Gabriel Garcia Marquez – refleksje pisarskie.

Gabriel Garcia Marquez to Kolumbijczyk. W Kolumbii mieszkałem cztery lata. Niezwykle malowniczy kraj. Zachwyciły mnie tamtejsze pomniki. Przedstawiam kilka z nich. Z pokazanych widziałem dwa: Batalla del Pantano de Vargas oraz Monumento a Simon Bolivar. Nadzwyczajne. Nie widziałem piękniejszych, bardziej imponujących pomników w życiu. 

Chciałbym podzielić się refleksjami genialnego pisarza Gabriela Garcii Marqueza na temat pisania opowiadań. Są to fragmenty prologu jego książki “Dwanaście opowiadań tułaczych”.

Pozdrawiam,
Michael Tequila

Prolog: “Dlaczego dwanaście, dlaczego opowiadań, dlaczego tułaczych”. Cytuję:

Odc. 1

Dwanaście umieszczonych w tej książce opowiadań zostało napisanych w ciągu ostatnich osiemnastu lat. Zanim uzyskały swój obecny kształt, pięć z nich było dziennikarskimi felietonami i scenariuszami filmowymi, a jedno telewizyjnym serialem. Inne z kolei opowiedziałem piętnaście lat temu w trakcie nagrywanego wywiadu; przyjaciel, który ich wysłuchał, spisał całą historię i opublikował, a teraz ja napisałem ją na nowo, za punkt wyjścia biorąc ową wcześniejszą wersję. Było to dziwne doświadczenie twórcze, warte wyjaśnienia choćby po to, żeby dzieci, które chcą zostać pisarzami, już teraz dowiedziały się, jak zaborczy i wyniszczający jest nałóg pisania.

Odc. 2

Pierwszy pomysł nasunął mi się na początku lat siedemdziesiątych w wyniku proroczego snu, jaki miałem po pięcioletnim pobycie w Barcelonie. Śniło mi się, że jestem na własnym pogrzebie i idę w gronie przyjaciół ubranych w ciężką żałobę, ale w radosnych nastrojach. Wyglądaliśmy na uszczęśliwionych tym spotkaniem. A szczególnie ja, bo szczęśliwym zbiegiem okoliczności moja własna śmierć stała się wspaniałą okazją do spotkania latynoamerykańskich przyjaciół, tych od dawien dawna, tych najbliższych sercu, tych, których nie widziałem już od wieków. Pod koniec uroczystości, kiedy zaczęli już odchodzić, też chciałem pójść z nimi, ale jeden z przyjaciół dał mi do zrozumienia, kategorycznie i nieodwołalnie, że dla mnie zabawa już się skończyła. „Jesteś jedynym, który nie może stąd odejść”, powiedział. Dopiero wtedy zrozumiałem, że umrzeć to znaczy już nigdy więcej nie spotkać przyjaciół.

Odc. 3

Nie wiem, dlaczego odczytałem ów pouczający sen jako uświadomienie sobie własnej tożsamości i pomyślałem, że jest to dobry punkt wyjścia, aby napisać o dziwnych przypadkach, jakie spotykają Latynosów w Europie. Było to pokrzepiające odkrycie, nieco wcześniej ukończyłem bowiem „Jesień patriarchy”, moją najtrudniejszą i najbardziej karkołomną pracę, i nie bardzo widziałem co dalej.

Przez mniej więcej dwa lata notowałem wszystkie tematy, które przychodziły mi do głowy, nie zastanawiając się, co z nimi pocznę. A że owego wieczoru, kiedy zdecydowałem się zapisywać nasuwające mi się pomysły, nie miałem pod ręką żadnego notesu, moi synowi pożyczyli mi zwykły zeszyt. Podczas naszych kolejnych i dość licznych podróży sami go przewozili w tornistrze, obawiając się, że ja mogę ów zeszyt zapodziać. Zanotowałem sześćdziesiąt cztery tematy, i to z taką wielością szczegółów, że tylko siadać i pisać.

