił się sobie, że wcześniej myślał zupełnie inaczej. Wydrukowaną kartkę złożył w zamyśleniu w czworokąt, a potem jeszcze dwa razy przylegające do siebie trójkąty. To mu przypomniało Talesa z Miletu, twórcę geometrii nazwanej później euklidesową, wynalazcę pojęć punktu, prostej, płaszczyzny, twierdzenia i teorii. Kiedy przypomniał sobie, że miało to miejsce w szóstym wieku przed Chrystusem i było niezwykle odkrywcze, wyrzucił kartkę z zapisem teorii do kosza na śmieci. Pomyślał o nim, że jest to pojemnik zużytych myśli i poronionych wyobrażeń.

Po odrzuceniu zbędnego balastu, Napoleon wrócił do łóżka. Ułożył się wygodnie i od razu zasnął. Nie spał jednak długo. Organizm zasilony wodą mineralną w czasie pracy przypomniał mu o sobie. Malarz po raz kolejny udał się do toalety.

Ponowny powrót do łóżka okazał się przyjemniejszy niż się spodziewał. Zapadł w głęboki sen. Otoczyła go obfitość dziwnych rekwizytów teatralnych. Najpierw były to figury geometryczne, co go nie zdziwiło. Zaraz po nich pojawiły się damskie figi i stringi w ciapki, sztuczny członek męski średnich rozmiarów oraz szczegóły damskiej anatomii ukryte w cieniu rudego uwłosienia. Był to prawdopodobnie efekt teorii Freuda i jego kontynuatorów, którymi Napoleon delektował się w chwilach, kiedy znajdował czas na czytanie dla przyjemności. Większość akcesoriów kojarzyła mu się jednak z teatrzykiem szkolnym, w którym występował jego jedyny wnuk, pięciolatek Pawełek.

Teatralia nie były największym zmartwieniem Napoleona, gdyż chwilę później napadła go nocna zmora. Nie wyglądało to na przywidzenie, ale zwyczajną, brutalną rzeczywistość. Zjawa hipnotyzowała go oczami bazyliszka, po czym zaczęła go dusić. Czując jej ciężki oddech na sobie, Napoleon stawiał opór, aby nie dać się sprowadzić do parteru jak w zapasach. Napięcie było tak wielkie, że z gardła wyrwał mu się okrzyk.

– Tym razem, zakało, skuję ci mordę!

Chwilę potem Napoleon był już górą; założył potworowi nelsoński chwyt i go dusił. Cieszył się słysząc, jak charczał. Było to przerażające przeżycie.

Zbudziło go łomotanie do drzwi. Kiedy otworzył oczy, w pokoju paliło się światło. W progu obszernej sypialni, służącej mu także za gabinet i atelier malarskie, stał przerażony Rafał.

– Usłyszałem potworne krzyki! Co się stało? Czy wezwać pogotowie?

Napoleon uspokoił się. Patrząc na bladego jak ściana syna, zdał sobie sprawę z wrażenia, jakie mógł wywołać wśród domowników krzycząc przeraźliwie po nocy. Uspokoił syna i przeprosił. Po jego wyjściu z pokoju, zasnął po raz kolejny, nie zauważając nawet, że usta ma suche jak wiór i należałoby je zwilżyć.

Rano rodzina spotkała się przy śniadaniu. Napoleon Sapieha wyglądał na zmęczonego, oczy miał podkrążone a twarz oblekał mu wyraz znużenia. Pawełek, ukochany wnuczek, patrzył na niego spod oka kilka razy zanim się odezwał.

– Dziadek się zmienił. To nie jest ten sam dziadek. Bardziej podobał mi się ten poprzedni. Ktoś go nam podmienił w nocy – dzieciak był tak poruszony, że się rozpłakał i nie sposób było go uspokoić.

Rafał nie dostrzegł w ojcu żadnej zmiany, podobnie jak synowa. Dla nich był tym samym Napoleonem Sapiehą, człowiekiem, którego dręczą potworne sny i prześladuje mania pracy nocą.

Syn był niewyspany i zły. Miał pretensje do ojca.

