Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 121: Anabaptysta widzi cień padającego drzewa.

Wystąpienie Anabaptysty wywołało zainteresowanie nim samym; klubowicze mieli wrażenie, jakby go w ogóle nie znali. Otaczano go, zadawano pytania i słuchano niby wyroczni orzekającej w sprawach ostatecznych. Brodacz poczuł w sobie charyzmę, którą od lat przeczuwał, wspomagany przekonaniem matki, że jest wyjątkowym dzieckiem. Chętnie wyjaśniał wszystko od podstaw, skąd wziął się w nim tak radykalny i śmiały pogląd, co zrobić w sprawie koni, jak do niego doszedł, bo przecież nie wszystko zdarza się za jednym pstryknięciem palców.

Nagły zwrot nastąpił w nim, kiedy pewnej burzliwej nocy przed pójściem spać, ujrzał – jeszcze przy zapalonym świetle – cień padającego drzewa i wszystko stanęło mu przed oczami. Opowiedział tę historię kolegom i koleżankom. Słuchacze wierzyli mu, ale żartowali między sobą, że cień mógł paść mu także na rozum, ponieważ od tej pory o niczym innym nie myślał ani nie mówił.

Od czasu wystąpienia z propozycją stworzenia hybrydy konia i człowieka, Anabaptysta stał się dla członków klubu prawdziwą podporą, bijąc wszystkich na głowę bezkompromisową wolą zwycięstwa. Koń był dla niego wszystkim, uratował mu życie co najmniej dwukrotnie. Pierwszy raz, kiedy rzucił się na niego, a on pomyślał, że zwierzę po prostu oszalało; w istocie zepchnęło go na bok chroniąc przed upadającym drzewem.

*****

Anabaptysta był drwalem, dopóki nie zrozumiał, że zabija żywe organizmy. Przedtem nie zastanawiał się nad tym, słuchał ślepo poleceń przełożonego, brygadzisty drużyny drwali. Od czasu, kiedy przejrzał na oczy, wierzył nadal w Boga, ale w inny sposób, głębiej i szerzej. Z uwagi na te niezwykłe umiejętności stał się okiem i uchem klubu. Obserwował drwali, wiedział o nich wszystko, o nich samych i o metodach ich pracy. Kiedy wkraczał do akcji, kończył się wyrąb, przerywano wszystko, drwale uciekali. Anabaptysta był wyrachowany i miał swoje sztuczki. Wbijał cieniutkie stalowe kliny wzdłuż pnia drzewa z tak doskonałą precyzją, że gdziekolwiek drwal przyłożył piłę, natrafiał na stal, rozlegał się potworny zgrzyt zdolny powalić na ziemię głuchego, łańcuch rwał się na kawałki i ranił ręce pracującego. To było okrutne, ale skuteczne. W czasie posiłków lub wypoczynku drwali, kiedy w lesie było cicho jak makiem siał, podkradał się i demolował piły spalinowe, łańcuchowe, tarczowe, cokolwiek by nie przynieśli.

Piła zawarczała, dusząc się kłębem dymu i zdychała w bólu jak zwierzę śmiertelnie ranione przez myśliwego. Potrafił też tak osłabić drzewo, że po ścięciu padało w kierunku odwrotnym do oczekiwanego, przygniatając drwala, zabójcę lasu. Przeciwnikom przyrody potrafił też zatruć jedzenie, ale nie w takim stopniu, aby skończyli życie, ale przeklinając swój los, ośmieszeni biegali po lesie śmierdzący na całym ciele wskutek zabójczego rozwolnienia. Ludzie nazywali go szaleńcem bożym, może dlatego, że używał haseł w rodzaju „Człowiek – wróg, przyroda – Bóg”.

Jemu samemu nic to nie pomogło, coraz bardziej odczuwał bezsilność, szukał więc nowych radykalnych rozwiązań. Uczył się nieprzerwanie, dużo czytał, sprawdzał, coraz więcej rozumiał, ale nic użytecznego nie przychodziło mu do głowy, aż do dnia, kiedy padł mu na oczy cień padającego drzewa. To wtedy właśnie przyszedł mu do głowy koń trojański z płonącą grzywą.

– Podstęp, pułapka – tylko w ten sposób pokonamy ludzi niszczących konie i przyrodę, podcinających gałąź, na której wszyscy siedzą. – Tak sobie pomyślał. Cokolwiek nie przychodziło mu do głowy, była to zawsze ta sama święta trójca, przyroda-koń-człowiek, a dokładniej to koń-człowiek-przyroda. Tamtej nocy zbudził się spocony, drżał cały, ale miał jasność w głowie: trzeba zbudować konia, który przeżyje wszystkie przeciwności, uratuje gatunek i przyrodę jak i samego człowieka.

To był ten pomysł: stworzyć hybrydę, konioczłowieka, którego ludzie nie ruszą, ponieważ połowicznie należy do nich, bo jest w nim człowieczeństwo, a w połowie do świata zwierząt.

– Samego konia by zabili – mówił z przekonaniem przy ognisku, gdzie najchętniej dzielił się z przyjaciółmi swoimi myślami i ideami. Przyroda i ogień działały na niego szczególnie stymulująco.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *