Luźne dodatki do wczorajszego wpisu o Psychiatryku

Mam wyrzuty sumienia. Chyba zbyt ostro opisałem wczoraj sytuację w Psychiatryku. Nie znowu jakieś tam duby smalone, szaleństwa panny Ewy czy szaleństwa Almayera, abym mnie miało rzucać po łóżku, ale też i nie najłagodniejsze, skoro coś mnie zbudziło przed szóstą rano i zaciągnęło na fotel przed komputerem.

– Pisz! – usłyszałem nad głową.

– Co mam pisać? – zawołałem skonfundowany.

– To, że w Jutrzence zanotowano liczne przypadki ubóstwa i deformacji duchowej, brak zainteresowania sprawami publicznymi, niezdrowe przekonania, że jest dzisiaj mleko w sprzedaży 3,25 procent tłuszczu od krowy czarnej, brązowej i chudej łaciatej, to jutro też będzie.

– O co chodzi? – Wyraziłem ponownie swój niepokój, nie wiedząc nawet wobec kogo, bo oprócz mnie i tajemniczego głosu w pokoju nie było żywej duszy a wokół panowała cisza.

– Rzecz w tym, że w Jutrzence wykryto liczne przypadki ubóstwa duchowego i deformacji zdrowotnych.

Okazało się, że tajemniczy głos wydobywał się z przyciszonego smartfonu.

– Że są ludzie zaburzeni w skali od jednego do dziesięciu, to rzecz zrozumiała, ale ubóstwo duchowe w Psychiatryku, gdzie w grupie wczesnych trzydziestolatków jest ponad trzydzieści procent ludzi z wyższym wykształceniem? Nie mogę w to uwierzyć. – Odpowiedziałem.

– Uwierz! Uwierz! – Przekonywał mnie przyjaciel nie taki znowu anonimowy, skoro zadzwonił do mnie z samego rana.

– Marmur! Przepraszam. Zenon! – Kontynuował w smartfonie głos mocny jak dzwon kaplicy szpitalnej wzywający na pierwszą modlitwę poranną. – Uwierz! Uwierz! – Powtórzył. A najgorsze jest to, że przypisuje się to Ordynatorowi i jego drużynie konduktorskiej, chciałem powiedzieć lekarskiej, która zamiast zajmować się serdecznie diagnozą i leczeniem społeczeństwa, sama wypluwa z chorego gardła zarazki jak niegdyś wieloryb Jonasza.

– O co chodzi, do diabła? Możesz skonkretyzować? – Zapytałem. Mogłem zakląć jeszcze mocniej, bo jest we mnie moc złych treści na to, co sam widzę i słyszę dookoła.

– Chodzi o to, że oni zajmują się bardziej swoimi prywatnymi sprawami a nie sprawami lecznictwa otwartego czy zamkniętego, pal to diabli, budową jakichś dwóch wielkich kurników w przyszpitalnym gospodarstwie rolno-hodowlanym i niezrealizowaną zapłatą za papę, deski i inne materiały budowlane, ciepłymi posadkami tam, gdzie uwił sobie gniazdo ten Rudzielec, co to ma przyjechać do nas na białym wielbłądzie, przeciwnik naszego kochanego Ordynatora. – Przyjaciel wywnętrzał się i wywnętrzał, jakby go brzuch bolał. 

Skonfundował mnie całkowicie, po której jest stronie. Okazuje się, że Psychiatryk podzielił się wewnętrznie, pacjenci mają rozbieżne poglądy na tę samą sprawę, widzą podwójnie, i czują, że coś śmierdzi a zarazem pachnie. Ostatecznie nie powinno mnie to dziwić, bo wszędzie tam, gdzie dla celów eksperymentalnych ryje się w ziemi okopy, są dwie strony z łopatami i kilofami, w razie czego użytecznymi także w walce wręcz.

Pogubiłem się, o co dokładnie chodzi.

