Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe.

Leon Zguba był hurtownikiem. Umiał handlować. Pracując wytrwale przez lata zdobył fortunę i stworzył największą hurtownię wnętrz dla kobiet w Europie. Prowadził ją pod hasłami: „Poprawiamy stare wnętrza i oferujemy nowe”, „Jakość dożywotnio gwarantowana”, „Murowana satysfakcja”. Nikt nie negował niezwykłych osiągnięć Zguby. Był znany, ponieważ pomagał ludziom, prowadząc także rozległą działalność charytatywną, choć sam żył skromnie.

Jego wielkość miała dwie strony: w starszych klientkach wzbudzał wielką miłość, ale były też takie, głównie młode niewiasty, co odczuwały do niego niechęć. Było to już nowe pokolenie, nazywające siebie kobietami a nie niewiastami, wykształcone i przedsiębiorcze, bardzo zróżnicowane. Były wśród nich istoty o ciemnych kolorach włosów lecz jasnych poglądach, muskułach ćwiczonych na siłowni, jeżdżące na wrotkach i zajmujące wysokie stanowiska w biznesie, kobiety-naukowcy, adwokatki, robotnice i pracownice rolne.

Prowadzenie hurtowni wnętrz i oferowanie najlepszych usług było pasją właściciela. Miał on klarowne i zdecydowane poglądy na rzeczywistość. Stał mocno na ziemi dwiema nogami. Ogarniał wszystko i uprzedzał zdarzenia. Jego poglądy i umiejętności były tak cenne, że wydawał się wielu osobom być z żelaza. Poza hurtownią generalnie unikał ludzi, chowając się w cienistych wnętrzach budynków państwowych, kościołów i muzeów. Kochał takie wnętrza. Był samotnikiem i trzymał się z dala od ludzi.

– Jest ostatecznie najlepszym hurtownikiem wnętrz w kraju – bronili go przyjaciele, kiedy go oskarżano o brak słońca w życiu i w charakterze. – Wielkim ludziom wiele się wybacza.

Pewnego dnia Zguba wyszedł na świeże powietrze. Ujawnił się, jak to mówiono. Nie wiadomo czy przez zapomnienie czy celowo, zmieszał się z tłumem klientów, głównie młodych kobiet i towarzyszących ich mężczyzn. Było także trochę starszych osób, matek i ojców, a nawet dziadków. Wszyscy oni przybyli do jego hurtowni, aby obejrzeć towary. Skorzystał z tej okazji, wyszedł na podest, który mu zbudowano, aby był bardziej widoczny, i przemówił. W krótkich słowach wyjawił, że chce zmienić ich wnętrza, ponieważ wie najlepiej, jak ludzie powinni czuć się wewnątrz, co myśleć i jak postępować.

– Chodzi tylko o wnętrza. To co na zewnątrz jest bez znaczenia, to tylko ubranie. We wnętrzu natomiast rodzi się sedno sprawy, idea życia, miłość. Wnętrze ma wymiar boski i jest najważniejsze. I ja chcę zmienić je wam na lepsze. I nie o zmianę indywidualną tu chodzi ale o hurtową, powszechną. W skali kraju, a nawet całej Europy.

– Jak to? – pytano.

– Tak. W skali całego kontynentu, ponieważ dobre przykłady podchwytywane są przez inne narody. To, co dobre, upowszechnia się lotem jaskółki. Wierzcie mi, będziecie dużo lepsze i szczęśliwsze. Ochronię was przed wami samymi, waszym samolubstwem, wygodą, chciwością – przekonywał i zapewniał.

Kobiety tłumaczyły mu, że nie potrzebują zmiany. Podjęły dyskusję.

– My myślimy i czujemy inaczej. Chcemy być sobą, niedoskonałymi istotami, po prostu takimi, jakie jesteśmy, prostymi w naszej ludzkiej złożoności. Nie narzucaj nam swoich przekonań. Daj nam spokój – prosiły.

Hurtownik miał chyba wadę słuchu, gdyż ich nie usłyszał albo nie zrozumiał. Albo miał w sobie wizję, której one nie rozumiały.

– To wy dajcie spokój. Żyję dużo dłużej niż wy i wiem to najlepiej. Jestem człowiekiem w pełni dojrzałym. Mam swoje lata, nawet kilka razy więcej od niejednej z was. Co wy możecie wiedzieć o życiu? – zapytał. Ponadto daję wam dobre warunki. Oferuję nowoczesne wnętrza na niezwykle korzystnych zasadach.

– Ma rację. Tylko on to wie. To samotnik, który miał czas wszystko zrozumieć i przemyśleć – powiedział starszy siwy mężczyzna. Poparła go stateczna matrona w czarnej sukni. Nie tylko oni popierali Zgubę, ale masa innych ludzi myślących hurtowo tak jak on.

Spór o idealne wnętrze narastał przez kilka lat. Nie sposób było rozstrzygnąć, kto ma rację. Czas płynął. Klientela hurtowni wnętrz była coraz młodsza, jej właściciela coraz bardziej pokrywała patyna czasu.

Jesienią, kiedy liście opadły z drzew i żarły je bakterie i wirusy, zagrażające nawet ludziom, Leon Zguba zdecydował, że jest to czas, aby ostatecznie dokonać zmiany ludzkich wnętrz. Wsparli go w tym patriarchowie, poważni mężczyźni, pobożni i stateczni, utrzymujący regularną łączność z Bogiem. Mieszkali w pałacach, których nie sprzątali sami, a tylko zaszczycali swoją nobliwą obecnością, gdyż większość czasu spędzali na rozmyślaniach i modlitwach w świątyniach, większych niż cokolwiek, co stworzył człowiek.

– Tak – powiedzieli. – Leon Zguba ma rację. Wnętrze kobiety trzeba zmienić. Bo jest to wnętrze z zasady doskonałe i takie powinno zostać, nienaruszone interwencją człowieka. Znaczy się, dziewicze, a nie takie, jak to wyobrażają sobie ich właścicielki.

Kiedy wieść o decyzji i determinacji Leona Zguby rozniosła się, zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Jedni nazywali to cudem, inni przewrotną podłością. Na placach i ulicach miast zebrały się młode kobiety w wielkich masach, wyszły na światło dnia i posuwając się ławą, śpiewały i krzyczały.

– Daj nam spokój, Leonie Zgubo! Nie chcemy twoich doskonałych hurtowych wnętrz. Chcemy pozostawić je takimi, jakie są, ukształtowanymi w sposób indywidualny, a nie zbiorowy. Nasze wnętrza nie zawsze są idealne. Czasem ulegają deformacji z niewiadomych przyczyn i to jest bardzo bolesne. I wtedy my, wspomagane przez naszych mężów, rodziny i przyjaciół, musimy podjąć decyzję, co z tym zrobić. Nikt inny nie może tego za nas uczynić.

Wtedy stał się drugi cud, zupełnie jak w Biblii. Zguba wyszedł z hurtowni i śmiało wkroczył w sam środek zgromadzenia kobiet, aby je przekonać do swojej prawdy. Mówił z pasją, bardzo sugestywnie, oferując jeszcze lepsze warunki. To tylko rozwścieczyło kobiety. Tłum wokół niego zawrzał żalem, rozpaczą i gniewem, słychać było straszne krzyki.

Po chwili nastąpiła głucha eksplozja i zapadła cisza. Stało się to w jednej chwili. Policja, która pojawiła się na miejscu prawie natychmiast, zastała na ziemi tylko kształt przypominający manekina. Obrysowano go białą kredą i przeprowadzono śledztwo. Szczątki sfotografowano i sporządzono ich dokładną ewidencję. Znalazły się wśród nich fragmenty ubrania, kępka siwych włosów, metalowe guziki i maska przypominająca ludzką twarz z ohydnie wykrzywionymi ustami. W miejscu, gdzie zwykle jest serce, znaleziono trochę zapiekłego czarnego osadu.

