Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 141: Nagłe dojrzewanie konioczłowieka

Mimo pracy na trzy zmiany tworzenie konioczłowieka trwało dłużej niż zakładano, przeciągając się poza kolejne terminy. Co raz to pojawiały się nieprzewidziane trudności, medyczne, biologiczne, konstrukcyjne, materiałowe oraz sytuacje, kiedy równocześnie stosowane zabiegi inżynierii genetycznej wchodziły ze sobą w konflikt. Przełom nastąpił dopiero w momencie, kiedy Inż-Gen wpadł na pomysł wspomożenia wrodzonej inteligencji konioczłowieka sztuczną inteligencją. Implantowano w tym celu kosztowne biokatalizatory pamięci genetycznej importowane z Dalekiego Wschodu, gdzie od dłuższego czasu potajemnie prowadzono eksperymenty genetyczne na ludziach.

Wkrótce po zakończeniu odwróconej amputacji konioczłowiek zaczął nieoczekiwanie „dojrzewać”. Organizm był utrzymywany w bardzo niskiej temperaturze, cały czas ją monitorowano. Aparatura medyczna zastępowała wszystkie organy wewnętrzne, płuca, serce, mózg, nerki wypełniając ich funkcje. W pewnym momencie temperatura organizmu zaczęła samoistnie wzrastać. Było to zjawisko przedwczesne, miało pojawić się dopiero krótko przed wybudzeniem.

Zespół operacyjny nie umiał wyjaśnić tego fenomenu. Nie wiadomo, co było przyczyną. Pośpiesznie sprawdzano wszystkie wyniki, analizy i aparaturę. Zgadywano, co się stało, dopóki któryś ze strażników pilnujących głównej sali operacyjnej nie zapytał czy mogła w tym maczać palce małpa Candy zatrudniona do przenoszenia próbek genetycznych wrażliwych na wstrząsy.

W pomieszczeniach laboratoryjnych, wypełnionych dziesiątkami szaf, półek, stołów, aparatów, narzędzi i materiałów, przenoszenie próbek wymagało nadzwyczajnej zręczności. Człowiek nie był w stanie temu sprostać. Przekraczało to jego naturalne i wyuczone zdolności. Jedynie małpa mogła wykonywać takie zadania, ponieważ w toku ewolucji wyrobiła sobie nadzwyczajny zmysł równowagi, szybkość i zręczność poruszając się nieprzerwanie wśród chybotliwych gałęzi. Myślano początkowo o wiewiórce, wykazującej jeszcze większy zmysł równowagi i niesamowitą zręczność, istnym ekwilibryście poruszającym się w koronach drzew po cienkich gałązkach poruszanych wiatrem. Była ona jednak zbyt mała i zbyt słaba w stosunku do potrzeb Laboratorium.

Sprawę udziału małpy w dojrzewaniu natychmiast zbadano. Okazało się, że uzależniony od kofeiny genetyk nauczył Candy parzenia kawy na małej spirytusowej maszynce, co wymagało cierpliwości i uwagi. Na jego zlecenie małpa wykonywała tę operację co najmniej kilka razy dziennie. Aby zachęcić zwierzę do kontynuacji nużącego obowiązku, genetyk podwyższył jej poziom inteligencji, dodając jej do pokarmu trochę genetycznego przyśpieszacza. Candy zauważyła, skąd go bierze i naśladując zleceniodawcę dorzuciła trochę specyfiku do leku obniżającego barierę immunologiczną konioczłowieka, który przenosiła na salę operacyjną. 

Genetyk wyjaśnił, że traktował Candy prawie jak własność prywatną, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona własnością Laboratorium. Zarząd Laboratorium uznał, że zabrakło mu obiektywności, że nie potrafił zdystansować się i oddzielić spraw prywatnych od służbowych, widzieć siebie i Candy jako istoty niezależne. Mężczyzna tłumaczył się podobieństwem genotypów człowieka i małpy. Były bardzo zbliżone do siebie. Przedstawił w tym celu dane statystyczne, jakie miał przy sobie. Koledzy podejrzewali, że zakochał się w Candy. Była bardzo postawną samicą wzrostu przeciętnej kobiety.

Zarząd poważnie potraktował te domysły. Kiedy przeanalizowano, jakie cechy podobały się genetykowi u kobiet, zarząd doszedł do wniosku, że było to jak najbardziej prawdopodobne. Ostatecznie zadecydowały cechy takie jak sprawność, gibkość ciała, rudy kolor włosów, długie ręce, podniecające zachowanie. Candy lubiła przytulać się. Potwierdzili to inni pracownicy. Ostatecznie uznano, że było to odurzenie erotyczne i poddano genetyka psychoterapii. Po kilku sesjach widać było już zmianę. Pracownik był zdystansowany wobec Candy, ostrożniejszy i bardziej uważny.

Profesor Kary, szef Zespołu Inż-Gen, niepokoił się. Josef nie budził się ze śpiączki farmakologicznej, mimo intensywnych starań z ich strony. Wykonano odpowiednie testy i zweryfikowano dane; wszystko wskazywało, że powinien już się obudzić. W konsultacjach uczestniczyli nieprzerwanie anestezjolodzy, neurolodzy i neurochirurdzy.

Josef był w stanie wegetatywnym. Leżał kompletnie bez ruchu, był karmiony przez sondę i oddychał przez rurkę tracheotomijną. Nie było z nim kontaktu, mrugał jedynie oczami; pod półprzymkniętymi powiekami widać było, jak poruszają się gałki oczne. Co gorsze, nie reagował na ból, pojawiły się drgawki, kłopoty z ciśnieniem krwi, serce pracowało bardzo słabo. Zespół notował także częste połykanie śliny. W pewnym momencie Josef jakby uśmiechnął się, a odcień jego połyskliwej skóry pogłębił się.

– On się wygłupia! – Anestezjolog przerwał milczenie zdenerwowanym głosem. – To my jak niewolnicy trudzimy się nad nim, a on się wygłupia!

Koledzy uspokoili go. Rozumieli jego zdenerwowanie, ponieważ udzielało się ono wszystkim. Przewodnicząca zarządu co raz to dzwoniła do szefa zespołu anestezjologów, pytając o stan zdrowia Josefa.

