Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 152: Śledztwo

Przez kilka dni w Laboratorium panował marazm. Wszystkim udzieliło się przygnębienie i poczucie klęski. Pracownicy snuli się po korytarzach i pomieszczeniach, patrząc niewidomym wzrokiem przed siebie. Konioczłowiek, nad którym pracowali tak długo i z tak ogromnym oddaniem, okazał się nieudanym eksperymentem. Nie było wiadome, jak i dlaczego nastąpił zgon, a nawet co stało się z ciałem Półkonia. Zarząd nie udzielał żadnych informacji, jakby celowo nabrał wody w usta.

Domyślano się, że ciało Półkonia zostało spopielone, nie można było jednak wykluczyć, że je zamrożono z myślą o wykorzystaniu dla badań i eksperymentów. Decydował o tym zarząd, głównie Nina Aleman. Nie można było jej o to zapytać. Była niedostępna, pozostawała w zamknięciu w swoim mieszkaniu. Nie przychodziła nawet do restauracji ani kawiarni; posiłki dostarczano jej bezpośrednio do pokoju.

Wkrótce atmosfera zgęstniała. Pojawiły się sugestie, że nie był to zwykły zgon, że ktoś musiał pomóc Josefowi zejść z tego świata. Podejrzewano otrucie, zadawano pytania, w czyim interesie był ten zgon, jak również spekulowano, że Zespół Inżynierii Genetycznej mógł popełnić fatalne błędy. Jego pracownicy protestowali oburzeni podejrzeniami, tym bardziej, że przez tyle dni i nocy dokładali starań, aby zachować przy życiu Josefa, kiedy był w krytycznym stanie zdrowia w okresie śpiączki letargicznej. Byli wściekli również na siebie, że w długim procesie tworzenia konioczłowieka nie objaśniali zarządowi i pracownikom na problemów, wyzwań i zawiłości, z jakim mieli do czynienia.

*****

Niezależnie od śledztwa prowadzonego przez Aarona i jego ludzi, profesor Kary postanowił sprawdzić, czy jego zespół nie popełnił przypadkiem poważniejszego błędu chirurgicznego. Nie nazywał tego dochodzeniem, ale analizą zaszłości. W obronie także własnego honoru pracownicy Inż-Genu wytrwale wertowali regulaminy, instrukcje i procedury. Pracowali tylko do czasu, kiedy wspólnie uznali, że ich wysiłki to czysty wygłup, szukanie igły w stogu siana, ponieważ większość regulaminów, instrukcji i procedur powstawała w trakcie operacji, nie mogła więc być doskonała.

Wobec braku postępów śledztwa, Aaron zaczął podejrzewać, że ktoś je utrudnia, zacierając ślady i podrzucając fałszywe dowodu. To go skłoniło do przyjęcia bardziej zdecydowanych metod. Zespół ogarnęła taka determinacja, że wkrótce zaczęto ich oskarżać o stosowanie terroru w śledztwie. Podejrzewali różnych ludzi i różne przyczyny, błędy w trakcie operacji, ignorowanie wad genetycznych, sabotaż, a nawet morderstwo przez otrucie. Wobec pracowników – domniemanych sprawców przestępstwa – Zespół Bezpieczeństwa stosował długie i intensywne przesłuchania, aby wydobyć z nich choćby cząstkę tajemnicy zgonu Josefa. Był to najgorszy czas dla organizacji.

– Szukamy prawdy – to hasło uzasadniało stosowanie przez Aarona najbardziej drastycznych działań i podejmowania najdziwniejszych tropów.

Dochodzenie nie doprowadziły do znaczących konkluzji. Udało się tylko ustalić z całą pewnością, że Josef Półkoń dosłownie padł wskutek gwałtownego zawału serca z powikłaniami. Wcześniejsze badania Josefa, prowadzone regularnie i z należytą starannością, nie wskazywały w ogóle na jakiekolwiek problemy sercowe.