– To prawdopodobnie jest Golem, sztuczna istota stworzona z gliny i przypominająca człowieka, ale pozbawionego duszy – sugerował mężczyzna z bokobrodami, który w towarzystwie dwóch kobiet stał na boku i przyglądał się pracy policji.

Policjant prowadzący śledztwo obrócił się w jego kierunku.

– Bardziej mi to wygląda na humanoidalnego robota, automatycznie wykonującego ustalone zadania. Po niemiecku nazywa się to Maschinenmensch. Prawdopodobnie eksplodował z nadmiaru energii.

Wszyscy się dziwili, jak łatwo wielki hurtownik uległ unicestwieniu. Przedstawiano różne oceny zdarzenia. Bardzo radykalna była ocena organizatorki demonstracji kobiet, Aldony Zygadło. Przybyła na miejsce kilka minut później. Mówiła wyraźnie patrząc prosto w ekran kamery telewizyjnej.

– Leona Zgubę rozerwała niezwykła gorliwość uszczęśliwiania kobiet na siłę. Sam sobie zafundował taki los kierując się obłędnym przekonaniem, że to wie najlepiej, czego Bóg oczekuje od kobiety.

Zwolennicy Leona Zguby, hurtownika wnętrz, postawili mu na centralnym placu miasta masywny pomnik ze spiżu, aby stał tam dając dowód niezłomności i wiary w nieskazitelne ludzkie wnętrze. Potem zbudowano drugi i trzeci pomnik poświęcony jego pamięci. W sumie powstało ich co najmniej kilkanaście.

Następnego roku, w rocznicę tragicznego zdarzenia, w centrum miasta zgromadziła się wielka manifestacja. Czekano na oficjalne rozpoczęcie uroczystości. Zawiał wiatr, nie był to nawet mocny powiew, i na oczach osób stojących na placu pomnik od ognia zwykłej świeczki zapalił się jak wiązka wysuszonej trawy i spłonął w ciągu kilku minut.

– To niemożliwe – mówili świadkowie, przecierając oczy ze zdumienia.

Najgorsze miało nadejść. W ciągu kilku tygodni spłonęły wszystkie pozostałe pomniki Wielkiego Leona Zguby, jak go nazywano od dnia dziwnego zniknięcia.

Mimo intensywnych dochodzeń, policji nie udało się wyjaśnić, jak to się stało, że wszystkie pomniki wystawione na cześć wielkiego hurtownika wnętrz, okazały się również wykonane z dykty. Podejrzewano, że maczały w tym palce kobiety uczestniczące w manifestacji przed hurtownią, nie było na to jednak żadnych dowodów.

Michael Tequila
Gdańsk, 29 października 2020

0Shares

Piramida snów. Powieść fantastyczna. Odc. 8: Plac straceń.

Przed pójściem spać Sefardi wrócił pamięcią do spotkania z przyjaciółmi. Nie było zbyt udane. Usiłował bronić się przed tą myślą. Winił siebie za to, że za mało interesował się polityką i nie wiedział, jakie może wywołać emocje. Postanowił to zmienić, a przynajmniej zastanowić się nad tym. W świecie następowały wielkie zmiany, przede wszystkim technologia i poglądy. Czuł, że musi się podciągnąć, włączyć się w nurt przeobrażeń, bo przepadnie.

Była to ciężka noc. Zapadł w jakiś koszmar. Dusiła go własna piżama. Po chwili szarpania się z nią odleciał w miejsce otoczone drutem kolczastym. Był to plac straceń.

Na środku stała wielka gilotyna, wyglądała jak armata. Nad nią było rusztowanie. Miano wykonać wyrok. Odczytano imię i nazwisko skazańca. Słyszał je wyraźnie: Sefardi Baroka. Zadrżał. Ktoś podszedł do niego od tyłu i zaczął wykręcać mu ramiona. Sefardi szarpnął się energicznie. Wtedy zaczęto bić go po twarzy. Zobaczył oprawców; jednym z nich był Wiktor, drugim nieznany mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach. Krzyczeli na niego.