– Czy on już dochodzi do siebie? – pytała nieprzerwanie. Wyprowadzony z równowagi anestezjolog opowiedział jej historię, która zdarzyła się na wsi, gdzie mieszkał, kiedy proboszcz rzucił klątwę na rodzinę i jedna z osób tak wzięła sobie to do serca, że zapadła w śpiączkę i obudziła się dopiero po siedmiu dniach zabiegów reanimacyjnych.

Wykonywane nieprzerwanie pomiary aktywności mózgu Josefa dawały sprzeczne sygnały. Według skali Glasgow brano pod uwagę głównie trzy czynniki: otwieranie oczu, reakcje ruchowe oraz kontakt słowny. Josef raz coś zamruczał, tak jak człowiek, chwilę później potrafił zachrapać delikatnie, jak koń. Wykres tętna pokazywał duże skoki.

W pewnym momencie lekarze pokłócili się, jak interpretować sprzeczne, niezrozumiałe sygnały aparatury. Wezwano profesora Karego, szefa Inż-Genu, aby włączył się do konsultacji. Przyszedł pijany, choć temu zaprzeczał, użalając się bez końca.

– To mnie dobija. Tyle miesięcy pracy, oddania, wyrzeczeń i bezsenności.

Po krótkiej naradzie, lekarze dali mu alkoholu wbrew przepisom, aby przywrócić go do przytomności. Przysięgli, że nikomu o tym nie powiedzą, choć profesor zachował się skandalicznie wbrew wszelkim regulaminom. Sytuacja była tak wyjątkowa, że swoje postępowanie uznali za nieuniknione i usprawiedliwione.

– Nie możemy brać sobie jego zachowania do serca, choć powinniśmy. To tak jak z viagrą. – Anestezjolog zaczął opowiadać historię, jaką przeżył w łóżku z dorodną trzydziestolatką, piękną jak zorza. – Była tak gorąca, że aż buchało od niej – podkreślił dwukrotnie.

Koledzy przerwali mu.

– Fajna historia, ale nie teraz. Opowiesz nam ją później.

W końcu nastąpił przełom w reakcjach organizmu i Josef zaczął dawać znaki życia. Obudził się ospały, bez energii, po kilku dniach wstał i trochę poruszał się po laboratorium, nie wydawał jednak głosu i drżał na całym ciele. Poprosił o jedzenie. Lekarze uznali to za cud, że mimo oznak słabości tak szybko i wyraźnie wraca do zdrowia.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 132: Strach przed nieznanym

Dla szybszej realizacji celu, produkcji hybrydy człowieka i konia, Laboratorium przyśpieszyło badania genetyczne ssaków, zbierało informacje i analizowało najnowsze osiągnięcia w tej dziedzinie, szkoliło personel, prowadziło symulacje i opracowywało modele teoretyczne oraz przygotowywało procedury operacyjne. Trzy różne firmy pod jednym adresem połączone ze sobą nićmi tajemnych powiązań rozkładały ryzyko. Pracownicy nazywali tę konfigurację totalną zmyłką, maskaradą, parawanem, mydleniem oczu, przykrywką i grą pozorów. Była to jedna wielka mistyfikacja, skomplikowana fasada, za którą czasami sami się gubili. Dla osób z zewnątrz była to jednak bariera nie do pokonania.

– Taką mamy nadzieję. – Podsumowała to lapidarnie Niotse.

Zespół Matematyczno-Informatyczny określił prawdopodobieństwo poważnego zewnętrznego zagrożenia firmy na poziomie poniżej jednego procenta.

*****

Decyzją zarządu kolejna narada pracownicza była mniej liczna. Zrezygnowano z pracowników pomocniczych, których intelektualny wkład do dyskusji był znikomy.

Pośrodku sali stał wielki stół, a wokół niego mniejsze okrągłe stoliki przeznaczone do dyskusji panelowych, konkretnych jak deska do prasowania. Narady prowadzono metodą odśrodkową. Przy stole centralnym dyskutowano sprawy najbardziej ogólne, strategiczne i filozoficzne. Okazało się, że inaczej nie można, że nie ma sensu mówić konkretnie, kto, co, jak, gdzie i kiedy będzie robić, jeśli nie wiadomo, jaki jest ogólny kontekst zdarzeń.

Kiedy pracownicy wzięli się solidnie za bary z zagadnieniami i odbyli pierwsze dyskusje panelowe, zdali sobie sprawę, jak ogromne było to przedsięwzięcie i jak bardzo byli nieprzygotowani. Zbierając się po raz trzeci, uznali, że są bandą szaleńców, porywającą się z motyką na słońce. Zadanie ich przeraziło, a jeszcze bardziej konsekwencje tego, co zamierzali zrobić.

– Co my właściwie chcemy stworzyć? – Zadawali sobie pytanie mimo pewności celu utrwalonej wcześniej jak beton w pamięci. Niektórzy nagle zobaczyli Laboratorium na etapie myślenia o świecie, który miał wyłonić się z wszechwładnego chaosu. Nie był to tylko temat filozoficzny, religijny czy moralny, z zakresu ochrony przyrody czy biologii. Był to okres przełomowy, wiary i załamania.

– Kim jesteśmy? – pytali niepewnie, a zarazem buńczucznie. – Zespołem specjalistów inżynierii genetycznej? Zbawicielami świata przyrody, ludzi i koni? Rewolucjonistami przywracającymi równowagę biologiczną planety? Czy nie przekraczamy granic etyki, nie mówiąc o normalności?

Nagle zobaczyli siebie w roli Boga. To ich przeraziło. Nawet gnostycy i bezbożnicy uznali, że jest wyzwanie cywilizacyjne.

– Co na to Stwórca? – Pytanie rzucił Klecha, pogrobowiec przyzwoitych księży ekskomunikowany przez Kościół Hierarchiczny. Nikt nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Strumień pytań i wątpliwości ukróciła Niotse. 

– Przestańcie zajmować się głupotami. Jesteśmy w konspiracji i podjęliśmy się tego projektu. Musimy uczyć się wszystkiego od początku, co znaczy, że będziemy popełniać błędy. Jesteśmy na to skazani. Kto chce zmienić sytuację na lepszą, bo ani rząd, ani Bóg, tego nie zrobią, musi porwać się z motyką na słońce. Nie martwmy się więc niepotrzebnie. Posuwamy się do przodu wbrew przeszkodom i naszym własnym niekompetencjom.