– Inżynieria genetyczna i tworzenie żywej istoty w warunkach laboratoryjnych to sprawy przekraczające ludzkie możliwości. To rola pana Boga. Człowiek nie powinien w ogóle się do tego zabierać – podsumował Klecha, były ksiądz, zdegradowany i ekskomunikowany przez kościół za zbyt liberalne poglądy i krytykę władz. Kierowany pragnieniem pojednania pracowników Laboratorium i przywrócenia im poczucia wspólnoty, Klecha podjął modlitwy za duszę zmarłego Josefa. Spotkało się to z mieszanym przyjęciem, ponieważ większość laborantów była sceptycznie ustosunkowana do praktyk religijnych.

*****

Głowy laborantów wręcz puchły od myślenia, troski i niepokoju. Kiedy patrzyli na siebie, wydawały im się wielkie jak u konia, ucieleśnienia wszystkich znanych im koni, śniących się po nocach. W tym ucieleśnieniu widzieli ideał przyświecający tworzeniu hybrydy. Tak to odczuwali, kiedy mieli wszystkiego dość. Nachodziły ich wtedy żarty i głupoty. Odreagowywali w ten sposób stres, samotność i niepewność. W dni złej pogody, kiedy ciśnienie na barometrze skakało wyżej niż zdziczały królik objedzony szalejem, najgorzej czuli się meteopaci.

W dzień szczególnie podłego nastroju załogi, Nina Aleman, w porozumieniu z zarządem, udzieliła laborantom dyspensy od dyscypliny określonej regulaminem. Decyzję przyjęto z entuzjazmem. Na stołach pojawił się alkohol w dużych ilościach i różnych gatunkach, nie wiadomo skąd, bo pracownicy nie mieli dostępu do sklepów. Dawno już nie ucztowali z udziałem alkoholu, nie żałowali więc sobie. Następnego dnia, niezależnie od samopoczucia, chwalili życzliwą decyzję zarządu.

– Potrzebowałem takiej uczty jak płuca powietrza. Byłem już na krawędzi nerwowego załamania. – Przyznał Niedźwiedź, tego dnia szczególnie rozkudłany na głowie. – To pijaństwo było aktem higieny ciała, duszy i umysłu.

Inni członkowie załogi z wyjątkiem abstynentów byli podobnego zdania. Ci ostatni czuli się podwójnie poszkodowani; nie dość, że nie uczestniczyli w libacji, to z racji swojej trzeźwości musieli pełnić dyżury, kiedy koledzy i koleżanki bawili się wesoło.

 

3Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 105: Dochodzenie w zakładzie pogrzebowym

Siedząc przy biurku, kapitan gapił się na kartkę z rysunkiem urny na katafalku. Poczuł głęboką niechęć do donosiciela, należącego do kategorii osób, którymi pogardzał. Kapusie i kolaboranci. To była jego definicja. Z formy i treści donosu domyślał się, że pisała go osoba, prawdopodobnie mężczyzna, która – podobnie jak wielu innych ludzi – serdecznie nie znosiła pisarza za jego przemądrzałość i zadzieranie nosa. Ważne było, jaki był cel donosu: uczciwie poinformować policję o niezwykłym przestępstwie czy tylko wywołać sensację publiczną. Miał wątpliwości czy donos jest w ogóle wart rozpoznania. W sprawie śmierci i pogrzebu pisarza policja miała już tyle anonimów, że nie wiedział, czy w ogóle zajmować się tym, który leżał przed nim. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.

– Zawsze przerywają mi, kiedy podejmuję decyzję w jakiejś sprawie – mruknął do siebie, po czym krzyknął „Proszę wejść”.

Po chwili zjawił się w pokoju komisarz, jego podwładny.

– Co sądzisz o tym donosie na denata, Sefardiego Barokę? – od progu zapytał przełożonego. Kapitan nic nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę po świstek papieru leżący przed nim na biurku, po czym wskazał koledze krzesło przy bocznym stoliku. Usiedli obok siebie i komisarz powoli i głośno sam przeczytał donos.

– Czy jest w nim coś, co może świadczyć o prawdziwości podejrzeń? Bo jeśli nic takiego nie ma, to musimy przyjąć, że to bujda wyssana z palca. Jakiś kawał. Nie brakuje przecież ludzi, którzy widzą we wszystkim oszustwo, kłamstwo, spisek, a jeśli go nie dostrzegają, to chętnie wymyślają swoją teorię spiskową.

