Namiestnik wygłasza przemówienie o zmianach i wyzwaniach społecznych. Powieść psychodeliczna. Odc. 19.

Namiestnik Kukuła wszedł na trybunę, ustabilizował się w pionie, po czym jednym ruchem głowy odrzucił siwiznę do tyłu, aby łatwiej przyjrzeć się zgromadzonym. Na sali obecni byli jego najwierniejsi wyznawcy, na czele z rządem i kierownictwem Partii Powszechnego Dobrobytu.

Obecność Namiestnika nagrodzono oklaskami. Ich serdeczność i obfitość zaskoczyła go. Podziękował, poprosił o spokój, po czym zabrał głos. Miał do wygłoszenia ważne przemówienie.

– Kochani! Musimy stanąć oko w oko z opozycją głoszącą bezwstydnie, że jako naród coraz bardziej tumaniejemy, a nawet kretyniejemy. Wiem, tu nas opozycja nie zaskoczy, że zaczęło się to kilka lat temu, kiedy doszliśmy do władzy. Wyzwanie, przed jakim teraz stoimy, to nauczyć się mierzyć zmiany społeczne zachodzące pod naszymi rządami. Niestety tumanienia nie da się dokładnie zmierzyć, a szkoda, bo wiedzielibyśmy, na czym stoimy. Nie powiem jednak, że jesteśmy bez osiągnięć, ponieważ dorobiliśmy się już testów ciążowych pozwalających nam zrozumieć, jak zmieniają się perspektywy demograficzne kraju po zastosowaniu bodźców prokreacyjnych. Teraz musimy solidniej popracować nad stworzeniem wiarygodnych testów tumanienia. Uważam, że nie jest najgorzej. Pewna życzliwa dla nas osoba powiedziała mi:

– Dzięki obecnym testom przeciążenia umysłowego wiem, że cofnąłem się o trzydzieści procent, ale to za mało, ponieważ chciałbym cofnąć się jeszcze więcej.

Zjawisko cofania się, jeśli się upowszechni, niestety niesie ze sobą poważne zagrożenia, ponieważ w przyszłości możemy mieć za dużo dzieci a za mało emerytów. Musimy zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Wielu z was poświęca się – co należy pochwalić – ratowaniu społeczeństwa przed zgubną przewagą dzieci nad emerytami. Osobiście poznałem kiedyś obywatela o poważnej pozycji społecznej, który woził bezpłatnie samolotem przyjaciół i znajomych, tam i z powrotem, aby tylko odwrócić ich uwagę od seksu. Wspólne latanie sprawiało im dużą przyjemność. Cieszyło ich przebywanie w świetle dostojnika – tak, nie wahajmy się go tak nazwać, bo to człowiek zasługujący na szacunek – tym bardziej, że przy okazji mogli uzyskać jeszcze jego autograf.

Podejmujemy także inne działania mające chronić nasz naród przed nieszczęśliwym upadkiem – że tak powiem – na pysk demograficzny. Przykładowo, pan Plenipotent spotyka się często z ludnością wiejską, aby całować świeże bochny chleba jako formę błogosławieństwa dla plonów. Kiedyś wygłosił płomienne przemówienie w obronie samotnej żarówki. To skutecznie odwróciło uwagę społeczeństwa od szalonej prokreacji. Zbudowało nam też reputację na Zachodzie, szczególnie w Bractwie Kontynentalnym.

Dla poprawy sytuacji społecznej wymieniliśmy też wielu sędziów z nieudolnych na udolnych, kleptomanów kradnących młotki na sędziów uważnych, czytających wytyczne, rozumiejących, gdzie pies leży pogrzebany. Są to ludzie ustabilizowani, nie lubiący jeździć niepotrzebnie w delegacje służbowe z jednego krańca kraju na drugi, ani wydawać kontrowersyjnych wyroków, niezgodnych z naszą oceną, która – jak wiemy – jest jedyna i miarodajna. Wszystko to, o czym mówię, to imprezy mobilizujące wyobraźnię narodu w ramach naszej wspólnej, wielkiej pielgrzymki do Ziemi Obiecanej, którą wam solennie przyrzekłem kilka lat temu.