– Nie martw się. Zadzwonię do ciebie później, mam jeszcze tyle rewelacji, że życia ci nie starczy, aby o wszystkim napisać. Na przykład o dzikim człowieku, co to ma szpulę z kolorowymi taśmami z wizerunkami kierownictwa z Psychiatryka, a przecież RODO wyraźnie zakazuje publikowania danych osobowych bez zgody zainteresowanych. Ten facet biega teraz z rozedrganymi ustami po okolicy i krzyczy, że on też chce uzyskać bon na szybkie bezpłatne leczenie, bo czas go pili, a najbliższe terminy są już zajęte.

Doszedłem do wniosku, że w pierwszej kolejności będę kontynuować wątek o pierwotnej przyjaźni Ordynatora i Rudego, która zupełnie niepotrzebnie uległa deformacji na miarę skandalu z poważnym ładunkiem abstrakcji.

Michael Tequila – książki https://tinyurl.com/y895884p

0Shares

Ordynator Mirakles przemawia do pacjentów szpitala. Opowiadanie abstrakcyjne.

W przypadku Ordynatora Miraklesa kształt głowy określał świadomość, nie byt, jak to błędnie twierdził Max Weber, którego lubił cytować Karol Marks, autor niezwykłych pomysłów i eksperymentów społecznych.

Ten wspaniały brodacz, specjalista od fajerwerków o kształcie bolesnych ludzkich zmarszczek, przy których pacjenci Psychiatryka Jutrzenka bawili się w chłonne mózgi pożerające własne myśli albo w psy gryzące dla żartu własny ogon. Rozfiglowanie mieszkańców wymagało niekiedy rodzicielskiej  interwencji Ordynatora.

– Jestem dla was jak ojciec i nie mogę, doprawdy, nie mogę, traktować was jak rebeliantów zakłócających pracę tego wspaniałego szpitala, naszego wspólnego dobra.

Po wygłoszeniu takiego lub podobnego wstępu, Ordynator prosił wszystkich, aby mu się nie sprzeciwiali. Swoje umiłowanie ładu i porządku przedstawiał cierpliwie i łagodnie. Sam się potem dziwił, jak bardzo jego słowa zapadały w ludzkie serca.

– W Psychiatryku Jutrzenka to ja jestem ordynatorem, wy jesteście tylko pacjentami w potrzebie, dlatego tylko ja decyduję, co było, jest i będzie, zupełnie jak Bóg na Niebie, który jest zbyt daleko, abym Wam tłumaczył, co o tym wszystkim myśli.

Pacjenci, poruszeni jego niezwykłymi słowami, śpiewali z nim nabożne pieśni, wznosili entuzjastyczne okrzyki, wspominali bohaterską przeszłość, aby nie przykrył jej czarny kir zapomnienia. 

Osoby niechętne jego słowom, czego nie rozumiał, a tym bardziej nie akceptował, określał w sposób zrozumiały nawet dla dziesięciolatka, używając języka medycyny. Przypominał sobie różne interesujące choroby, epidemie i boleści, i tak ich nazywał. A to gorączką nocną, zarazą, cholerą, a to szkorbutem, a nawet nagłą wścieklizną, choć ta dawno już zeszła ze świata wyniszczona starczym zanikiem jadu.

Ponieważ niektórzy mieszkańcy Psychiatryka Jutrzenka niepotrzebnie przedłużali spotkania, zadając mu pytania, wypowiadając się niepotrzebnie lub bez zaproszenia, Ordynator uchwalił nowy regulamin szpitalny. Przewidywał on, że w Psychiatryku nikt nie może przemawiać dłużej niż minutę bez jego, znaczy się Ordynatora, pozwolenia. Kto przekraczał limit, był usuwany z sali, gdzie odbywała się narada lub odprawa. Zastępca Ordynatora nazywał to ratującą życie operacją na żywym organizmie. Trafność przesłania Ordynatora podziwiali również jego najbliżsi współpracownicy, Administrator oraz Plenipotent.

0Shares

Dzień przebudzenia. Pierwsze wiadomości. Opowiadanie abstrakcyjne.

Obudziłem się z długiego męczącego snu, czując, że całe ciało mam obolałe. Ściągnąłem w dół żaluzje w oknie i gapiłem się chwilę w przestrzeń krecimi oczami, nawykłymi do ciemności. Na dworze było Alexej von Jawlensky: Heilandsgesicht, Jung Frau.

słonecznie. Jasność wlała się do pokoju potężnym strumieniem, wypełniając go do najmniejszej szczelinki, milcząco, jakby przybyła z cmentarza. Była to jednak jakaś inne milczenie, odmienne, niemożliwe do określenia.

Od razu zrozumiałem, że świat zmienił się nie do poznania. W ciągu godziny zdałem sobie mniej więcej sprawę, jak daleko zaszły zmiany. Oczywiście nie nastąpiły one w nocy, ale rozwijały się od dłuższego czasu, niektóre nawet latami, powoli systematycznie i tak usypiająco, że je normalnie ignorowano. Postępowali tak szczególnie ludzie na piedestałach, zwani ważniakami. Było ich niemało, każdy kraj miał swojego ważniaka, czasami nawet kilku. Wszyscy charakteryzowali się odmiennym kształtem głowy, były one kwadratowe, prostokątne, czasem panoramiczne, zależnie od dostępnej technologii.

Z myślenia wybił mnie dzwonek telefonu. Dzwonił przyjaciel.

– Marmur – zwrócił się do mnie. – Od razu wiedziałem, że chce mi powiedzieć coś przykrego. Przerwałem mu. To było w dobrym tonie. Wszyscy to robili. 

– Daj spokój. Przestań żartować. To, że mam mocne poglądy, nie znaczy, że możesz mnie tak nazywać. Mam na imię Zenon. Zapamiętaj to sobie. – Odpowiedziałem, nie bez niechęci, na jaką zasługuje każdy przejaw głupoty lub bezmyślności. 

– Nie unoś się, bo wzlecisz w powietrze jak balon. – Odpowiedział. – Chcę ci tylko powiedzieć, co zmieniło się w kraju i na świecie. Przeczytałem właśnie najnowsze serwisy. Rzeczywistość opisałbym w następujący sposób, oczywiście w uproszczeniu:

Nastał czas Abstrakcji. Każdy mieszkaniec globu stał się czymś nieokreślonym, sam najczęściej o tym nie wiedząc. Bezpowrotnie minął okres wielkich odkryć geograficznych. Co innego jest teraz ważne. Społeczeństwa i społeczności, bardziej to drugie niż to pierwsze, odkrywają teraz samych siebie, przestają idealizować hałas i postęp, i zaczynają cenić ciszę i spokój, a nawet zastój, wielbić rośliny i naturalność kota i wielbłąda, pustyni i lodowca.

Podjąłem obserwację rzeczywistości. Zacząłem prowadzić notatki, zamierzałem nawet wszczepić sobie chip pamięci do mózgu. Wszystko zmieniało się tak szybko, że przestałem myśleć i mówić w czasie teraźniejszym, bo zanim nastał, stawał się już czasem przeszłym.

Do głowy przychodziły mi odkrycia. Najczęściej pojedynczo, czasami falami, jedna za drugą. Żyłem w czasie Drugiej Deformacji. Sam tak nazwałem ten okres w historii mego życia. Deformacja wydała mi się wielka, bo mnie ogarnęła swoimi mackami. Stopniowo, niezauważalnie lecz coraz mocniej przypierała mnie do ściany.

Myślenie znowu przerwał mi telefon. Był to przyjaciel, ten sam, co zawsze. Tacy są najlepsi.

– To ja, twój sobowtór, zwany także cieniem.

– Przestań się wygłupiać. – Odpowiedziałem. Mów, co ci leży na wątrobie i nie zakłócaj mi błogosławionego spokoju.

