Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 178: Raport zdarzeń Apokalipsy

Poczucie winy tak bardzo dokuczało gubernatorowi, że doznał uczulenia. Na jego skórze na piersiach i w okolicach pach pojawiły się żółtawe plamy. Początkowo myślał, że odwiedzając miejsca dotknięte powodziami zaraził się jakąś niebezpieczną, zakaźną chorobą, jedną z wielu, dewastujących ludność Nomadii. Lekarze uspokoili go, że jego życie nie jest zagrożone i zalecili stosować specjalną maść, wyciąg z rzadkiej palmy kokosowej, aż do pełnego wyzdrowienia.

– Pańska dolegliwość nie jest niebezpieczna – wyjaśniali uspokajająco, podając łacińską nazwę choroby brzmiącą tak groźnie, że zamiast uspokoić pacjenta pogłębili jeszcze jego niepokój.

Maść okazała się skuteczna. Po pięciu dniach gubernator poczuł się znacznie lepiej. Nieoczekiwana przerwa przywróciła mu nie tylko zdrowie, ale także energię. Przestał rozpaczać, odrzucając żałobne zgorzknienie. Aby ostatecznie otrząsnąć się z przygnębienia, odmawiał nawet uczestnictwa w pogrzebach znanych osobistości, w których wypadało mu wziąć udział. W kilka godzin powołał też specjalną komisję, zlecając jej odtworzenie ciągu tragicznych zdarzeń, aby w pełni zrozumieć przebieg i charakter nieszczęść Apokalipsy. Nad zleceniem pracował liczny zespół specjalistów. Korzystając z nowoczesnej technologii analizował on kilka dni i nocy doniesienia tworząc geograficzno-czasową mapę zdarzeń.

Raport uporządkował najważniejsze wydarzenia i przedstawił fakty. Po okresie intensywnej suszy przyszły wielkie powodzie trwające piętnaście tygodni. Rzeka Marena wylała obficie w następstwie niekończących się opadów deszczu w górnym dorzeczu na południu kraju.

Podniosły one poziom wód powyżej wszelkich przewidywań hydrologów wywołując potworne powodzie. Kiedy przekroczył on dziewięć metrów ponad przeciętny stan, woda wypełniła wszystkie

zbiorniki retencyjne, poprzerywała wały ochronne i zalała wszystkie kanały nawadniające sięgając nawet krawędzi pustyni. Setki tysięcy obywateli straciło dach na głową, dziesiątki tysięcy postradało życie.

Gnijące szczątki roślin i padłe zwierzęta, a nawet trupy ludzkie pozostające w wodzie, wywołały epidemię cholery. Wydawało się, że to już ostatnie nieszczęście, ale – zupełnie jak za czasów starożytnych – przyszła wielka klęska głodu. Gubernator otrzymywał doniesienia o przypadkach kanibalizmu, potwierdzały je zdjęcia. Przeprowadzenie natychmiastowych śledztw nie było możliwe, ponieważ policja miała na głowie setki innych dochodzeń i spraw. Na dobitek złego pojawiły się doniesienia o Asturio, wielkich zakładach chemicznych w dolnym biegu rzeki, które wskutek awarii zatruły wody gruntowe toksycznymi substancjami. Podejrzewano sabotaż, gdyż zakłady były tak nowoczesne, że samą sugestię awarii uważano za wymysł chorego umysłu.

Po zbadaniu, zatrucie gleby i wody okazało się niegroźne. Ludzie przejrzeli na oczy dopiero wtedy, kiedy warzywa, owoce i mięso pochodzące z tego regionu kraju zaczęły powodować choroby i zabijać ludzi. Przyszła klęska głodu, jakiej nikt nie pamiętał, tym bardziej bolesna, że zatrute tereny od zawsze uważane były za spichlerz kraju.

Choroby i głód dotknęły przede wszystkim dzieci. Wskutek niedostatku lekarzy, którzy rozpoznaliby chorobę i zaordynowali właściwe środki, padały one ofiarą z pozoru nawet niegroźnych schorzeń. Rząd szacował, że w ten sposób zmarło pół miliona dzieci. Lekarze podejrzewali, że więcej. Nie sposób było tego ustalić, gdyż sytuacja zmieniała się z dnia na dzień. Gubernator zlecał jedno śledztwo po drugim, lecz wkrótce zaniechał. Wymagały ono takiej ilości ludzi, sprzętu i pracy oraz odpowiednich procedur, że na wyniki można było liczyć nie wcześniej niż za kilka miesięcy, może nawet i lat. Wobec ogromu nieszczęść gubernator zarządził powszechną żałobę.