– Wraz z zębami wybijemy ci nienawiść do władzy i przewodniczącego. Zrozumiesz, że jednostka jest niczym, władza jest wszystkim, bo pochodzi od Boga, podobnie jak przewodniczący. To nasza gwiazda zaranna i wieczorna. Zapamiętaj sobie te zasady!

Na placu ukazała się czarna tablica z czerwonymi napisami, ułożonymi jeden pod drugim. Wyglądały jak przykazania.

– Nie myśl źle o stosunkach rząd-społeczeństwo-jednostka. Bo i po co?
– Nie traktuj władzy jak zarazy zagrażającej wolności jednostki. To niesłuszne.
– Nie uważaj Przewodniczącego za opresora o dyktatorskich zapędach. To ci nic nie da.

Sefardi nie wiedział, co myśleć. Im bardziej chciał się wyswobodzić, kierowany strachem, co się z nim stanie, tym silniej dusili go strażnicy. Po chwili się uspokoił, bo zobaczył siebie wśród tłumu zgromadzonego na placu. Przemawiał stojąc w pierwszym szeregu. Wielkie drukowane litery wypływały mu z ust. Był to jego głos, co do tego nie miał wątpliwości. Przemawiał głośno i dobitnie.  

– Mówię do was wszystkich i do każdego z osobna. Obywatelu! Wraz z postępem technologii twój rząd coraz skuteczniej kontroluje ciebie i społeczeństwo.

Kiedy skończył, zauważył wysokiego mężczyznę o chłopięcym spojrzeniu. Był to Luka. Na piersiach miał tabliczkę „Właściciel małej firmy informatycznej”. Sefardi poznał go po wysokim wzroście, gniewnych oczach i kilkudniowej ciemnej szczecinie na twarzy.

– Już dziś wszystko jest regulowane przez rząd. Nie ma niczego, co nie podlegałoby kontroli państwa. Nawet drobiazgi, na jakie w ogóle nie zwracamy uwagi.

– Na przykład, co? Wyjaśnij, ty chamie! – Krzyknął zaczepnie Wiktor.

Sefardi przyjrzał mu się dokładnie. Wiktor miał ze sobą broń. Stał w rozkroku, w mundurze majora, z wielkim złotym orderem na piersi. Miał na uszach słuchawki i przypominał rzeźnika.

– Recepta. Mówię o recepcie lekarskiej. – Luka aż się zapienił. – To wy określacie jak ma ona wyglądać. Ja sobie tego nie życzę. Jestem biznesmenem, a nie konowałem, skrybą, bezdusznym urzędnikiem czy sługusem. – Mówca krzyczał i krzyczał. Nie chciał przestać. 

– Decydujecie o najmniejszym szczególne mojego życia, a kiedy chcę o tym mówić, to wy mi tłumaczycie, że tego nie wolno, że robię z tego politykę. Wszystko jest polityką. Decydujecie jak wygląda recepta lekarska, jaką ma treść, pieczątkę, podłużną czy okrągłą, jak długo jest ważna, na jakim papierze, jego rozmiar, czy podpis lekarza ma być zwykły czy też wyraźny z drukowanym imieniem i nazwiskiem. To wy ustalacie wszystko w najmniejszych szczegółach, prawa, przepisy, regulacje. Prowadzenie małej firmy, przepisy ruchu drogowego, transportu, handlu, telewizji publicznej i edukacji. W szkole robicie dzieciom wodę z mózgu. Powiem wam – w oczach Luki zapaliły się ognie – czasem myślę, że powinienem zostać anarchistą, bo jeśli my nie rozwalimy rządu, to on nas rozwali.

Po gwałtownym i nieoczekiwanym wystąpieniu Luki zapadła grobowa cisza. Zamilkła służba więzienna, strażnicy, kat, ludzie z tłumu, z gilotyny przestała kapać krew.

Sefardi obudził się zlany potem. Ręce miał związane na plecach rękawami piżamy jak pacjent szpitala psychiatrycznego. Z trudem się rozplątał. W głowie słyszał wciąż jedno zdanie, że wraz z postępem technologii rząd coraz skuteczniej kontroluje jednostkę i społeczeństwo. Był to fragment jego snu. Zrozumiał, że jest to także rzeczywistość.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 199: Ruch wyzwolonych kobiet.