Odc. 4 

Już w Meksyku, po moim powrocie z Barcelony w roku 1974, stało się dla mnie jasne, że przyszła książka nie powinna być powieścią, jak początkowo zakładałem, ale zbiorem opowiadań opartych na dziennikarskich faktach, dzięki fortelom poezji ocalonym od rychłej śmierci. Do tamtej pory napisałem trzy zbiory opowiadań. Żaden z nich nie powstał jako spójna, z góry przemyślana całość. Każde opowiadanie było dziełem tyleż autonomicznym, co i przypadkowym. Zamiar napisania sześćdziesięciu czterech opowiadań jednym ciągiem, tak by zachować wewnętrzną jednolitość tonacji i stylu, które w pamięci Czytelnika uczyniłyby z nich nierozdzielną całość, zapowiadał więc fascynującą przygodę.

 

Monumento de la Batalla del Pantano de Vargas

Santuario de Las Lajas, Ipiales

Odc. 5 

Pierwsze dwa – „Ślad twojej krwi na śniegu” i „Szczęśliwe lato pani Forbes” – napisałem w 1976 roku i natychmiast opublikowałem w dodatkach literackich wielu czasopism różnych krajów. Pisałem codziennie, bez chwili spoczynku, ale w połowie trzeciego opowiadania, właśnie tego o moim pogrzebie, poczułem, że ogarnia mnie zmęczenie znacznie większe niż przy pisaniu powieści. To samo przydarzyło mi się przy czwartym opowiadaniu. Do tego stopnia, że zabrakło mi sił i odwagi, żeby któreś z nich dokończyć. Teraz już wiem dlaczego: wysiłek przy pisaniu krótkiego opowiadania jest równie intensywny jak przy rozpoczynaniu powieści.

W pierwszym akapicie powieści należy bowiem określić wszystko: jej strukturę, ton, styl, rytm, długość, czasem nawet charakter jednej z postaci. Reszta jest już radością pisania. Najintymniejszą i przeżywaną w niewyobrażalnej samotności, i jeśli człowiek nie spędza areszty życia na poprawianiu książki, to tylko dlatego, że hart ducha potrzebny do jej rozpoczęcia jest niezbędny również do jej zakończenia.

Odc. 6

Opowiadanie nie ma za to ani początku, ani końca: albo załapie i zacznie się kleić, albo nie załapie i nie zacznie się kleić. A jeśli nie, to z mojego doświadczenia i z doświadczenia innych wynika, że w większości przypadków najlepiej jest zacząć wszystko od nowa albo wyrzucić do kosza. Ktoś, nie pamiętam już kto, znakomicie to wyraził w pokrzepiającym zdaniu: „Dobrego pisarza poznaje się bardziej po tym, co drze na strzępy, niż po tym co drukuje”. Nie podarłem co prawda, brudnopisów i notatek, ale uczyniłem coś znacznie gorszego: puściłem je w niepamięć.

Pamiętam, że jeszcze w Meksyku zeszyt jak nieszczęsny rozbitek pośród sztormu papierzysk dryfował po moim biurku do roku 1978. Pewnego dnia, szukając czegoś zupełnie innego, uprzytomniłem sobie, że od pewnego czasu nie widziałem go. Nie przejąłem się tym. A kiedy się przekonałem, że rzeczywiście go nie ma, ogarnęła mnie panika. W całym domu nie uchował się kąt, którego byśmy dokładnie nie przeszukali. Odsunęliśmy wszystkie meble, rozmontowaliśmy regały, aby upewnić się, że zeszyt nie spadł za książki, poddaliśmy również służbę i przyjaciół niewybaczalnym przesłuchaniom. Kamień w wodę.

Poniżej, moje własne zdjęcia z Kolumbii z lat 1978 – 1982

Odc. 7

Jedynym możliwym – a nawet wysoce prawdopodobnym – wyjaśnieniem było to, że podczas jednej z licznych i wielokrotnie przeze mnie dokonywanych akcji likwidowania nadmiaru papierów zeszyt wylądował w koszu.

Byłem zaskoczony własną reakcją: tematy, o których przez cztery niemal lata w ogóle nie pamiętałem, stały się dla mnie sprawą honoru. Próbując je odzyskać za wszelką cenę, z nie mniejszym niż ich pierwsze spisanie mozołem zdołałem zrekonstruować zapis trzydziestu. A że sam trud przypominania ich sobie stworzył mi okazję do zrobienia czystki, bezlitośnie wyeliminowałem te, które wydawały mi się nie do uratowania, i w rezultacie pozostało ich osiemnaście. Tym razem solennie postanowiłem, że napiszę je wszystkie od razu, jedno po drugim, ale szybko zrozumiałem, że straciłem do nich serce. A jednak, wbrew temu, co sam zawsze radziłem początkującym pisarzom, nie wyrzuciłem ich do kosza, ale ponownie włączyłem do archiwum. Tak na wszelki wypadek.

