Dzieci-rodzice-dziadkowie. Komunikacja i moralność.

Dobra dyskusja o komunikacji i moralności nie wymaga niczego więcej niż stół, temat, dyskutanci oraz duża odległość od rodziny. Dobrze, jeśli na stole znajdują się jeszcze cztery kieliszki, których zawartością można schłodzić gardło rozpalone dyskusją oraz orzeszki, których żucie zastępuje gryzienie paznokci w momencie gniewu, w jaki nas wpędzają inni dyskutanci.

Przypadek, który opisuję, obejmuje rodziców, których syn mieszka za oceanem oraz dwoje dziadków, których wnuczki też mieszkają za oceanem (ale innym).

Tematem dyskusji było: Jak kontaktować się z dziećmi i wnukami, które są na tyle niezrozumiałe lub buntownicze, że piszą i pokazują siebie i swoje rodziny na Facebooku, a nie mają czasu, aby przekazać garść informacji i kilka zdjęć emailem lub wykręcić numer telefonu i pogadać z australijską rodziną. Dwie panie uczestniczące w dyskusji reprezentowały pogląd, że dzieci i wnuki mają (święty?) obowiązek podtrzymywać kontakt emailowy lub telefoniczny z rodzicami i dziadkami. Jest to bardziej osobiste, przyjemne i zaangażowane niż komunikacja przez Facebook, który źle się kojarzy osobom dojrzałym bądź konserwatywnym. Wynika to również z obowiązku dziecka (nawet jeśli ma ono 40 lat) wobec rodziców i rodzica rodzica czyli dziadka lub babci.

Mój punkt widzenia był inny. Skoro Facebook jest uniwersalnym narzędziem komunikacji społecznej, to treść i zdjęcia tam zamieszczone mogą być czytane także przez rodziców i dziadków. Warunkiem jest akceptacja takiego poglądu i nauczenie się korzystania z Facebooka. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, aby (niezależnie od Facebooka) dzieci i wnuki traktowały najbliższą rodzinę za oceanem lepiej niż przyjaciół i znajomych (w tym samym wieku) i podsyłały im emaile ze zdjęciami lub łączyły się telefonicznie. Niekoniecznie tak często. Powiedzmy raz na dwa tygodnie.

Argumentu „Facebook czy prywatna korespondencja z rodzicami i dziadkami” nie rozstrzygnęliśmy. Może będę zbyt obcesowy, ale nie liczyłbym w tym zwariowanym świecie na tak wielką miłość dzieci i wnucząt, aby rezygnowały z części czasu poświęconego facebookowaniu na rzecz pisania emaila lub telefonowania do rodziny. Trzeba wykazać własną inicjatywę. Uważam, że „noblesse oblige” (szlachectwo zobowiązuje) jest zasadą ważną i stosowalną. To znaczy, jeśli Bóg dał ci rozum i wykształcenie, to zobowiązuje cię to moralnie do nauczenia się podstaw korzystania z nowoczesnego narzędzia komunikacji jakim jest Facebook (aby m. in. móc łatwo komunikować się z najukochańszą rodziną).

Przyznam, że w tym momencie rezygnuję z argumentu moralnego (dziecko ma obowiązek aktywnie kontaktować się z rodzicami/dziadkami) na rzecz argumentu zdroworozsądkowego i praktycznego, który brzmi: w dobie, kiedy młoda generacja powszechnie używa Facebooka, dziadkowie i rodzice mogliby nauczyć się Facebooka.

Jest to obowiązek człowieka cywilizowanego, niezależny od wieku. Wiek to zresztą niepoważny argument. Jeśli 5-latek potrafi nauczyć się korzystać z komputera, to dlaczego nie miałby umieć to zrobić 50, 60, 70 czy 80-cio latek. Wiek późniejszy niż 80 lat to dla mnie sprawa trudna do rozstrzygnięcia. Jeśli już teraz zdarza mi się nie móc odnaleźć okularów, kluczy czy fragmentu ubrania, to w przyszłości – obawiam się –mogę mieć problemy ze odszukaniem komputera stojącego na biurku.

Z rozważań o komunikacji i moralności wyłączam synowe. Niektóre umieją bardzo dobrze mówić, pisać, czytać i rachować, a nie umieją napisać emaila, choć mają adres emailowy. Ten stan umiejętności przerasta moje wyobrażenie ładu i porządku we wszechświecie.

W podsumowaniu dodam, że najwięcej światła w dyskusji rzucił czwarty dyskutant, bardzo sensowny i wyważony człowiek, przedstawiciel branży inżynierii elektrycznej. Był najbardziej opanowany i rzeczowy w dyskusji, rozważał też uczciwie wszystkie za i przeciw danej sytuacji. Mówiąc żartobliwie, może to nie powinno dziwić, że reprezentantowi tej branży łatwiej jest widzieć jaśniej i oświetlać innych. Choć może to nie mieć znaczenia. Jak mawia pewien mój przyjaciel: Możesz mieć trzy dyplomy inżyniera, dwa doktoraty a i tak liczy się najbardziej doświadczenie (zawodowe). Czasem, jeśli jest w dobrym humorze, dodaje: Wszystko inne to g….o. Mam nadzieję, że dobrze wyraziłem jego rewolucyjny stosunek do rzeczy żywych i martwych. Chyba wszystkim nam po trosze potrzeba rewolucji. Przynajmniej w sposobie, w jaki komunikujemy się między sobą.