Opowiedział mi historię niejakiego Miraklesa, ordynatora jakiegoś szpitala, gdzie czynił cuda. Szpital podobno jest utajniony, mało kto o nim słyszał. Ja w każdym razie nie. Była w tym jakaś tajemnica, ale nie potrafiłem jej wytropić. Ordynator był oczywiście ważniakiem, pielęgnowanym przez kręgi władzy. Miał kwadratową głowę o zmiennej pojemności. Co do tego nie było wątpliwości. Kilkakrotnie ją mierzono, za każdym razem była większa. Zastanawiano się dlaczego. Nie wszyscy oczywiście to robili. Różnie uzasadniali, dlaczego nie myślą o Ordynatorze i jego nietypowej głowie, pełnej energii i elektryzujących pomysłów, które wykorzystuje dla celów leczniczych.

– A co mi do tego? Czy ja wiem, czy warto o tym myśleć? Niech sobie ma nawet głowę wielką jak dynia, czymś przecież człowiek musi się wyróżniać. – Cytuję pewnego wyrobnika, aktywnego na portalach internetowych, piszącego graffiti także na murach więziennych.

– Nazywają go Ordynatorem, ale jego prawdziwe nazwisko to Mirakles. Jego pracownicy wprost go uwielbiają, tylko o nim mówią. Pacjenci dla nich nie istnieją. Ordynator to, ordynator tamto. Zawsze umie wynaleźć jakiś sposób kojący nie jeden ból, ale wszystkie bóle, choroby i niedostatki. Leczy tak dobrze, że personel szpitala i część pacjentów, wynieśli go na piedestał. Najpierw na pierwsze piętro, potem drugie. W końcu trzecie. Wyżej nie mogli, bo był już dach. Stoi tam teraz w formie złotego popiersia i patrzy na świat szmaragdowymi oczami. Podobno najbardziej świecą w czarną noc, kiedy wokół rozlegają się trzaski piorunów a powietrze naładowane jest elektrycznością.

Ordynatora pokazano wieczorem w telewizji. Był niezbyt urodziwy, ale niezwykły. Przemówił. Bardzo oszczędnie. Nie wszystko zrozumiałem. Używał określeń w rodzaju: całą naprzód, do dzieła, czołem bracia Rzymianie. Mówił o ruszeniu bryły świata. Wydało mi się to niemożliwe, ale nic nie powiedziałem. Na jego ustach co raz wykwitały, obok uśmiechu szerokiego i praktycznego jak warzęcha, zdobne słowa wytrychy słodkie jak kwiat gruszy w ogrodzie rodziny miłującej prawdę. To było najpiękniejsze. Mówił o swoim dorobku, szpitalu i przeszłości. Nie wybiegał do przodu. To mi zaimponowało bo i ja lubię ściągać cugle wyobraźni, sprowadzając je do parteru, najwyżej pierwszego piętra. W domu, gdzie mieszkam, parter jest na wysokości ziemi, gdzie indziej podobno niekoniecznie.

Jak się potem okazało, słowa Ordynatora były prorocze, a jego zwolennicy, personel i pacjenci szpitala, gdzie wszyscy noszą szyte na miarę białe uniformy z kolorowymi lampasami, uznali je za święte relikwie i wieszali każdej nocy nad swoimi łóżkami, aby przysłaniać ciemne strony życia.

Przyjaciel powiedział mi, że niektórzy pacjenci nawet sznurowali sobie usta z szacunku dla Ordynatora, ale nie uwierzyłem w to. Teraz koncentruję się tylko na jednym; wciąż przypominam sobie, że czasy się zmieniły, warto jest żyć, aby zobaczyć co dalej. 

C.d.n.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 220: Przebudzenie gubernatora z letargu

Rozdział IV: Epilog.

Po czternastu miesiącach i dziesięciu dniach gubernator Barras Blawatsky obudził się z letargicznej śpiączki.

Ozdrowienie gubernatora media skomentowały jako autentyczne zmartwychwstanie, licząc na to, że wiara w cuda przywróci mu wiarygodność utraconą wskutek niefortunnej choroby. Wielu obywateli kojarzyło ją z zaburzeniami umysłowymi i dziedziczną degeneracją.