Kościół Hierarchiczny od początku był przeciwny ruchowi wyzwolonych kobiet, uznając go za wynalazek szatana. Z czasem musiał pogodzić się z sytuacją. Nie było to łatwe. Eminencja zmagał się ze sobą.

Pod presją sił atakujących kościół i żądających zniesienia celibatu, ustępował. Z niechęcią i niepokojem zawiesił celibat na czas nieokreślony. Uczynił to zastrzegając, że traktuje to jako sytuację przejściową, wynikającą z konieczności pokonania kryzysu demograficznego. Nie przyszło mu to łatwo. Był sam, nie mógł liczyć na wsparcie gubernatora, który coraz częściej popadał w niedyspozycję psychiczną.

Niezadowolenie z powodu ustępstw w sprawie celibatu rekompensowała Eminencji satysfakcja płynąca z budowy Świątyni Wiary i Prokreacji. Było to jego największe osiągnięcie. Powstanie świątyni uważał za przełom w historii wiary w Boga. Nigdy wcześniej nie stworzono tak potężnego mechanizmu umacniania wiary, służącego równocześnie ratowaniu społeczeństwa.

*****

Na spotkaniu z gubernatorem i Babochłopem, Eminencję przeraziła skala agresywności wyzwolonych kobiet. Babochłop złożył ustny raport.

– Wściekłe baby … przepraszam, ale nie mogę ich nazywać inaczej … tłumaczył się policjant – nie zawahają się przed niczym. Wykorzystują wszystko, co się da dla umocnienia swojego buntu. Bez skrupułów stosują propagandę i pranie mózgów. Ich kierownictwo to dobrze wykształcone, zamożne, czynne zawodowo i pewne siebie jednostki, głoszące szalone poglądy na temat szkodliwości prokreacji. Trafiają one przede wszystkim do uszu i serc kobiet niepewnych i wahających się. – Dla uzasadnienia tej opinii Babochłop przedstawił nagranie video z manifestacji wyzwolonych kobiet.

– Obserwowaliśmy to towarzystwo przez miesiąc. Był to okres wystarczająco długi, aby upewnić się, że ruch rozprzestrzenia się jak ogień buszu w czasie koszmarnej suszy. Ruchowi przewodzi kilka kobiet o niezwykłej sile przekonywania. Przywódczynie zmieniają się na zasadzie rotacji. Jest ona płynna, ponieważ kobiety mniej rywalizują ze sobą w odróżnieniu od mężczyzn. To wielkie źródło ich siły. Ruch ma charakter antyprokreacyjny oraz antyklerykalny; kościół nie rozwinie tam swoich skrzydeł. Podejrzewam, że stowarzyszenie może nabrać charakteru paramilitarnego.

Zaintrygowało to gubernatora.

– Jeśli policja to udowodni, to natychmiast rozwiążę stowarzyszenie.

Były to złudne nadzieje. Stowarzyszenie było zarejestrowane jako fundacja rozwoju kobiet pilnująca, aby nie przekraczać zakresu swoich uprawnień.

Video pokazało burzliwy przebieg demonstracji. Uczestniczki głosiły radykalne poglądy. Przedstawiały je odczytując krótkie komunikaty o sytuacji kobiet i dzieci w różnych krajach.

– Dzieci nie chodzą do szkoły. Bo zniszczona. Dziecko jest same, bo śmiertelnie się boi. Dzieci umierają na cholerę. Wojna jest najokrutniejsza dla dzieci. Dzieci są porywane, zabijane, gwałcone, okaleczane, zmuszane do zabijania. Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo.

Ktoś podchwycił ostatnie zdanie. Kilkanaście sekund później cały tłum na Plaza Central skandował podnosząc do góry pięści: „Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo”. Słowa wyrywały się z gardeł, wzmacniając determinację pozostania w stanie bezdzietnym. 

Babochłop potwierdził prawdziwość informacji.