– Co my właściwie robimy? – Powtarzając to pytanie Niedźwiedź wystąpił w roli adwokata diabła. Uzgodnił ją z Niotse. Polegała ona na sianiu fermentu, aby wydobyć z pracowników najbardziej twórcze pomysły. O ile wcześniej, kiedy patrzyli na jego bujną czuprynę i pulchne ciało, Niedźwiedź wydał im się ciepły i puszysty, to teraz poraził ich kudłami czarnych włosów i ciężkim gardłowym głosem. Dopiero teraz zauważyli, że włosy na jego wielkiej głowie są tłuste i skołtunione, jakby wyczołgał się z obskurnego legowiska zbudzony ze snu zimowego, głodny i szukający ofiary na pożarcie.

Nina bardziej wyczuła niż zauważyła, że laboranci demonizują Niedźwiedzia, składając na jego barki ciężar niepewności. Musiała zareagować.

– Rozładujmy to niepotrzebne napięcie, zrzućmy z siebie ten ciężar. Powiedzmy sobie szczerze, o co chodzi. Mówcie, co leży wam na sercu.

Było to mistrzowskie pociągnięcie. Kilku zdaniami wyzwoliła laborantów. Krzyczeli z kilku stron na raz.

– Tworzymy potwora, gatunek, który nie istnieje! Zastępujemy pana Boga!

– Nie! Nie Boga, ale przyrodę. Tak uważam, bo jestem niewierzący.

– Jedziemy jak walec po dotychczasowej ewolucji gatunków! Budujemy megatonową bombę atomową z zapłonem o nieznanej konstrukcji!

– Co jest straszne!? – zapytała Nina niedowierzająco. W ręku trzymała mikrofon, aby przebić się przez zgiełk. Stanęła przy mównicy, tuż obok stołu prezydialnego, za którym wciąż siedział zgarbiony staruszek w garniturze, dwóch nieznanych osobników w starszym wieku oraz matrona cała w koronkach przypominająca zdegradowaną królową. Był to zarząd dawnego Laboratorium, zagubiony w dynamicznym środowisku organizacji.

– Co jest straszne? -– powtórzyła Nina. Czy sam konioczłowiek, którego stworzymy, czy też konsekwencje jego stworzenia? Przewodnicząca zdecydowała się na konfrontację. Instynktownie czuła, że jest to najlepsza metoda przeciwstawienia się niepewności pracowników.

Nastąpiła cisza. Wystąpienie przewodniczącej, znanej z opanowania i gotowości do kompromisu, zaskoczyła audytorium. Po ochłonięciu, reakcją sali były pytania padające ze wszystkich stron. Pytali hodowcy, genetycy, psychologowie i behawioryści koni, dla których zachowanie się hybrydy było największym wyzwaniem.

– Chodzi o długofalowe skutki pojawienia się konioczłowieka w Nomadii. Ludzie i konie przyzwyczają się do widoku konioczłowieka, ale co potem? Jak będzie się on zachowywać? Czy nie rozwalali nas wszystkich? A jego potomstwo? Czy nie stanie się zabójczą konkurencją i dla konia i dla człowieka? Wchodzimy w ślepy tunel, nie wiedząc, co nas tam czeka!

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 10: Walne zgromadzenie udziałowców

W ogromnej sali Centrum Konferencyjnego Parobas, dwa razy większej niż boisko piłkarskie, wymownym świadku niezmiernej zasobności albo manii wielkości właściciela, trwało walne zgromadzenie udziałowców Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci, firmy z kilkudziesięcioma latami doświadczeń. Program zebrania przewidywał udzielenie absolutorium zarządowi za miniony rok, zmianę nazwy firmy oraz ustalenie kierunków dalszego działania.

Na sali spotkali się ludzie majętni, uporządkowani życiowo, głównie inwestorzy. Początkowo spokojna i rzeczowa dyskusja doprowadziła pod koniec zebrania do burzy, w której uczestnicy omalże nie obrzucili się wyzwiskami. Nie mogło zresztą być inaczej, ponieważ chodziło o pieniądze, a od dłuższego czasu sprawy firmy nie układały się najlepiej. Czasy były ciężkie, Laboratorium ponosiło straty, przyszłość stała pod znakiem zapytania. W ciągu jednego roku firma straciła dwóch wybitnych specjalistów, doskonale opłacanych lecz rozczarowanych stosunkami wewnętrznymi i brakiem motywujących projektów. Kilka projektów genetycznych nie udało się, kilka było połowicznie udanych. Klienci wycofywali się z wcześniej obiecanych zleceń; w sumie wyglądało to na klęskę.

Laboratorium Gatunków Świętej Pamięci było nazwą historyczną. Wymyślił ją założyciel firmy mając na uwadze konie zagrożone wyginięciem. Był nim sufragan, biskup pomocniczy, episcopus auxiliaris, z południa Nomadii, osobnik głębokiej wiary, hodowca i szalony miłośnik koni, zasłużony dla regionu obrońca ginących gatunków zwierząt. Jego obsesją było zachowanie przy życiu kilku gatunków koni, którym groziło wymarcie. Pod koniec życia sufragan traktował konie podobnie jak ludzi, mówiąc o nich i rozmawiając z nimi tak, jak rozmawia się z dziećmi, wnukami czy rodzeństwem. Wynajdywał im dziwne imiona, a nawet je chrzcił. Czynił to po cichu, aby nie zniszczyć swojej reputacji, jaką cieszył się w Kościele Hierarchicznym, którego był wyznawcą i aktywnym członkiem. Nie przeszkadzało mu to mieć dwoje dzieci, o które troszczył się nie mniej niż o konie, stanowiące pasję jego życia. 

Firmą rządził wyjęty z szafy, dobrze odkurzony prokurator o twarzy jakby porażonej długotrwałą amnezją, któryś z kolei prawnuk założyciela firmy. Prowadzący zebranie pozwolił mu przez kilka minut tłumaczyć się z dorobku zarządczego, zupełnie niepotrzebnie, bo i tak było wiadomo, że musi on odejść. Jego konkurent, jedyny zresztą, gdyż stanowisko prezesa firmy wymagało nadzwyczajnych kwalifikacji i doświadczenia, doktor genetyki, naukowiec z doświadczeniem pracy w różnych branżach związanych z hodowlą i wykorzystaniem koni, już wcześniej rozeznał, że ma poważne szanse zostania prezesem i aktywnie uczestniczył w dyskusji. Przedstawiając się, wspomniał, że jego dziadek był starszym koniuszym na dworze cesarskim, co mogło dać mu dodatkowy punkt za tradycję rodzinną.