Odc. 8

Gdy w 1979 roku zacząłem “Kronikę Zapowiedzianej śmierci”, stwierdziłem, że w przerwach między dwiema książkami tracę nawyk pisania i z coraz większą trudnością przychodzi mi rozpoczynanie od nowa.

Stąd też od października 1980 roku do marca 1984 roku narzuciłem sobie obowiązek pisania cotygodniowych felietonów do dzienników kilku krajów: i dla dyscypliny, i żeby mi ręka nie wyszła z wprawy. Pomyślałem wówczas, że mój konflikt z zeszytowymi zapiskami wynikał z nierozwiązanego ciągle problemu wyboru gatunku literackiego i że – w gruncie rzeczy – nie powinny to być opowiadania, tylko felietony. Tyle, że po opublikowaniu pięciu felietonów opartych na pomysłach z zeszytu znowu zmieniłem zdanie: nadawały się bardziej na scenariusze filmowe. W ten sposób powstało pięć filmów i serial telewizyjny.

Nie byłem jednak w stanie przewidzieć, że praca felietonisty i scenarzysty odmieni część moich pomysłów na opowiadania do tego stopnia, że nadawszy im wreszcie kształt ostateczny, będę musiał iście po aptekarsku oddzielać moje własne pomysły od sugestii poddawanych mi przez reżyserów podczas przygotowywania scenariuszy. Jednoczesna współpraca z pięcioma różnymi twórcami podsunęła mi zarazem myśl o zmianie metody pisania opowiadań: zaczynałem któreś z nich, kiedy miałem czas, zostawiałem, kiedy czułem się zmęczony albo gdy pojawiał się jakiś nieprzewidziany projekt, następnie zaś zaczynałem inne.

Ogród w posiadłości przyjaciół, Marty i Andrzeja Staniszewskich, koło Bogoty. Zdjęcie własne.

Odc. 9

Po roku z okładem sześć z osiemnastu tematów trafiło do kosza, w tym również ten o moim pogrzebie, nigdy bowiem nie udało mi się zadowalająco odtworzyć owej pysznej zabawy, która mi się przyśniła. Za to pozostałe opowiadania zdawały się odzyskiwać oddech zwiastujący długie życie.

To właśnie dwanaście opowiadań z tej książki. We wrześniu ubiegłego roku były już gotowe do druku po kolejnych dwóch latach dość nieregularnej pracy. I w ten sposób nastąpiłby kres ich ustawicznej tułaczki z biurka do kosza i z powrotem, gdyby w ostatniej chwili nie opadła mnie jeszcze jedna, ostateczna, wątpliwość. Zważywszy, że opowiadania dzieją się w różnych miastach europejskich, które opisywałem takimi, jakimi zachowały się w mej pamięci, i przebywając od nich z dala, zapragnąłem sprawdzić, na ile zawodna była moja pamięć po niemal dwudziestu latach, i wybrałem się na błyskawiczny rekonesans do Barcelony, Genewy, Rzymu i Paryża.

Żadne z tych miast nie miało już nic wspólnego z moimi wspomnieniami. Wszystkie, jak cała obecna Europa, były rozmyte przez zaskakujące odwrócenie porządku rzeczy: prawdziwe wspomnienia wydawały mi się urojeniami pamięci, podczas gdy te zafałszowane były tak przekonujące, iż zastąpiły rzeczywistość. Nie byłem więc w stanie oddzielić rozczarowania od nostalgii. To było ostateczne rozwiązanie.

Odc. 10 (przedostatni)

Wreszcie znalazłem coś, czego mi najbardziej brakowało do zakończenia książki, a czego dostarczyć mi mogły jedynie upływające lata: perspektywę w czasie.