– Uważam, że donos może być zgodny z prawdą. – Zdecydowanie oświadczył kapitan.

– Co cię skłania do takiego poglądu? Przed chwilą sam wątpiłeś, czy w ogóle warto tym się zajmować.

– Tu jest za dużo konkretów. Kiedy czytałeś na głos, mogłem się nad tym zastanowić. Dokładny czas rozpalenia stosu, liczba Hindusów obsługujących stos, no i najciekawsze, fragment czegoś białego, jakiegoś materiału wystającego spomiędzy kawałków drewna. Ten ktoś chyba dobrze wiedział, jak wygląda pogrzeb w Indiach. Pisze też, że zmarłych chowa się ubranych na biało. W Indiach biały kolor to kolor żałobny. Kto u nas wie coś takiego? To szczegół, który najbardziej mnie przekonuje. Moim zdaniem, w tej tajemnicy jest ziarno prawdy.

Po chwili namysłu komisarz milcząco zgodził się z przełożonym. – Zajmę się tym od razu. Sam pojadę do zakładu pogrzebowego, gdzie miała odbyć się kremacja.

Zakład pogrzebowy mieścił się na obrzeżu miasta na terenie ogrodzonym siatką metalową rozciągniętą między solidnymi słupkami na betonowej podmurówce. Posesja miała kształt wydłużonego prostokąta. W jednym końcu, od strony bramy wjazdowej, znajdowało się biuro obsługi klientów, gdzie stale obecna była sekretarka, a obok niego kwiaciarnia i salon akcesoriów pogrzebowych. Z tyłu budynku miały swoje biura właścicielka zakładu i skąpy personel administracyjny.

W drugim, dalszym budynku, oznaczonym przy wejściu tabliczką „Tylko dla personelu” były pomieszczenia dla pracowników, z szatnią, przebieralnią, prysznicami, ławkami oraz magazyn zaopatrzenia we wszystko, co tylko klienci i pracownicy mogli potrzebować, a więc kwiaty, wieńce, trumny, artykuły biurowe, środki czyszczące. Do budynku przylegały garaże; na wyposażeniu firmy były dwa klimatyzowane karawany. Autokary do przewozu żałobników zakład wynajmował od zaprzyjaźnionej firmy transportowej. Przewóz gości pogrzebowych nigdy nie nastręczał problemów; w miasteczku i sąsiednich miejscowościach znajdowało się kilka firm świadczących takie usługi.

Trzeci budynek był niewidoczny z dwóch pozostałych i nie bez powodu. Mieściła się tam chłodnia do przechowywania zwłok, salka przygotowania zwłok do pochówku, czyli wykonania kosmetyki pośmiertnej włącznie z balsamowaniem i ich ubrania. Na samym końcu znajdowało się małe nowoczesne krematorium. Budynek był przemyślnie ukryty wśród drzew. Jego drzwi zdobiła duża tabliczka: „Wejście wyłącznie dla pracowników”.

Na biurku sekretarki, chudej i wyniosłej, jakby reprezentowała bardziej świat zmarłych niż żywych, stała tabliczka „Obsługa klienta”. Komisarz zadał jej kilka pytań i przejrzał udostępnioną mu dokumentację. Potem zapoznał się z pozostałymi pomieszczeniami i porozmawiał z pracownikami. Nikt nie odmówił mu pomocy, czuł jednak niechęć personelu. Nie dziwił się temu, był intruzem zakłócającym normalny tok pracy. Zakład wydawał się być dobrze prowadzony i nic podejrzanego nie rzuciło mu się w oczy.

Pracownik zakładu odprowadzający go do samochodu, niemłody mężczyzna o twarzy niedożywionego cierpiętnika, podpowiedział mu, aby pojechał w miejsce uroczystości pożegnalnej.

– Może tam coś pan znajdzie.

Sugestia była uprzejma, zabrzmiała jednak jak uszczypliwość. Policjant pomyślał, że wyprowadził go z równowagi swoimi drobiazgowymi pytaniami, być może stwarzając wrażenie, że szuka dziury w całym. Z jego pytań pracownik mógł wywnioskować, że policja ma wątpliwości na temat kremacji, której on sam nie wykonywał, ale która nigdy nie budziła w nikim wątpliwości. Mężczyzna pracował tutaj wiele lat i szczycił się pracą w zakładzie uznawanym za najlepszy w mieście, raz nawet w kraju. Wracając do swoich obowiązków popatrzył na oprawione w złote ramki certyfikaty i dyplomy uznania wiszące na ścianie. Znał je na pamięć. Uważał je także za swoje osiągnięcie.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 60: Kto okrada państwo? Sefardi wyrusza do Casi.

Informacja była poufna: Barras Blawatsky i jego najbliżsi współpracownicy spotykają się po cichu w prywatnym survivalowym ośrodku szkoleniowym ukrytym głęboko w lasach. Sefardi podjął natychmiastową decyzję wyjazdu. Poprzez zaufanego członka z lokalnego fan clubu wynajął przewodnika, byłego leśniczego. Ostrzeżono go, że bywa prostacki i wulgarny, ale jest skuteczny. W dodatku, ryzykując wiele, brał niewygórowaną opłatę za swoje usługi.

– Jest po naszej stronie. – Podkreślił człowiek z fan clubu, sugerując, że może warto byłoby zebrać więcej informacji o przewodniku.

Wulgaryści brutalnie sprowadzali zagadnienie do pytania, kto i jak okrada kraj. Oskarżano o to różne grupy nacisku, włącznie z organizacjami lobbingowymi, „dbającymi wyłącznie o interesy swoich zleceniodawców i okradających kraj poprzez zawyżanie kosztów, ukrywanie dochodów i unikanie podatków”. Najczęściej wymieniano jednak masonów, twierdząc, że wszędzie mają swoich przedstawicieli, nawet w toaletach publicznych, i są „niesamowicie wyrafinowali i wytrwali, ćwicząc do upadłego sprawność przemawiania, przekonywania i odpierania argumentów”. Sefardi ignorował takie bzdury i uproszczenia.

Sprawa wypłynęła jak zwykle na spotkaniu przy krawężniku. Dyskusja była chaotyczna. Krytykowano liberałów jak i rządzących konserwatystów. Tych ostatnich oskarżano, że udają patriotów, najchętniej pracują nocą, kiedy opozycja jest rozespana i nieuważna, mydlą oczy swoimi gadkami i rozwlekle przemawiają, aby nie dopuścić oponentów do głosu. Przy okazji rząd oskarżano o nepotyzm, zatrudnianie rodzin i przyjaciół na wysokich stanowiskach, przekupywanie posłów opozycji i kolesiostwo. Przewodniczący zebrania uznał dyskusję za nieproduktywną jałową i zaproponował jej zakończenie. Uczestnicy zgodzili się jedynie, że w rządzie istnieje utajniona grupa ludzi, którzy okradają państwo. Kim konkretnie byli ci ludzie i jakimi metodami działali, nie wyjaśniono.

W parlamencie Konserwa wyśmiewała stawiane jej zarzuty. W ostrej wymianie zdań, jej przedstawiciele szyderczo zaproponowali dopisanie do słownika parlamentarnego wyrażeń takich jak żłób, nieposkromiona chciwość władzy, szalbierstwo, stanowisko prezesa dla prostej sprzątaczki, mnożenie wiceprezesów i premie świąteczne.

*****

Cel wyjazdu Sefardiego do Casi był prosty: dowiedzieć się, co robią członkowie rządu w ukrytym na odludziu ośrodku survivalowym. Sefardi podejrzewał, że ich spotkania mają związek z powiększającą się dziurą budżetową. Był to gorący temat, drugim było bogacenie się Abenaki. Zaśmiał się, kiedy przyszło mu do głowy, że nazwa koncernu brzmi jak imię japońskiej kobiety. – Abenaki! – powtórzył kilka razy. Tkwił w sprawie po uszy.

Po przyjeździe do Casi Mistrz udał się śpiesznie do wynajętej prywatnie kwatery. Pilnował się, czy ktoś go nie śledzi. Na miejscu sprawdził tylko drzwi i okna, rozpakował walizkę i wziął prysznic. Potrzebował wypocząć. Z przewodnikiem zamierzał skontaktować się później, kiedy będzie w pełni sił. Wynajmujący mu pokój właściciele domu, małżeństwo z psem myśliwskim, u których się zatrzymał, nie znali jego tożsamości ani celu wizyty. Wiedzieli tylko tyle, ile im powiedział: przyjechał do Casi, aby wypocząć spacerując i napawając się urokami lasu.

