Krzykacz. Opowiadanie.

Odc. 1 Romano Solana

Solana był mężczyzną średniego wzrostu, wyglądał przeciętnie i szczycił się swym imieniem Romano. Było proste i dobrze mu się kojarzyło. Myślał o tym siedząc w fotelu naprzeciwko okna gapiąc się na sklep i drzewo po drugiej stronie ulicy; wyglądały jak wycięte z kolorowej tektury.

Patrząc na syna pani Solana zdała sobie sprawę, że zawsze widziała go w ten sam niezmienny sposób: jako spokojnego, wyjątkowo inteligentnego, urodziwego i powszechnie lubianego chłopca. Kochała go jak każda przykładna matka kocha swoje dziecko, widząc w nim dobroć i piękno. Przyglądając się Romano półleżącemu w fotelu, zdała sobie sprawę, że ma on już dziewiętnaście lat. Zadała sobie pytanie, jak to stało, że tak się zmienił. Był teraz tęgim mężczyzną o nalanej twarzy, nieogolonych policzkach i karku atlety. Nie nastąpiło to od razu. W wieku czternastu lat niewiele wskazywało, że będzie tak opasły choć brzuch mu się już nieznacznie przelewał poza pasek spodni kiedy latem szedł po plaży bez koszuli. Chyba dlatego nazywano go Gruby. Nie wygląd syna był jednak przedmiotem jej największej troski.

Mając dwa lata Romano był wyjątkowym dzieckiem. Dysponował nadzwyczajną wiedzą. Jego zasób wiadomości, zdolność wyrażania się, umiejętność argumentacji imponowały wszystkim. Był dumą jej i najbliższej rodziny. Miał też pewną nietypową dla dwulatka skłonność – upierania się za każdym razem, że to ma rację, a nie ta druga osoba czy osoby. Zawsze miał pod ręką argumenty udowadniające, że słuszność jest po jego stronie. Nie wiadomo kiedy słabość przerodziła się w brzydką przywarę wykłócania się, że się nie myli. Stał się uparty i nieustępliwy.

Zaczęło się zupełnie niewinnie. Na początku spierał się z matką w czasie wspólnej zabawy. Była zachwycona jego inteligencją i lubiła żartobliwie ją testować. Mówiła mu na przykład:

– Synku! Doskonale pamiętam dzień, kiedy się urodziłeś. Był to piątek, dzień był słoneczny .

Romano przerywał jej zazwyczaj, aby zaprotestować. Potem, kiedy był już nastolatkiem i uczył się angielskiego, dodawał przykłady i robił porównania.

– Nie, mamo! To nie było tak. Ja sam się nie urodziłem. To ty mnie urodziłaś. Widać to wyraźnie w języku angielskim, w którym mówi się „I was born”. Te słowa znaczą dosłownie „byłem urodzony”, a poprawnie „urodzono mnie”.

Odc. 2 Oceny i studia

Zaskakująca, dziecięco prosta logika zachwycała Annę. Czuła do syna tak wielką słabość, że nie zwracała uwagi na jego swarliwość. Powodem był ciężki poród Romano. Nie mogła zapomnieć pierwszego krzyku syna, kiedy się urodził. Było w nim cierpienie. Czuła to w swoim sercu. Pediatra twierdził, że poród mógł mieć wpływ na rozwój dziecka. Chłopiec jąkał się do trzeciego roku życia. Potem mu to przeszło, nie bez pomocy logopedy.

Członkowie rodziny nie byli tak szczodrzy w pochwałach i zachwytach jak matka.

– Romano jest trudny w kontaktach, zawsze upiera się, że to on ma rację. Jest kłótnicki – to były najłagodniejsze stwierdzenia.

Dalsi kuzyni byli jeszcze ostrzejsi w ocenie:

– Niezły pieniacz z niego wyrośnie. Ma w sobie zadatki niezdrowej osobowości: narwańca, raptusa, piekielnika, pyskacza i warchoła.