Przebudzenie nastąpiło około godziny dziewiątej rano. Słońce stało już wysoko nad lasem otaczającym klinikę rządową. Przez otwarte okno gubernator usłyszał głosy dzieci i matek z wózkami zebranych na festynie inaugurującym nowy, wielki plac zabaw. Chwilę później usłyszał jęki ciężarnych kobiet dochodzące z klinik położniczych, a nawet, jak mu się wydawało, skrzypienie sprężyn w łóżkach towarzyszące duchowemu i cielesnemu zespalaniu organizmów. Wspomagały je okrzyki Och! Ach! Umieram z rozkoszy! Jeszcze raz, jeszcze raz! Wypnij się mocniej! i podobne wezwania towarzyszące aktom prokreacji.

Zdezorientowany różnorodnością głosów gubernator wsłuchał się uważniej. Po chwili doszło do niego coś, co zagłuszyło poprzednie doznania: gwar radości niezliczonej armii maluchów, osesków i niemowląt, przeplatany skrzypieniem wózków dziecięcych, brzękiem butelek z ciepłym mlekiem, dźwiękami grzechotek i zabawek, okrzykami radości, muzyką płynącą z miniaturowych radyjek. Wszystko to mieszało się z dziwnymi głosami, których nie był w stanie rozpoznać. Niezwykły rozgwar wstrząsnął nim i ostatecznie go otrzeźwił. Gubernator poczuł głód i poprosił o solidny posiłek.

Tego dnia tylko jadł, rozmawiał z personelem kliniki i wypoczywał. Następnego dnia z samego rana popędził do łazienki i po upływie pół godziny był już na nogach wykąpany, ogolony i odświeżony. Natychmiast skontaktował się z wicegubernatorem i otrzymał pierwsze wyjaśnienia na swoje pytania. Kilka godzin później spotkał się z Czarną Eminencją i kiedy ten powtórzył mu to samo, słowo w słowo, gubernator nie mógł wyjść z szoku.

Wszystko okazało się kłamstwem! Cała rzeczywistość, którą znał i w którą wierzył.

W ciągu kilku minut uświadomił sobie, co się stało: nastąpiła prawdziwa eksplozja demograficzna! Nie zaskoczył go fakt, że rodziło się coraz więcej dzieci, ale źródła i przyczyny tej eksplozji. Nie były to skutki działań rządu ani kościoła. Zainicjowany przez niego wspólnie z Czarną Eminencją program rozwoju prokreacji okazał się czystą fikcją i w dodatku całkowitą plajtą. Nic w nim nie zadziałało. Nadziewane gotówką karty bankowe okazały się nieskuteczne podobnie jak inne środki zachęty. Gubernatorowi trudno było w to uwierzyć. Korzyści płynące z posiadania bankowej karty debetowej były tak wielkie, że można było tylko oczekiwać, że po przezwyciężeniu strachu, który na początku ma zawsze wielkie oczy, Nomadyjczycy będą z nich nieprzerwanie korzystać. Gubernator spodziewał się nawet, że pewnego dnia ludzie zaczną szturmować urzędy zaopatrzenia prokreacyjnego i prosić o karty lub pisać podania, aby dostarczono je pocztą.

*****

Nową rzeczywistość potwierdziły kolejne odkrycia. Niespodziewanym objawieniem dla gubernatora było to, że kobiety rodziły dzieci, ponieważ im za to płacono. To była ich jedyna motywacja. Stały się diabolicznie chciwe i zdemoralizowane mimo ostrzeżeń Kościoła, coraz poważniejszych, że tak nie można, że Bóg ukarze je za niegodziwe postępowanie. Śmiały się z tych napomnień coraz bardziej szyderczo, bo nikt nie doświadczał żadnej kary, ani boskiej, ani ludzkiej. Otrzymując solidne zasiłki finansowe, nie musiały pracować. Niektóre matki niepracujące stać było na więcej niż kobiety pracujące. Małżeństwa stały się wygodne, nikt nie chciał mieć potomstwa i wychowywać je na własny koszt. Rząd stał się obiektem szantażu.

