Niefrasobliwie o życiu niedzielnym. Groteska nie tak znowuż abstrakcyjna.

Ciepły wiosenny dzień jesienny rozchybotał mnie, rozhuśtał. Idąc zwyczajnie ulicą uniosłem się w powietrze, lewitowałem, patrzyłem z góry na wykopy, samochody, ludzi i zwierzęta. Doznałem niezwykłego uczucia lekkości, w piesiach mi grało utwory Mozarta, najpierw Marsz Turecki, który mnie wyprostował szybciej i dokładniej niż ewolucja małpę zeszłą tydzień wcześniej z drzewa.

Przywrócony do pionu, już po zejściu na ziemię, doznałem dalszych niezwykłych przeżyć. W piekarni sprzedawczyni odezwała się do mnie po angielsku, bardzo szykownie i elegancko: – How are you today, sir? Szybko odnalazłem język w gębie i uprzejmie odpowiedziałem: – I am fine, indeed. Thanks a lot for your kind welcome.

Krótka, stymulująca konwersacja przywróciła mi pamięć, przypomniałem sobie po co przyszedłem i poprosiłem: – Two wheat rolls and one rye bread, please.

To nas zbliżyło do tego stopnia, że omówiliśmy sprawy wagi państwowej, o których nie wolno w niedzielę dyskutować, ustaliśmy, że kraj idzie we właściwym kierunku, że przepaść jedna i druga jest wprawdzie przed nami, ale to małe piwo, bo mamy na szczęście gumiaki, które uchronią nas przed szaleństwem ludzi nieczułych, lubiących przemawiać zza okularów z cienkimi oprawkami, z podnóżka lub przez kask narciarski.

Po wyjściu z piekarni usłyszałem ciepły głos kobiety, która wiedziała wszystko o muzyce, grała na harfie i kilku innych instrumentach, znała się na nich jak mało kto, a przy tym śmiała się tak serdecznie i radośnie, że zimą śnieg topniał wokół a wiosną piekarze piekli słodkie praliny i śliwki w czekoladzie zamiast powszedniego chleba, o który wszyscy proszą od czasów Adama i Ewy oraz Biblii.

Przyszło mi do głowy, aby chwytać ten radosny śmiech, pakować go w eleganckie woreczki zdobne kwiatami i wstążeczkami i sprzedawać ludziom spragnionym pocieszenia. Zapytałem kilka osób, czy potrzebują pocieszenia. Jedna kobieta spojrzała na mnie podejrzliwie, druga niecierpliwie odpowiedziała, że opiekuje się trojką małych dzieci i nie w głowie są jej uniesienia duchowe. Mężczyźni byli bardziej życzliwi i odpowiadali poważnie, że pocieszenie znajdują w zimnym piwie i ciepłych wspomnieniach, oraz słowach prawdy płynących obficie z ust ich żon, kochanek oraz szefa. Jeden z nich popatrzył nawet do góry i dodał: – Niech mu zima lekką będzie!

Te przyziemne wzmianki o życiu otrzeźwiły mnie, nie czułem już ciepła ani nie słyszałem muzyki w piersiach, co uznałem za powrót do normalności, której mi brakuje od czasu do czasu.

Drogi Czytelniku! Jeśli podoba Ci się moje pisanie, zachęcaj rodzinę, przyjaciół i znajomych do wchodzenia na tę stronę, abym widział, że rosnę, co mnie uwznioślili do jeszcze większych wysiłków na rzecz porozumienia autorsko-czytelniczego, pozwalając zapomnieć o garbieniu się i samotności siedzenia przed ekranem.