Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 2. Stambuł.

Po drodze do New Delhi, pierwszego celu podróży w Indiach, była jeszcze przesiadka w Stambule.

Tłumy ludzi na lotnisku szybko oddzieliły Iwana Iwanowicza od jego grupy. W autobusie przewożącym pasażerów z hali lotniska do samolotu odlatującego do New Delhi poczuł się nieswojo i obco. Określił to na swój użytek jako rozmamłanie w kulturowej tożsamości.

Razem z innymi stał w autobusie mającym zawieźć pasażerów do samolotu i czekał. Autobus nie ruszał, mimo, że był pełny. Obok Iwana Iwanowicza, nieco z boku po lewej stronie, znalazł się wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji, sądząc po wyglądzie Azjata. Jego głowa znajdowała się powyżej głowy Iwana Iwanowicza, co odczuł jak niezasłużoną przykrość. Nie mając nic lepszego do roboty, przyglądał się dyskretnie milczącemu współpasażerowi. Miał włosy podcięte pod donicę jak u Sarmaty i kolczyki w uszach, na przegubie prawej dłoni błyszczały cztery srebrne obrączki a z tyłu wygolonej czaszki widoczne były dwie ukośne szramy. Mężczyzna miał na sobie markowe spodnie dresowe. Iwan Iwanowicz uznał je za eleganckie, zadając sobie pytanie, czy mówiąc o dresie można w ogóle myśleć o elegancji. Czarna skórzana kurtka i białe spacerowe Adidasy na nogach dopełniały ubiór obcokrajowca.

Piętro niżej od głowy Iwana Iwanowicza znalazł się zupełnie inny osobnik, niski, drobny, z długą czarną brodą i obfitymi bokobrodami; na głowie miał zmyślnie ukształtowany różowy turban. Z uwagi na ten strój głowy Iwan Iwanowicz uznał go za Hindusa. Najbardziej zastanawiało jego spojrzenie, pusta łagodność jak u Wojaka z Sydney, dawnego przyjaciela Iwana Iwanowicza.

Hindus miał na sobie płaszcz z ciemnoszarego materiału w pasy, w ręku bagaż, kolorową plastikową torbę z adresem sklepu odzieżowego w Toronto. Iwan Iwanowicz domyślił się, że podróżny przybył z Kanady, choć torba mogła znaleźć się w jego ręku także przypadkiem.

Trzecią osobą stojącą w bezpośredniej bliskości Iwana Iwanowicza była kobieta. Wyróżniała ją twarz o niezbyt intensywnej, oliwkowej karnacji, oraz biust, sterczący przed nią jak taran do rozbijania męskiego pożądania a zarazem obiekt miłości osesków spragnionych mleka, ciepła i aksamitu. Iwan Iwanowicz, czując się swobodnie w cichych spekulacjach uznał, że wydatny biust nie określa jakości kobiety, a jedynie podkreśla fakt, że konstrukcyjnie wybiega ona przed inne co najmniej dwie miary kobiecości do przodu. W kwestii anatomii uznał jeszcze, że biustem znacznie bardziej może imponować niż biodrami, którym też nic nie można było ująć. Jej wiek oszacował między trzydzieści a trzydzieści pięć lat. Kobieta robiła sobie zdjęcia selfie telefonem komórkowym, aby zaraz po ich wykonaniu przeglądać je z uwagą, nie zwracając uwagi, że stojący za nią i obok niej dwaj mężczyźni również je oglądali z takim zainteresowaniem, jakby obraz na małym ekranie był ciekawszy niż jego pierwowzór.

Po kilku minutach obserwacji Iwan Iwanowicz zdał sobie sprawę, że fantazjuje, unosząc się jak duch między pasażerami i węsząc niby wampir za ludzkim ciałem, skórą i krwią. Zamierzał przejść nad tym do punktu dziennego, kiedy doszedł go głośny krzyk dziecka. Miało to miejsce gdzieś w głębi autobusu. Wszyscy obrócili głowy w tym kierunku. Krzyk przeszedł wkrótce w płacz, maleństwo płakało nieutulone w nierozpoznawalnym żalu. Słysząc bolesny płacz poczuł się niezręcznie; miał wrażenie, że nagle stał się ubogim krewnym gatunku ludzkiego.

