Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz 225 (przedostatnia): Babochłop i historia trzech braci

– A Babochłop? Co z nim? Przecież to on rządził i to zupełnie sprawnie, kiedy byłeś w letargu. Co się z nim stało? – Sefardi przechylił się do przodu, jakby chciał lepiej słyszeć.

Barras milczał z oczami wlepionymi w przestrzeń. Przez jego twarz przebiegały cienie, choć pozostawała cały czas w słońcu. Bracia cierpliwie czekali na odpowiedź. Wydawało się, że nic z tego nie będzie, kiedy Barras obejrzał się wokoło, jakby chciał upewnić się, że nikt ich nie słyszy, po czym odezwał się przytłumionym głosem.

– To jedyny człowiek, który został skazany na śmierć, a ja nie skorzystałem z prawa łaski, aby darować mu winę i uratować życie, choć zrobił tak wiele dobrego dla kraju w najtrudniejszym dla wszystkich okresie. Nikogo wcześniej ani później tak nie potraktowałem. Głos gubernatora był bezdźwięczny. – Nie mogłem inaczej. On jedyny mógł zniszczyć naszą reputację, moją i Ekscelencji, mógł zniweczyć nasze zasługi. Zbyt dużo wiedział i zbyt dużo mógł. Był niebezpiecznym konkurentem. Poza tym to popapraniec. Tacy ludzie zawsze byli mi obcy, nawet jeśli nie okazywałem tego publicznie.

Czarna Eminencja popatrzył na brata ze smutkiem i żalem.

– Tego jednego, takiej właśnie postawy, nigdy nie mogłem zrozumieć ani zaakceptować w tobie. To zaprzeczenie boskiej miłości. Teraz boli mnie to tym bardziej, kiedy wiem, że jesteśmy braćmi.

– I to bliźniakami. To niesamowite – Sefardi uznał, że powinien przerwać ciąg tragicznych wynurzeń i oskarżeń. – Najbardziej ciekawi mnie to, jak odkryłeś, że jesteśmy braćmi.

Czarna Eminencja poprawił fałdę na sutannie. Przypomniał sobie początek historii. Było to przypadkowe odkrycie. Przeglądał księgi rejestrowe parafii w miasteczku, gdzie spędził dzieciństwo w domu dziecka. Przyjechał tam, aby pomóc przyjacielowi odtworzyć drzewo genealogiczne i przypadkowo natknął się na zapis dotyczący urodzin trzech chłopców. Urodzili się tego samego roku, miesiąca i dnia. Zaintrygowało go to, bo była to także data jego urodzenia. Uznał, że dwaj pozostali bliźniacy musieli być jego braćmi. Nie miał pojęcia, że w ogóle miał rodzeństwo, nikt mu nigdy o tym nie mówił. Wychowywał się sam, był adoptowanym dzieckiem.

– Tajemnicę odkryłem idąc po nitce do kłębka, nie od razu. Najbardziej zdziwiłem się, kiedy dowiedziałem się, że to wy dwaj jesteście moimi braćmi. Trafiliśmy do różnych rodzin, mieliśmy różne nazwiska. Nurtowało mnie, dlaczego rodzice oddali nas pod opiekę osób trzecich. Okazało się, że to nie rodzice, tylko matka. Ojciec był przeciwny, ale chyba nie za bardzo, skoro tam trafiliśmy.

– Jak dowiedziałeś się tych wszystkich szczegółów z naszego dzieciństwa, o których nam mówisz, mając do dyspozycji tylko oficjalne dokumenty? – Sefardi zadał pytanie, wiedziony nie tylko chęcią poznania własnej historii, ale i instynktem pisarza, badacza ludzkich losów.