– No money, no children – mówiły petentki, a wtórowali im mężowie i partnerzy, popisując się znajomością języków obcych zdobytą za nieswoje pieniądze.

Rosnące wypłaty zasiłków na dzieci groziły ruiną budżetu państwa. Rząd ciął wszystkie inne wydatki na potęgę, do gołej skóry, aby nie dopuścić do bankructwa, nieprzerwanie aktualizując prognozy wpływów i wydatków. Przypominało to prewencyjny pożar lasu dla uratowania domu i zabudowań gospodarczych przed nieszczęściem.

*****

Fakty te długi czas ukrywane były przed społeczeństwem. Ujawnił je wysoki pracownik urzędu statystycznego. Rozwścieczony zwolnieniem z pracy ogłosił publicznie, że urząd regularnie fałszuje dane budżetowe. Trzymana w ukryciu bomba pomocy prokreacyjnej wybuchła, ujawniając skomplikowany system zapomóg, dodatków, nagród, dyplomów, medali i innych wyróżnień dla rodzin wielodzietnych oraz dla aktywistów ruchu prokreacyjnego. Nikt niczego nie robił bez zapłaty.

Wszystko zmieniło się, kiedy obywatele uświadomili sobie, że sprawa prokreacji jest prosta jak drut, że jest to zwykły układ popytu i podaży, w którym dziecko jest towarem, państwo reprezentuje popyt, a oni podaż. Nie wszyscy zrozumieli to od razu, a nawet jak zrozumieli, to wahali się, czy ich myślenie jest poprawne logicznie i zasadne moralnie. Proces edukacji nie stał jednak w miejscu. Obywatele lepiej wykształceni, absolwenci a nawet uczniowie szkół, którzy łyknęli choćby drobinę ekonomii, edukowali przyjaciół i znajomych, co znaczy rynek, popyt, podaż i cena. Byli też tacy, co nie chcieli za żadne skarby przyswoić sobie nowego sposobu myślenia. Ted, przyjaciel Sefardiego, nazywał ich odpornymi na wiedzę. Ci, którzy korzystali w pełni z dobrodziejstw popytu państwa na dzieci, nie krępowali się nazywać ich otwarcie głąbami.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 87: Pacjent ze szpitala Grandioso

W szpitalu Grandioso panował osobliwy zwyczaj. W bezpośrednich kontaktach między sobą młodzi lekarze i personel pomocniczy pracujący na zmianie dziennej używali kodu językowego. Duża sala operacyjna była dla nich salą operową, mniejsza – operetką, ciężką operację określali mianem rzeźni, lżejszą – krajania. Słowne szaleństwo miało realne podstawy: jeden z lekarzy miał ojca prowadzącego ubojnię, w której mu pomagał, zanim zdecydował się ratować życie raczej niż je odbierać, drugi lekarz był miłośnikiem muzyki i literatury. Swoje zainteresowania przenieśli do języka szpitalnego, zarażając nim pozostały personel.

Nie podobało się to starszej kadrze lekarskiej i dyrekcji. Było to o tyle zrozumiałe, że kodowany język doprowadził kiedyś do nieporozumień i poważnej skargi na szpital ze strony wpływowego pacjenta. Lekarze wyszli z sytuacji obronną ręką. Zadecydowała o tym niepisana zasada stawiania solidarności lekarskiej ponad odpowiedzialność wobec ludzi i Boga. W obronie swoich interesów ustalili, że gdyby ktoś z personelu chlapnął kiedykolwiek coś nieodpowiedzialnego, to wszyscy pozostali zgodnie oświadczą, że tego dnia był pijany i nie można mu ufać.

*****

Tuż przed południem karetka pogotowia przywiozła do Grandioso nieznanego mężczyznę. Wewnątrz pojazdu znajdowała się także kobieta. Zanim zemdlała na wiadomość, że pacjent traci przytomność i wymaga natychmiastowej reanimacji, zdążyła wyjaśnić lekarzowi dyżurnemu, że jest to jej mąż.

