Pamiętnik dojrzałego świrusa. Powieść. Odc. 1: Wspomnienia dnia

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Indywidualizm-Narziss_Benczur-narcissus_II-pub-dom.jpg

Drodzy Czytelnicy,

W zamierzeniu jest to powieść fantasy o człowieku żyjącym między normalnością i nienormalnością, szukającym własnej drogi, usiłującym dostosować się do zmieniających się warunków otoczenia. Faktem jest, że jako społeczeństwo mamy coraz większą ilość osób w depresji, przeżywających stres, zagubionych, nie radzących sobie; to wszystko stanowi dla mnie pożywkę w pisaniu tej powieści. Tematów mi nie brakuje; problemem jest ułożenie ich w jakąś spójną, logiczną całość.

Nie mam planu powieści, fabuły czy określonych bohaterów, mam tylko pewne założenia i wyobrażenie o czym chcę pisać. Będę poruszać się trochę po omacku i jest prawdopodobne, że będę wracać do niektórych wpisów i je modyfikować. Jeśli będą to większe zmiany, zawiadomię.

Będzie mi miło, jeśli zechcecie mi towarzyszyć w tej podróży literackiej wracając tutaj i czytając kolejne blogi, a także przedstawiając komentarze, które zawsze czytam z uwagą. Bardzo chętnie poznałbym także wasze sugestie wątków i postaci, które widzielibyście w tej powieści.

Pozdrawiam serdecznie,

Michael Tequila

Odcinek 1:

Późnym wieczorem, leżąc wygodnie w łóżku, patrzę w sufit. Jest nierówny, pofałdowany. Usiłuję to zrozumieć, ponieważ mam precyzyjny umysł, ostry jak brzytwa. Podsuwa mi on myśl, że to znaczy, że mam nierówno pod sufitem.

– Czy to dobrze czy źle? – zadaję mu pytanie.

Odpowiada mi po chwili, że dobrze.

– No bo o czym miałbyś pisać, gdybyś miał równo pod sufitem? Sufit jest podstawą wszystkiego, punktem odniesienia, powierzchnią centralną, pod którą dzieją się rzeczy niesamowite. To twój świat.

Zgadzam się bez kłótni. Bo i po co się kłócić, jak można żyć w zgodzie z własnym umysłem?

Uspokoiwszy się, przypominam sobie miniony dzień. Także inne, wcześniejsze dni. Widzę, że są podobne.

Kładę się spać o godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści i budzę się o dwudziestej trzeciej czterdzieści pięć, dokładnie kwadrans przed północą. Bardzo mnie to cieszy, bo cenię punktualność. Budzę się i martwię przez chwilę, że nie widzę sufitu, tam, wysoko w górze, i tego, że jest on nierówny. Trwa to chwilę. Uspokoiwszy się, wracam do początku mojej opowieści.

Myślę, że tytuł „Piszę pamiętnik” brzmi dumnie. Może nawet służyć jako tytuł powieści. To mnie mobilizuje. Może to być jakiś omen nomen, który zawsze wygrywa. Odrzucam tę myśl, bo to niepotrzebna dygresja, po czym zapadam w sen. W nocy śni mi się, że chodzę do toalety. I to kilka razy. Dziwne, ale wcale mnie to nie dziwi.

Rano idę do piekarni. Stojąc w kolejce, którą ze względu na rozmiar nazwę kolejeczką, przypatruję się sprzedawczyni. Jest to ta sama osoba, co poprzedniego dnia: blondynka, nieco umączona, średniego wzrostu, budowa cielesna w sam raz. Pozdrawiamy się, po czym kupuję bułeczkę. Płacę, ale nie wychodzę. Kobieta patrzy na mnie pytająco. Widzę, że ciężko oddycha. Daję jej czas na domysł. Nie udaje jej się jednak zrealizować postawionego przeze mnie celu. Chyba się zagubiła, bo pyta:

– Czy pan jeszcze sobie czegoś życzy?