– Wytrwale szukałem informacji. Zajęło mi to dużo czasu, na szczęście miałem go dosyć. No i miałem zacięcie do zgłębiania przeszłości. Rozmawiałem z kierowniczką domu dziecka. Staruszka niewiele już pamiętała, ale to wydarzenie akurat zapadło jej w pamięć. Niektóre szczegóły dodatkowo potwierdziła i uzupełniła opiekunka dzieci, niewiele od niej młodsza. Chcielibyście na pewno wiedzieć, dlaczego matka oddała nas w obce ręce. Mogę się tylko domyślać, właściwie to mam prawie pewność. Nasza matka była kobietą samodzielną, wyzwoloną i ambitną. Tak jak inne wyzwolone kobiety, czy wściekłe baby, jak mówił o nich Babochłop, których antyprokreacyjne postawy zwalczaliśmy tak namiętnie. Być może zaszła w niechcianą ciążę albo uznała, że dzieci będą jej ciężarem w życiu i karierze zawodowej. To indywidualistka, która urodziła się kilkadziesiąt lat za wcześnie. Dzisiaj zapewne walczyłaby z państwem i kościołem, a nawet z Bogiem, o niezależność dla wszystkich kobiet. Dobrze, że nie skończyliśmy gorzej.

– Historia naszego dzieciństwa jest zbyt przytłaczająca. Nie jestem już w wieku sprzyjającym grzebaniu się w rodzicielskiej niepoczytalności. Porozmawiajmy o czymś innym. – Zaproponował Barras.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 168: Dni powodzi i tornado

Następnego dnia, była to środa, woda pozostała po gradobiciu i ulewne deszcze padające w nocy oraz oberwanie chmury nad samym ranem spowodowały wielką powódź. Ulicami Afary płynęły samochody, zupełnie jak łódki, zatrzymując się na drzewach, znakach drogowych, murach i przypadkowych wzniesieniach. Woda rwała ulicami, podmywając budynki i wypełniając mętną cieczą piwnice, podwórka i mieszkania na parterze, w obniżeniach terenu sięgając nawet okien pierwszego piętra. W mieście co najmniej sześć domów zostało całkowicie pochłoniętych przez żywioł. Silnym opadom towarzyszyły gwałtowne porywy wiatru i skoki ciśnienia.

Ludzi ogarnęła panika większa niż pierwszego dnia.

Osoby starsze, matki i ojcowie rodzin, padali na klęczki i modlili się błagając Boga o zachowanie ich przy życiu, niektórzy umierali na miejscu na serce lub duszności, dodatkowo przerażeni niepewnością, dokąd trafią, do nieba czy do piekła.

Młodzi ludzie zachowywali się inaczej. Niepewni najbliższych godzin, jedni pili na umór, inni rozpaczliwie uprawiali miłość w nadziei, że spłodzą potomstwo, które cudem ich przeżyje. Domy publiczne pękały w szwach. Najnowszy z nich, o nazwie Cezarea, oddany do użytku tydzień wcześniej, miał zajęty cały parter, gdzie ceny pokoi i usług rywalizowały z niebywałym luksusem. Była to starannie odrestaurowana kamienica przy ulicy Larga, piękna i pachnąca świeżością jak kobieta od pewnego czasu śniąca się nieprzerwanie siostrzeńcowi Sefardiego. Pierwsze piętro, równie eleganckie i niewiele mniej kosztowne niż parter, jak również trzecie piętro, gdzie mieściły się pokoje z tabliczką „Samoobsługa” i wizerunkiem kształtnej męskiej dłoni, dysponowały dwom wolnymi pokojami wynajmowanymi na godziny.

Na drugim piętrze burdelu mieściła się dyrekcja, palmiarnia i siłownia z sauną. W dzień wielkiej powodzi gościli na siłowni tylko mężczyźni nieświadomi lub niepomni, że piętro wyżej i piętro niżej dostępne są rozrywki ciekawsze i milsze niż bieganie w miejscu po ruchomej taśmie lub uporczywe wyciskanie sztangi. Tych, którzy przeżyli, nazywano potem Narcyzami, ćwiczącymi tylko po to, aby napawać się w lustrze widokiem wymodelowanego czteropaku na brzuchu i wypchanych steroidami bicepsów. Na ulicy niedorostki drwiły z nich rzucając z bezpiecznej odległości uszczypliwościami w rodzaju „mały ptaszek w dużej klatce”.

W piątek nad miastem i okolicą przeciągnęło tornado, unicestwiając po drodze wszystko, co stawiało opór jego maniakalnej sile. W pierwszej kolejności ofiarą padały duże, przestrzenne obiekty, lżejszej konstrukcji budynki, samochody, stogi siana, stodoły, drzewa, czasami także słupy i stacje sieci energetycznej.

Wiatr nasilał się coraz bardziej, uderzał falami z taką furią, że ludzie musieli odwracać się frontem do niego i pochylać do przodu, aby nie dać się powalić i szukać schronienia pod drzewem lub murem, gdziekolwiek istniała osłona. Nie mogąc jej znaleźć padali na ziemię, aby tylko zmniejszyć uderzenia wiatru. Był on tak zimny, że ciarki ludziom chodziły po plecach, dreszcze chwytały ciała w żelazne obręcze, skóra kurczyła się boleśnie i dostawała gęsiej skórki. Wskutek strachu nawet najcieplej ubrani przechodnie nie czuli potu na skórze, ponieważ wichura przenikała najdrobniejsze szparki tkaniny usuwając wilgoć z ciała.

Na przystani jachtowej wiatr uderzył w rosłą dziewczynę z taką siłą, że uniósł ją w powietrze z szalem furkoczącym jak flaga i rzucił w spienioną wodę. Świadkowie zdarzenia zamarli z przerażenia. Jeden z nich sprawdził potem kroniki wypadków w poszukiwaniu informacji, kim była nieszczęsna ofiara, ponieważ chciał złożyć kwiaty i zapalić świeczki w miejscu wypadku. W tej sprawie ukazało się nawet ogłoszenie prasowe, nie odnaleziono jednak nikogo, kto zginąłby w czasie wichury tamtego dnia. Poszukiwacz tragicznej informacji odetchnął z ulgą, że chyba uległ złudzeniu, choć byłby gotów przysiąc lub założyć się o dużą sumę, że takie zdarzenie miało miejsce.

W mieście potężny wir powietrza porwał stojący przy drodze samochód osobowy, na szczęście bez pasażerów, i rzucił nim z taką siłą, że przebił świeży jeszcze mur wkomponowując weń pojazd. Najzdolniejszy rzeźbiarz nie wyśniłby tak udanej kompozycji, nie mówiąc o jej stworzeniu. Po ustaniu zabójczej pogody ludzie przybywali setkami, aby oglądać fenomen: samochód idealnie zawieszony wewnątrz muru, z drzwiami po obydwu jego stronach. Instalacja była tak niezwykła, że władze miasta zdecydowały się zbudować w tym miejscu Muzeum Żywiołów Atmosferycznych. Grupa artystów konstrukcyjnych proponowała nazwę Muzeum Sztuki Piekielnej, bardziej przemawiającą do wyobraźni i nawiązującą do diabelskiego charakteru dzieła. Powołano do życia komitet organizacyjny, który miał zająć się wykupieniem działki i sfinansowaniem inwestycji. Do transakcji nie doszło z uwagi na potrzeby odbudowy masowych zniszczeń kraju. Były one tak wielkie, że obywatele odmówili wsparcia idei budowy muzeum określając ją jako „wyrzucanie pieniędzy w błoto” oraz „zamurowywanie w ścianie”.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 108: Testament. Pani Godano i ksiądz Terrano.

Śmierć Sefardiego Baroki przyniosła znaczące odszkodowanie jego najbliższej rodzinie. Okazało się, że był wysoko ubezpieczony od ponad dwóch lat. Nie była to kwota szokująca, ale na tyle duża, że można było za nią kupić dom w dobrej dzielnicy. Nie pałac czy dworek z wielkim parkiem, ale przyzwoity kilkupokojowy dom z ogrodem, ogrodzony i osłonięty gęstym żywopłotem przed oczami ciekawskich. Odszkodowanie przypadło drugiemu pokoleniu zstępnych, wnukom i wnuczkom zmarłego. Dokonując zapisu darczyńca zastanawiał się, czy osoby pominięte w testamencie nie rozpętają wojny domowej. Aby zmniejszyć ryzyko niesnasek rodzinnych, starał się nie dyskryminować ani nie wyróżnić nikogo, dając jedynie wyraz swojemu poczuciu sprawiedliwości. Sefardi nie byłby jednak sobą, gdyby nie użył sztuczki gwarantującej akceptację jego postanowień. Postawił prosty warunek. Wyjaśnił go z pewną wylewnością w liście do rodziny, stanowiącym formalny załącznik do testamentu.