Po zakończeniu przemówienia Namiestnika zarządzono przerwę, aby mógł on odetchnąć, wydać kilka poleceń i przygotować się do kolejnej debaty na tematy najbardziej znaczące dla społeczeństwa i państwa.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 111: Konferencja w Pałacu Metropolitalnym

A.S. Proszę zwrócić uwagę, że dziś na stronie zamieściłem dwa wpisy, odcinek powieści i opowiadanie. Pozdrawiam, Michael Tequila

Konferencja miała odbyć się wyłącznie za zaproszeniami w nowym Pałacu Metropolitalnym, w Wielkiej Sali Teatralnej specjalnie przygotowanej na tę okazję. Datę i szczegóły wydarzenia zachowano w tajemnicy do ostatniego momentu. Wiadomo było tylko tyle, że będzie to uroczystość, na której podpisana zostanie umowa na pośmiertne wydanie powieści Sefardiego Baroki „Wniebowstąpienie oszusta”. Przed wejściem do budynku czekały dwie karetki pogotowia; wydarzenie zapowiadało się tajemniczo.

Wielka Sala Teatralna miała kształt trapezu. Przy jej krótszym równoległym boku, na scenie, na wyłożonej dywanami podłodze, ustawiono długi stół z mahoniu. Po jego lewej stronie – patrząc od strony widowni – stała mównica, po prawej wysoki orientalny dzban z kwiatami. Całe pomieszczenie, widownię i scenę, oświetlało pięć żyrandoli w kształcie ogromnych kul. Ściany i sufit były w kolorze żywej szarości, nadającej ton całości wnętrza. Oparcia i siedzenia foteli wykonane były w dwóch odcieniach łagodnego granatu i doskonale uzupełniały wystrój wnętrza.

Konferencję organizował Związek Bezimiennych, mało znana fundacja pomocy osobom indywidualnym i rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej. Związek kierował się zasadą całkowitej anonimowości i świadczył pomoc bez oczekiwania na uznanie lub wdzięczność. Organizator konferencji był tak nietypowy, że dziennikarze zadali sobie sporo trudu, aby zebrać o nim jak najwięcej informacji. Okazało się, że fundację założyła grupka milionerów, osób głęboko wierzących i praktykujących, niosących pomoc bliźnim znajdującym się w wyjątkowo ciężkiej sytuacji życiowej. Jeden z dziennikarzy odkrył, że Związek Bezimiennych miał siedzibę ukrytą na farmie rolno-hodowlanej usytuowanej w trudno dostępnej partii gór. Jego pracownicy komunikowali się ze światem telefonicznie, pocztą elektroniczną lub przez gońca; korzystali też ze skrytki znajdującej się w urzędzie pocztowym w pobliskim miasteczku, z której w niezauważalny sposób ktoś regularnie wybierał korespondencję. Podejrzewano, że mógł to być goniec firmowy, listonosz lub pracownik urzędu pocztowego dysponujący uniwersalnym kluczem do skrytek.

Kiedy ciężka kotara rozsunęła się na boki, zgromadzonym na widowni ukazała się scena z długim, pustym stołem prezydialnym. Po chwili oczekiwania w milczącym napięciu, w głębi sceny pojawiła się postać oświetlona błękitnym światłem. W pierwszym momencie nie było wiadomo, czy był to efekt projekcji holograficznej czy też żywa osoba. Nagle zgasły wszystkie światła. Kiedy włączono je ponownie, za stołem stał Sefardi Baroka. Jego ręce spoczywały na krawędzi krzesła. W pierwszym momencie widzowie uznali, że to doskonale ucharakteryzowany aktor lub sobowtór znanego wynalazcy. Po chwili milczenia mężczyzna przemówił, witając zebranych, a następnie wyjaśniając, że swoim wystąpieniem pragnie zakończyć dramatyczne wydarzenia, będące niczym innym jak czystą fikcją.

– Zanim wyjaśnię tajemnicę, wyznam, że głównym powodem mojej obecności tutaj jest podpisanie – w obecności państwa, telewidzów oraz radiosłuchaczy – umowy z renomowanym wydawnictwem Prensa Nacional na publikację miliona egzemplarzy mojej najnowszej powieści „Wniebowstąpienie oszusta”.

Krótkie przemówienie nie pozostawiło wątpliwości; na jasno oświetlonej scenie stał Sefardi Baroka. Na widowni podniósł się szum, padały okrzyki niedowierzania i pytania. Reporterzy i kamerzyści rzucili się do przodu, aby znaleźć się jak najbliżej człowieka, który wywołał tyle zamieszania. Kilka osób upadło na podłogę. Zostałyby one poturbowane przez biegnących za nimi, gdyby nie zdecydowana interwencja rosłych ochroniarzy, którzy zjawili się wybiegając z różnych stron sali. Jeden z nich wzywał telefonicznie karetkę pogotowia, pozostali wprowadzali porządek na sali.

