Krzykacz. Opowiadanie.

Odc. 1 Romano Solana

Solana był mężczyzną średniego wzrostu, wyglądał przeciętnie i szczycił się swym imieniem Romano. Było proste i dobrze mu się kojarzyło. Myślał o tym siedząc w fotelu naprzeciwko okna gapiąc się na sklep i drzewo po drugiej stronie ulicy; wyglądały jak wycięte z kolorowej tektury.

Patrząc na syna pani Solana zdała sobie sprawę, że zawsze widziała go w ten sam niezmienny sposób: jako spokojnego, wyjątkowo inteligentnego, urodziwego i powszechnie lubianego chłopca. Kochała go jak każda przykładna matka kocha swoje dziecko, widząc w nim dobroć i piękno. Przyglądając się Romano półleżącemu w fotelu, zdała sobie sprawę, że ma on już dziewiętnaście lat. Zadała sobie pytanie, jak to stało, że tak się zmienił. Był teraz tęgim mężczyzną o nalanej twarzy, nieogolonych policzkach i karku atlety. Nie nastąpiło to od razu. W wieku czternastu lat niewiele wskazywało, że będzie tak opasły choć brzuch mu się już nieznacznie przelewał poza pasek spodni kiedy latem szedł po plaży bez koszuli. Chyba dlatego nazywano go Gruby. Nie wygląd syna był jednak przedmiotem jej największej troski.

Mając dwa lata Romano był wyjątkowym dzieckiem. Dysponował nadzwyczajną wiedzą. Jego zasób wiadomości, zdolność wyrażania się, umiejętność argumentacji imponowały wszystkim. Był dumą jej i najbliższej rodziny. Miał też pewną nietypową dla dwulatka skłonność – upierania się za każdym razem, że to ma rację, a nie ta druga osoba czy osoby. Zawsze miał pod ręką argumenty udowadniające, że słuszność jest po jego stronie. Nie wiadomo kiedy słabość przerodziła się w brzydką przywarę wykłócania się, że się nie myli. Stał się uparty i nieustępliwy.

Zaczęło się zupełnie niewinnie. Na początku spierał się z matką w czasie wspólnej zabawy. Była zachwycona jego inteligencją i lubiła żartobliwie ją testować. Mówiła mu na przykład:

– Synku! Doskonale pamiętam dzień, kiedy się urodziłeś. Był to piątek, dzień był słoneczny .

Romano przerywał jej zazwyczaj, aby zaprotestować. Potem, kiedy był już nastolatkiem i uczył się angielskiego, dodawał przykłady i robił porównania.

– Nie, mamo! To nie było tak. Ja sam się nie urodziłem. To ty mnie urodziłaś. Widać to wyraźnie w języku angielskim, w którym mówi się „I was born”. Te słowa znaczą dosłownie „byłem urodzony”, a poprawnie „urodzono mnie”.

Odc. 2 Oceny i studia

Zaskakująca, dziecięco prosta logika zachwycała Annę. Czuła do syna tak wielką słabość, że nie zwracała uwagi na jego swarliwość. Powodem był ciężki poród Romano. Nie mogła zapomnieć pierwszego krzyku syna, kiedy się urodził. Było w nim cierpienie. Czuła to w swoim sercu. Pediatra twierdził, że poród mógł mieć wpływ na rozwój dziecka. Chłopiec jąkał się do trzeciego roku życia. Potem mu to przeszło, nie bez pomocy logopedy.

Członkowie rodziny nie byli tak szczodrzy w pochwałach i zachwytach jak matka.

– Romano jest trudny w kontaktach, zawsze upiera się, że to on ma rację. Jest kłótnicki – to były najłagodniejsze stwierdzenia.

Dalsi kuzyni byli jeszcze ostrzejsi w ocenie:

– Niezły pieniacz z niego wyrośnie. Ma w sobie zadatki niezdrowej osobowości: narwańca, raptusa, piekielnika, pyskacza i warchoła.