Martwiło to panią Solano. Bezwzględną nieustępliwość Romano tłumaczyła sobie na początku jego ciężkim porodem, potem znalazła jeszcze inny argument: prawdomówność syna. W liście do siostry Ireny pisała:

– Romano jest mi niezwykle bliski również dlatego, że nie kłamie. Zawsze mówi mi prawdę. Uważam to za jego największa zaletę. To jedyna istota prawdomówna, jaką znam. Cenię go za to tym bardziej, że jego ojciec był nałogowym kłamcą. Nie tylko mnie oszukiwał. To był przypadek chorobowy. Na szczęście w końcu nas opuścił, mnie i dziecko, aby prowadzić dalej bez zahamowań swoje kłamliwe życie.

Na studiach Romano wymyślił coś, co nazywał logiką słowa. Jakiś czas bawił się nią, układając wyrafinowane kalambury, zagadki, rebusy i krzyżówki. Niecały rok później, kiedy pomysł mu się znudził, logikę słowa przemianował na logikę języka, wyróżniając w niej język mówiony, pisany i myślany.

Studiów polonistycznych nie skończył, zrobił tylko licencjat. Tytuł „Licencjat” uważał za niewłaściwe określenie.

– Oznacza on tytuł zawodowy nadawany absolwentom studiów pierwszego stopnia. Po ukończeniu studiów drugiego stopnia otrzymują oni tytuł magistra. To nie ma sensu. W połowie studiów uzyskujesz licencjat, po ich zakończeniu stajesz się magistrem. W takim układzie logiczniej byłoby zamiast tytułu „licencjat” stosować tytuł „półmagister”.

Odc. 3 Logika i taniec

Zachowanie i temperament Romano budziły coraz większy niesmak i niechęć w jego otoczeniu. W czasie jednego z niekończących się sporów ktoś nazwał go półgłówkiem. Adresat epitetu przyjął to wyjątkowo spokojnie. Miał mocną argumentację i nie zamierzał ustąpić.

– Określenie „półgłówek” nie ma racji istnienia. To czysta logika. Jeśli jest połówka czegoś, to musi być też całość. Tak jak jest cała gruszka i pół gruszki. Albo dom i pół domu. Nie ma przecież wyrazu „główek”. W odróżnieniu od „inteligent” i „półinteligent” czy wino „wytrawne” i „półwytrawne” wyraz „półgłówek” nie ma więc prawa istnieć. Jego używanie jest bezzasadne.

Tylko raz ktoś powiedział Romano coś takiego, z czym się nie zgodził, ale po zastanowieniu się zmienił zdanie i przyznał rozmówcy rację. To był jedyny przypadek, kiedy się nie kłócił. Wszyscy znajomi to komentowali. On sam szybko zapomniał o zdarzeniu, jakby uznając je za incydent bez znaczenia, coś przypadkowego.

Oprócz szalonej skłonności do upierania się przy swoim, Romano miał też niezwykłą pozytywną cechę: był wspaniałym tancerzem. Co najciekawsze, rozmawiając w czasie tańca, nie kłócił się nigdy o nic. Jego partnerki były gotowe wiele mu z tego tytułu wybaczyć. Dla mężczyzn nie miało to znaczenia. 

– Romano dla mnie to zupełnie inny mężczyzna, miły i zrównoważony. W dodatku to prawdziwy talent taneczny. Ma ogromne wyczucie taktu i rytmu, i bardzo lekko prowadzi w tańcu – były to słowa Józefiny Aldo, studentki polonistyki z tego samego roku co Romano.

W mieście krążyły pogłoski, że ona i Romano mają się ku sobie i zamierzają się pobrać. Chodzili ze sobą kilka miesięcy. Kiedy się rozeszli, nikt nie wiedział dlaczego; oni sami na ten temat milczeli.

Spieranie się było ważne dla Romano. Prawdopodobnie dlatego, że stanowiło część jego poczucia własnej wartości i godności. Lubił wygrywać w słownych potyczkach. Przy różnych okazjach podkreślał:

– Czuję się nieswojo, kiedy się z kimś nie kłócę. Zwycięstwo dodaje mi pewności i siły.