– Ty mnie wykończysz swoim nocnym życiem. Zachowujesz się jak nietoperz. Z tym, że nietoperz porusza się cicho, ty natomiast robisz raban. To jest nie do zniesienia – skarżył się głośno. – Cały czas chodzisz po nocy, przestawiasz meble, prowadzisz z kimś rozmowy. Nad ranem, słyszałem to wyraźnie, rozmawiałeś przez drzwi wejściowe z listonoszem. Powiedziałeś mu, żeby zostawił listy w skrytce pocztowej przy furtce. Tato! Co się z tobą dzieje?

– Opowiadasz dziwactwa. To nie było tak – zaprotestował senior. – To ty musiałeś mieć jakieś niedobre sny. Ja pracowałem, robiąc wszystko po cichu. Nie było mowy, abym mógł kogokolwiek zbudzić. Owszem, otrzymałem i wysłałem kilka emaili, ale nie telefonowałem i nie odbierałem od nikogo żadnej przesyłki, ani z nikim nie rozmawiałem przez drzwi wejściowe. Wydrukowałem sobie natomiast założenia pewnej teorii. Można to sprawdzić, bo kartkę wyrzuciłem do kosza na śmieci.

Odpowiedź ojca jeszcze bardziej rozdrażniła Rafała. Uznał, że czas wyjaśnić ostatecznie jego nienormalne zachowania, to, co robi po nocy. Zastanawiał się chwilę, układając plan działań. Włożył buty i wyszedł na zewnątrz, przed dom. Na ścieżce prowadzącej z domu do furtki wyjściowej na ulicę nie było widać żadnych śladów, które by wskazywały, że ktoś nad ranem tamtędy chodził. Rafał popatrzył na skrytkę pocztową umocowaną przy furtce wejściowej. Tknęło go przeczucie. Wrócił do domu i zabrał klucz do skrytki. Wewnątrz nie było żadnych listów. Po powrocie do domu sprawdził kosz na śmieci w pokoju ojca. Znalazł tam złożoną kartkę papieru z opisem jakiejś dziwacznej teorii. Ojciec był skrupulantem i dokładnie oznaczał dokumenty datą i godziną ich aktualizacji, aby nie myliły mu się kolejne wersje.

Po nieudanej ponownej rozmowie, Rafał miał wszystkiego dość. Wytłumaczył żonie i dzieciom, że muszą natychmiast wracać do domu, bo zapomniał, że ma ważną pracę do wykonania na poniedziałek.

– Przypomniano mi to telefoniczne. To bardzo ważne. Przepraszam was za to, że zapomniałem.

Jadąc samochodem razem z żoną i dziećmi, Rafał milczał. Zastanawiał się nad tym, co zaszło w nocy. Czuł, że coś jest nie w porządku i to niekoniecznie z ojcem. Przypomniał sobie, co mówiła mu przed laty nieżyjąca już sąsiadka, która znała Grzegorza Ordę.

– Pański pradziadek pod koniec życia miał problemy z głową. Zdziwaczał, stał się odludkiem, w dodatku nerwowym i wybuchowym. Męczyła go mania prześladowcza. Wpadał we wściekłość. Nie można było do niego podejść, bo chyba by człowieka rozszarpał na kawałki. Zdawało mu się, że ludzie go śledzą i robią mu na złość, że ktoś go nachodzi nad ranem, nawet w niedzielę. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił na głos, bo ludzie się go bali. Starsi ludzie pamiętali, że taki sam był jego dziadek czy też pradziadek. Bezpieczna była tylko jego żona, pańska babka, oraz pańska matka. Ten karzeł kochał je do szaleństwa.

Rafał przejechał kilkaset metrów i zatrzymał samochód. Przypomniał sobie, jak kilkakrotnie wpadał we wściekłość na jadącego przed nim kierowcę, który zwalniał przed zakrętami blokując mu drogę. Myślał wtedy, aby go wyprzedzić i gwałtownie zahamować. Raz nawet to zrobił. Zakończyło się to na szczęście tylko stłuczką i przekleństwami poszkodowanego właściciela samochodu. Raz pomyślał nawet, aby zjechać na przeciwny pas jezdni i zderzyć się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem.

Żona i dzieci siedzieli spokojnie czekając, aż im powie, dlaczego się zatrzymał.