Martwiło to panią Solano. Bezwzględną nieustępliwość Romano tłumaczyła sobie na początku jego ciężkim porodem, potem znalazła jeszcze inny argument: prawdomówność syna. W liście do siostry Ireny pisała:

– Romano jest mi niezwykle bliski również dlatego, że nie kłamie. Zawsze mówi mi prawdę. Uważam to za jego największa zaletę. To jedyna istota prawdomówna, jaką znam. Cenię go za to tym bardziej, że jego ojciec był nałogowym kłamcą. Nie tylko mnie oszukiwał. To był przypadek chorobowy. Na szczęście w końcu nas opuścił, mnie i dziecko, aby prowadzić dalej bez zahamowań swoje kłamliwe życie.

Na studiach Romano wymyślił coś, co nazywał logiką słowa. Jakiś czas bawił się nią, układając wyrafinowane kalambury, zagadki, rebusy i krzyżówki. Niecały rok później, kiedy pomysł mu się znudził, logikę słowa przemianował na logikę języka, wyróżniając w niej język mówiony, pisany i myślany.

Studiów polonistycznych nie skończył, zrobił tylko licencjat. Tytuł „Licencjat” uważał za niewłaściwe określenie.

– Oznacza on tytuł zawodowy nadawany absolwentom studiów pierwszego stopnia. Po ukończeniu studiów drugiego stopnia otrzymują oni tytuł magistra. To nie ma sensu. W połowie studiów uzyskujesz licencjat, po ich zakończeniu stajesz się magistrem. W takim układzie logiczniej byłoby zamiast tytułu „licencjat” stosować tytuł „półmagister”.

Odc. 3 Logika i taniec

Zachowanie i temperament Romano budziły coraz większy niesmak i niechęć w jego otoczeniu. W czasie jednego z niekończących się sporów ktoś nazwał go półgłówkiem. Adresat epitetu przyjął to wyjątkowo spokojnie. Miał mocną argumentację i nie zamierzał ustąpić.

– Określenie „półgłówek” nie ma racji istnienia. To czysta logika. Jeśli jest połówka czegoś, to musi być też całość. Tak jak jest cała gruszka i pół gruszki. Albo dom i pół domu. Nie ma przecież wyrazu „główek”. W odróżnieniu od „inteligent” i „półinteligent” czy wino „wytrawne” i „półwytrawne” wyraz „półgłówek” nie ma więc prawa istnieć. Jego używanie jest bezzasadne.

Tylko raz ktoś powiedział Romano coś takiego, z czym się nie zgodził, ale po zastanowieniu się zmienił zdanie i przyznał rozmówcy rację. To był jedyny przypadek, kiedy się nie kłócił. Wszyscy znajomi to komentowali. On sam szybko zapomniał o zdarzeniu, jakby uznając je za incydent bez znaczenia, coś przypadkowego.

Oprócz szalonej skłonności do upierania się przy swoim, Romano miał też niezwykłą pozytywną cechę: był wspaniałym tancerzem. Co najciekawsze, rozmawiając w czasie tańca, nie kłócił się nigdy o nic. Jego partnerki były gotowe wiele mu z tego tytułu wybaczyć. Dla mężczyzn nie miało to znaczenia. 

– Romano dla mnie to zupełnie inny mężczyzna, miły i zrównoważony. W dodatku to prawdziwy talent taneczny. Ma ogromne wyczucie taktu i rytmu, i bardzo lekko prowadzi w tańcu – były to słowa Józefiny Aldo, studentki polonistyki z tego samego roku co Romano.

W mieście krążyły pogłoski, że ona i Romano mają się ku sobie i zamierzają się pobrać. Chodzili ze sobą kilka miesięcy. Kiedy się rozeszli, nikt nie wiedział dlaczego; oni sami na ten temat milczeli.

Spieranie się było ważne dla Romano. Prawdopodobnie dlatego, że stanowiło część jego poczucia własnej wartości i godności. Lubił wygrywać w słownych potyczkach. Przy różnych okazjach podkreślał:

– Czuję się nieswojo, kiedy się z kimś nie kłócę. Zwycięstwo dodaje mi pewności i siły.

Około trzydziestki Romano stał się tak nieustępliwy i zapiekły w dyskusjach, że ludzie zaczęli od niego stronić. Nie raziło go to. Kiedy masowo zaczęto go unikać, znalazł nietypowe rozwiązanie: kłócił się z samym sobą. Miał o co. Tematem była przeważnie potrzeba schudnięcia. Bardzo tego pragnął, ale mu się to nie udawało. Uważał, że je za dużo i niewłaściwie, bo w jego diecie był nadmiar owoców i słodyczy a za mało warzyw i dań lekkostrawnych.