Około trzydziestki Romano stał się tak nieustępliwy i zapiekły w dyskusjach, że ludzie zaczęli od niego stronić. Nie raziło go to. Kiedy masowo zaczęto go unikać, znalazł nietypowe rozwiązanie: kłócił się z samym sobą. Miał o co. Tematem była przeważnie potrzeba schudnięcia. Bardzo tego pragnął, ale mu się to nie udawało. Uważał, że je za dużo i niewłaściwie, bo w jego diecie był nadmiar owoców i słodyczy a za mało warzyw i dań lekkostrawnych.

Najchętniej dyskutował ze sobą wieczorami w domu, choć nie uciekał od polemiki także w ciągu dnia. Zdarzało się to najczęściej w kawiarni lub pubie, gdzie chętnie wpadał, aby coś się napić. Kelnerzy przeważnie prosili go wtedy, aby udał się w odosobnione miejsce, bo jego głośne rozmowy z samym sobą przeszkadzały innym klientom. Pobyt w zamkniętym pomieszczeniu niewiele dawał; nawet kiedy poszedł do toalety, słychać było głośną wymianę słów.

Odc. 4 Badania 

Nietypowe zachowania Romano Solany zwróciły uwagę doktora Andrzeja Śniadego z Pracowni Fonoskopii Teoretycznej i Praktycznej „Labor”. W naradzie ze swoimi współpracownikami uznał, że jest to ważny temat badawczy.

– Niekończący się spór, kto ma rację, a kto jej nie ma, bez możliwości porozumienia się, jest ciekawym zjawiskiem zarówno z puntu widzenia medycyny jak i nauk społecznych.

Przez wspólnego znajomego zaproponował Romano spotkanie a następnie bezpłatne testy i badania w Pracowni „Labor”.

– Chodzi nam o wyjaśnienie zjawiska pogłębiania się sporu w rozmowach między dwiema osobami oraz o rozpoznanie osobowości i emocji dyskutantów. Jest pan wyjątkiem wśród tysięcy klientów, jacy trafiają do naszej pracowni – mówiąc to, doktor Śniady szeroko rozłożył dłonie na kolanach. Przyglądając im się Romano zdziwił się: dłonie lekarza były masywne jak u ciężko pracującego rzeźnika lub drwala. Chciał to skomentować. Po krótkim wahaniu uznał, że nie ma to sensu, ponieważ mogłoby to doprowadzić do niepotrzebnej kłótni.

Z czasem Romano nauczył się dyskutować sam ze sobą, w milczeniu, poruszając niemo wargami. Czynił to także w miejscach publicznych, nie zważając, że ludzie przyglądają mu się jak żwawo porusza ustami. Widziano go, jak kłócił się ze sobą na temat niedostatecznej motywacji do pozbycia się nadwagi. – Dlaczego nie możesz pozbyć się nadwagi? – Było to pytanie przewijające się w dyskusji.

Praktykę tę Romano zarzucił tylko dlatego, że nie widział korzyści wynikających z milczących monologów, nawet jeśli dotyczyły one ważnych tematów.

– Rozmowa z samym sobą jest absurdem, ponieważ prowadzi donikąd – tłumaczył sobie stojąc w łazience przed wielkim lustrem.

Był to okres, kiedy ponownie zagłębił się w zagadnienia logiki i używał lustra do obserwacji i analizy własnych zachowań. Posługiwał się tymi narzędziami pragnąc w pełni zrozumieć siebie i osoby prowadzące z nim dyskusje.

Logika tylko skomplikowała jego i tak już niełatwe życie. Romano nabrał nawyku niepotrzebnego popisywania się wiedz, nawiązując do logiki intuicjonistycznej, jej związku z finityzmem, teorii mnogości i paradoksów, prawdopodobieństwa subiektywizmu oraz logiki rozmytej.