Po powrocie z owej szczęśliwej podróży znowu siadłem do pisania opowiadań, redagując je wszystkie od nowa w ciągu ośmiu gorączkowych miesięcy, podczas których nie musiałem zadawać sobie pytania, gdzie kończy się życie a zaczyna wyobraźnia, bo wspomagało mnie przypuszczenie, że być może nigdy nie miało miejsca nic z tego, co przeżyłem w Europie dwadzieścia lat wcześniej. Pisanie nabrało takiej płynności, iż czasami czułem, że piszę li tylko dla samej frajdy opowiadania, co jest dla człowieka stanem najbliższym lewitacji. Poza tym, pracując nad wszystkimi równocześnie, przeskakując swobodnie od jednego do drugiego, zdołałem przyjrzeć im się z odpowiedniego dystansu, co uratowało mnie od męczenia kolejnych początków i pomogło wyłowić wynikające z lenistwa powtórzenia i zabójcze sprzeczności. Sądzę, że w ten sposób osiągnąłem efekt najbliższy zbiorowi opowiadań, jaki zawsze chciałem napisać.

 

To zdjęcie pochodzi prawdopodobnie z Popayan, miasta, które zostało kilka lat później zdewastowane przez straszne trzęsienie ziemi.

Kolumbia, dwa zdjęcia własne z lat 1978 – 1982..

Odc. 11 (ostatni)

Oto on, gotów do podania na stół po tak długiej tułaczce w tę i z powrotem i walce na śmierć i życie z przewrotną niepewnością usterek. Wszystkie opowiadania, poza pierwszymi dwoma, zostały ukończone w tym samym czasie i każde z nich opatrzone jest datą jego rozpoczęcia. Porządek przyjęty w tym wydaniu odpowiada kolejności, w jakiej zapisywane były w zeszycie.

Zawsze sądziłem, że każda następna wersja opowiadania jest lepsza od poprzedniej. A skąd wiadomo, która powinna być ostatnia? To sekret zawodu, który nie rządzi się prawami rozumu, lecz magią instynktów, tak samo jak kucharka wie, kiedy zupa już jest gotowa. W każdym razie, żeby uniknąć wątpliwości, nie będę tych opowiadań ponownie czytał, tak jak nigdy nie przeczytałem po wydaniu, ze strachu przed wyrzutami sumienia, żadnej z moich książek. Kto je przeczyta, będzie wiedział, co z nimi zrobić. Na szczęście trafienie do kosza może być dla tych dwunastu tubylczych opowiadań ukojeniem, jakie daje szczęśliwy powrót do domu.
                                                                       Gabriel García Márquez 
Cartagena de Indias, kwiecień, 1992

Gabriel García Márquez: Nagroda Nobla w dziedzinie literatury w roku 1982. 

 

0Shares

Ptachu ujawnia swoją tożsamość. Powieść psychodeliczna. Odc. 8.

Wieczorem spotkała mnie niespodzianka. Ptachu udzielił wywiadu telewizyjnego, w jedynej stacji, która filtruje wiadomości i oddziela dobre od złych. Dziennikarz prowadzący wywiad przedstawił go krótko i podał kilka danych biograficznych: Leon Krzepki-Kukuła. Namiestnik. Swoją karierę zawodową zaczynał od stanowiska Naczelnika Wioski i Torów Kolejowych.

Ptachu był w dobrym nastroju, rozgadał się i nie patrzył na zegarek, wyjaśniając początki swojej kariery.

– Tory kolejowe normalnie należą do kolei, ale akurat pewien ich odcinek razem ze stacją kolejową, budką dróżnika, szlabanem i ubikacją wskutek zmian administracyjnych znalazł się na terenie wioski. To był tak mały fragment majątku kolei, że dyrekcja nawet nie zauważyła, że przeszedł pod naszą administrację. Kiedy się zorientowali, przysłali mi list wyrażając wdzięczność za zaoszczędzenie im kosztów.

Namiestnik mówił dłużej, lecz nie zdołałem wiele zapamiętać z wyjątkiem tego, że wcześniej był dyrektorem cyrku.

– Pasjonowałem się wtedy tresurą, przede wszystkim niedźwiedzi, małp i koni. Niedźwiedzi uczyłem chodzić w wyprostowanej postawie, kiedy palił im się grunt pod nogami, małpy uczyłem wykonywania na komendę nagłych zwrotów w lewo, w prawo i do tyłu, inaczej mówiąc ekwilibrystyki użytkowej, konie zaś przysposabiałem chodzić w równym szeregu i nie wydawać z siebie głosu, kiedy głośno trzaskałem z bata. Jestem wdzięczny losowi, że dał mi okazję nabycia solidnej wiedzy na temat tresury. Teraz wykorzystuję ją do szkolenia kadr kierowniczych.