Od czasu sufragana, założyciela Laboratorium, rządziło nim już czwarte lub piąte pokolenie; dyrektor kwalifikujący się do zwolnienia był ostatnim, najmniej udanym przedstawicielem rodu. Na początku Laboratorium utrzymywało się z badania i leczenia koni, prowadzenia operacji chirurgicznych oraz poradnictwa i pomocy w selekcji i hodowli. Kolejne pokolenia właścicieli oprócz pracy w firmie zajmowały się dorywczo także produkcją pomników dla koni, biznesem wolno rozwijającym się, ale stabilnym i lukratywnym.

Zebranie przerodziło się w kłótnię i to w najmniej oczekiwanym momencie. Chodziło o nazwę laboratorium, a konkretnie o decyzję, czy ją zmienić czy nie.

– Nazwy nie zmieniajmy, bo to już jest tradycja. Może nawet trąci nieco myszką, ale taka tradycja jest najmocniejsza.

Tę linię argumentacji wsparła jedna trzecia udziałowców. Podobna część była za zmianą nazwy, uważając, że nie oddaje już ona należycie charakteru biznesu, jaki prowadzi firma, i wręcz kłóci się z przyszłością, którą głosujący widzieli w inżynierii genetycznej.

Rosaton przysłuchiwał się dyskusji. Będąc dziennikarzem łatwo otrzymał zaproszenie. Spodziewał się, że na walnym zebraniu będą się działy rzeczy ciekawe, może nawet niesamowite. Temat koni, ich hodowli i wykorzystania, stał w tym czasie na topie, co więcej, otaczały go kontrowersje. Do tego dochodziło rosnące zainteresowanie inżynierią genetyczną, zwłaszcza ze strony osób niezadowolonych ze sposobu, w jaki rząd Nomadii traktuje zwierzęta i środowisko naturalne.

– Cholerny tradycjonalista – pomyślał Rosaton, słuchając wypowiedzi jakiegoś gaduły, gorącego obrońcy tradycji we wszystkich jej wymiarach, niewzruszonej i nieśmiertelnej. Siedząc z boku, z nudów zaczął przyglądać się dużej rycinie ściennej przedstawiającej konia trojańskiego z płonącą grzywą, mającą prawdopodobnie symbolizować to, co stało się z historyczną Troją za jego przyczyną.

Kiedy Rosaton zbudził się z zamyślenia, usłyszał słowa, których nie rozumiał. Zajrzał do programu zebrania pokazującego godziny rozpoczęcia i zakończenia sesji; trwała wciąż dyskusja o ocenie pracy zarządu w minionym roku.

O inżynierii genetycznej zarząd Laboratorium zaczął myśleć dużo wcześniej niż konkurenci. Zaczęło się od założyciela firmy, sufragana, który uważał, że coś niecoś o tym wie, bo osobiście znał ojca genetyki, Gregora Mendla. Potem mówił, że się z nim przyjaźnił, a jeszcze później, w miarę jak popularność inżynierii genetycznej rosła, mówił i zachowywał się tak, jakby współuczestniczył w jego eksperymentach i rozumiał genetykę lepiej niż jej twórca, choć w okresie życia Mendla nie stosowano jeszcze nazwy genetyka. Może i coś w tym jednak było, bo sufragan mówił bardzo konkretne o genialnym genetyku, podawał szczegóły z jego życia, na przykład jak się ubierał, co lubił pić na śniadanie, czy jakie miał nawyki. Pamiętał go jako zniewieściałego staruszka, który tylko z powodu niedowidzenia i pomylenia gatunków groszków pachnących, jakie przez siedem lat badał i na jakich eksperymentował, dzięki swej zakonnej dyscyplinie i osobistej wyobraźni poczynił cenne obserwacje o prawach rozmnażania się roślin i zasadach dziedziczenia cech. Na poparcie swojej tezy sufragan twierdził, że genialny Czech co najmniej dwa razy się pomylił: raz niewłaściwie skojarzył sobie konia z rośliną mającą konia w nazwie, uważając, że koniopłoch łąkowy, łacińska nazwa „silaum silaus”, roślina z rodziny selerowatych, dosyć rzadka, rosnąca na wilgotnych łąkach, wywołuje popłoch wśród koni. Sufragan traktował genetyka jako człowieka łagodnie zaburzonego, raz nawet wspomniał, że był on niespełna rozumu, nie odmawiał mu jednak zasług stworzenia podstaw genetyki, dziedziny wiedzy, w której przyszłość sam wierzył bez zastrzeżeń.

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 8: Debata w klubie Anarchia

 Scena bitewna Crazy Horse

W kraju działy się dziwne rzeczy, niezwykłe zdarzenia następowały jedno po drugim, fakty prasowe wyprzedzały fakty społeczne, zaprzeczając sobie nawzajem. Kiedy mgła dwuznaczności i niejasności opadła, okazało się, że w centrum uwagi społeczeństwa stoi równowaga międzygatunkowa, rywalizacja człowieka i konia o przetrwanie. Stawka w grze była wysoka, była nią groźba całkowitego zniknięcia z powierzchni ziemi jednego z tych dwóch gatunków. Naukowcy nazywali to anihilacją. Nikt nie miał wątpliwości, kto przegra w tym wyścigu, jeśli reguły gry nie ulegną zmianie. Przyroda mogła mieć tylko jednego pana.

Był to temat, którym żyła Anarchia, klub oryginałów, buntowników i intelektualistów, entuzjastów ekologii radykalnej i wywrotowców, których jedynym obiektem zainteresowań był koń. Byli to ludzie związani z końmi na śmierć i życie, hodowcy, dżokeje, woźnice rydwanów cyrkowych, członkowie związków jeździeckich, hipnoterapeuci, artyści woltyżerki, producenci sprzętu i ubiorów dla koni, trenerzy koni, weterynarze, a nawet hazardziści i bukmacherzy stawiający i przyjmujący zakłady na wyścigach konnych. Dla tych ostatnich koń był źródłem utrzymania, formą ruletki i pasją życiową. Sam klub podejrzewano, że jest rozsadnikiem ekoterroryzmu, choć niczego takiego nikt nie dowiódł. Na wszelki wypadek rząd Nomadii zbierał po cichu informacje o tym, co dzieje się w klubie i wokół niego; tajnej policji nie udało się jednak przeniknąć jego struktur.