Najchętniej dyskutował ze sobą wieczorami w domu, choć nie uciekał od polemiki także w ciągu dnia. Zdarzało się to najczęściej w kawiarni lub pubie, gdzie chętnie wpadał, aby coś się napić. Kelnerzy przeważnie prosili go wtedy, aby udał się w odosobnione miejsce, bo jego głośne rozmowy z samym sobą przeszkadzały innym klientom. Pobyt w zamkniętym pomieszczeniu niewiele dawał; nawet kiedy poszedł do toalety, słychać było głośną wymianę słów.

Odc. 4 Badania 

Nietypowe zachowania Romano Solany zwróciły uwagę doktora Andrzeja Śniadego z Pracowni Fonoskopii Teoretycznej i Praktycznej „Labor”. W naradzie ze swoimi współpracownikami uznał, że jest to ważny temat badawczy.

– Niekończący się spór, kto ma rację, a kto jej nie ma, bez możliwości porozumienia się, jest ciekawym zjawiskiem zarówno z puntu widzenia medycyny jak i nauk społecznych.

Przez wspólnego znajomego zaproponował Romano spotkanie a następnie bezpłatne testy i badania w Pracowni „Labor”.

– Chodzi nam o wyjaśnienie zjawiska pogłębiania się sporu w rozmowach między dwiema osobami oraz o rozpoznanie osobowości i emocji dyskutantów. Jest pan wyjątkiem wśród tysięcy klientów, jacy trafiają do naszej pracowni – mówiąc to, doktor Śniady szeroko rozłożył dłonie na kolanach. Przyglądając im się Romano zdziwił się: dłonie lekarza były masywne jak u ciężko pracującego rzeźnika lub drwala. Chciał to skomentować. Po krótkim wahaniu uznał, że nie ma to sensu, ponieważ mogłoby to doprowadzić do niepotrzebnej kłótni.

Z czasem Romano nauczył się dyskutować sam ze sobą, w milczeniu, poruszając niemo wargami. Czynił to także w miejscach publicznych, nie zważając, że ludzie przyglądają mu się jak żwawo porusza ustami. Widziano go, jak kłócił się ze sobą na temat niedostatecznej motywacji do pozbycia się nadwagi. – Dlaczego nie możesz pozbyć się nadwagi? – Było to pytanie przewijające się w dyskusji.

Praktykę tę Romano zarzucił tylko dlatego, że nie widział korzyści wynikających z milczących monologów, nawet jeśli dotyczyły one ważnych tematów.

– Rozmowa z samym sobą jest absurdem, ponieważ prowadzi donikąd – tłumaczył sobie stojąc w łazience przed wielkim lustrem.

Był to okres, kiedy ponownie zagłębił się w zagadnienia logiki i używał lustra do obserwacji i analizy własnych zachowań. Posługiwał się tymi narzędziami pragnąc w pełni zrozumieć siebie i osoby prowadzące z nim dyskusje.

Logika tylko skomplikowała jego i tak już niełatwe życie. Romano nabrał nawyku niepotrzebnego popisywania się wiedz, nawiązując do logiki intuicjonistycznej, jej związku z finityzmem, teorii mnogości i paradoksów, prawdopodobieństwa subiektywizmu oraz logiki rozmytej.

To wszystko tylko przysparzało mu niesławy. Nazywano go szachrajem zasłaniającym się mętnymi pojęciami naukowymi. Bolało go to tym bardziej, że oskarżyciele odmawiali podjęcia z nim polemiki na temat domniemanego szachrajstwa.

Mniej więcej w tym samym czasie zbudziły się w nim wątpliwości co do własnego postępowania. Zapoczątkowała je rozmowa w Pracowni Fonoskopii Teoretycznej i Praktycznej „Labor”, kiedy doktor Andrzej Śniady zadał mu pytanie:

– Czy to rzeczywiście tak ważne jest mieć rację? Nikt z nas nie lubi mądrzejszych od siebie, ponieważ upokarzają nas swoją przewagą intelektualną. Większość z nas uważa osobę więcej wiedzącą za przemądrzalca, mędrka i zarozumialca.