Prośbę o przedstawienie czegoś więcej na interesujące tematy Ptachu zbył krótkim gestem mówiącym – jak to zinterpretowała tłumaczka wywiadu na język Braille’a – „powiem o tym więcej, ale kiedy indziej, bo teraz już jestem za bardzo zmęczony i nie dam się wciągnąć głupimi pytaniami w niepotrzebną dyskusję”.

Postanowiłem czekać na inną sposobność poznania jego zamysłów, pragnień i planów. Wciągnęło mnie to do głębi. Chciałem też poznać jego hobby, zainteresowania i pasje, podejrzewając, że jest człowiekiem namiętnym. Sugerował to jego rześki sposób poruszania się, mówienia i gestykulacji, zwłaszcza kiedy opowiadał żarty. Był człowiekiem pełnym wylewnego humoru. U ludzi tego pokroju pasja jest równie pewna jak kradzież pieniędzy z tacy zapomnianej w lesie przez roztargnionego kleryka.

Takie zdarzenie miało rzeczywiście miejsce. Duchowny tłumaczył się potem, że zapomniał o tacy, ponieważ szukał ważnego obiektu, który miał poświęcić, nie mógł go znaleźć, w dodatku po drodze zapodziało mu się gdzieś kropidło. Kiedy ze zmartwienia się zachwiał, zaczepił nogą o korzeń, upadł i wtedy zgubił tacę z datkami oraz wylał całą święconą wodę.

Historia ta wydała mi się mało prawdopodobna. W rozmowie z rodziną i przyjaciółmi uznałem jednak, że w kraju zachodzi tyle zmian, że jest to jak najbardziej możliwe. Napisałem o tym tylko dlatego, że Namiestnik Kukuła kojarzy się powszechnie z wiarą, kościołem, hierarchią i pobożnością. Potwierdził to mój siostrzeniec, uważny obserwator życia religijnego.

– Krzepki-Kukuła jest tak pobożny, że dostrzeże bliźniego nawet w chomiku. On by każdemu nieba przychylił, nie tylko kobietom w ciąży i kobietom rokującym nadzieję, że zasilą kraj w nowe pokolenia, ale także matkom karmiącym i rodzinom wielodzietnym, nawet jeśli przewodzą im ojcowie alkoholicy. Do kościoła Namiestnik chodzi tak często, że wydeptuje posadzkę i musi regularnie przydzielać dotacje na remont kościoła. Proboszcz z wdzięczności udostępnia mu ambonę, kiedy on z kolei potrzebuje wygłosić przemówienie patriotyczne.

W wywiadzie z Namiestnikiem wyszło na jaw, że on sam hoduje w domu chomika i uważa go za ósmy cud świata. Określenie „cud świata” w odniesieniu do chomika był to oczywiście żart z jego strony, podobno tak dobry, że wizytująca go grupa aktywistów partyjnych śmiała się serdecznie przez pół godziny.

Michael Tequila: Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i opowiadania: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4597586/niezwykla-decyzja-abuelo-caduco-humoreski-i-inne-opowiadania

0Shares

Komiks literacki. Marionetka. Odcinek 22.

Na scenie wielkością przypominającą salę balową w baśniowym pałacu, gdzie okna są większe niż ściany, przy małym stoliczku do kawy siedzą dwaj mężczyźni. Rozgrywa się scena teatralna rozmowy tete a tete. To po francusku. W ludzkiej mowie oznacza to rozmowę łeb w łeb. Po ubiorach rozpoznajemy, że ci dwaj to Najwyższy Urzędnik Nijaki i dziennikarz, para teatralna kojarząca się, albo i nie kojarząca się, z tą ze spektaklu „Piękna i bestia”, gdzie piękno miesza się z brzydotą.

– Czy jest pan marionetką? – Pyta dziennikarz.

– Czemu pan pyta? Czy to jest ważne? – Sonduje Wysoki Urzędnik, prawie tak wysoki jak wieża.