– Zapisałem dane z nagrania i sprawdziłem je. Co czwarte dziecko na świecie żyje w strefie wojny lub katastrofy. Pięćdziesiąt milionów dzieci musiało uciekać z domu. Wojny pozbawiły dwieście sześćdziesiąt tysięcy dzieci ręki lub nogi. Za każdą koszmarną historią przemocy, wypędzenia i głodu stoi dziecko. Te cholerne baby to wspólnota scementowana poglądami i wartościami – podsumował. – W wielu sprawach mają rację. – Mimo to nie znoszę ich buty. – Mruknął dolewając sobie koniaku do kieliszka. Chętnie korzystał z najlepszych trunków gubernatora, kiedy uczestniczył w naradzie w jego gabinecie.

Gubernator zastanawiał się, czy słowa policjanta dotyczące buty wściekłych bab były szczere.

*****

Następnego dnia Babochłop pokazał gubernatorowi i Eminencji nagranie z zamkniętej imprezy wyzwolonych kobiet wykonane ukrytą kamerą. Spotkanie prowadziła zawodowa psycholożka. Było to szkolenie wypełnione fantazjowaniem erotycznym, stanowiącym rodzaj terapii. Miało ono na celu zastąpienie naturalnej skłonności do macierzyństwa innymi popędami i motywacjami, przede wszystkim fantazjowaniem, ale nie tylko. W trakcie zajęć uczestniczki opowiadały sobie sny i marzenia seksualne. Jedna z kobiet opisała, jak we śnie przekazywała swoim towarzyszkom prezerwatywę na długim kiju, co psycholożka zinterpretowała jako strach przed seksem.

Gubernator, Czarna Eminencja i babochłop doszli zgodnie do wniosku, że kobiety wyzwolone stanowią przeszkodę nie do pokonania; w przypadku próby zdecydowanej interwencji rządu staną murem jedna za drugą.

– Bezpośrednią konfrontacją nic nie wskóramy. Kobiety łączą tragiczne przeżycia Apokalipsy i strach przed przyszłością. Teraz ważny jest dla nich awans społeczny, odzyskanie poczucia wartości osobistej i niezależności. Mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. – Kończąc zdanie, gubernator poczuł suchość w gardle. To on odpowiadał za losy kraju. Klęska demograficzna oznaczała jego upadek. Wyobraził sobie, jak niedobitki obywateli kwitnącego niegdyś kraju wyciągają do niego z wściekłością ręce, aby schwycić go, wrzucić na wóz z cuchnącym gnojem i wywieźć na bagna zasiedlone przez kajmany. Po raz pierwszy od długiego czasu ogarnął go paraliżujący strach. Usiadł w pośpiechu.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 98: Gubernator i klakierzy

Szczególną rolę na wiecach odgrywali klakierzy. Byli oni oczkiem w głowie gubernatora, źródłem jego przewagi nad konkurencją. Wśród najbliższych współpracowników gubernator nie wahał się nazywać ich awangardą wiecową, wyróżnioną kastą lub przyboczną gwardią. Była to tajemnica poliszynela, nie upowszechniająca się nadmiernie, bo był to jego poliszynel, umiejący milczeć.

Klakierzy byli – można by rzec – dzieckiem gubernatora, bo naturalnych dzieci nie miał. Oczywiście nie w sensie dosłownym, bo klakę wynaleziono dużo wcześniej. Stosowano ją już w starożytnym Rzymie, w teatrze, gdzie wynajęci ludzie burzą entuzjastycznych oklasków wywoływali w publiczności przekonanie, że sztuka jest absolutnie rewelacyjna, wręcz boska, że o tak niesamowitym spektaklu nigdy nie mogli nawet marzyć, i że nic lepszego nie było, nie ma i nie będzie.

Gubernator nie dobierał sam klakierów, ale ustalał kryteria wyboru. Byli to głównie mężczyźni, osobnicy zdrowi, entuzjastycznie nastawieni do życia i do jego partii, wszyscy bez wyjątku o wielkich dłoniach, które uderzane o siebie budziły entuzjazm tłumu, mobilizowały, wzniecały podniecenie. Uczestnicy wiecu samoistnie podrywali się wtedy na nogi, bili brawo i skandowali:

– Brawo gubernator! Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!, aby zakończyć potężnym Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras! – Nazwiska gubernatora nie używano; imię było krótsze, bardziej poręczne, przez co czyściej i mocniej brzmiało i o to właśnie chodziło.