„Nie jestem apodyktyczny, chciałem jak najlepiej, ustaliłem jak najmądrzej, kierując się rozumem, uczuciami jak i poczuciem sprawiedliwości. Nie jestem apodyktyczny i dlatego daję wam wybór: albo w ciągu trzech miesięcy od otwarcia testamentu zgodnie przyjmiecie jego zapisy, takie jakie one są, albo całość darowizny przeznaczona zostanie na cel dobroczynny. Na świecie jest tyle ubóstwa, że obdarowani będą całować ślady moich rąk na testamencie i stóp wyciśniętych na płycie Muzeum Sefardiego Baroki, które zafundowałem sobie z próżności”.

W imieniu rodziny głos zabrała Penelopa. Przyznała, że żyli obok siebie od wielu lat, często nie widząc się i nie kontaktując przez kilka tygodni z rzędu. Zachęciła członków rodziny do przyjęcia testamentu, określając go jako „okrutny wyrok niezrównoważonego świętej pamięci męża”. Po namyśle, którego długość zaczęła niepokoić zebranych, dodała: teraz rozumiecie, dlaczego unikałam tego człowieka mieszkając pod jednym dachem. Trudno mi nie nazwać go inaczej niż … Poszukiwanie właściwego słowa zajęło jej dostatecznie dużo czasu, aby siostrzenica zdążyła podejść do niej i ujmując ją za rękę, odwieźć od zamiaru składania dalszych wyjaśnień:

– Ciociu, to wszystko, co o nim powiesz, dostanie się do prasy. Chyba nie chcesz, aby i ciebie określono mianem potwora?

*****

Kiedy Anastazja Godano zadzwoniła i poprosiła o widzenie, ksiądz Terrano niezbyt chętnie zgodził się na spotkanie. Umówili się w salce katechetycznej przy plebanii. Kobieta zaskoczyła księdza podwójnie: była w pełnej żałobie i wyraziła pragnienie nawrócenia na wiarę katolicką, wiarę przodków, jak to określiła. Ksiądz uznał jej życzenie za niezwykłe; przez lata uważał ją za nieugiętą agnostyczkę, choć nie obnosiła się ze swoim niedowiarstwem. Oboje wiedzieli o sobie dużo, ponieważ oboje byli bliscy Sefardiemu. Do spotkania i prośby ośmielił ją fakt, że Sefardi mówił jej dużo dobrego o Amizgao.

– Uważał księdza za osobę godną najwyższego zaufania. – Podsumowała, schylając głowę z uznaniem. Wyznała to ze szczerością kobiety, która straciła więcej niż przyjaciela i poszukuje pocieszenia. – Sefardi mówił mi, że ksiądz uważa Boga za swego przyjaciela. On sam był księdza przyjacielem większym niż Bóg. – Pewne wahanie widoczne w jej głosie wynikało z niepewności, czy dostatecznie dobrze rozumie relacje między Bogiem a człowiekiem.

– To niezwykłe wyznanie. Sefardi był moim przyjacielem podobnie jak jest nim Stwórca, ale to inny rodzaj przyjaźni. Nasz wspólny, nieżyjący już przyjaciel był ciekawym i oryginalnym człowiekiem, bardzo nietuzinkowym. Łączyła nas miłość do literatury, a szerzej – do sztuki. Wie pani, szanowna pani Anastazjo – ksiądz ożywił się, oczy mu rozbłysły – on widział i rozumiał życie jako teatr, scenę, gdzie ludzie nie żyją naprawdę, tylko grają role. Tak to kiedyś określił. Najbardziej bliski był mu teatr groteski i absurdu. Spieraliśmy się nawet ot, oczywiście bardzo przyjaźnie, co oznaczają te dwa pojęcia. Sefardi uważał, że groteska i absurd najlepiej tłumaczą złożoność ludzkiego życia i postępowanie samych ludzi. A jeśli nie tłumaczą, to przynajmniej przybliżają i objaśniają. To go szalenie fascynowało. Miałem wrażenie, że jest bliski szaleństwa, a bardziej konkretnie, bliski choroby psychicznej. Bałem się o niego. Dlatego pogrzeb, jaki zainscenizował, nie zdziwił mnie nadmiernie.

Dziecinnym ruchem ręki rozmówczyni poprawiła sukienkę na kolanach, po czym zaśmiała się serdecznie.

– Nie mogę zgodzić się z księdzem. Sefardi miał tylko bardzo bogatą wyobraźnię. Jeśli coś mówił, co przypominało szaleństwo, to był to tylko wytwór płodnej wyobraźni wynalazcy. Obawiam się, że nie wyjawił księdzu swoich rzeczywistych poglądów na życie, tylko coś w rodzaju złożonych konstrukcji czasomierzy, które uważał za boski wytwór, a później także pomysłów powieści, jakimi się pasjonował. Wiem to najlepiej, ponieważ nikt nie był tak blisko niego jak ja. – Po przedstawieniu swoich racji Anastazja ścisnęła kolana i opuściła oczy. 

Ksiądz w milczeniu zaakceptował jej sprzeciw wobec swoich obserwacji, nie tylko dlatego, że był przyzwyczajony do sprzeciwu i odmienności opinii. W jednej chwili zrozumiał serdeczność relacji łączących siedzącą przed nim kobietę z Sefardim. Nie poświęcił tematowi więcej uwagi. Zdziwił się tylko pierwszemu odruchowi zniecierpliwienia, kiedy usłyszał opinię rozmówczyni.

– Pani mu pomagała w ostatnich dniach jego życia. – Zmienił temat rozmowy.

Brwi Anastazji uniosły się do góry. – Skąd ksiądz to wie?

 

3Shares

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych. Opowiadanie absurdalne, ale niekoniecznie urojone.

Francisco Goya: Prostak.

Prezydent Nafciarzy Zjazdowych obudził się. Coś mu ciążyło. Nie był to kask na głowie, w którym lubił się pokazywać podczas jazdy w dół. Była to imaginacja. Musiała pojawić się w nocy, bo wcześniej jej nie zauważył. Na wszelki wypadek zajrzał do słownika, aby sprawdzić, że nie jest to nic chorobliwego ani niebezpiecznego. Okazało się, że imaginacja to to samo co wyobraźnia. Prezydent poczuł się lepiej.

Postanowił podzielić się swoim odkryciem z innymi. Nie był egoistą. Zorganizował publiczną manifestację. Przyszli klakierzy i prości obywatele, którzy lubili jego krzyki. Krzyczał bardzo donośnie. Podniecał się przy tym.

Po części oficjalnej poświęconej dyskusji, jaki to on jest mądry, pracowity i nieustraszony, zebrał się w sobie, zaróżowił na twarzy i lekko wzdął policzki. Robił to zawsze, to go wyróżniało. Potem przemówił. Mówił o wyimaginowanym wspólnym domu. Mieszkał razem z rodziną i znał wyraz „wspólny”.

– Wspólnego domu nie ma! To znaczy jest, ale jest wyimaginowany! Prawdziwy musimy dopiero stworzyć. Tu u nas. Będzie to dom okratowany, bezpieczny, po którym będę mógł jeździć bez ograniczeń na białym koniu. Wspólnego domu nie ma! – Powtórzył głośno, aby go dobrze zapamiętano.

Otaczający go klakierzy i dwaj prości obywatele uwierzyli mu. Inni nie. Ktoś zapytał go z głupia frant:

– A te sto miliardów waluty netto, jakie otrzymaliśmy od wyimaginowanego wspólnego domu na przestrzeni kilkunastu lat, to co? Skąd się wzięły? Spadły z nieba?

Prezydenta zamurowało. Nie miał pojęcia o żadnych pieniądzach, netto czy brutto. Był prostym człowiekiem, wykształconym, ale prostym. W szkole mówiono mu nawet, że jest prymitywny, ale nie wierzył.

Zamurowany na beton stał tam jeszcze wieczorem. Ludzie przychodzili i oglądali go. 

– Ożyje jak ci kamienni rycerze z gór, kiedy przypomni sobie, czy wspólny dom istnieje czy nie – pocieszali się znajomi, którzy przyszli zrobić sobie zdjęcia z zamurowanym prezydentem. Rozsyłali je potem do przyjaciół w kraju i za granicą.

Wkrótce cały świat usłyszał o prezydencie Nafciarzy Zjazdowych. Powtarzano jego słowa, komentowano, a nawet oprawiono w złotą ramkę. Ukazały się wraz z ramką w Księdze Ginesa, pod hasłem „Bełkot polityczny”.

2Shares