– Wyjdę na chwilkę, aby się przewietrzyć. Nie czuję się dobrze po wczorajszej nocy. Ojciec mnie przeraża. Pobyt u niego źle na mnie wpłynął.

Popatrzył na żonę.

– Przesiądź się, Adrianno, na siedzenie kierowcy, zanim wrócę. Wolę, abyś ty prowadziła.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, sierpień 2020

0Shares

Zimowy las. Opowiadanie.

Wypełniała go fantazja. Płynęła w nim strumieniem źródlanej wody, przezroczystej i ożywczej, z którego mógł czerpać do woli, aby gasić pragnienia żyjące w każdym człowieku. Zamiast pozwolić jej ujawnić się w pełni, tłumił ją, wzbraniał się przed nią, przyglądał jej się niezdecydowanie, bez pewności sukcesu, na jaki zasługiwała. Zamiast wyjąć sztalugi i płótno, i malować cudowne pejzaże, łamał pędzle i wylewał farby, zamiast pisać poezję, upijał się niepewnością i dusił w sobie wzruszające słowa.

Fantazja pojawiła się w nim znacznie wcześniej niż wszystkie małe i duże psy, które uwielbiał, chyba z wzajemnością, ponieważ łasiły się do niego i prosiły głośnym ujadaniem, aby rzucał im patyk w powietrze, daleko. Kiedy to czynił, biegły jak szalone, chwytały go w pysk, przynosiły, aby zaraz potem żartobliwie warcząc odmawiać wydania zdobyczy,  równocześnie jakby prosząc, aby ją siłą odebrał i znowu rzucił.

W zabawie niezmordowana była suczka. Nazywała się Cezarea, miała krótką sierść i śmieszny pysk bokserki i zwyczaj wbiegania na zmarzniętą taflę lodu i drapania, prosząc szczekaniem, aby pękł i pozwolił bawić się z nią ukrytej pod nim wodzie.

Działo się to zimą, w lesie zaklętym w ciszy i śniegu, puszystym i skrzącym z mrozu, zaludnionym kwiczołami. Siedziały nieruchomo na gałęziach, jeden obok drugiego, niepłochliwe, ubrane w grube futra piór, milczące, czekające na zbawienie. Miały je otrzymać od słonecznych promieni schowanych za górą, które niby złote strzały wytrwale wspinały się po stromym stoku, ściśle porośniętym lasem podobnie jak ptaki piórami.

Tam właśnie mężczyzna z plecakiem, nałożonym na grubą kurtkę, spotkał kobietę ukrywającą przed światem czar i wdzięk dojrzałości. Ubrana była w duże buty i szorstkie spodnie, i karmiła dwa psy, śmiejąc się do nich i opowiadając o nich niebywałe historie. Nosiła ciemne okulary; chroniły ją przed promieniami słońca odbitymi od zimowego puchu, stworzonego przez Boga dla zabawy, a naprawdę to dla ukrycia prawdy o kobiecości i męskości. Promieniowało od niej łagodne ciepło, prawie niewyczuwalne w mroźnym powietrzu, miłe dla ucha wdziękiem słów i treścią opowiadań.

W momentach, kiedy się śmiała, śnieg topił się wokół niej, pojawiały się strumyczki wody i rosły, spływając w dół drogi, zaraz potem dzieląc się na warkocze, nad którymi zakwitały intensywnie żółte kaczeńce. Pochodziły one ze wspomnień mężczyzny z plecakiem, z odległego rowu przekopanego przez łąkę, odprowadzającego wiosną nadmiar wody ze stawiku z malutkimi karasiami, linami i płotkami. Dobrze pamiętał ten stawik, bo to nad nim siadł mu kiedyś na ramieniu kolorowy ptak i milcząco zastanawiał się, czy warto lecieć dalej, a jeśli tak, to dokąd.

Wszystko to słyszały i widziały psy, albo czuły przez skórę, ponieważ cieszyły się jak szalone, biegając po głębokim śniegu i strasząc ujadaniem, że go zjedzą. Ciemniejszy z nich, o imieniu Salazar, był już poważnym seniorem. Nie przyznawał się jednak do tego, nie pokazywał swojego wieku ani też go nie ukrywał, tak jak ludzie, tylko bawił się buszując w śniegu w poszukiwaniu myszy. Zagłębiał się w chaszcze i węszył, wynurzając od czasu do czasu nos obsypany białym puchem. Rozradowany swoim niby to polowaniem, niby zabawą, zapominał o bożym świecie i kompletnie ignorował przyzywające go okrzyki i gwizdy właścicielki.

Jak tylko nadeszła wiosna niezwykła poezja zimy, ptaków, psów i ludzi rozpuściła się w leśnych wspomnieniach, jak wszystko, co przynoszą i zabierają ze sobą kolejne pory roku.

Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, 26 08 2020

0Shares

Recydywa. Opowiadanie.

Odc. 1

Na imię miał Elbi. Było to niewydarzone imię. Nawet to mu się nie udało, Wszyscy śmieli się z niego. Chyba nie umieli inaczej albo było to zaraźliwe. Z nazwiskiem Sokora było lepiej. Było przyzwoite, nikogo nie raziło.

Wieś była mała, w dodatku staromodna, uparcie tkwiąca w przeszłości, nawet w czasach biblijnych. Mieszkańcy żyli zapatrzeni w swoje sprawy, nikt im nie mówił o empatii. Życie było surowe. Tak samo jak ludzi traktowali zwierzęta. Jak krowa sąsiada weszła w szkodę, to nie było co iść do niego, bo był kłótliwy, tylko przywalić jej kijem, aby zapamiętała, że nie jest to jej miejsce.

– I tak głupie bydle nie nabierze rozumu – mówili między sobą. – Także wtedy, gdyby je bić do upadłego, a nawet zatłuc. Ale co z tego, że się je zatłucze, jeśli ono jest bezrozumne.

Elbi też przesiąkł surowością do zwierząt i ludzi, jak tylko zaczął cokolwiek rozumieć. Nie miał łatwego życia. Miał wadę anatomiczną: węższą niż zazwyczaj u chłopca klatkę piersiową, wąską talię, szeroką miednicę i chude nogi. Nie była to konstrukcja ani mocna, ani słaba, po prostu nijaka. Sam o tym wiedział bez przypominania. Kiedy szedł latem po płaskim kawałku piachu nad rzeką i mijał jakąś dziewczynę, widać to było wyraźnie; była węższa w biodrach niż on. Przypominał wazę wykonaną przez początkującego rzemieślnika: górna część ścieśniona, środek pękaty, spód umieszczony na zbyt wątłej podstawie. Jako chłopiec był także blady, potem twarz mu trochę ogorzała. Lekko utykał na lewą nogę. Czasem ją nawet pociągał za sobą, kiedy był zmęczony. Kiedy indziej było to mało widoczne. Poza tym miał głowę większą niż trzeba. Powiedział mu to Szalbierz, przybłęda prowadzący warsztat remontowo-malarski, gdzie na szerokiej desce namalował postać Elbiego. Nie musiał portretu podpisywać, wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.

Na twarzy Elbi był zwyczajny; nierzucająca się w oczy fizjonomia,  zapominało się ją po dziesięciu sekundach, jakby w ogóle nie istniała.

– Jeździec bez głowy – mówiła kobieta, mieszkająca dwa domy dalej. – Można by pomyśleć, że ten człowiek jest szerszy niż dłuższy.

Podejrzewała Elbiego, że kradnie jej jabłka i gruszki z ogrodu. Nie lubiła go za to, choć wszyscy wiedzieli, że jej gruszki i jabłka są mało warte.

– Małe i kwaskowate. Kto by się na nie łasił. To na pewno nie Elbi – tłumaczył jej ksiądz, ale chyba go nie rozumiała.

Nad Elbim znęcali się najpierw bracia, potem koledzy. Na początku się buntował, w końcu zrozumiał, a właściwie to pogodził się z losem, uznając, że tak musi być, bo świat jest urządzony niesprawiedliwe. Jego rodzice nie wiedzieli, że rodzeństwo znęca się nad nim, a jeśli nawet wiedzieli, to byli tak zapracowani lub zmęczeni, że nie mieli czasu, aby to zmieniać. Ziemia wymagała obróbki, zwierzęta w gospodarstwie także, to myśleli, że tak jest zawsze, że dzieci biją się między sobą.

