Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 170: Objawy życia i mobilizacji

Pierwszy zmobilizował się kościół. O godzinie szesnastej powietrze rozdarły uderzenia dzwonów, jakie cudem przetrwały na wieżach kościelnych, wwiercając się w ciszę pozostawioną przez tornado i tsunami. Starsi ludzie masowo ruszyli do świątyń lub tego co z nich zostało, aby dziękować Bogu i wszystkim świętym za ocalenie im życia. Zbierali się razem w przekonaniu, że wspólna modlitwa przynosi większy pożytek. Świętej Scholastyce dziękowano za przywrócenie normalnej pogody. Kapłani odprawiali nabożeństwa dziękczynno-błagalne, przewodzili procesjom, na których śpiewano psalmy i modlono się o pomoc w odbudowie zniszczonych domów i kościołów oraz uratowanie tego, co pozostało ze zdewastowanych upraw. Nawet ateiści i gnostycy garnęli się do uroczystości religijnych.

– Nie wierzymy w Boga, ale chcemy posłuchać modlitw – wyjaśniali niepewnie.

Pragmatyczni duchowni zachęcali ludzi nie tyle do modlitwy, kajania się i rozważań nad marnością życia, ile do usuwania zniszczeń, odbudowy domostw i niesienia pomocy potrzebującym. Był to czas intensywnego testowania nakazu „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. W miarę postępu dnia coraz więcej osób wychodziło na światło dzienne wyrywając się ze stanu zamroczenia. Czuli, jakby urodzili się na nowo.

Następnego dnia słońce z samego rana wyległo na ulice, a wraz z nim setki a może i tysiące ludzi, pragnących odświeżyć się pierwszymi strumieniami świeżości. Rozchełstani staruszkowie pozdrawiali staruszków zawiniętych w ciepłe kurtki i zimowe czapy, blada dziewczyna tuliła do siebie szarego kota z wielkimi oczami mijając kobiety w czarnych koszulkach opinających piersi podobne do jabłek Champion, jędrnych, soczystych i słodkich. Między spacerującymi mieszkańcami miasta śmiałe hulajnogi uwoziły dzieci ku kolejnym przeżyciom i niedoznanym jeszcze radościom.

W domu Sefardi wypakował z torby zakupy: kalarepę wielkości młodocianej dyni, bułkę drożdżową i bułkę dwuwarstwową, kruchy rogal francuski, butelkę słodowego piwa o zawartości alkoholu zdolnej oszołomić przydeptaną muchę, dwie porcje szynki bez konserwantów oznaczonej skrótem „tradycyjna”, w końcu dwa dojrzałe banany.

*****

Wieczór przyniósł refleksje nad tym, co się stało. Pojawiły się głosy, że minione dni były karą za grzechy; inni mówili, że to tylko tragiczny zbieg anomalii pogodowych, jeszcze inni, że to skutek niszczenia środowiska. Kraj zamienił się w wieżę Babel, większą od starożytnej, w której, oprócz języków, mieszały się poglądy oraz przestawiały schody i drabiny, na której każdy mający coś do powiedzenia pragnął usytuować swój głos jak najwyżej.

Nomadia przeżywała najbardziej tragiczny okres swojej historii. Apokalipsa spowodowała śmierć tysięcy osób nakręcając spiralę dalszych niepowodzeń. Gospodarka przestała się rozwijać, dochód narodowy zmniejszał się drugi rok z rzędu, przedsiębiorcy przestali inwestować, zastraszająco wzrosło bezrobocie. Nocą coraz częściej ludzie poszukiwali pożywienia na śmietnikach. Co najgorsze, społeczeństwo kurczyło się tak szybko, że groziła mu śmierć demograficzna.

– Z silnego i zdrowego kraju pozostał tylko rachityczny szkielet obciągnięty skórą wspaniałej przeszłości – Blawatsky używał mocnych sformułowań, aby unaocznić ludziom skalę tragedii, jaka na ich oczach rozegrała się w domach, na ulicach i placach, w ośrodkach handlowych, szkołach i fabrykach.

*****

Gubernator tak często oblatywał helikopterem miejsca klęsk żywiołowych, jakby sama jego obecność mogła już pomóc. Na własne oczy widział, jak kraj pustoszeje. Wraz z ludźmi znikały uprawy, szarzały pola, rozsypywały się domostwa. Niepodlewana i nienawadniana ziemia marniała niby zwierzę zdychające z głodu i pragnienia. Żyzna gleba jałowiała, na polach pojawiły się brudne plamy piasku nawiewanego z pustyni.

Powszechną dewastację upraw potwierdzali warzywnicy, ogrodnicy oraz właściciele malutkich grządek przytulonych do drogi, płotu lub budynku. Wszyscy wysyłali rozpaczliwe wezwania do władz o pomoc. Kraj zmieniał się w pustynię zdobną – jak to okrutnie określił malarz Adany – kikutami drzew i krzewów, których nie miał kto pielęgnować i podlewać. Ogrody popadały w zaniedbanie. W zielonym ogrodzie botanicznym wyspy Kindera bujne drzewa umierały nie z braku wody, ale gleby zadeptanej przez ludzi szukających cienia.