Każdą akcję budzenia tłumu inicjował kierownik zespołu klakierskiego, wynagradzany później przez gubernatora pochwałą, podziękowaniem, uściskiem ręki, czasem nawet klepnięciem po plecach lub bezpośrednio gotówką do ręki. Po latach wysługi klakierskiej mógł on liczyć nawet na awans na jakieś dobrze płatne stanowisko nie wymagające nadzwyczajnych umiejętności.

Co do wielkich dłoni klakierów, to opozycja żartowała, że są to wiosła, których użyje on, aby uratować się przed zagładą, kiedy nadejdzie żywioł sprawiedliwości i zmyje go razem z jego dziadowskim aparatem partyjnym i rządowym oraz wszystkimi nepotami i podłymi szwindlami, jakie miał na sumieniu. On sam nie miał uczucia, że postępuje niezgodnie z prawem, dobrymi zasadami czy choćby zdrowym rozsądkiem i wyczuciem politycznym, które były dla niego najważniejsze.

Gubernator rozstawiał klakierów równo po wszystkich sektorach; byli ubrani tak jak inni ludzie w sektorze, aby nie wyróżniali się, bo i po co. Na jego dyskretny znak, w odpowiednim momencie jego wystąpienia, zapoczątkowywali lawinę oklasków i entuzjazmu tłumu. Tym znakiem było uniesienie prawej ręki z otwartą dłonią skierowaną do przodu; gubernator poruszał nią trzy razy, nie mniej i nie więcej, jakby dla uspokojenia zebranych. Był to znak: teraz burza oklasków i okrzyków.

*****

Kiedy o godzinie czternastej sprzed kościoła wyruszył kondukt pogrzebowy z prochami Sefardiego Baroki i zabrzmiały pierwsze takty muzyki sakralnej Mozarta, w niezbyt odleglej dzielnicy Dos Corrientes rozpoczynał się wiec Partii Konserwatywnej z udziałem gubernatora Barrasa. Było to dla niego ważne spotkanie; zapowiadano je od miesięcy jako wydarzenie, które zadecyduje o przyszłości jego partii, kraju i stanowiska.

Godzinę wcześniej, przez kordon silniejszej niż zwykle ochrony, spokojnie przejechało czarne BMW z zaciemnionymi szybami oznaczone imienną tablicą rejestracyjną „Gubernator Blawatsky”. Limuzyna była jedyna w swoim rodzaju, znał ją cały kraj. Niezapowiadany wcześniej pojazd nie zdziwił ochrony ani służb porządkowych. Nie był to pierwszy raz, kiedy gubernator, zmieniając swój program, niespodziewanie przyjeżdżał lub odjeżdżał. Kilkanaście minut wcześniej dowódca ochrony wiecu otrzymał komunikat od osobistego kierowcy Barrasa, że gubernator zamierza nieco wcześniej opuścić wiec, aby udać się na bardzo ważne spotkanie. Samochód podjechał przed trybunę i zatrzymał się. Nikt z niego nie wysiadł. 

O godzinie czternastej na trybunie ukazał się gubernator, aby wygłosić przemówienie. Najpierw powitał zebranych, powiedział dwa lub trzy zdania i zrobił przerwę, jakby dla nabrania oddechu, a tak naprawdę, aby usłyszeć gromkie brawa i okrzyki. Wyglądało to bardzo naturalnie. Klakierzy zareagowali natychmiast, jak tylko kierownik grupy klakierskiej otrzymał umówiony sygnał od gubernatora. Rozległ się głos męskiego chóru: Gubernator! Gubernator!, któremu natychmiast towarzyszył okrzyk kobiet: Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras!, po czym sekwencja ta powtórzyła się kilka razy stwarzając uczucie jedności poparcia uczestników wiecu dla gubernatora i jego partii.

1Shares