To wszystko tylko przysparzało mu niesławy. Nazywano go szachrajem zasłaniającym się mętnymi pojęciami naukowymi. Bolało go to tym bardziej, że oskarżyciele odmawiali podjęcia z nim polemiki na temat domniemanego szachrajstwa.

Mniej więcej w tym samym czasie zbudziły się w nim wątpliwości co do własnego postępowania. Zapoczątkowała je rozmowa w Pracowni Fonoskopii Teoretycznej i Praktycznej „Labor”, kiedy doktor Andrzej Śniady zadał mu pytanie:

– Czy to rzeczywiście tak ważne jest mieć rację? Nikt z nas nie lubi mądrzejszych od siebie, ponieważ upokarzają nas swoją przewagą intelektualną. Większość z nas uważa osobę więcej wiedzącą za przemądrzalca, mędrka i zarozumialca.

Romano dłuższy czas zastanawiał się nad jego słowami. Podobała mu się sugestia, że ludzie się z nim kłócą, ponieważ wie dużo więcej od nich i czują się przez to upokorzeni.

Niepokój zasiany w duszy Romano w pracowni fonoskopii nie znikał, wywołując okresowe pogorszenie jego samopoczucia. Doktor Śniady uważał, że mogły to być początki depresji i taką informację przekazał klientowi.

Odc. 5 Zniknięcie Romano

Pewnego jesiennego ranka – był to tydzień silnych wahań pogody – Romano wyszedł z domu na spacer nad rzeką i nie wrócił. Przepadł jak kamień w wodzie. Dni były już chłodne, robiło się coraz zimniej. Po całym dniu niespokojnych poszukiwań syna razem z Albertem, jego młodszym bratem, Anna Solana powiadomiła policję o jego zniknięciu. Szukano go po domach znajomych i przyjaciół, w kawiarniach, kinach, także po parkach, w końcu w szpitalach.

Po dwóch dniach intensywnych poszukiwań znalazł go – kierowany intuicją – młodszy brat, Alfred, w miejscu powszechnie zwanym Świątynią Rozmyślań. Budynek składał się z parteru, piętra i poddasza i był przeznaczony do remontu. Normalnie mieściły się tu ośrodek kultury, biblioteka dzielnicowa, restauracja turystyczna, kawiarnia, sklep z pamiątkami oraz klub jogi. 

Romano siedział na poddaszu przed tablicą z własnoręcznym napisem: „Nie nauczyłem się rozstrzygać, kiedy nie mam racji. Dlatego wciąż się kłócę. To mnie dobija”. Kiedy go znaleziono, wyglądał bardzo źle, był głodny i przemarznięty do szpiku kości. Na pytania, jak się tam znalazł i co tam robił, nie odpowiadał. W ogóle nie reagował na to, co do niego mówiono.

Romano doszedł do siebie dopiero po kilku dniach pobytu w łóżku. Dopiero wtedy był w stanie wyjaśnić, co się stało. Mówił niechętnie i zachowywał się tak, jakby się wstydził.

– W czasie pobytu w Świątyni Rozmyślań zjadłem tylko kilka kanapek. Z wodą do picia nie było najgorzej, miałem jej zapas. Nie wiem dlaczego ani jak się tam znalazłem. Chyba dlatego, że miałem już dosyć krytyki moich zachowań, tego nazywania mnie rozrabiaką, pieniaczem, krzykaczem i piekielnikiem. A może udałem się tam z jakiejś innej przyczyny? Nie będę się spierać. Nie lubię tego, to nie jest w moim stylu.

– Jakżeż to? – matka i brat nie potrafili ukryć zdumienia.

– Zawsze byłem spokojny. Nie pamiętacie? Nigdy nie lubiłem dużo mówić ani dyskutować – mówiąc to Romano patrzył matce w oczy.

