Niedzielna dawka poezji, obrazów i Australii

Kontynuując niepewną tradycję publikacji poezji przedstawiam kolejną jej dawkę zaczerpniętą ze zbioru „Klęczy cisza niezmącona”, Wyd. 2.

Miłość wybiegła muzyką wesela

Słońce wzgórza nawiedza jak błyszczące echo,
by lekkie i złotawe osiąść na dnie rzeki,
hołd czasu oddać przeminionym rzekom,
ziarno prawdy wyłuskać z cudotwórczej ręki.

Na brzeg miłość wybiegła muzyką wesela,
pocałunek oczy zamglił, zaczarował usta,
jedna źrenica blask innej źrenicy powiela,
nieznanych błękitów rozwarła się chusta.

Niemy krzyk przywołał tajemnic istnienie,
czas splątał w warkocz zapomnienia,
i dane było prawdy nagiej rozjaśnienie,
radość i smutek, tęsknoty i marzenia.

Ideał miłości nie raz życie zbruka,
niewinny zachwyt zmyli, okpi, wykoślawi,
lecz uczuć rozpalonych niczym nie oszuka,
idziemy nadzy w prawdzie, nadzieją jaskrawi.

Bezgrzeszne oczy osłania objawienie ręki;
nie ja słyszę muzykę, to mnie tworzą dźwięki.

Gdynia, 19 lipca 1999

Wiersz powstał latem 1999 roku w Gdyni. Mieszkałem wtedy na ulicy Korzeniowskiego na Kamiennej Górze, na pierwszym piętrze, w nowym dwupiętrowym budynku. Był to najpiękniejszy budynek w Trójmieście. Byłem o tym przekonany. Miał potężne klasyczne kolumny z frontu i oryginalne okna na pierwszym piętrze. Był wzorowany na oryginale postawionym w tym miejscu w latach 1930ych przez dyrektora kopalni węgla ze Śląska.

Wiatr-figlarz

Wiatr-figlarz wyjrzał zza chmury,
na plażowiczów popatrzył z góry,
zakamarki nagich ciał pieści,
pieśń miłości do ucha szeleści.

Młodzieńcom studzi rozpalone głowy,
u nóg się łasi jak kot domowy,
sukienki dziewczynom podwiewa;
śmieją się, ich to nie gniewa.

Świeżego jodu rozpyla drobinki,
chłodzi ciałko spieczonej dziecinki,
krzyki roznosi na rączych skrzydłach,
płaszcze rozwiewa w cudaczne straszydła.

Jachtom żagle wydyma jak banie,
kiedy ma chęć; bo kiedy ustanie,
czai się cicho w fal zakamarkach
ducha przestworzy siła płuc szparka.

Ruchome piaski zbija w poduchy,
roślinom grząskiej dodaje otuchy,
sprzątacza wydm pełni honory,
pyłów wynosi tysięczne wory.

Czasem nieświadom zło wielkie czyni,
gdy sypkie piaski niesie z pustyni,
w szarobrązowe płachty je zwiewa;
zielenie plami bura ulewa.

Hawker, 4 października 1996

Na stronie zamieszczam obrazy z Flinders Ranges z okolic Hawker.  Ten poniżej to opuszczone domostwo. 

Sam się sobie dziwię, że inspiracja do napisania tego wiersza naszła mnie w Hawker. To mała miejscowość wewnątrz lądu, w górach Flinders Ranges w Południowej Australii (link: South Australia ), 365 kilometrów na północ od Adelaide. W 2006 roku Hawker liczyło 229 mieszkańców. Miejsce i okolice pamiętam z wielu obrazów zatrzymanych w głowie: oswojonego strusia stukającego dziobem do okna przyczepy kempingowej, stada białych papug siedzących na konarach uschłego drzewa, obrazów z widokami z Flinders Ranges wystawionych przez malarza tuż przy drodze. Jeden z nich kupiłem.  Także z wyścigów samochodowych organizowanych w dzikim terenie gdzieś niedaleko Hawker.  

„Klęczy cisza niezmącona” z 45-procentowym rabatem w księgarni internetowej (jako autor i wydawca westchnę: to straszne!https://tinyurl.com/y2r45ew5

Najnowsza moja powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” już w sprzedaży:   https://www.empik.com/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny-tequila-michael,p1233810161,ksiazka-p  

To książka opowiadająca o spotkaniu, rozmowach i wspomnieniach  klasowych przyjaciół ze szkoły, którą razem ukończyli kilkadziesiąt lat wcześniej.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 151 Wiadomości dobre i tragiczne

Następnego dnia na ulicach miasteczka pojawili się emisariusze Laboratorium głoszący dobrą nowinę o Josefie, nowym gatunku biologicznym, który zbawi człowieka, konie i przyrodę. Wybrano ich spośród najbardziej religijnych pracowników Laboratorium i dokooptowano kilku członków lokalnych stowarzyszeń i bractw religijnych, wierzących w jedność świata ludzi, zwierząt i przyrody, miłość braterską i samarytańską pomoc. Szczególną chęć głoszenia dobrej nowiny wykazali bracia zakonu im. Świętego Megara.

Akcja upowszechniania Josefa Półkonia w duchu pojednania człowieka i zwierzęcia, wspierana drobnymi upominkami i cytatami z Biblii przyniosła efekty przerastające oczekiwania Laboratorium.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nina Aleman była w siódmym niebie.

Po zakończeniu akcji dziennik miejski Yoko poświęcił specjalne wydanie Josefowi, konioczłowiekowi cyrkowemu, jak go wciąż nazywano, opisując wszystkie szczegóły, cytując opinie mieszkańców miasteczka i okolicznych wsi oraz pokazując zdjęcia. Konioczłowieka traktowano nadal jako przebierańca, człowieka ukrytego w drugim nie zastanawiając się dokładniej, co to za istota. Zarząd Laboratorium podszedł do tych rewelacji z satysfakcją, ale ostrożnie.

Reakcja społeczeństwa wyraźnie pokazywała, że większość osób nie zdawała sobie jeszcze sprawy, że Josef jest mieszańcem, hybrydą człowieka i konia, i jak błogosławione konsekwencje będzie to miało dla przyrody. Josef w świadomości ludzkiej wciąż był oryginałem, ciekawostką, przebierańcem cyrkowym, czymś w rodzaju arlekina czy klauna, choć już nie zwierzęcia w rodzaju żyrafy, słonia lub dwugarbnego wielbłąda występującego w cyrku. W wywiadach z mieszkańcami Yoko zaledwie kilku z nich wyraziło większe zaciekawienie, co to jest za istota. Ludzie podświadomie odrzucali w nim jedność człowieka i zwierzęcia, jako sprzeczną z naturą a nawet ewolucją, która wyraźnie rozdzieliła obydwa gatunki.

*****

Świadomość odrzucenia tej jedności przez ludzi mimo szeroko zakrojonej akcji uświadamiającej przygnębiła zarząd Laboratorium. Tkwiło w nim wielkie zagrożenie dla Josefa. On sam też zaczął zdawać sobie z tego sprawę; bardzo go to zasmuciło. Pojawiła się obawa, że przebudzenie świadomości obywateli Nomadii doprowadzi rząd do podjęcia decyzji o eliminacji Josefa jako istoty nienaturalnej, sprzecznej z boską naturą człowieka, którego powszechnie uważano za czysty twór boży na zasadzie wyłączności. 

Nina Aleman zaczęła intensywnie myśleć o kontakcie z międzynarodowymi organizacjami dobroczynnymi i ekologicznymi w celu uzyskania ich wsparcia dla Josefa i uratowania nadziei, jaką pokładali w nim ekoanarchiści i inni zadeklarowani zwolennicy ochrony przyrody. Zdawała sobie sprawę, że rozmowy będą musiały mieć poufny charakter i ubiec gubernatora i wicegubernatora, którzy nie wahaliby się przeforsować w parlamencie decyzji eliminacji Josefa i skazania Laboratorium na potępienie. Idealnym rozwiązaniem wydało się Ninie zarejestrowanie Josefa w UNICEF-ie jako unikalnego, żywego zabytku natury i cywilizacji.

Wyzwaniem nie do pokonania wydało jej się zdobycie zaufania rządu Nomadii.

Wymagałoby to uświadomienia gubernatorowi Blawatsky’emu oraz wicegubernatorowi Csudo, odpowiedzialnemu bezpośrednio za zasoby naturalne i ochronę przyrody, że Josef jest skarbem narodowym i może stać się największą atrakcją turystyczną przyciągającą do kraju setki tysięcy turystów a wraz z nimi miliardy dolarów dochodu. Jedynie chciwość rządu mogły uratować Josefa i Laboratorium przed zagładą.

*****

Wiadomość o zgonie Josefa Półkonia spadła na wszystkich pracowników Laboratorium jak grom z jasnego nieba. Żadne wydarzenie nie mogło bardziej zaskoczyć i przerazić laborantów. Josef zmarł nagle nocą, nikt nie znał okoliczności ani przyczyn jego zejścia.

– Prędzej spodziewałbym się własnej śmierci – oświadczył Aaron, szef Zespołu Bezpieczeństwa.

Śmierć Josefa Półkonia wywołała wielką konsternację i popłoch. Zarząd nie miał pojęcia, co robić, przede wszystkim czy podać ten fakt od razu do publicznej wiadomości czy też przeczekać jakiś czas. I jedno i drugie mogło mieć negatywne konsekwencje dla firmy.

Aaron, nie czekając na rozwój wydarzeń, natychmiast podjął śledztwo. Wszystkie kroki uzgadniał z Niną Aleman, przewodniczącą zarządu, na bieżąco też informował ją o postępach. Pracownicy zespołu tym serdeczniej przykładali się do śledztwa, że sami pozostawali w kręgu osób podejrzanych o niedopatrzenie obowiązków ochrony Josefa i brak przeciwdziałania grożącym mu niebezpieczeństwom.

4Shares