 

Za i przeciw umowie ACTA

Najpierw cytat z Wikipedii: „Porozumienie ACTA jest wymierzone przeciwko wszystkim przejawom naruszania cudzej własności intelektualnej. Największe kontrowersje wzbudzają jednak przepisy dotyczące wykroczeń w środowisku cyfrowym, głównie z wykorzystaniem sieci komputerowych”.

W istocie „Porozumienie ACTA” jest nieporównywalnie obszerniejsze. Dotyczy także sprzedaży leków (i to nie tylko przez Internet), towarów fałszowanych (podróbek), naruszania praw autorskich, kontroli granicznych i kilku innych spraw.

Niektóre zastrzeżenia i protesty wobec ACTA rozumiem i popieram. Niektórych nie rozumiem i założyłbym się, że wiele osób protestujących „hurtowo” wobec ACTA też ich nie rozumie. Popieram sprzeciw wobec niejawnej formy negocjacji w sprawie porozumienia ACTA. Nie wiem jednak, w jaki sposób ACTA narusza konstytucyjną wolność słowa. Musiałbym wgryźć się w ten temat, gdyż jak dotychczas sam nie odczułem naruszania mojej wolności słowa w Internecie, choć jestem pisarzem, publikuję książki w formie cyfrowej w Internecie, prowadzę własną stronę internetową, mam stronę na Facebooku, prowadzę obszerną korespondencję elektroniczną, korzystam ze Skypa, uczestniczę w dyskusjach na forach elektronicznych itp.

Zdecydowanie popieram ACTA w jednym konkretnym obszarze. Chodzi o autorskie prawa osobiste i autorskie prawa majątkowe (copyright). Jestem za prawnym zakazem swobodnego dysponowania utworami (książkami publikowanymi i sprzedawanymi w Internecie) sięgającego poza granice zwykłych uprawnień nabywcy utworu i ściganiem tych wykroczeń. Moje publikacje są sprzedawane po bardzo umiarkowanej cenie (US$ 1.99 tomik wierszy i US$ 2.99 powieść) i byłbym bardzo niezadowolony, gdyby ktoś kupił lub otrzymał ode mnie bezpłatnie moją książkę w wersji elektronicznej (ebook) a następnie rozprowadzał ją w sposób nieograniczony wśród przyjaciół i znajomych czy wręcz sprzedawał w Internecie lub poza Internetem (po wydrukowaniu). Ceny książek elektronicznych są znacznie niższe niż książek drukowanych i to dodatkowo uzasadnia zakaz naruszania autorskich praw majątkowych.

Za książką (drukowaną bądź elektroniczną) stoją miesiące a nawet lata pracy autora. Autor książki elektronicznej oprócz wielkiego wkładu czasu, pracy, energii ponosi także ryzyka i koszty. Przez kilka lat jego sytuacja może być taka, że ponosząc koszty nie osiąga żadnych lub osiąga bardzo minimalne wpływy. Pisarze i wydawcy książek ostro konkurują ze sobą; sprzedać książkę jest bardzo trudno. Moje koszty jako autora to przykładowo (w kolejności ich powstawania): korekta/edycja tekstu, formatowanie tekstu zgodnie z wymaganiami platformy wydawniczej (około 50 dolarów), opracowanie okładki elektronicznej (100 – 200 zł). Profesjonalna korekta tekstu jest szczególnie kosztowna: korekta jednej (!) standardowej strony (1800 znaków włącznie ze spacjami) może kosztować od 5 do 11 zł). To są koszty bezpośrednie. Oprócz tego są koszty pośrednie.

Przedstawiam powyższe fakty z nadzieją, że mój głos w dyskusji o ACTA zostanie wysłuchany a moje racje zrozumiane. Wypowiadam się w konkretnej sprawie odnoszącej się do Porozumienia ACTA i nie mam w tej materii wątpliwości. Internet stał się polem do nadużyć dla osób, które przyzwyczaiły się do bezpłatnego pobierania, kopiowania, powielania i dystrybucji materiałów, za którymi stoją ich autorzy oczekujący uznania ich praw autorskich. Rozumiem niechęć wobec autorów, którzy żądają za swoje utwory tak wygórowanych cen, że staje się on praktycznie niedostępny dla wielu osób. Część z nich może to uznać za wygodną wymówkę do nielegalnego „przyswojenia sobie” lub „zdobycia” utworu. Myślę, że autorzy ustalający rozsądne ceny mają szczególne prawo oczekiwać uczciwego postępowania z ich książkami oraz ścigania tych osób, którzy nadużywają praw autorskich.