– Daj spokój. Nic na to nie poradzimy. Tak było zawsze od początku świata – ojciec Elbiego tłumaczył żonie, kiedy słysząc krzyki dochodzące z domu chciała oderwać się od pracy, aby interweniować.

Elbi nie skarżył się na rodzeństwo, bo wiedział, że następnym razem dostanie jeszcze mocniej. W końcu przyzwyczaił się. Musiał się przyzwyczaić, aby nie zwariować. Myślał o ucieczce, ale nie miał dokąd uciec. Wszystko było za dalekie i za drogie, a on nie miał pieniędzy.

Przez całe życie marzył, aby się odegrać. Kiedy był już starszy i więcej rozumiał, ksiądz go zapytał, czy słyszał o wiktymologii, i wtedy Elbi wyrozumował sobie, że to on jest winien, bo pozwala robić z siebie ofiarę. Zrozumiał, że jest coś z nim nie tak, jak trzeba, że jego niepowodzenia tkwią w nim samym. Niewiele mu to pomogło.

Kiedy się ożenił, znęcała się nad nim żona, Estera, mimo że dobrze ją traktował, a na początku nawet lubił. O miłości do kogokolwiek nie miał pojęcia, bo nikt go tego nie nauczył. .

– Wyczuła mnie. Jestem zbyt dobrotliwy i dlatego jestem ofiarą – myślał o sobie.

– Ależ ten Elbi to nieporadna dupa – myślała Estera. Podpowiadali jej to ludzie, także jej rodzice. Nie potrafiła już myśleć inaczej, mimo że Elbi starał się, aby było jej z nim dobrze.

Odc 2

Dużo pracował dla kościoła. Tam czuł się najlepiej. Ksiądz i kościelny dobrze go traktowali, a nawet cenili jego usługi, bo był pracowity i staranny. Roznosił ulotki i gazetkę parafialną, sprzątał pomieszczenia kościelne, naprawił płot uszkodzony przez samochód, wykonywał różne drobne remonty i prace porządkowe. Spowiadał się raz na rok, ale nikt o tym nie wiedział oprócz księdza proboszcza, nawet wikary.

Widzieli też jego pobożność. Często klęczał na środku kościoła, kiedy nikogo nie było wewnątrz, i modlił się z zamkniętymi oczami. Modlił się o drugie życie. Myślał o wypadku, takim, w którym zginąłby od razu i bez bólu.

No i doigrał się. Zginął w wypadku samochodowym w najmniej spodziewanym miejscu, przed ostrym zakrętem, gdzie wszyscy kierowcy musieli hamować. Ten, który go zabił był młody i trochę pijany.

W pogrzebie uczestniczyło niewiele osób, mimo że była piękna pogoda. Najbliższa rodzina, dwie czy trzy osoby uważające się za jego przyjaciół, oraz ci, którzy rozumieli, jaką gehennę przeżywał przez całe życie. Ksiądz wygłosił mowę pożegnalną nad otwartym grobem. Zakończył słowami:

– Elbi był dobrym człowiekiem. Żył krótko. Módlmy się, aby Bóg dał mu drugie, lepsze życie.

Nie mógł go zapomnieć. Elbi zjawiał się przed jego oczami, nawet kiedy je zamykał, aby się skoncentrować lub coś głęboko przemyśleć. Modlił się za Elbiego w samotności i raz na kwartał odprawiał za niego mszę wspomnieniową.

Rodzina Walendziaków była księdzu dobrze znana. Byli to biedacy; głowa rodziny, Tobiasz Walendziak, był alkoholikiem. To było największe nieszczęście. Był raz na leczeniu odwykowym, ale nie powiodło mu się. Pił nadal. Kiedy urodziło mu się czwarte z kolei dziecko, chłopiec, którego nie chciał, ochrzcił go imieniem Eliezer, aby zniechęcić się do niego jeszcze bardziej.

Na dzieciaka nikt nie zwracał uwagi. Był podobnie zdeformowany jak niegdyś Elbi. Też miał nieudane życie. Bili go starsi bracia, potem także młodszy brat Eneasz, urodzony dwa lata później. Nazywali go Cipą i podobnie.