Kiedy zamieszanie ustało, do stojącego za stołem Sefardiego dołączyły dwie osoby. Sefardi przedstawił je. Pierwszy był dyrektorem wydawnictwa Prensa Nacional, drugi agentem literackim. Mistrz podniósł rękę, aby zwrócić na siebie uwagę i uciszyć szum na widowni. Przeprosił zebranych za zamieszanie, jakie wywołał nieoczekiwanym pojawieniem się, po czym przedstawił historię wydarzeń związanych z powieścią. Pisząc ją, wzorował jej bohaterów na osobach, jakie znał osobiście – przyjaciołach, znajomych, członkach rodziny, osobach publicznych, pracownikach sklepów, bibliotek i podobnych miejsc, gdzie bywał.

– Chciałem, aby bohaterowie mojej powieści wyglądali i zachowywali się jak osoby rzeczywiste, były do głębi przekonywujące – takie było jego podsumowanie.

Niektóre osoby z otoczenia Sefardiego zaczęły domyślać się, że mógł on na nich wzorować bohaterów pisanej potajemnie powieści. Wiedzieli, że pisze jakąś nową książkę, ale nie wiedzieli co. Byli zaniepokojeni, że autor przedstawi ich w niej, eksponując zarówno ich zalety jak i wady, czy też kłopotliwe fakty z ich życia. Zażyczyli sobie rozmowy z Sefardim. Nie mógł im tego odmówić. Niezręczną sytuację postanowił obrócić na swoją korzyść. W głowie miał przewrotny plan. Zamiast tłumaczyć się, dlaczego naruszył ich prywatność, zapytał, czy mogliby wyrazić opinię, jak widzą i oceniają swoje literackie odpowiedniki. Reakcje były bardzo różne, niektórzy odrzucili jego prośbę, inni zaakceptowali. Tych ostatnich Sefardi poprosił, aby szczegółowo zapoznali się z dotyczącymi ich fragmentami powieści, a następnie ocenili swoje literackie sobowtóry i zasugerowali zmiany, jeśli uważali to za słuszne.

Krytyka i komentarze pomogły Sefardiemu wzbogacić sylwetki bohaterów, uczynić je doskonalszymi. Było to dla niego bardzo cenne, gdyż mając wielkie doświadczenie wynalazcze, nie miał jeszcze dostatecznej wiedzy i umiejętności pisarskich; miał natomiast ambicję, aby jego powieść stała się prawdziwym arcydziełem podobnie jak jego zegarki. Czuł się jak chirurg plastyczny doprowadzający do perfekcji twarz prawie już doskonałą.

Nie wszystkie kontakty z żywymi wzorami postaci literackich były łatwe i twórcze. Niektóre osoby miały oczekiwania, a nawet pretensje, wychodząc z założenia, że skoro wzoruje na nich swoich bohaterów, to przysługują im jakieś prawa autorskie, a co najmniej prawo do zgłaszania uwag i oczekiwania korekty.

Przeżycia związane z pisaniem powieści spowodowały, że Sefardi nie spał po nocach, tracił apetyt i chudł. Nie umiał sobie z tym poradzić. Czuł, że znalazł się między młotem a kowadłem. Aby wyciszyć się i doprowadzić do ładu, włóczył się po mieście, najczęściej wieczorami, odwiedzając znajome kąty, chodził też nad rzekę, gdzie cumowały łodzie i jachty.

Męczyły go wyrzuty sumienia, że nadużywa zaufania znanych mu, niekiedy bardzo bliskich osób. Ich tożsamości zostały wprawdzie zmienione, aby nikt nie mógł zauważyć podobieństwa, nie dawało to jednak pewności, że czytelnicy nie odgadną, o kogo naprawdę chodzi. Konsekwencje ujawnienia szczegółów ich życia w powieści mogły okazać się dla nich bardzo kłopotliwe.

Sefardi wziął sobie tę możliwość poważnie do serca, kiedy przeczytał o procesie sądowym o naruszenie godności osobistej. Chodziło o autora, który w swojej powieści ujawnił tajemnicę romansu osoby publicznej. Pisarz zapłacił wtedy bardzo poważne odszkodowanie.

0Shares