Po starcie samolotu, była już noc, podróżnik patrzył przez okno na wielką przestrzeń w dole otaczającą lotnisko. Nigdy nie widział piękniejszego widoku miasta nocą. Zachwycały go pasma i pasemka oświetlonych ulic, różnej szerokości i kierunku, kwadraty placów i zaciemnione plamy parków. Większość świateł była jakby różowa. Wielopiętrowe budynki tworzyły białe pionowe ramy. W pewnym momencie pojedyncza, przypominająca rozczapierzoną dłoń, błyskawica rozświetliła niebo i chwilę później wszystkie światła zgasły jak no komendę. Iwan Iwanowicz pomyślał, że musiała nastąpić wielka awaria sieci energetycznej. Wkrótce okazało się, że była to wielka chmura, w którą zanurzył się samolot. Światła na ziemi pokryły się mgiełkami. Iwan Iwanowicz poczuł się rozczarowany.

0Shares

Szczęśliwy powrót Premier Sy do kraju

Powitanie na lotnisku dokumentowało ważny etap dziejów Cesarstwa Ka. Sporządzono stenogram dla potrzeb filmu fabularnego.

Premier przylatuje nocą. Wita ją Cesarz Ka ze świtą i członkami rządu, ustawionymi pod ścianą jak na rozstrzelanie. Nadaje to dramaturgii. Jest Minister Pokoju i Wojny Ma oraz Minister Spraw Zagranicznych Wa. Także kilku pomniejszych.

Na płycie lotniska miał leżeć czerwony dywan, ale go nie ma.

– Domaluje się. – Rzuca krótko Cesarz Ka. Zapamiętuje, aby ukarać winnego.

Meldunek składa żołnierka w randze pułkownika. Uderza ręką w daszek, aż iskry lecą (nocą wszystko widać) i mówi: – „Witam serdecznie panią Premier. Melduję kraj w odbudowie. Idzie doskonale. Brakuje tylko wapna, cementu oraz wskazówek, co dalej”.

Premier odpowiada: – „Spocznij!”. Kobiety wdają się w rozmowę. Rozmawiają o kuchni, dzieciach i wielkiej polityce.

– Widzi pani tych cywili stojących pod murem? – Pyta żołnierka. – Jak oni stoją, ofermy!?

Podjeżdża ciężarówka z kwiatami. Premier nie ma czasu odpowiedzieć. Zachwyca się. Tony kwiatów, bukiety wielkości balii. Same róże, zapach jak w ogrodzie. Jest podniośle. Wojskowa orkiestra gra „Marsz zwycięzców”. Ministrowi Ma nogi rwą się do tańca. Przytupuje w takt muzyki.  

Szambelan Cesarstwa Ka jest nieobecny.

– Ciężka choroba uzasadnia jego nieobecność. – Wyjaśnił Cesarza Ka podwładnym.

Do Premier podchodzi delegacja partyjno-rządowa z Cesarzem Ka na czele. Rzucają się sobie w ramiona. Cesarz ściska i całuje Premier Sy, wręcza jej balię kwiatów. Premier usiłuje wziąć ją w ramiona, zatacza się, świta rzuca się na pomoc. Powaga, szyk i elegancja zostały zachowane. Pada komenda „Baczność”. Gra orkiestra wojskowa. Błyskają flesze.

Cesarz wygłasza przemówienie. Padają słowa: „Bohaterstwo. Niepodległość. Duma”, po czym dziękuje Premier, a Premier dziękuje Cesarzowi. Orkiestra gra: „Nie rzucim”.

Premier zdaje relację z rozmów w Bractwie. Wieje grozą.

– Pozostałam nieugięta, ich dwadzieścia siedem osób, ja sama, jak ten palec. – Pokazuje palec. Jest zakrwawiony. W jej oczach widać ból. – Nie podpisałam protokołu zakończenia obrad. Nie dałam wcisnąć sobie głupoty.

Padają brawa. Orkiestra gra tusz. Na pierwszy plan wybijają się werble.

– Walnęłam pięścią w stół. Zrobiła się cisza. Patrzą na mnie. Ale jak! Mnie nawet powieka nie drgnęła. Wytrwałam, aby wyrazić naszą dumę!

– I co? Ktoś się załamał? – Wyrywa się pomniejszemu urzędnikowi. Jest to odezwanie niezgodne z protokołem, ale zupełnie zrozumiałe.

– Nie! – Krótko, wojskowo, odpowiada Premier. – Tylko nożyce się odezwały. Ci ludzie są jak manekiny. Uderz w stół, nożyce się odezwą.

Uroczystość zakończyła się około północy. Premier odleciała do domu wielkim wojskowym samolotem z asystą wojskową. Nad stolicą Cesarstwa przez cały następny dzień unosił się zapach róż i niezłomnej woli narodu. 

 

0Shares