Mogło to wynikać z miękkości jego charakteru. Wolał szydełkować. Robił to sam lub z siostrą, która jedyna okazywała mu serdeczność. Wolał to niż grać w piłkę z chłopcami, którzy złośliwie podkładali mu nogi. Na początku nie bał się i angażował się w grę jak każdy inny dzieciak w jego wieku. Pewnego razu piłka uderzyła go w głowę tak mocno, że nie mógł się podnieść. Wtedy dał sobie spokój. Bał się bólu i kontuzji. Unikał starcia z przeciwnikiem, ktokolwiek by to nie był. Nie brał nawet udziału w zapasach na niby jak inni chłopcy. Tłumaczył się:

– Mnie to nie wychodzi. Jakoś nie umiem zwyciężać. Próbowałem, ale nigdy mi się to nie udało.

Kiedy miał dziesięć lat Elbi poczuł, że żyje w nim drugi człowiek. Nikomu o tym nie mówił, bo jeszcze bardziej by z niego szydzono. Kilka miesięcy umacniał w sobie to przekonanie, że jest w nim ktoś inny.  Potem zmiarkował, że nie jest to możliwe i wtedy znalazł sobie inne wytłumaczenie, że przeżył już jedno życie. . To myślenie utrwaliło się w nim, kiedy usłyszał w telewizji, że jest to możliwe.

Był ponad przeciętność rozwinięty umysłowo. Nie było to widoczne, bo był nieśmiały i zdeformowany. Te dwie cechy trzymały go w cieniu rówieśników i spychały z pola widzenia osób dorosłych. Nie zauważali go, pomijali, albo krępowali się go zauważyć, zagadać do niego, pochwalić czy nawet czymś poczęstować.

Kiedy przypominał sobie, że żył już raz w ciele innego człowieka, życie uwierało go jeszcze bardziej.

Latem do wsi zawitali spirytyści. Na słupach i na płotach pojawiły się afisze, że odtwarzają ludziom życie w poprzednim wcieleniu. Nazywali to seansem spirytystycznym. Aby w nim uczestniczyć trzeba było się zapisać i wykupić bilet. Koszt nie był mały. Niewielu się zdecydowało. Pierwszy był nauczyciel, drugi właściciel największego gospodarstwa we wsi. Kiedy z braku chętnych spirytyści obniżyli cenę udziału w seansie, Elbi zdecydował się. Miał akurat tyle pieniędzy, aby odtworzyć sobie swoją przeszłość. Mocno to przeżył. Było to jak błysk ognia w oczy, strach i przerażenie, a potem świadomość przeszłości. Zmienił się. Sam tego nie zauważył, bo po kilku tygodniach pamięć o zdarzeniu zatarła się w nim prawie całkowicie.

Odc. 3  (ostatni)

Kiedy Elbi się żenił, pamiętał tylko niejasno, jak to jest być krzywym drzewem, na które każda koza skacze. Był już inny, odmieniony. Potrafił się postawić. Nie znosił teściów, bo go źle go traktowali. Wydali za niego starszą córkę, Sarę; nie była urodziwa a bardzo chciała wyjść za mąż.

– Lepiej, że wyjdzie za kalekę, niż żeby miała zostać starą panną – zdecydował ojciec dziewczyny. Razem z żoną przeżegnali się tylko, aby nic złego jej się nie stało.

Pierwszego dnia małżeństwa, po weselu, Sara nie mogła dobudzić się Elbiego. Miała do niego żal, że zawiódł ją już na samym początku wspólnego życia, bo w nocy zwymiotował w salonie teściów na podłogę. On sam tego nie pamiętał, czuł się wyjątkowo podle. Stanęło to w nim okoniem, kiedy przypomniał sobie, jak mało pił i że to jego drużba, jego własny brat to spowodował. Pamiętał jego słowa, powtarzane kilka razy.

– Na własnym ślubie nie wypijesz? Powinieneś się wstydzić. Jeśli nie wypijesz za zdrowie swojej żony, teściów i rodziny, nic nie będzie ci się układać.

Tego, że brat dolewał mu po cichu czystej wódki do szklanki z sokiem pomarańczowym, który Elbi najbardziej lubił, nawet nie widział. Inni to widzieli i mówili, że to starszy brat upił Elbiego i dlatego sam powinien posprzątać zarzyganą podłogę. Teściowie nie przyjęli tych tłumaczeń.