Anna Solana był w szoku. Serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi. Po raz pierwszy poczuła jak jej ukochany syn Romano kłamie w żywe oczy. Patrząc na niego zobaczyła twarz jego ojca, Stefana Solany, który ją boleśnie oszukiwał: jego gęste, prawie zrośnięte brwi, obfitą twarz, poziomą zmarszczkę na czole oraz lekko wytrzeszczone oczy.

Tej nocy Anna płakała długo jak wtedy, kiedy dowiedziała się, że mąż potajemnie spotyka się z jej koleżanką, o której wygadywał najgorsze rzeczy. To był oszukańczy kamuflaż. Stefan zdradzał ją, a kiedy Anna powiedziała mu to w oczy, zamiast prosić o przebaczenie, obraził się i ich opuścił.

Kiedy matka i brat wrócili do sprawy następnego dnia, aby wyjaśnić prawdę, Romano odpowiedział spokojnie:

– Nie ma o czym mówić. Zmądrzejcie wreszcie. Nie ma sensu ciągle spierać się o to, kto ma rację. To po prostu niepoważne.

Michael Tequila
Gdańsk, 12 lipca 2021

0Shares

Pracowita noc malarza Sapiehy. Opowiadanie.

Grudniowa noc była wyjątkowo zimna. W czasie nieszporów Napoleon Sapieha stał pod amboną i słuchał kazania kanonika Leona Karnego o początku świata i stworzeniu pierwszych ludzi, Adama i Ewy. Rozglądał się po kościele, pocieszając się widokiem ciepło ubranych świętych na obrazach. Był malarzem, widział niejeden obraz i był przekonany, że postacie świętych nie grzeszą nadmiarem ubioru, a tu takie zaskoczenie! Byli ubrani wyjątkowo solidnie, okutani szubami z naturalnego futra lisów i gronostajów. Zazdrościł im, bo sam odczuwał dojmujący chłód ciągnący od kamiennej podłogi, od którego stopy marzły w butach.

Do kościoła Sapieha chodził rzadko, głównie aby się wyspowiadać i pomodlić, aby wszyscy święci pomogli mu sprzedawać obrazy, źródło jego pasji i utrzymania. Z czasem zaprzyjaźnił się ze spowiednikiem, kanonikiem Leonem Karnym. W duchu nazywał go klechą. Nie było to negatywne określenie. No, może trochę. Kilka razy rozmawiali w zakrystii. Kiedy już malarz poczuł się swobodniej, powiedział mu:

– Nie za bardzo wierzę w spowiedź.

Klecha nie zdziwił się.

– To akt symboliczny. Słucham cię w zastępstwie pana Boga. Niektórych grzeszników taka spowiedź skłania do większej szczerości. A jeśli zadam im pokutę, także do większego żalu za grzechy i gorętszej chęci poprawy. To jedyny sens spowiedzi i pokuty.

Napoleon przypomniał sobie swoje obrazy. Od kilku tygodni były eksponowane w dwóch galeriach w mieście i nie sprzedawały się. Dotychczas nie znalazł się kupiec. Oprócz tego miał jeszcze do zbycia grafiki i rysunki. Prezentował je na własnej stronie internetowej, kilka także na wystawie Ośrodka Kultury Miejskiej „Bufor”.

– Obrazy wyjątkowo trudno się sprzedają. Może to z powodu ciężkiej zimy, bo ludziom nie chce się nigdzie chodzić, nawet jeśli jest to galeria obrazów położona kilkaset metrów dalej.

Wyobraźnia przeniosła go na zewnątrz, gdzie padał śnieg, a wcześniej zapowiedziano zamieć.

Z zamyślenia wyrwał go mocny głos kaznodziei.

– Ta dwójka zapoczątkowała ludzki ród, z którego wyłoniło się wiele ras ludzkich. Wy, drodzy parafianie, tak samo jak ja, też od nich pochodzimy. Ponieważ rasy mieszały się ze sobą, mamy w sobie domieszki różnej krwi. Wszyscy jesteśmy mieszańcami. Nie zapominajmy o tym, aby nie wynosić się nad innych ludzi, odmiennych od nas kolorem skóry, wyglądem czy zachowaniem.