Popołudnie przyniosło niespodziankę, uniemożliwiając Mistrzowi sjestę. Nieoczekiwanie zgłosił się przewodnik i zaczął go przekonywać, aby natychmiast udać się do lasu, gdzie dzieją się przedziwne rzeczy.

– Czas nam wyjątkowo sprzyja. Zbliża się wieczór i narasta mgła. Od czasu do czasu przechodzi mżawka. To ułatwia poruszanie się bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. Zobaczy pan coś zaskakującego, czego nikt nie spodziewa się w lesie. Będzie mi pan za to dziękować. – Stwierdził usprawiedliwiająco zauważając grymas niechęci na twarzy gościa niechętnego zagłębić się natychmiast w mroczny las w czasie złej pogody.

Przewodnik okazał się młodym i szczupłym mężczyzną. Sefardi patrzył na niego z podejrzliwością, gdyż oczekiwał starszego i raczej tęgiego mężczyzny. Kiedy o tym wspomniał, przybysz potwierdził, że był dużo tęższy, lecz stracił na wadze dzięki intensywnym ćwiczeniom fizycznym i ograniczaniu posiłków. Dostrzegając na twarzy Sefardiego cień zwątpienia wyjaśnił, że rodzina jego byłej żony rozpowszechnia o nim podłe plotki i pogłoski.

– Tutaj ludzie chętnie kłamią, szczególnie alkoholicy i degeneraci, całe to potomstwo ubóstwa, ograniczeń i tępoty. – Mężczyzna uniósł się. – To dlatego tajne obozy survivalowe rozpanoszyły się po lasach. Mało kto o nich wie, bo okoliczni mieszkańcy ukrywają prawdę. Organizatorzy obozów i dostawcy zaopatrzenia zmuszają ich do tego. Pracownicy są wyrzucani z pracy lub szantażowani, jeśli coś wspomną na ten temat. Panuje powszechny strach. Kłamstwo dezorientuje wszystkich. Może pan mówić o sobie, że jest pan rewolucjonistą i tak panu nikt nie uwierzy.

Sefardi nie słuchał przewodnika. Uważał, że przesadza lub zmyśla, zastanawianie się nad jego wynurzeniami odłożył na później. Był trochę przeziębiony i rozmawiając kichał od czasu do czasu. Gość wyciągnął zza pazuchy piersiówkę i nalał z niej jakiś alkohol do dwóch metalowych kieliszków, stanowiących nasadkę. Niezrażony odmową natychmiastowego udania się do lasu, przekonywał Sefardi do zmiany planu. Kiedy ten kichnął, podał mu kieliszek wyjaśniając, że jest to lekarstwo.

– Nie jest mocne, choć jest na spirytusie. Kicha pan, to lepiej chronić się przed przeziębieniem i lub inną zarazą. Wilgoć na tym bagiennym terenie, zwłaszcza w lesie, bywa zabójcza dla ludzi z miasta.

Mistrz był nieufny. Chciał wiedzieć, co to za specyfik.

– Lekarstwo. Niech pan wypije. O razu poczuje się pan lepiej. To moja własna nalewka i to dobrego gatunku. – Wyjaśnił leśniczy, po czym duszkiem wychylił swój kieliszek i wstrząsnął głową.

– Gdybyś wiedział, człowieku, co to za piorunująca mieszanka, to nigdy nie wziąłbyś tego do ust. – Pomyślał niechętnie o Sefardim, gdyż nalewka zrobiona była z dzikich owoców leśnych z dodatkiem narkotyku podrzuconego mu przez znajomego celnika.

Mistrz poczuł się znacznie lepiej po wypiciu kieliszka. Wróciła mu wiara w siebie, animusz i chęć działania. Był gotów przyznać, że lekarstwo mu pomogło, gdyby nie perspektywa mrocznego, przesiąkniętego wilgocią lasu. Ostatecznie zdecydował się wyruszyć na wyprawę.

 

2Shares