– Jest kaleką, ale ma rozum, to powinien pilnować się. Taki wstyd wobec całej wsi!

Elbi nie poddawał się. Za drugim razem, kiedy się zatruł kiełbasą i dla ratowania się wypił trochę czystej wódki, bo tak mu wszyscy radzili, też zwymiotował. Sara robiła mu wymówki, przypominając przy okazji, że już ją raz skompromitował. Odwinął się wtedy i trzasnął ją w twarz. Nie bił jej długo, tylko dwa razy, ale mocno. Powiedział jej:

– Teraz będziesz pamiętać, kto rządzi w tym domu.

Nie miał wątpliwości, że postępuje słusznie. Przypomniał sobie upokorzenia poprzedniego życia, widział je jak na dłoni. Wracały do niego rzadko ale wyraźnie, zawsze w chwilach nieporozumień rodzinnych.

Na braciach, którzy znęcali się nad nim, bezpośrednio nie usiłował dokonać zemsty. Swojego jednak nie darował. Robił im świństwa. A to nasikał im do kawy, a to wsypał spalonego korka do zupy, aby dostali rozwolnienia, po którym śmierdziało na całą wieś bo nie zdążyli nawet dobiec do wychodka za domem. Zawsze coś wynalazł, aby im się odwdzięczyć.

Kiedy opuściła go Sara, namawiana do tego przez rodziców, Elbi ożenił się po raz drugi i to bardzo szybko. Niewiele to zmieniło. Nową żonę, Marię, też źle traktował. Tłumaczył sobie, że odreagowuje poprzednie życie. Kobieta cierpiała, tym bardziej, że przynosił jej kwiaty i składał obietnice, że się zmieni. Już po roku czasu przyjaciółki zachęcały ją, aby go opuściła, tym bardziej, że nie mieli dzieci.

– Albo zapłać mu pięknym za nadobne i przy okazji oddaj mu tak serdecznie, aby się przestraszył.

Nie skorzystała z ich rady. Nie umiała.

Ostatnim razem, kiedy pobił ją po raz co najmniej dziesiąty, upadła i uderzyła się boleśnie. Męczyło ją to, bo upadek wyzwolił w niej niedobre wspomnienia zakopane głęboko w pamięci. 

Latem spirytyści po raz drugi przyjechali na wieś. Maria, w tajemnicy przed wszystkimi, poszła na popołudniowy seans i wtedy wszystko sobie przypomniała. W nocy nie mogła spać. Nie pozwalały jej na to wspomnienia, przewalające się falami w głowie. Widziała nawet upiora. O godzinie pierwszej w nocy wstała i poszła do komórki za domem, gdzie trzymali różne narzędzia. Chciała posprzątać dom, cichutko, aby nie zbudzić męża. Lubiła sprzątać, lecz Elbi zabraniał jej robić to częściej niż raz na tydzień.

– Więcej zakurzysz, niż posprzątasz – powtarzał regularnie, aby nie zapomniała.

Kiedy wróciła do domu, coś niosła pod dużą płachtą, którą nie wiadomo po co zabrała. Światła nie zapalała. Podeszła do szerokiego łóżka, gdzie spała razem z mężem i przyjrzała mu się z uwagą. Leżał dziwnie ułożony na lewym boku, wyglądał jak skrzywiona brzoza. To skrzywienie przypomniało jej, że ona też była takim drzewem w poprzednim życiu, a to był on, jej mąż z tamtego czasu. Ta sama, identycznie wykrzywiona twarz, to samo niekształtne ciało. Wspomnienia wróciły do niej z bolesną wyrazistością, całe poprzednie życie.

Postąpiła tak, jak sobie wówczas obiecała. Zadała mu w szyję tylko jeden cios siekierą. To wystarczyło. Nie miała żadnych innych pragnień. Przeszła jej nawet chęć posprzątania mieszkania.

Kiedy rano się obudziła, mąż jeszcze spał, spokojnie chrapiąc. Patrzyła na niego z zimną obojętnością. Wiedziała, że coś musi zrobić ze swoim życiem. Od czasu seansu spirytystycznego dręczyło ją to nieprzerwanie.

0Shares