– Dziennikarz zaskoczony aż dwoma pytaniami, patrzy na siebie, zdumiony własną odwagą zadania takiego pytania takiej osobie, po czym mówi. – Ale ja w to nie wierzę, sądzę, że to bzdura, nigdy w to nie wierzyłem i nie uwierzę, proszę mi wierzyć. – Zaczyna plątać się w zeznaniach, czerwienieć, dostaje drgawek, jego ciało wypręża się i sztywnieje. Nijaki tego nie widzi, gdyż spogląda w głąb siebie, ocenia starannie każdą część ciała, aby upewnić się, jest czy nie jest marionetką, przypomina sobie fragmenty życia, kiedy występował publicznie, bo przecież marionetka to teatr. Niedawno w nim byłem. – Szepcze do siebie, po czym wylicza: marionetka to kukiełka, lalka, pacynka, natomiast w języku, w przenośni, to figurant, manekin, popychadło, pionek, kukła, narzędzie, pantoflarz.

– Chyba nie. – Odpowiada na pytanie dziennikarza. – Na pewno nie. – Potwierdza. No nie, bo skądże i jak? – Po tym, jak to wypowiada, śmieje się z pytania, coraz mocniej, wychyla z fotela, jego okrągłe policzki się trzęsą, dziennikarz, który ledwo sam się uspokoił, przygląda się uważnie i widzi, że nie jest to śmiech, tylko spazm bólu, wiele spazmów, jeden po drugim. Nie rozumie tego, zadaje sobie pytanie: Czy to boli …

…być albo nie być marionetką? – Uzupełnia mocny głos spod sufitu, po czym na platformę nad sceną wkracza Szekspir, ten ze Stratford-on-Avon, aby nadać w swoim języku powagi historyczno-histerycznej kwestii: To be or not to be a puppet!, po czym wygłasza tę kwestię w pięknym tłumaczeniu na ludzki język: Być albo nie być marionetką!

Na scenę zapada kurtyna milczenia z pytaniem: Jest on czy nie jest marionetką? sformułowanym przez dziennikarza albo przez Szekspira, Bóg to jeden wie, oraz sugestią niezwykle sugestywną: Odpowiedz sobie sam!

Wstrząśnięci dramatyzmem sceny widzowie wychodzą z teatru. Jest zima i na dworze śnieg skrzy się w późnym słońcu. 

0Shares

Opowiadanie: Spektakl. Odcinek 6.

No to pytaj, Tomaszu – Jakub Kowalski bez wstępu rozpoczął wywiad, kiedy obydwaj usiedli wygodnie, a operator dał znak gotowości kamery.

Jak pan wyobraża sobie Pana Boga? – z szacunku dla przekonań rozmówcy, których nie znał, jak i z racji swego wychowania katolickiego redaktor użył formy Pana Boga zamiast Boga.

Wyobrażam go sobie jako bardzo starego i znużonego człowieka. Mówię „człowieka”, gdyż jedynie takie wcielenie Boga ludzie są w stanie unaocznić sobie i przyjąć. Nie potrafią wyobrazić sobie Boga jako idei, energii, siły sprawczej, ponieważ te określenia brzmią w ich uszach bezdusznie, są niewyobrażalne. Brak jest w nich życia, istnienia. Wracając do wizerunku „starego i znużonego człowieka” dodam, że Bóg jest wiecznością. Wiecznością, ale taką, w której miniony czas ma swój wymiar, swoją wagę kosmiczną. To ona decyduje o pewnym zużyciu i znużeniu Boga – nieznajomy przerwał, przygarbił się trochę, jakby chciał zademonstrować zachowaniem i wyglądem, jak wygląda znużony Bóg.

Tomasz skorzystał z krótkiej przerwy. Był pod wrażeniem opinii przedstawionej przez rozmówcę, choć czas nie pozwalał mu na głębszą analizę czy choćby refleksję. Będę musiał zrobić to później, kiedy będziemy w studio odtwarzać nagranie – gorąco pragnął wykorzystać sytuację i kuć żelazo póki gorące. Chciał zadać jak najwięcej pytań.

To bardzo ciekawe ujęcie – stwierdził, aby tylko potwierdzić swoje zainteresowanie.