Komiks literacki. Beatyfikacja Wodza. Odcinek 31.

Nasz wniosek, towarzysze, stanął wreszcie na Komisji do spraw Beatyfikacji. Przepraszam, na Ko do spraw Bea. – Zaczął poseł-sprawozdawca. Od czasu powrotu ze służbowej wycieczki do Chin członkowie partii Pra & Spra częściej używali skrótów. Była w tym poezja partyjna.

– Musimy go beatyfikować jeszcze za życia.

– Dlaczego za życia? Przecież nikt tego nie robi. To wbrew przepisom! – Protestował młody poseł, nieznający jeszcze etosu partii.

– Jak to, dlaczego? – Jest dowcipny. Ludzie się do niego modlą. Jest dobry. Mądry. Sprawiedliwy. Pobożny. Cudownie przemawia. Emeryci to wprost lgną do niego. Pamięta o zmarłych. Kilku wydobył nawet z grobów, aby odebrać od nich świadectwa prawdy. – Każdy członek komisji miał coś konstruktywnego do dorzucenia.

Przedstawiciele opozycji nie odzywali się. Byli nieobecni na sali, bo ich nie zawiadomiono.

– Oni nie mają nic ciekawego do powiedzenia w tej sprawie. – Wyjaśnił przewodniczący komisji. – Są ponadto przeciwnikami wszelkich dobrych inicjatyw partyjnych.

– Kwestionują wszystko. Przeszkadzają. Utrudniają. Zadają głupie pytania! – Posypała się lawina krytyki.

Przewodniczący ręką nakierował dyskusję na właściwy tor.

-Wniosek o beatyfikację przejdzie w parlamencie bez przeszkód. Przegłosujemy go. Potem jest Pre. Jeśli da się zaskoczyć nocą, we śnie, podpisze od ręki, jednej lub drugiej. Gdyby miał dodatkowe dwie, podpisywałby czterema. Wodza też kocha i popiera nasz wniosek o beatyfikację. Oświadczył to z ręką na sercu zaproszonym gościom i dworzanom. Też tam byłem. -Wyjaśnił poseł- sprawozdawca.

– W trybunale wniosek przejdzie bez pudła . Czuwa tam nasza towarzyszka, Klacz Trojańska. To ksywa partyjna. Potem już tylko Watykan. Tu może być jednak problem.

– Daj se spokój. – Odezwał się poseł Su misiowatym głosem. Był trochę ospały, ponieważ długo oglądał w telewizji niedźwiadki koala uciekające w popłochu z drzew eukaliptusowych ścinanych w ogrodzie zoologicznym.

Wszyscy przypomnieli sobie, co kilka tygodni wcześniej oświadczył poseł Szy:

– Wytłuczemy wszelką zarazę żyjącą na drzewach. Nie będzie koala ani żaden inny ptak s .. ł nam na trawnik!

– Ni dzieci nam germanił! – Dorzucił nieoczekiwanie poseł Że, bladością przypominający księżyc zmęczony długotrwałym zaparciem.

Wybiła godzina druga nad ranem. – My też popieramy beatyfikację. – Odezwali się posłowie, którzy właśnie się obudzili. – Nie ustąpimy. Watykan będzie nasz.

– Mamy tam już konia trojańskiego. Pseudonim KT Siwy. Tylko tyle mogę wam powiedzieć. – Wykrzyknął przewodniczący komisji i zaczął bić brawo.

Atmosfera na sali stała się gorąca. Pulpit przewodniczącego był tak rozgrzany, że jajka zaczęły od razu skwierczeć. Rozszedł się zapach jajecznicy ze szczypiorkiem. Posłowie zaczęli wciągać powietrze do płuc i wyciągać sztućce z kieszeni.

Sprawa beatyfikacji Wodza wydawała się przesądzona.

 

Zamiast reklamy autorskiej: