Wspomnienia powyborcze. Prywatna rezolucja polityczna.

 

 

 

 

 

 

Francisco Goya: Caprichos.

Po dwóch dniach od wyborów do Sejmu i Senatu zobaczyłem Przyszłość. Zaskoczyła mnie nocą pukając w moją głowę tak uporczywie, że obudziłem się z przestrachu, że wybuchła wojna dwóch światów, tego dobrego, który reprezentuje Wielki Mistrz, i tego przewrotnego, do którego sam się zapisałem. Przyszłość opowiedziała mi o swoich planach. Brzmiało to mniej więcej tak:

Przed wyborami Wielki Mistrz wyciągnął przed siebie ręce, spojrzał w niebo i krzyknął do Premiera:

– Módlmy się o deszcz!

Obydwaj modlili się o deszcz pieniędzy z Unii Europejskiej. I wymodlili. Ma przyjść już wkrótce w formie ogromnej chmury pomocy dla uciekinierów zalewających Unię Europejską z południa.

– Damy te pieniądze Polsce, bo ona najbardziej nam pomaga. – Zgodnie oświadczyli premierzy Grecji, Cypru, Malty, Włoch, Francji i Hiszpanii.

Przyszłość rozgadała się. Można by powiedzieć, że plotła androny, a ja w mojej radosnej naiwności wierzyłem w nie. Kontynuowała:

– Dodatkowe środki przyjdą z podatków, których jeszcze nie ma, ale będą. Przyjdą w różnej postaci, bo z pustego to i Salomon nie wypełni kotła potrzeb społecznych, ponadto dochody TVP z reklam wyborczych oraz datki zebrane w trakcie publicznych orędzi księży w ramach akcji „Głosuj przeciwko perwertom”. Naród mamy lotny, w mig chwytał zdrowe myśli i poniósł je ze sobą do urn wyborczych. Stąd nasze zwycięstwo. Nie pamiętam, kto to powiedział, może to ja sama to powiedziałam – oświadczyła Przyszłość.

Myśl, jak głosować, poniosłem i ja, ponieważ obiecano mi trzynastą i czternastą emeryturę już do końca, a spodziewam się żyć długo i szczęśliwie. Dla pewności poczekam jeszcze kilka dni na zapisanie tych dodatkowych emerytur w budżecie państwa, choć nie jest to konieczne, bo co się odwlecze to i uciecze, jak mawiała pewna pijana ręka z kieliszkiem spadając z dachu na łeb pewnego łysonia. Czy zwróciliście uwagę, jak często używam zwrotów w rodzaju „pewna ręka”, „pewni ludzie”, „pewne poglądy”? To zapożyczenia od Wielkiego Mistrza. 

Od dnia wyborczego zwycięstwa wierzę mocniej w Naród, Wielkiego Mistrza, Partię Powszechnego Dobrobytu oraz śledztwa w drobnych sprawach: działeczki pana premiera, samolocików marszałka Kuchcińskiego, trolli Ministra Sprawiedliwości, domku szybkiej radości pana prezesa NIK, Skoków pana senatora Biernackiego, zapłaty fakturek pana Birgfellnera i podobnych drobiazgów. Oczywiście żartowałem, bo to wszystko są zmyślenia i dobrze wiemy, że prokuratura i sądy w praworządnym państwie nie powinny zajmować się takimi głupstwami. Co innego śledztwo w sprawie Amber Gold, VAT-u i wystawnych kolacji z owocami morza okraszonymi przekleństwami. To były poważne sprawy.

*****

Na tej relacji postanowiłem ostatecznie zakończyć moją blogerską aktywność polityczną. Gdybym coś kiedyś przypadkowo chlapnął, to może to być tylko jakaś drobna dygresja, i tylko przez zapomnienie albo wyjątkowy upór. Sam nie muszę już myśleć. Wybaczcie mi, że w ogóle pisałem, było to potrzebne jak trzecie skrzydło u samolotu, którego wrak miał do nas wrócić a nie wrócił.

– Tam gdzie jest, jest mu dobrze. Nie jest już nam zresztą potrzebny. – Uspokoił mnie pan Antoni, główny teoretyk rozumowania katastroficznego.