Organizacja była niezwykle hermetyczna; członkowie klubu mieli obsesję na punkcie konspiracji. Niegdyś otwarty dla wszystkich, od pewnego czasu klub działał już potajemnie, mobilizując się radykalnymi hasłami „Precz z nieekologicznym państwem” i „Rozwalmy tę budę sadyzmu ekologicznego”.

Na kolejnym spotkaniu klubu tematem dyskusji była rola władz państwowych w utrzymaniu równowagi trójkąta ekologicznego: człowiek – środowisko naturalne – koń. Brak jakichkolwiek regulacji prawnych gwarantujących tę równowagę kompletnie wyczerpał cierpliwość członków klubu; postanowili coś z tym ostatecznie zrobić. Podsumował to przewodniczący spotkania:

– Nie możemy tego ciągnąć w nieskończoność. Dwa dni temu pochowaliśmy kolegę, który popełnił samobójstwo z rozpaczy, że nie uczyniono niczego, aby ratować konie ginące na naszych oczach, najwspanialszy gatunek zwierząt.

Samobójca pozostawił zapis świadczący o jego rozpaczy i zagubieniu. Był to rodzaj testamentu. Koleżanki i koledzy wiedzieli, że był entuzjastą czworonogów, prawdziwym zapaleńcem, nie mieli jednak pojęcia, że na tym tle wywiązała się u niego głęboka depresja, ostateczna przyczyna tragedii. 

Był to dziwny człowiek, małomówny, w dodatku jąkał się nieznacznie, co go bardzo deprymowało. Nazywano go Nożownikiem, gdyż zawsze nosił nóż przy sobie. Pytany, jak to się dzieje, że nie może obejść się bez niego odpowiedział:

– Kiedyś usiłowałem popełnić samobójstwo. Wisiałem już u sufitu z szyją w grubej linie, kiedy nagle przeszła mi chęć odbierania sobie życia. Było to olśnienie lub coś podobnego. Moja babka mówiła, że to anioł stróż czuwał nade mną. Uratowałem się tylko dlatego, że w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że mam nóż w kieszeni. Odciąłem się. To on mnie uratował.

Kiedy to mówił, jego twarz pozostawała kamienna. Nikt nie wiedział, czy mówi to poważnie czy żartuje. Stałe noszenie noża ze sobą sugerowało jednak, że to co opowiedział, było prawdą. Człowiek nabywa specyficznych nawyków pod wpływem mocnych przeżyć.

Przewodniczący odczytał list pożegnalny zostawiony przez zmarłego.

– Nie mogę dłużej żyć w świadomości, że my, nie ja i wy osobiście, ale gatunek ludzki wpędza konie do grobu, zabierając im przestrzeń życiową, degradując je do roli bezrozumnych zwierząt pociągowych, poręcznego i taniego źródła energii, które można bezlitośnie eksploatować za wór owsa, wiązkę siana i wiadro czystej wody. Pozostawiam wam w testamencie rozwiązanie tego problemu. Przyjrzyjcie się mojej propozycji i podejmijcie decyzję; im bardziej będzie ona zdecydowana, tym lepiej. Takie jest moje zdanie. Ostatecznie to anarchiści i radykalni ekolodzy uratują świat, a nie obłąkani politycy czy zagubieni w sobie naukowcy, dyskutujący zagadnienia nie mające najmniejszego znaczenia dla przyszłości naszego kraju i świata.

List zawierał dane statystyczne oparte na najświeższych badaniach; były one bardzo wymowne. Biomasa całej ludności świata, mierzona ekwiwalentem węgla, stanowiącym jej główny składnik, wynosiła 0,06 gigatony, inwentarz żywy 0,1 gigatony, podczas gdy wszystkie dzikie zwierzęta, konkretnie ssaki, tylko 0,007 gigatony. To oznaczało przytłaczającą przewagę człowieka nad zwierzętami żyjącymi na wolności. Co więcej, obliczenia wskazywały, że człowiek dosłownie pożera tereny zielone; od początków ludzkiej cywilizacji biomasa wszystkich roślin planety zmniejszyła się o połowę.

Końcowy fragment listu brzmiał dramatycznie: „Musicie to zrobić, jeśli nie chcecie całkowicie unicestwić przyrody i sami stać się wygasłym gatunkiem”.

Wniosek był jednoznaczny, członkowie klubu wiedzieli to od dawna: człowiek stanowi śmiertelne zagrożenie dla pozostałych gatunków zwierząt. Także dla siebie, gdyż rozmnażając się jak szalony podcinał gałąź, na której siedzi czyli równowagę biologiczną planety. Dyskutowali to wielokrotnie, nie było potrzeby nikogo przekonywać. Musieli tylko podjąć decyzję, która raz na zawsze rozwiąże problem. Była to szaleńczo trudna decyzja.

Rozpętała się dyskusja. Największy radykał klubu, wysoki brodacz o posępnej twarzy, pseudonim Anarcho, przedstawił zaskakującą propozycję.

– Jedynym rozwiązaniem jest integracja człowieka i konia, przedstawicieli dwóch różnych gatunków. Umownie nazwę tę istotę Centaurem. Będzie to idealne zwierzę, przypomnę, że człowiek też jest zwierzęciem, łączące w sobie najlepsze cechy obydwu gatunków: myślące, użyteczne, silne, pracowite, nieagresywne i konsumujące tylko tyle zasobów biologicznych, ile potrzeba do godnego życia: utrzymania zdrowia, kondycji fizycznej i dobrego samopoczucia, bezpieczeństwa i zdolności reprodukcji. Centaur nie będzie potrzebować dużego mieszkania, deskorolek, samochodu, działki rekreacyjnej, rzęsiście oświetlonych ulic ani lotów na księżyc, alkoholu ani balów noworocznych, wakacji na Hawajach czy kina, a mimo to będzie szczęśliwą istotą.

Pomysł Anarcho wzburzył klubowiczów, mimo że nie brakowało wśród nich twardzieli, oswojonych z najbardziej szokującymi sytuacjami. Niektórzy uznali pomysł za absurdalny, inni tylko za radykalny. Wszyscy byli jednak zgodni, że szedł on pod prąd odczuć społeczeństwa święcie wierzącego w wyższość człowieka nad innymi istotami. Było pewne, że napotka on totalny opór ze strony Kościoła Hierarchicznego, który powoła się na Biblię, natchnione źródło mądrości Stwórcy.

Przewodniczący zarządził głosowanie, kto jest za, a kto przeciw. Członkowie klubu patrzyli na siebie niepewnie, ociągając się. Przewodniczący uspokoił ich, że jest to głosowanie nieformalne dla zorientowania się, co grupa myśli o propozycji. Wynik był nierozstrzygający: tyle samo osób głosowało za, ile przeciw, pozostali byli niezdecydowani. Żądano więcej czasu, aby wszystko przemyśleć. W końcu padło ważne pytanie:

– A jak widzisz tworzenie Centaura w sensie praktycznym, że tak powiem produkcyjnym, medycznym czy też technologicznym.

Pytającej z trudem przeszło przez gardło określenie „technologicznym”. Kobieta nie była pewna, czy to dobre określenie. Anarcho odpowiedział bez wahania, wszystko przemyślał wcześniej.

– To będzie wymagać inżynierii genetycznej i to w skali, którą wiele osób uzna za manipulację genetyczną, i łączyć się będzie z wieloma ryzykami, które trudno jest ocenić.

Mężczyzna nie ukrywał, że projekt jest piekielnie skomplikowany i będzie budzić masę wątpliwości. Jego szczerość była przekonywująca. Na koniec podsumował:

– Jest to niezwykle złożony projekt. Wyzwań jest więcej niż można sobie wyobrazić. Jednego tylko nie można kwestionować ani zaprzeczyć: hybryda człowieka i konia jest dla ludzkości jedynym rozwiązaniem. Nie ma innego.

 

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 6: Kaznodzieje i inżynieria genetyczna

  Zwierzę i człowiek, by Max Frey.

Nie wszyscy mieszkańcy kraju uwierzyli w użyteczność i znaczenie inżynierii genetycznej. Wielu uważało tę nowoczesną technologię za niepotrzebne ryzyko, bali się jej. Pytano, dlaczego zmieniać cokolwiek w człowieku lub przyrodzie, skoro i tak jest nieźle. Jak zwykle, wywołało to podziały społeczne i ferment tak wielki, że w niektórych miejscach dał się odczuć zapach opuszczonego browaru, przypominający trochę zwarzony chmiel a trochę zleżałą padlinę.  

– Tam, gdzie w gę wchodzą wielkie pieniądze, ludzie gotowi są zrobić każde draństwo. Nie ma takiej świni, której nie byliby zdolni podrzucić bliźniemu. Możliwe jest, że do gry włączą się terroryści, co byłoby szczególnym zagrożeniem.

Tego rodzaju głosy nie były odosobnione. Pojawiły się w związku z nimi pytania, a wraz z nimi różne tłumaczenia i teorie. Wszyscy usiłowali ustalić, czy inżynieria genetyczna jest potrzebna, ponieważ może doprowadzić do tego, że świat będzie lepszy, albo też narobi takiego smrodu, że wszyscy otrzeźwieją dopiero na drugim świecie.

– To będzie piekło, jak zechcą skojarzyć małpę z kangurem, albo człowieka ze zwierzęciem. To czyste szaleństwo – mówili szczerze przerażeni ludzie.

Wśród teorii na pierwszy plan wysunęła się teoria alienacji. Miała ona tłumaczyć potrzebę szybkich i głębokich zmian w człowieku. Chodziło o to, że cokolwiek cywilizacja stworzyła dając ludziom korzyść, to równocześnie coś im odbierała lub psuła. Przeciwnicy globalizacji, anarchiści i jednostki ogarnięte tęsknotą za życiem pierwotnym na łonie przyrody, nazywali to pachnąco-śmierdzącym strumieniem postępu. Niektórzy mówili o alienacji, choć jej nie rozumieli.

Ponieważ natura nie znosi próżni, ktoś musiał w końcu wyjaśnić wątpliwości i złagodzić rozterki. Na ulicach pojawili się duchowni nazywający siebie kaznodziejami wiedzy i nadziei. Mówili, że przyszli pomóc, cytowali Pismo Święte, zwłaszcza fragmenty o dobrym samarytaninie. Kiedy już wyjaśnili swoją rolę i historię dokonań, zaczęli mówić o alienacji, potwierdzając, że każda forma postępu, nawet wynalazek tak drobny jak trzy atomy metalu połączone ze sobą niewidzialną nitką, coś dając, coś odbiera.

Brodaci, poważni, ubrani w czarne garnitury duchowni zjawiali się już z samego rana w miejscach publicznych, aby wykrzyczeć swoje prawdy. Byli też i młodsi, ci byli najbardziej nawiedzeni. Ubrani w żółte kurtki wzorem dróżników, z megafonami zawieszonymi na piersiach, chodzili po ulicach przestrzegając przechodniów przed złem i wołając „Obudźcie się”, potrząsając przy tym grzechotkami, które raz odsłaniały anioła, a raz diabła, raz pokazywały rozmarzone oczy, a raz zimne ślepia grzechotnika.

Wśród kaznodziejów zdarzały się też kobiety; wszystkie bez wyjątku były postawne, starannie ubrane i uczesane, o piersiach przypominających orzechy kokosowe. Ludzie, zwłaszcza mężczyźni, lgnęli do nich bardziej niż muchy do lepu, aby wsłuchiwać się w ich orędzia ilustrowane przykładami niczym książki dla dzieci. Niektóre kaznodziejki były wręcz brutalne w swoich objawieniach, ale tylko dlatego, że pragnęły wstrząsnąć bliźnimi do głębi, aby zrozumieli naturę rzeczy.

– Macie samojezdne samochody, tanie i wygodne, bez wysiłku docieracie do tysiąca i jednego miejsca, oglądacie zabytki, dziwnych ludzi i kolorowe pejzaże, i to was cieszy. Ale kiedy wracacie do domu, stwierdzacie ze zdumieniem, nie od razu i nie każdego dnia, ale coraz częściej i coraz wyraźniej, że wskutek nieużywania nóg powrastały wam one w pośladki, że mięśnie wam zwiotczały, skóra wygląda jak wyprawiona w taniej garbarni, a sami czujecie się jak worek zleżałego siana.

Ludzie rozumieli to coraz lepiej, ponieważ czuli jak w zastraszającym tempie tyją połykając w pośpiechu żywność wzbogacaną konserwantami i barwnikami, zawierającą głównie tłuszcze, cukier, sól i białko, bardziej przypominającą najtańszą paszę dla bydła niż żywność. Ponadto czuli się skołowani, ponieważ nieprzerwanie ktoś do nich dzwonił, lub oni dzwonili do kogoś, męczyły ich choroby wcześniej mało znane oraz ciągły stres, zabijający chęć do życia, a w mężczyznach także potencję.

Głosicieli prawd o alienacji wspierali kaznodzieje dualizmu, Mówili oni, że wszystko ma dobre i złe strony, że dobroć nie istnieje bez niegodziwości, radość bez smutku, miłość bez nienawiści.

– Im lepiej bawisz się na przyjęciu, tym większego masz potem kaca, im bardziej komuś pomagasz ciężko pracując na niego lub za niego, tym więcej okaże ci niewdzięczności na starość. Takie są prawa dualizmu – były to ich zawołania i zaklęcia.

Nauki te powtarzano tak długo, aż w końcu społeczeństwo zrozumiało, że inżynieria genetyczna jest uniwersalnym i najlepszym lekarstwem na jego bolączki, i że bez niej nie da się uratować człowieka, zwierząt ani środowiska naturalnego. Pod presją społeczeństwa parlament w abcugach stworzył jeszcze lepsze i dokładniejsze prawa ułatwiające rozwój inżynierii genetycznej. Wkrótce powstały nowe laboratoria i instytuty, i zaczęły prześcigać się pomysłach, budząc w ludziach nadzieję, że poprawią ich coraz bardziej dychawiczną kondycję.

Sprawy szybko ruszyły do przodu. W pierwszej kolejności nauczono się hodowli ludzkiej skóry i budowy szkieletu kostnego oraz przeszczepiania organów wewnętrznych, płuc, serca, nerek i wszystkich innych. Nie pisała o tym prasa codzienna, aby nie straszyć społeczeństwa wizją człowieka, któremu można wymieniać i instalować szkielet, kości, tkanki i organy wewnętrzne równie łatwo, jak części zamienne w rowerze lub samochodzie. Przykładem mogły być wcześniaki, które ratowano nawet wtedy, kiedy były zaledwie w połowie rozwinięte, aby potem usprawniać poszczególne organy i funkcje ciała. Celowały w tym szpitale, szczycące się ratowaniem najmniejszych dzieci. Na ścianie szpitala w Comotal wisiały zdjęcia dziesięciu uratowanych wcześniaków; najmniejszy ważył niecałe czterysta gramów, cała dziesiątka ważyła łącznie niecałe sześć kilogramów.

Którejś nocy mało znany portrecista Alain domalował dzieciom rączki i nagrał ich głosy wołające o ulżenie ich cierpieniom. Ujęty przez policję, wezwaną przez sprzątaczkę nocną, został zatrzymany razem z dowodami przestępstwa. W prokuraturze tłumaczył się, że chciał tylko – ze strachu przed możliwościami manipulacji genetycznej – wyrazić sprzeciw wobec ingerencji człowieka w naturę życia.

Rosaton, będąc dziennikarzem, postanowił poświęcić się obserwacji i opisowi nowej rzeczywistości. Miał ku temu szczególne warunki i powody. Dzięki mikroprocesorowi podłączonemu do dwóch pamięci, krótkotrwałej, podręcznej, w płacie czołowym mózgu, oraz do trwałej, znajdującej się w hippokampusie, części mózgu podobnej do konika morskiego z podwiniętym ogonkiem, jego mózg miał dużo większą pojemność i wyjątkowo sprawnie pracował. Z drugiej strony, ciarki mu przechodziły po plecach, że ktoś uzyska dostęp do jego mikroprocesora i będzie mógł rejestrować wszystko, co on myśli, mówi i czyni, mierząc mikroprądy pokazujące pracę serca, ciśnienie krwi, proces oddychania, jak się porusza, gdzie chodzi, co robi oraz odczytując to, co pisze czy na co patrzy.

Mimo obaw i ryzyka, inżynieria genetyczna stała się szybko symbolem nowoczesności, umieszczanym na najwyższych budynkach. Prawa do użytkowania symbolu nie można było kupić ani sprzedać. Rząd uznał inżynierię genetyczną za skarb narodowy i zezwalał na używanie symbolu tylko w święta państwowe oraz w dniach wielkich wydarzeń krajowych i międzynarodowych. Dla ułatwienia stosowania symbolu dopuszczono skróconą nazwę „Inż-gen”.

Partia Konserwatywna, zwana w skrócie Konserwą, i jej rząd byli głęboko przekonani, że inżynieria genetyczna wyzwoli społeczeństwo z przymusu opatrzności i przypadku. Premier Csudo własną ręką dopisał ją do listy priorytetowych dziedzin gospodarki, na której już wcześniej umieszczono technologię cyfrową oraz automaty i roboty, o które wołali wszyscy przedsiębiorcy mający coś do spawania, podnoszenia lub przycinania. Wszystko wiązało się ze sobą.

C.d.n

Maximus z Cane Corso i radość życia na luzie

Życie niesamowicie mnie opromieniło. I to dzisiaj, w niezbyt słoneczny dzień. W sklepie mięsnym dojrzałem czarne oczy ekspedientki, ogromne i dystyngowane, głośno wyraziłem uznanie, na co otrzymałem natychmiastową odpowiedź:

– Co pan sobie życzy?

Pytanie zaskoczyło mnie. Ja do wielkookiej z wdziękiem, a ona do mnie z pytaniem jak nóż rzeźnicki. Życzyłem sobie sera i kiełbasy. Potem, kiedy w zaciszu odmowym, otrzymałem kość indyczą do ogryzienia, ostatecznie już poczułem się syty, pełen miłości i dobrobytu.

Biegając dla zdrowia po lesie spotkałem psa, osobnika rodzaju męskiego, wielkiego jak mała góra. Kulturalny, przedstawił się: Maximus z Cane Corso, typ mastifa, zaliczany do grupy molosów, Półwysep Apeniński, pies stróżujący, obronny, tropiący i policyjny, nie podlega próbom pracy. Ostatnie wyjaśnienie zaintrygowało mnie. Był w wieku 2,5 roku, odpowiednik naszych 18 lat, towarzyski, poważny z wyglądu, pochodzenie prawdopodobnie murzyńskie, bo był czarny jak węgiel. Mnie tam to nie przeszkadza, ale boję się o stosunek władz do niego, bo w dodatku łeb miał wielki jak parlamentarzysta, co może sugerować konkurencję.

