Piramida snów. Opowiadanie fantastyczne. Odc. 3.

Kolejnego dnia, była to sobota z niebem zaciągniętym szarymi chmurami, Sefardi zjadł śniadanie wcześniej niż zazwyczaj. Był to skromny posiłek: sałatka z cienko krojonego pomidora z dodatkiem cebuli i pestek dyni, lekko posolona, plus dwie kromki chleba z masłem. Była to kara za późne i zbyt obfite jedzenie poprzedniego wieczora.

Wkrótce poczuł nagłą senność. Nie bronił się przed nią; miał źle przespaną noc, po ciemku długo chodził po mieszkaniu. Zamknął uchylone okno i położył się na brzuchu na tapczanie. Spał wyjątkowo długo. Dopiero kiedy był już bliski przebudzenia, naszedł go sen. Śniło mu się, że spaceruje po ogrodzie swojej posiadłości w Oricono. Pierwszy raz słyszał tę nazwę; podobała mu się. Brzmiała egzotycznie, wzmacniała baśniową atmosferę, która otaczała ogród. Kiedy dotarł do jego krawędzi, drogę zamknął mu mur porośnięty pnącymi roślinami. Skojarzał mu się ze Ścianą Płaczu w Jerozolimie, prawdopodobnie dlatego, że było bardzo ciepło, a otwarty fragment muru przypominał kamienne bloki historycznej ściany.

Po prawej stronie Sefardi zauważył drabinę. Stała oparta o mur i wydawała się niezbyt wysoka. Nie było widać jak daleko sięga, ponieważ jej koniec zasłaniały liście i kwiaty pnącej się w górę rośliny. Kwiaty miały kształt dużych, niebieskich kielichów, postrzępionych na końcach. Sefardi zbliżył się i powąchał jeden z nich; zapach był wyczuwalny, półsłodki i duszący. Wciągnął powietrze w płuca kilka razy, aby go zapamiętać.

Nie zwlekając podjął wspinaczkę po drabinie, odkrywając wciąż nowe stopnie. W pewnym momencie poczuł strach, nie śmiał jednak spojrzeć w dół; bał się wysokości i nagłego zawrotu głowy. Kiedyś wchodził po stalowych prętach na szczyt wielkiego eukaliptusa, skąd obserwowano pożary lasów. Doszedł tylko do połowy drzewa i wrócił; pozostały mu niedobre wspomnienia.

Kiedy to sobie przypomniał, nie patrząc w dół zszedł na ziemię. Oddalił się kilka kroków od drabiny, aby ocenić, jak naprawdę jest ona długa. Widok zaskoczył go; po jej prawej stronie stało kilka innych drabin, wyglądały jakby były namalowane, przypominając szerokie słupy z nacięciami albo schody. Przyglądał im się, w końcu wybrał jedną z nich i podszedł bliżej. Był to obraz drabiny prowadzącej do nieba. Szczegóły podawała znajdująca się obok mosiężna tabliczka: „Ladder of Divine Ascent, Saint Catherine Monastery, Mount Sinai, Egypt, XII century. Obraz był kolorowy i bardzo sugestywny.

Kiedy Sefardi przeglądał się postaciom wspinającym się po drabinie, znikały po kolei jakby ustępując mu prawa pierwszeństwa do skorzystania z niej. Im wyżej wchodził, tym ciekawszy roztaczał się z niej widok. Na wysokości kilkunastu metrów – oceniał odległość spoglądając w dół – zobaczył budynek stojący przed oknami jego mieszkania na osiedlu Oaza, gdzie mieszkał od sześciu lat. Przed drzwiami do klatki schodowej stał mężczyzna. Po chwili drzwi się otworzyły i ukazała się szczupła i blada twarz kobiety, okolona czarnymi kręcącymi się włosami. Sefardi poznał ją od razu; była to sprzedawczyni sklepu obuwniczego z pobliskiego centrum handlowego. Znał dobrze z widzenia ją i jej męża. Wiedział nawet, jak ma na imię: Irena. Kobieta rozejrzała się na boki sprawdzając, czy nikt nie patrzy i wciągnęła mężczyznę do środka. Sefardi był przekonany, że byli kochankami, że zaprosiła gacha do siebie pod nieobecność męża. Był zdziwiony, bo małżeństwo wydawało mu się bardzo przykładne, mieli dwójkę dzieci i często razem wyjeżdżali rowerami na wycieczkę.