Stacje i kanały telewizyjne pokazywały wyłącznie skutki Apokalipsy. Dzienniki stały się kroniką nieszczęść i wypadków. Gubernator wymienił dyrektora telewizji publicznej uznając, że nadmierne eksponowanie ludzkich nieszczęść zwiększa tyko ilość samobójstw. Wprowadzono nowy serial telewizyjny mający natchnąć nadzieją skołatane serca ludzi, sceny okazały się jednak zbyt bolesne. Życie filmowych bohaterów toczyło się na pograniczu rzeczywistości i fikcji. Ludzie biegali po ulicach i szukali się nawzajem, w nocy – z powodu awarii zasilania elektrycznego – poruszali się po omacku, trawieni bólem wymierania własnego gatunku. Zmieniły się tematy rozmów, dominowało w nich przerażenie, wyrażające się niekiedy groteskowymi komentarzami.

– Nikogo nie widziałem wychodzącego z budynku, kiedy dzisiaj rano wyjeżdżałem z garażu.

– Ja już od kilku dni nie słyszę sąsiadów zza ściany. Chyba uciekli, umarli lub przestali korzystać z toalety. On bardzo głośno sikał, to było straszne, teraz nic nie słychać. Wolałabym, aby było tak jak dawniej.

2Shares

Nowy właściciel, nowa telewizja, nowy teatr czyli sześć w jednym.

Teatr Kabuki, Odori Keiyo Edo e no sakae, autor Toyokuni Utagawa III
Mamy nową telewizję. Nie jest to produkt importowany z Chin, lecz lokalny, bardzo udany, niezwykle oryginalny. Widzowie mają gwarancję, że jest niezależny od wad i błędów w instrukcjach, i nie będzie się psuł. W razie czego wymieni się jeden czy drugi komponent i znowu będzie działać.

Gwarantem niezawodności i jakości nowej telewizji jest znana firma, zajmująca się dotychczas wynalazkami i reklamą. Wynalazła kiedyś zagubionego krewnego, zdaje się wujka, sierotę, o którym nikt wcześniej nie słyszał. Służył w tej samej formacji wojskowej, co dobry wojak Szwejk, ukrywający się tam razem z Jarosławem Haszkiem. Wujek okazał się prawdziwy i obrósł w legendę. Wynalazcę nie wiadomo dlaczego wyrzucono z wytwórni wynalazków i reklamy, gdzie pracował, potem znowu przyjęto. Okazał się przejściowym synem marnotrawnym.

W teatrze telewizyjnym wszystko się zmieniło na lepsze, zwłaszcza pejzarze. Pejzaż pisze się teraz przez „rz”, bo zmieniły się zasady ortografii. Nowa telewizja wystawia nową sztukę, a właściwie serial, pod tytułem „Groteska nieprzewidywalna”.

Akcja serialu dzieje się w Hollywood, gdzie sny stają się marzeniami, a marzenia rzeczywistością. Być może jest to jednak Bollywood, w Indiach, gdzie produkuje się najwięcej filmów na świecie. Trudno to wszystko rozeznać i zapamiętać. W Bollywood żyje pół miliarda ogłupiałych widzów i kilku bogatych producentów i reżyserów, organizujących społeczeństwu upragnione przez nich igrzyska, a sobie przyjęcia i fajerwerki.

To, co w telewizji było już wcześniej pomieszane, pomieszało się jeszcze bardziej, ale na lepsze, z korzyścią dla widza. Sam sypiam teraz doskonale, choć chodzę po nocach, pocę się intensywnie i niepokoję, czy ktoś kiedyś wynajdzie syrop na szalejącą, niebezpieczną epidemię grypy. Śnią mi się tłumy widzów, których nie ma, na ulicach, które są. Tytuł serialu jest znany, podobnie jak początek. Nieznany jest tylko środek i koniec. Jeśli w ogóle jest zakończenie.

W nowym kalejdoskopie teatralnym życie układa się coraz wyraźniej, dla poważnej części widzów życzliwie i rozwojowo, choć ich widownia trochę kurczy. Jak zapewnia reżyser o nieposkromionej wyobraźni, który jest także producentem, układ szkiełek w kalejdoskopie daje się przesypywać w dowolnym kierunku.

– W ten sposób mogę tworzyć nowe kompozycje i konfiguracje, zimowe, letnie, zabawne, smutne, prawdziwe i oryginalnie zakłamane. Celowo to wszystko przemieszałem, literaturę z teatrem, reportaż z fikcją. – Wyjaśnia z dumą. Nie wszyscy go rozumieją.

Są nowe postacie. Teatr znał je od dawna, ja nie. Może to niezbyt dokładnie powiedziane, że nowe, bo starzejące się. Pierwsza to Król Ubu, postać historyczna, zdecydowana; po scenie chodzi wolno i statecznie. Brzuch mu rośnie, ponieważ ciężko pracuje i ma mało czasu na sport. Nie wiadomo, czy celowo nie wyreżyserował tego wyglądu, aby wzbudzić szacunek.

Spektakl jest pełen cudów. Kobiety grają w nim mężczyzn, a mężczyźni kobiety. Zupełnie jak w japońskim teatrze kabuki, gdzie aktorzy noszą maski.

Spektakl jest frajdą dla widzów, o których słyszałem, że są jedynymi naturalnymi odmieńcami w Europie, choć nie wszyscy z nich o tym wiedzą. A może wiedzą, ale udają, bo to taki jest trend nowoczesnego teatru.

To wszystko śniło mi się oczywiście. Sam nie wymyśliłbym tego.

2Shares