Był autentycznie ucieszony, zaprosił mnie do zabawy, zaproponował bieganie w kółko. Wybrałem bieg na wprost, towarzyszył mi. Był małomówny, ust nawet nie otworzył. Wszystko wyjaśniła mi właścicielka, przemiła istota. To mnie wzmocniło w przekonaniu, że psy i ich właściciele to gatunki odmienne od gatunku ludzkiego, całkowicie i nieodwołalnie. Podkreślam „nieodwołalnie”, ponieważ było wiele rzeczy w naszym kraju, które w ostatnich czasach odwołano w sposób bezkompromisowy, podobno dla dobra narodu, co nie zawsze rozumiem.

Martwię się o Maximusa, bo to on ma konkurencję. Ludzie już nie tylko mówią, ale i szczekają. To chyba jakaś manipulacja genetyczna. Uchodźców nie wpuściliśmy, ani terrorystów, manipulację niestety dopuściliśmy do głosu. Włos się jeży na głowie. W stolicy występuje osobnik o solidnej głowie, wyraz twarzy Maximusa, podobnie lubi się uśmiechać. Niby łagodny, ale z charakterem, komiczny, prawi dykteryjki, zadaje zabawne pytania na przykład o kobiety na najwyższych stanowiskach, osoby żyjące, w istocie rzeczy dawno zmarłe. Eksperymentowanie ze zmarłymi to niebezpieczny biznes. Jednym kojarzy się z nekrofilią, innym z ekshumacją. Do wielkogłowego nie mam zaufania. Łże jak człowiek. Psy tego nie robią.

Sam już nie wiem, co myśleć o takim świecie. Może przestanę myśleć? To też jakaś rozrywka, wiele osób to robi i czują się szczęśliwi.

Myślę więc jestem. Poradnik dla nieświadomych. Część 4 i na szczęście ostatnia.

Wracam do rzeczy – ciągnął Wiktor. Kategoria druga obejmuje przypadki osób upośledzonych. Lekarze, którzy potrafią być okrutnie rzeczowi, zaliczają tu idiotów, debili i imbecyli. Nie śmiejmy się z nich, gdyż każdy z nas może znaleźć się w tej grupie. To kwestia czasu, losu i intensywności zaniedbań. Myślisz – rozwijasz się, nie myślisz – schodzisz intelektualnie na psy, może nawet i kretyniejesz.

Zgadzasz się z tym? – zapytał Wiktor niby to retorycznie, w istocie jednak chciał sprytnie poznać mój pogląd na złożoną i drastyczną materię.

Zgadzam się – wyszeptałem po chwili namysłu przytłoczony ciężarem tematu. Problem jest także w tym, że niektórzy należą do grupy poszkodowanych na umyśle, ale jakby o tym nie wiedzieli. Zapytaj jednak kogoś z rodziny lub najbliższych przyjaciół, a przetrzesz oczy ze zdumienia – dodałem pragnąc wnieść choćby niewielki wkład do teorii Wiktora.

Moja wypowiedź wyraźnie przyczyniła mi sympatii rozmówcy, gdyż łypnął na mnie życzliwie okiem.

Niemyślenie ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Dziennikarze w Australii ubolewają nad licznymi zwolnieniami z pracy w redakcjach gazet i czasopism oraz stacjach TV. Przewidują oni negatywne konsekwencje rosnącego strumienia informacji cyfrowych w Internecie. Jest tam coraz mniej treści dla ludzi myślących. Człowiek, który przyzwyczai się do treści banalnych i małowartościowych, nie będzie już umiał doceniać treści ważnych, znaczących i bardziej złożonych.

I tak powolutku zakreślamy ogromne koło ewolucji – Wiktor wyraźnie zamierzał dojść do jakieś konkluzji. Wyszliśmy od małpy, która na przestrzeni tysiącleci mądrzała, mądrzała, mądrzała, zanim spadła z drzewa i stała się człowiekiem. Są tacy, co twierdzą, że to Bóg stworzył człowieka. Oni chyba nie zdają sobie sprawy, że wśród stworzonych był także Darwin, który jako twór boży pierwszy zaczął głosić ludziom Ewolucję. Ci, którzy wierzą, że ich to Bóg stworzył, robią to tylko dlatego, ze małpa kojarzy im się źle, a Bóg dobrze. Każdy lubi być na zdjęciu z kimś Wielkim. Oni nie wiedzą, że Bóg wynalazł ewolucję, tworząc najpierw drobną bakteryjkę i pozwalając jej przekształć się w robaczka, potem w żuczka, następnie ptaszka, który stał się pterodaktylem, potem dinozaurem itd. Potem to szło już jak z góry, bo i góry były większe. Małpa, oczywiście nie ta, którą widzimy w ZOO huśtającą się na oponie, ale ta rozwinięta, okazała i ambitna, żyjąca ponad milion lat temu w Afryce zafundowała nam geny. Swoją drogą, czy można dziwić się, że ludzie lubią się huśtać?. Jeszcze jeden dowód na słuszność ewolucji. Cieszę się, że to ja go wynalazłem, mimo iż inni wynaleźli go wcześniej.

Człowiek od Małpy i ten od Boga długo chodził po ziemi, zanim zdecydował się wyruszyć na podbój kosmosu, nie zdając sobie sprawy, że właściwie to nie nauczył się dobrze żyć na ziemi. Szczęśliwie, że nadal się uczy i eksperymentuje: a to wojenkę zafunduje obcym i rodakom, wymyśli obóz koncentracyjny, zagłodzi kilkanaście milionów ludzi jak Stalin lub wymorduje pół własnego narodu jak Pol-Pot, wynajdzie bombę atomową i inne środki masowego rażenia. Lista osiągnięć człowieka jest długa. Wkrótce wejdzie on na Szeroką i Świetlistą Drogę Inżynierii Genetycznej. Nie ma takiej podłości, łajdactwa i zbrodni, której człowiek nie jest zdolny popełnić, ani takiej szlachetności, serdeczności i uczynności, której człowiek nie jest w stanie okazać. To pierwsze jest chyba jednak łatwiejsze.

Teraz mamy człowieka, który będzie stopniowo ulegał intelektualnej internetowej erozji jak gleba wywiewana przez wiatr do dżungli. Może i ludzkość tam wróci? Kocham przyrodę – twarz Wiktora wyrażała tajemnicze uduchowienie, którego nie potrafiłem odgadnąć.