Kilka dni później zobaczył ją na osiedlu, razem z mężem i dziećmi. Wyszli na spacer. Zatrzymał się, aby ich pozdrowić i zamienić kilka słów. Sam nie wiedział dlaczego wyznał nagle, kłamiąc częściowo:

– Proszę sobie wyobrazić, że widziałem panią we śnie, w minioną sobotę, około godziny dziesiątej rano. Bylem na drabinie w ogrodzie mojego pałacu w Oricono i widziałem, jak otworzyła pani drzwi mężczyźnie. Widziałem go tylko z tyłu. Pomyślałem, że to pani mąż, że zapomniał lub zgubił klucz, i pani wyszła, aby otworzyć mu drzwi, bo prawdopodobnie nie było prądu i nie można było wejść używając kodu.

Kobieta zmieszała się, mąż popatrzył na nią zdezorientowany. Przyciszonym głosem wymienili kilka zdań ze sobą. Po chwili przeprosili Sefardiego, wymawiając się, że bardzo się spieszą.

Jakiś czas później doszła do Sefardiego wieść, że się rozwodzą. Pomyślał wtedy, był nawet pewny, że sen ukazał mu rzeczywistość, że był to sen proroczy, który w jakiś niesamowity sposób ubiegł zdarzenia z życia dwojga ludzi, których znał. To tylko potwierdziło jego wcześniejsze przypuszczenia, że czasem śniło mu się coś, o czym później dowiadywał się, że była to rzeczywistość a nie sen.

– To chyba działa w obydwie strony – pomyślał. – We śnie widzę to, co się dopiero zdarzy, albo coś, co się już zdarzyło, lecz potwierdza się dopiero później w rzeczywistości.

Drabina do nieba, która wedle Biblii śniła się Świętemu Jakubowi, utkwiła Sefardiemu w głowie niby gwóźdź wbity w twardą deskę. Szukał informacji o niej w kilku źródłach. Im więcej czytał, tym bardziej go niepokoiła. Postanowił zdać się na rozwój wydarzeń, zobaczyć, czy jego sny będą nadal się sprawdzać. Czuł się jak medium spirytystyczne; było mu z tym głupio. Lekarka domowa, która go odwiedziła w domu, kiedy się poważnie przeziębił, zasugerowała mu, że jego niezwykle sugestywny, kolorowy sen mógł być efektem farmaceutyków, jakie mu wcześniej zapisała. Nie uwierzył w to, bo nigdy go nie ostrzegała o takiej możliwości. Pomyślał tylko, że być może podziałał na niego zapach niebieskich kwiatów.

Przekraczanie granicy snu i rzeczywistości, jawy i snu, był dla niego zapowiedzią przyszłości, która zaczęła odkrywać swoje tajemnice. Myślał o kombinacji różnych zjawisk: ludzkich pragnień i namiętności, manipulacji społecznej, narastających zaburzeń psychicznych widocznych także u dzieci, stresu, postępów inżynierii genetycznej i sztucznej inteligencji oraz wpływu urządzeń elektronicznych na człowieka. Ten niezwykły świat wciągał go, niepokoił a zarazem intrygował.

0Shares

Przebudzenie w przyszłości. Opowiadanie fantasy. Odc. 1.

Przebudziłem się w roku 2060, w dniu 15 maja, w momencie, kiedy ktoś powiedział głośno „Z ręką w nocniku”. Jak się okazało, było to hasło. Ktoś sobie takie wymyślił. Nie mam nic przeciwko niemu. Jest dobre jak każde inne. Może tylko mało oryginalne, nawet głupawe. Ważne, że działa.

Wyjaśniła mi to wszystko na biało ubrana kobieta, nie wiem czy pielęgniarka czy lekarka, która zjawiła się w pokoju zaraz po moim przebudzeniu. Powiedziała, co miała powiedzieć, coś tam sprawdziła na ekranie urządzenia widocznego na stoliku znajdującym się po prawej stronie pod oknem i wyszła. Po chwili wróciła i znowu stanęła przy stoliku. Nie ma chyba chęci rozmawiać ze mną. Widziałem to po jej twarzy, ani starej, ani młodej, trudnej do określenia wiekowo. Nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe, w dodatku szumi mi w głowie.

Dlaczego się przebudziłem, nie wiem. Właściwie niewiele wiem o sobie, muszę sobie wszystko przypomnieć lub się nauczyć. Albo zostałem pozbawiony pamięci, albo ją utraciłem w nieznanych okolicznościach. Pamiętam tylko datę mego urodzenia: rok 2018.

Jestem z pokolenia śmieciowego. Tak nazwano pierwszą generację ludzi XXI wieku, która pierwsza podniosła wielki krzyk o to, że tworzywa sztuczne zabijają życie na ziemi. Każdy mieszkaniec planety produkował wtedy ponad sto kilogramów odpadów plastikowych rocznie. Było to dziedzictwo, jakie zostawiły nam poprzednie pokolenia.

Pokój, w którym leżę wyciągnięty na czymś w rodzaju wąskiej leżanki, jest duży i jasny. Jest mi wygodnie. Opuszczam lewą rękę i poruszam nią; czuję się trochę niepewnie, jakby nie była moja. Opuszczam prawą rękę, poruszam palcami, rozprostowując je i zaciskając, w końcu podnoszę rękę do góry. To wywołuje reakcję; tylna część leżanki, ta, na której spoczywają moja głowa i plecy, powoli unosi się do góry. Po chwili jestem już w pozycji półsiedzącej. Jest mi wygodnie; mam wrażenie, że leżanka automatycznie dostosowuje się do kształtów i położenia mojego ciała.

Przez okno mojego pokoju, rozciągające się prawie od podłogi do sufitu, widzę ulicę i przylegający do niej skwer otwarty w głębi na morze, a na jego krawędzi, zaraz od strony ulicy, długi rząd błyszczących pojemników. Domyślam się, że są to pojemniki na śmieci. Zaintrygowały mnie. Długo im się przyglądam oceniając ich kształt, kolor, wielkość i połysk. Są ustawione w jednym rzędzie, tak mi się wydaje, w jakimś, trudnym do określenia, artystycznym ładzie-nieładzie. Chciałbym obejrzeć je z bliska. Nawet dotknąć. Rozglądam się po sali niepewny, co to za miejsce, jaki tu obowiązuje porządek, czy wolno mi chodzić czy nie i czy mogę wyjść na zewnątrz.

Decyduję się zejść z leżanki i opuścić pokój, aby obejrzeć pojemniki. Czuję się trochę niepewnie, ale wszystko idzie mi składnie. Mam wrażenie, jakby moim ciałem sterował jakiś mechanizm równowagi, korygujący chwiejność członków ciała. Stojąc, oceniam sytuację. W pokoju oprócz mnie jest tylko jedna osoba, ta ni to pielęgniarka, ni lekarka. Jest odwrócona do mnie tyłem, przy stoliku, który po bliższym przyjrzeniu się, przypomina mi biurko z płaskim blatem, bez szuflad, i chyba coś ogląda lub pisze. Mam wrażenie, że jest jej obojętne, co dzieje się na sali.

Myślę, że nie reaguje dlatego, że nie musi, że i bez jej uwagi jestem obserwowany. Patrzę w rogi sali i widzę tam miniaturowe kamery. Teraz jestem już pewny, że mój najmniejszy ruch jest rejestrowany i analizowany. Spoglądam w lewo, spodziewam się tam drzwi. Są tam rzeczywiście. Różowawe, podobnie jak ściany sali, bardzo naturalny kolor. Podoba mi się. Nabieram przekonania, że wszystko wokół mnie jest dostosowane do moich potrzeb i oczekiwań.

0Shares