Nie piszcie do mnie. Może wyrażę to w formie życzenia. Piszcie do mnie tylko wtedy, kiedy w Sejmie powstanie Kółko Swobodnej Myśli Politycznej, na którym będziemy mogli wszyscy obiecywać sobie nawzajem złote góry bez podatków, głosować przeciwko przedstawicielom własnego kraju w Unii Europejskiej, mówić o własnej historii, która ma tylko jasne strony, ograniczać do jednej minuty czas wypowiedzi upartych posłów opozycji, jeść z tacki plastikowej i swobodnie przeklinać jak pani Krysia, wyróżniać hejtami ulubionych sędziów, odpowiadać na pytania reporterów pozdrowieniem „Teraz jestem zajęty”, a nade wszystko nie będziemy potrzebowali prowadzić nudnych dochodzeń prokuratorskich w sprawach, które nas samych dotyczą.

Rozczuliłem się. I taki już pozostanę. Z ustami złośliwie skrzywionymi od płaczu. Może pomyślicie o jakimś pomniczku dla takich jak ja na centralnym placu dużego miasta? Może to być teren z odzysku. Byłbym wdzięczny.

0Shares

Podobieństwo Ptacha do Garudy. Powieść psychodeliczna. Odc. 6.

Ptachu okazał się jednostką większego pokroju niż myślano, symboliczną, przerastającą zwyczajnych ludzi podobnie jak maszt telewizyjny przewyższa zwykły domek. Miał imię i nazwisko, lecz powszechnie zwano go Ptachu, co brzmiało poręczniej, było bardziej ludzkie, bliższe szaremu obywatelowi. Na obrazach przedstawiano go w formie dostojnika poważnego na obliczu i w ubiorze, w świątecznym, ciemnym garniturze w paski, płaskim kaszkiecie i elegancko wypastowanych pantoflach zawiązywanych na sznurówki. Opozycja szydziła z niego twierdząc, że wygląda jak szczęśliwy ślusarz na kościelnej procesji w intencji obfitego deszczu.

Wkrótce` po ogłoszeniu zwycięstwa Ptacha naukowcy odkryli jego podobieństwo do Garudy, mitycznego ptaka, bóstwa znanego w hinduizmie i buddyzmie tybetańskim, przedstawianego jako złoty lub czerwony orzeł o ciele człowieka.

– Ptachu to mityczny Garuda. Nie miejmy co do tego wątpliwości. – Taki tytuł ukazał się w czołowej gazecie.

Odkrycie, czy raczej jego opis, tak serdecznie ujęły obywateli, że pojawiły się poważne propozycje, aby od dnia dojścia Ptacha do władzy liczyć czas, pozmieniać kalendarze i inaczej patrzeć na życie. Okazało się to niepraktyczne.

– Wielu zwolenników Ptacha umie czytać i pisać, ale trudno jest im zrozumieć – prawdopodobnie z głębokiego wzruszenia – teksty historyczne traktujące o naturze bóstw i ludzi. Jest ona całkowicie odmienna. To, co można odnieść do Garudy, istoty nie z tej ziemi, nie można przykleić do Ptacha, istoty przypisanej do ziemi podobnie jak pień drzewa, roślina czy zwierzę. – Tłumaczył psycholog społeczny.

Podobieństwo odkrył zespół specjalistów zatrudnionych w Ministerstwie Masowej Edukacji przeszukując archiwa historyczno-geograficzne. Odkrycie przypadło do gustu zwolennikom Ptacha przede wszystkim dlatego, że Garuda miał śmiertelnych wrogów, Nagów.

– Każda wybitna jednostka musi mieć wrogów. Tak też jest w przypadku Ptacha. Jego wrogiem jest Rudy. To demon. To podobieństwo przemawia do nas najsilniej.

Kiedy naukowcy wyjaśnili, że w hinduizmie Garuda jest wierzchowcem boga Wisznu, bratem Aruny, woźnicy Surji, boga słońca, symbolizuje nauki tajemne Wed i jest malezyjską odmianą Feniksa, na widowni wybuchły oklaski i okrzyki.

– To cudownie się zgadza. Ta mistyka, tajemniczość, skrzydlatość, krzyżówka człowieka i orła. To on, nasz Ptachu!

Opozycja zdewastowana przegraną twierdziła, że odkrycie podobieństwa Ptacha do Garudy chyba padło ludziom na umysły, skoro uwierzyli w boskość zwykłego wybrańca losu na Loterii Państwowej.

Zwykli ludzie nie zgadzali się z tym. Argumentowali, że Ptachu jest jedynym przywódcą, który ich rozumie i umie wskazać, kto jest winien ich niepowodzeń i życiowych nieszczęść.

– To przyniosło nam wielką ulgę. – Twierdzili zgodnie, odmawiając odpowiedzi na pytania, dlaczego tak sądzą.

Zwycięstwo Ptacha i jego boskie parantele głęboko zmieniły naród. Ludzie uświadomili sobie, że Ptachu nie jest zwykłym obywatelem, ale kimś niepomiernie większym, jest symbolem wielkości narodu. Przypisywano mu różne atrybuty, na jego cześć fundowano wotywa, idealizowano go, nazywano Słoneczkiem, Pasterzem Tysięcy Ociemniałych i Patronem Złotego Runa.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 16: Ekoanarchiści mobilizują się

Na czele Ekoanarchii stanęła kobieta posturą i wyglądem przypominająca dziewczynkę w szkolnym wieku. Nosiła egzotyczne, łagodnie brzmiące imię Niotse. Była trzecim dzieckiem mieszanego małżeństwa; jej matka pochodziła z wysp południowowschodniej Azji, ojciec był Nomadą z dziada pradziada.

Nikt nie dawał Niotse więcej niż siedemnaście lat; w istocie miała dwadzieścia siedem. Wyglądała dziewczęco głównie dlatego, że była niezbyt wysoka, piegowata, nieznacznie sepleniła i nosiła dwa grube warkocze. Pozorny niedostatek kobiecości rekompensowały jej biodra, obfitością i doskonałą krągłością przypominające boginie płodności z Indii i Pakistanu. Kiedy szła ulicą, mężczyźni otwierali usta z zachwytu, zamykając je chyba tylko dlatego, aby nie powiedzieć coś szalenie intymnego lub bezecnego.

Podziw mężczyzn i zazdrość kobiet nie imponowały Niotse. Żyła w świecie pragnień i idei związanych z końmi. Była urodzoną bojowniczką i zdolną konspiratorką z wizją i determinacją zwycięstwa. Nie było w tym przesady, ponieważ w jej żyłach płynęła prawdziwa krew rewolucji; była wnuczką przywódczyni słynnej grupy Ata Sorgoson, która wywalczyła wolność wyspie, skąd pochodziła jej matka.  

Z chwilą objęcia przywództwa przez Niotse bieg wydarzeń uległ przyśpieszeniu. Ekoanarchię przemianowano na Front Wyzwolenia Koni. Była to nazwa bardziej wyrazista i mobilizująca, nie wywołująca negatywnych skojarzeń tak jak anarchia. Wkrótce pojawiły się nazwy alternatywne, uproszczone: Front Ekoanarchistyczny, Front Eko lub po prostu Front.

Najpierw opracowano manifest organizacji skutecznie integrujący – mimo iż wydawało się to niemożliwe – cele i metody działania końskich ekologów i umiarkowanych anarchistów. Podstawowa zasada była prosta: totalna opozycja wobec rządu, jego struktur i stanowionych przezeń praw. Celem organizacji było przywrócenie równowagi między człowiekiem a koniem, a w szerszym kontekście między cywilizacją a przyrodą. Front dopuszczał każdą metodę działania nastawiając się na oddolną mobilizację społeczeństwa dla realizacji swoich projektów.

Zarząd Frontu zbierał się regularnie co tydzień w celu przeglądu wydarzeń krajowych i zagranicznych o największym znaczeniu dla koni. Bardzo szybko okazało się, że rząd Nomadii buduje wizerunek władzy wrażliwej na los tych zwierząt, mimo iż w praktyce konsekwentnie je eliminował zastępując gdzie tylko można urządzeniami mechanicznymi i nowymi technologiami.

Front skrzętnie dokumentował negatywne praktyki rządu. Ich publiczne ujawienie Niotse uważała za niezwykle ważne; chodziło o zbudowanie agresywnej świadomości zwykłych ludzi, niezadowolonych z postępowania rządu kraju, którego są obywatelami. Uczucie nienawiści Front uznawał za najpotężniejszą siłę anarchii, u której podstaw leży umiłowanie wolności i dobrobytu wszystkich istot żywych. Aby osłabić Front, obnażający publicznie niedociągnięcia i zaniedbania władz, ideologowie rządowi piętnowali jego postępowanie nazywając je publicznym praniem brudów oraz kalaniem własnego gniazda.