A jak widzi pan relacje między Bogiem a człowiekiem? – zadał kolejne pytanie, jakie przyszło mu na myśl. Zdał sobie sprawę, że może ono być zbyt obszerne. Przepraszam, jeśli moje pytanie nie jest dostatecznie jednoznaczne – uzupełnił pragnąc wybrnąć z kłopotliwej sytuacji.

Proszę nie martwić się. Spróbuję odpowiedzieć na nie kierując się moją wiedzą o Bogu.

Bóg jest istotą myślącą i widzącą wszystko. Zastanawia się nad tym, czemu wszystko służy i do czego zmierza: czas, przestrzeń, energia, wszechświat, ziemia, cywilizacja i sam człowiek, twórca i konsument tej cywilizacji. Boga w szczególności interesuje i intryguje człowiek, najbardziej wysublimowany twór przyrody, któremu przekazał część swoich boskich uprawnień.

Stworzył go na wzór i podobieństwo swoje – wyrwało się Tomaszowi bezwiednie. Poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie. Razem z operatorem słuchał jak urzeczony swobodnych, wartkich wypowiedzi siedzącego przed nimi mężczyzny. Musiał coś powiedzieć, aby ukryć swoje zaskoczenie i zauroczenie. Tak jak dziecko, które widząc coś niezwykłego, okrzykiem wyraża zdumienie.

To nie takie proste, synu – starszy pan nawiązał do uwagi redaktora. Jeśli Bóg jest doskonałością to i człowiek stworzony „na wzór i podobieństwo jego” powinien być doskonały. Wiemy, że tak nie jest. Jest na pewno skomplikowanym tworem, poruszającym się między ekstremami myślenia i bezmyślności, miłości i okrucieństwa, czułości i bezwzględności, wiary i niewiary. Jego podobieństwo do Boga jest tylko niespełnionym marzeniem, ideałem do osiągnięcia. Bóg jest wzorem tego, co najdoskonalsze. Ludzie powinni to wiedzieć i pamiętać.

Kim w takim razie jest człowiek? – w ferworze dyskusji o rzeczach najpoważniejszych Tomasz stopniowo odzyskiwał pewność siebie. Zadając pytania nie myślał o tym, że ma to być program przede wszystkim rozrywkowy. Był przekonany, że będzie to rewelacyjny materiał edukacyjny. Tak pasjonujący, jak najlepsza rozrywka.

Doskonały materiał – operator wydawał się myśleć podobnie, kiedy popatrzył na Tomasza i podniósł do góry kciuk jako znak uznania lub zwycięstwa.

Człowiek jest tylko tworem biologicznym, zachowującym się po części jak zwierzę, a po części tak, jak Bóg w sensie myślenia, wrażliwości, zdolności do abstrakcji czy nawet humoru, który zawiera w sobie nonsens lub sprzeczność, pojęcia niedostępne innym istotom żywym. To dwa światy, żywej przyrody i idei, przeplatające się ze sobą nawzajem. Zwierzęta też są zdolne do miłości. Samica opiekująca się potomstwem podejmuje beznadziejną walkę z drapieżcą. To analogia do ludzkiego bohaterstwa. Człowiek powolutku, drobnymi kroczkami wychodzi ze swej zwierzęcości i zmierza ku pełnemu, szlachetnemu, kierującemu się miłością człowieczeństwu. Zmierza ku Bogu.

Wywiad nie mógł przebiegać w lepszej atmosferze. Tomasz był zachwycony. Rozmówca wydawał się być niezmordowany w udzielaniu odpowiedzi na stawiane pytania. Zwracał się do niego po imieniu, używał także formy „synu”, a nawet „chłopcze”.

Nikt nigdy nie traktował mnie tak paternalistycznie od czasu, kiedy osiągnąłem pełnoletniość. W najmniejszym stopniu to mi jednak nie przeszkadza – redaktor nie mógł nadziwić się swojej reakcji na poufałość ze strony mężczyzny. W innych okolicznościach wyraziłby zdecydowany sprzeciw.

Tomasz nabierał coraz większego szacunku dla wiedzy, otwartości i naturalności rozmówcy. Nie wyprowadzały go z równowagi żadne pytania, choćby najbardziej niezręcznie sformułowane. Był cierpliwy i wyrozumiały omalże jak matka bezmiernie kochająca swe dziecko i pozwalająca mu na wszystko. Oby tak było do końca – wyraził w duchu życzenie.

 

0Shares