– Co mu się stało? – Zapytał. – To bardzo ważne. Musimy to wiedzieć. To może nawet uratować mu życie.

– Nie mam pojęcia. Wczoraj był zdrowy, dziś rano poczuł się źle. W trakcie jedzenia śniadania zbladł i zaczął intensywnie się pocić. Podejrzewam, że się zatruł. Strasznie lubi pierożki z grzybami. Chyba zjadł je w nocy. Odgrzał i zjadł. To taki nocny marek. Rano widziałam pusty talerz. Tłumaczyłam mu, żeby ich nie jadł, bo za długo stały w lodówce i mogą być niedobre – wyjawiła zrezygnowana kobieta, dodając niechętnie: – Zawsze był uparty jak muł. Coś okropnego!

Chwilę później z dyżurki wyszedł, niechętnie porzucając oglądanie ulubionego programu sportowego, młody lekarz wezwany do pacjenta.

– Dokąd go bierzemy? Do sali operowej czy operetkowej? – Pielęgniarz, który zwrócił się do niego, też wydawał się być w nienajlepszym humorze.

– Co się pytasz? Na operetkę oczywiście. Z tego, co wyjaśniła jego żona wnoszę, że opera go nie interesuje.

– Czyli operetka ostatecznie?

– Oczywiście.

W dalszej rozmowie mężczyźni wyjaśnili sobie, że nie będzie to krajanie ani rzeźnia, tylko zwykłe płukanie żołądka. Pacjenta przewieziono do sali reanimacyjnej. Przebranie go, ułożenie na stole operacyjnym i podłączenie urządzeń nie zajęło wiele czasu. Pacjent majaczył, miał halucynacje.

– Albo on jest niedorozwinięty, albo za często ogląda telewizję. – Skomentowała pielęgniarka po kilku minutach. – Wiele osób już tutaj bredziło, ale ten przerósł wszystkich. Nigdy czegoś takiego nie słyszałam. To, co mówi, to groch z kapustą, jakieś zoo, cyrk, kronika wypadków i bajka dla dzieci wymieszane razem jak odpadki w śmieciarce.

– Nie przysłuchiwałem się. Może słyszałem jeden wyraz lub dwa. Mówi bardzo niewyraźnie jak przez sen. – Odpowiedział dyżurny lekarz zastanawiając się, czy jego ulubiony zespół piłkarski ma szanse awansu do ekstra ligi.

– Mówi całkiem wyraźnie. – Oponowała pielęgniarka. – Mogę powtórzyć ci słowa: ptak, który rusza oczami, terrorysta, pistolet maszynowy, transparent, konie, kobieta z dużymi piersiami, prelekcja, siodło i chyba nawet proletariat. – Coś z tego rozumiesz?

– Czy to ma jakieś znaczenie? – Odpowiedział zapytany, nie licząc na wyjaśnienia. Popatrzył na bladą, spoconą twarz pacjenta na stole zabiegowym. Coś go w niej zastanowiło. Przyglądał się dłuższą chwilę, po czym machnął ręką zrezygnowany.

– Jak skończymy, proszę odwieźć go na salę ogólną i monitorować jego stan. Musi się obudzić.

Kiedy wywożono pacjenta z sali reanimacyjnej, zjawiła się rejestratorka.

– Muszę zanotować dane do założenia karty informacyjnej. Pielęgniarz przeszukał ubranie mężczyzny, znalazł portfel, a w nim dowód osobisty i podał go kobiecie.

– Pożyczę na chwilę, aby zapisać datę urodzenia, serię i numer dowodu oraz adres zamieszkania. Po wyjściu z sali z ciekawości przybliżyła kartę do twarzy i głośno odczytała nazwisko Sefardi Baroka. Nic to jej nie mówiło. Dla niej był to tylko jeszcze jeden numer statystyczny.

 

2Shares