Niektóre doniesienia Frontu brzmiały tak niewiarygodnie, że spora część obywateli odrzucała je na pniu. Ucząc się na własnych błędach, ekoanarchiści doszli wkrótce do wniosku, że najbardziej bulwersujących wiadomości najlepiej nie publikować bezpośrednio i w całości, tylko dawkować, kawałek po kawałku, aby trafić z prawdą do osób darzących rząd ślepym zaufaniem. Erozję poglądów zwolenników Partii Konserwatywnej i rządu Niotse uważała za bardzo skuteczną metodę działania.

– Konkretnie, co rząd robi niedobrego? – pytali często uczestnicy spotkań i manifestacji organizowanych przez Front Wyzwolenia Zwierząt. W odpowiedzi na takie i podobne pytania Front przygotował „Czarną Księgę Praktyk Rządu”. Zawierała ona tylko fakty.

Prawo rolne, budowalne i parcelacji ziemi było tak skonstruowane, że siedliska przepoławiały i ćwiartowały tereny leśne, rolne, pastwiska i nieużytki, miejsca niezbędne dla przeżycia koni. Co więcej, w imię ochrony własności organizacje państwowe grodziły i zezwalały grodzić wszystko, co tylko dało się ogrodzić. Człowiek stawał się właścicielem zasobów naturalnych: źródła, strumienia, stawu i jeziora, traktując te miejsca jak mieszkanie, sklep czy muzeum, gdzie mógł do woli gromadzić przedmioty przeznaczone tylko dla własnego użytku. Nie było tam miejsca dla koni, ani nawet natury, która nie istnieje bez wolności od obcej ingerencji. Były to praktyki zabójcze nie tylko dla koni ale i dla przyrody.

Jedną z bardziej szokujących afer okazała się sprawa Borua w Afryce Środkowej. Premier Csudo z porozumieniu z Mesjaszem, szefem i właścicielem Partii Konserwatywnej, wysłał do tego kraju oficjalną delegację na uroczystość masowego pochówku zwierząt padłych w wielkim pożarze buszu w parku narodowym. Wyjechali ludzie, którzy nigdy nie byli w Afryce i nie znali żadnego języka. Towarzyszyli im tłumacze, specjaliści od pożarów oraz ekolodzy, wszystko zaufani urzędnicy państwowi, których rząd pragnął wynagrodzić za bezprzykładną lojalność. Delegacja spotkała się z przedstawicielami rządu Borua, aby złożyć kondolencje z powodu wielkiej tragedii. Prasa rządowa Nomadii nazywała to umacnianiem więzi, informując społeczeństwo, jak serdecznie delegację witano na czarnym lądzie i jak przy okazji przeprowadziła ona niezwykle udane rozmowy o współpracy gospodarczej między obydwoma krajami.

Dziennikarz życzliwy ekoanarchistom, który towarzyszył delegacji, o szczegółach poinformował Niotse w rozmowie telefonicznej:

– Pies z kulawą nogą nie zainteresował się delegacją rządową Nomadii, a psów tutaj nie brakuje. Ta delegacja to była jedna wielka fikcja, pic na wodę, fotomontaż. Oni przyjechali tutaj, aby wziąć udział w wielkim safari i narobić sobie zdjęć. Mam to wszystko gruntownie udokumentowane.

Po zakończeniu rozmowy prosił, aby nie informować nikogo, że to on był źródłem wiadomości, gdyż za ujawnienie prawdy zostałby wyrzucony z pracy z informacyjnej agencji państwowej.

Prawie każdego dnia Front ujawniał nowe, szokujące fakty. Wynikało z nich niezbicie, że rząd nie tylko nie wykazuje żadnego zainteresowania, ale patrzy przez palce na naganne praktyki i sponsoruje niektóre działania przyśpieszające proces wymierania koni. W lecznicach zwierząt konie usypiano pod byle pretekstem, zdrowe konie odsyłano natomiast do cyrków, które Ministerstwo Edukacji uznało oficjalnie za niezwykle skuteczną formę rozwoju wrażliwości młodzieży na sztukę, życie oraz szkolenie zwierząt (jak nazywano ich tresurę). Dla zwiększenia eksportu rząd obniżył podatek VAT i zniósł cła eksportowe na skóry końskie. Ministerstwo Rolnictwa po cichu rozpuszczało pogłoski o wściekliźnie wśród koni zagrażającej innym zwierzętom domowym i ludziom. Choć była to wierutna bzdura, ludzie w to wierzyli.

Sytuacja stawała się coraz bardziej paranoidalna.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Opowiadania. Recenzje książki są na górnym pasku menu.

5Shares