Ucieszony, że weszła na właściwy tor, proszę o błogosławieństwo na drogę. Nieco zdziwiona, nie wiem dlaczego, bo prosiłem ją o to wcześniej już kilka razy, udziela mi go. Uspokojony wychodzę. Na odchodnym, rzucam swobodnie słowami, które rozsypują się przed piekareczką niby błyszczące perły.

– Bez pani błogosławieństwa nie wyszedłbym nawet za próg. Siedziałbym tu i warował aż do końca. Błogosławieństwo to błogosławieństwo.

Adresatka tych słów kiwa mi głową ze zrozumieniem, ja jej odkiwuję, i wychodzę.

Empik. Wszystkie moje książki: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares

Komiks literacki. Marionetka. Odcinek 22.

Na scenie wielkością przypominającą salę balową w baśniowym pałacu, gdzie okna są większe niż ściany, przy małym stoliczku do kawy siedzą dwaj mężczyźni. Rozgrywa się scena teatralna rozmowy tete a tete. To po francusku. W ludzkiej mowie oznacza to rozmowę łeb w łeb. Po ubiorach rozpoznajemy, że ci dwaj to Najwyższy Urzędnik Nijaki i dziennikarz, para teatralna kojarząca się, albo i nie kojarząca się, z tą ze spektaklu „Piękna i bestia”, gdzie piękno miesza się z brzydotą.

– Czy jest pan marionetką? – Pyta dziennikarz.

– Czemu pan pyta? Czy to jest ważne? – Sonduje Wysoki Urzędnik, prawie tak wysoki jak wieża.

– Dziennikarz zaskoczony aż dwoma pytaniami, patrzy na siebie, zdumiony własną odwagą zadania takiego pytania takiej osobie, po czym mówi. – Ale ja w to nie wierzę, sądzę, że to bzdura, nigdy w to nie wierzyłem i nie uwierzę, proszę mi wierzyć. – Zaczyna plątać się w zeznaniach, czerwienieć, dostaje drgawek, jego ciało wypręża się i sztywnieje. Nijaki tego nie widzi, gdyż spogląda w głąb siebie, ocenia starannie każdą część ciała, aby upewnić się, jest czy nie jest marionetką, przypomina sobie fragmenty życia, kiedy występował publicznie, bo przecież marionetka to teatr. Niedawno w nim byłem. – Szepcze do siebie, po czym wylicza: marionetka to kukiełka, lalka, pacynka, natomiast w języku, w przenośni, to figurant, manekin, popychadło, pionek, kukła, narzędzie, pantoflarz.

– Chyba nie. – Odpowiada na pytanie dziennikarza. – Na pewno nie. – Potwierdza. No nie, bo skądże i jak? – Po tym, jak to wypowiada, śmieje się z pytania, coraz mocniej, wychyla z fotela, jego okrągłe policzki się trzęsą, dziennikarz, który ledwo sam się uspokoił, przygląda się uważnie i widzi, że nie jest to śmiech, tylko spazm bólu, wiele spazmów, jeden po drugim. Nie rozumie tego, zadaje sobie pytanie: Czy to boli …

…być albo nie być marionetką? – Uzupełnia mocny głos spod sufitu, po czym na platformę nad sceną wkracza Szekspir, ten ze Stratford-on-Avon, aby nadać w swoim języku powagi historyczno-histerycznej kwestii: To be or not to be a puppet!, po czym wygłasza tę kwestię w pięknym tłumaczeniu na ludzki język: Być albo nie być marionetką!

Na scenę zapada kurtyna milczenia z pytaniem: Jest on czy nie jest marionetką? sformułowanym przez dziennikarza albo przez Szekspira, Bóg to jeden wie, oraz sugestią niezwykle sugestywną: Odpowiedz sobie sam!

Wstrząśnięci dramatyzmem sceny widzowie wychodzą z teatru. Jest zima i na dworze śnieg skrzy się w późnym słońcu. 

0Shares