Romano dłuższy czas zastanawiał się nad jego słowami. Podobała mu się sugestia, że ludzie się z nim kłócą, ponieważ wie dużo więcej od nich i czują się przez to upokorzeni.

Niepokój zasiany w duszy Romano w pracowni fonoskopii nie znikał, wywołując okresowe pogorszenie jego samopoczucia. Doktor Śniady uważał, że mogły to być początki depresji i taką informację przekazał klientowi.

Odc. 5 Zniknięcie Romano

Pewnego jesiennego ranka – był to tydzień silnych wahań pogody – Romano wyszedł z domu na spacer nad rzeką i nie wrócił. Przepadł jak kamień w wodzie. Dni były już chłodne, robiło się coraz zimniej. Po całym dniu niespokojnych poszukiwań syna razem z Albertem, jego młodszym bratem, Anna Solana powiadomiła policję o jego zniknięciu. Szukano go po domach znajomych i przyjaciół, w kawiarniach, kinach, także po parkach, w końcu w szpitalach.

Po dwóch dniach intensywnych poszukiwań znalazł go – kierowany intuicją – młodszy brat, Alfred, w miejscu powszechnie zwanym Świątynią Rozmyślań. Budynek składał się z parteru, piętra i poddasza i był przeznaczony do remontu. Normalnie mieściły się tu ośrodek kultury, biblioteka dzielnicowa, restauracja turystyczna, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz klub jogi. 

Romano siedział na poddaszu przed tablicą z własnoręcznym napisem: „Nie nauczyłem się rozstrzygać, kiedy nie mam racji. Dlatego wciąż się kłócę. To mnie dobija”. Kiedy go znaleziono, wyglądał bardzo źle, był głodny i przemarznięty do szpiku kości. Na pytania, jak się tam znalazł i co tam robił, nie odpowiadał. W ogóle nie reagował na to, co do niego mówiono.

Romano doszedł do siebie dopiero po kilku dniach pobytu w łóżku. Dopiero wtedy był w stanie wyjaśnić, co się stało. Mówił niechętnie i zachowywał się tak, jakby się wstydził.

– W czasie pobytu w Świątyni Rozmyślań zjadłem tylko kilka kanapek. Z wodą do picia nie było najgorzej, miałem jej zapas. Nie wiem dlaczego ani jak się tam znalazłem. Chyba dlatego, że miałem już dosyć krytyki moich zachowań, tego nazywania mnie rozrabiaką, pieniaczem, krzykaczem i piekielnikiem. A może udałem się tam z jakiejś innej przyczyny? Nie będę się spierać. Nie lubię tego, to nie jest w moim stylu.

– Jakżeż to? – matka i brat nie potrafili ukryć zdumienia.

– Zawsze byłem spokojny. Nie pamiętacie? Nigdy nie lubiłem dużo mówić ani dyskutować – mówiąc to Romano patrzył matce w oczy.

Anna Solana był w szoku. Serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi. Po raz pierwszy poczuła jak jej ukochany syn Romano kłamie w żywe oczy. Patrząc na niego zobaczyła twarz jego ojca, Stefana Solany, który ją boleśnie oszukiwał: jego gęste, prawie zrośnięte brwi, obfitą twarz, poziomą zmarszczkę na czole oraz lekko wytrzeszczone oczy.

Tej nocy Anna płakała długo jak wtedy, kiedy dowiedziała się, że mąż potajemnie spotyka się z jej koleżanką, o której wygadywał najgorsze rzeczy. To był oszukańczy kamuflaż. Stefan zdradzał ją, a kiedy Anna powiedziała mu to w oczy, zamiast prosić o przebaczenie, obraził się i ich opuścił.

Kiedy matka i brat wrócili do sprawy następnego dnia, aby wyjaśnić prawdę, Romano odpowiedział spokojnie:

– Nie ma o czym mówić. Zmądrzejcie wreszcie. Nie ma sensu ciągle spierać się o to, kto ma rację. To po prostu niepoważne.

Michael Tequila
Gdańsk, 12 lipca 2021

0Shares