Mimo zaawansowanego wieku kanonik trzymał się prosto. Był tak stary, że pamiętał nawet dziadka Napoleona Sapiehy, tego ze strony matki. Nazywał się Grzegorz Orda i był złośliwym karłem, który po wzbogaceniu się na handlu kradzionym drewnem, został filantropem i dobroczyńcą. Stał się tak bogaty, że mimo wyraźnej ułomności, ożenił się niezwykle udanie, biorąc za żonę najładniejszą dziewczynę we wsi.

Więcej szczęścia miał Napoleon do matki, mądrej i urodziwej kobiety. Co najważniejsze, była normalnego wzrostu i rozsądnej wagi, choć pod koniec życia trochę utyła. Miała jedną słabość; była melancholiczką. To po niej Napoleon odziedziczył obezwładniający smutek. Nie miał pojęcia o tej przypadłości, dopóki nie skończył trzydziestego roku życia, kiedy melancholia objawiła się w całej krasie. Dowiedział się o niej od lekarza. Zgłosił się do niego, skarżąc się na złe samopoczucie. Ataki melancholii pojawiały się i męczyły Napoleona głównie w dni, kiedy środki masowego przekazu pokazywały ciężkie wypadki drogowe, katastrofy, pożary i powodzie, w których masowo ginęli ludzie i zwierzęta.

Wierni opuszczali kościół tak powoli, jakby nie było im zimno. Padał drobny śnieg i panoszył się siwy mróz. W drodze do domu Napoleon przemarzł jeszcze bardziej. Po przybyciu na miejsce, natychmiast zaparzył sobie duży kubek gorącej herbaty. Sączył ją powoli, myśląc o niesprzedanych obrazach wystawionych w galeriach miejskich. Zamierzał położyć się już spać, kiedy usłyszał dzwonek u drzwi. Zaniepokoił się. Zastanawiał się, kto mógłby chcieć odwiedzić go tak późno w taką pogodę. Był to syn Rafał z żoną i dwójką dzieci.

– Przepraszam, że nie powiadomiłem cię o naszym przyjeździe. Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę. Przyjechaliśmy na weekend, aby cię trochę rozerwać. Najbardziej pragnęły cię widzieć Paweł i Karolinka. Nie musisz o nic się martwić, przywieźliśmy ze sobą jedzenie. Mamy nawet własną pościel, gdyby zaszła taka potrzeba.

Zanim Napoleon znalazł się w łóżku, była już jedenasta. Zmęczony, zasnął od razu. W nocy na przemian budził się i zasypiał. Na początku jak zwykle miał krótki sen. Odwiedził go dziadek po kądzieli, karzeł, któremu się poszczęściło, oraz matka, urodziwa i mądra kobieta, po której odziedziczył melancholię. Potem zobaczył siebie samego w uścisku głębokiego smutku; patrzył w milczeniu przed siebie, nic nie widząc. Chwilę później straszliwie przeklinał, nie mogąc się wyrwać z potwornego nastroju.

Napoleon nigdy nie potrafił określić, jaki będzie przebieg nocy, kiedy będzie ona bezsenna, a kiedy coś będzie mu się śniło. Nie wiedział, od czego to wszystko zależało. W grę mogła wchodzić kawa, którą chętnie i często pił, ciśnienie atmosferyczne, nieobliczalne w swoich wahaniach, hormony wydzielane przez organizm, hamujące lub stymulujące delikatne połączenia nerwów w mózgu. Myślał także o działaniu leków, choć nie brał ich za dużo.

Po śnie o przodkach i melancholii, naszedł go upiór bezsenności. Kształtem przypominał niewyrosłego chłopca, ubranego w siną opończę z kapturem, z maską w miejscu twarzy, w której świeciły otwory na oczy. Po figurze i oczach Napoleon rozpoznał dziadka Ordę. Mieszkańcy wsi nazywali go złośliwym karłem. Napoleon miał go teraz przed sobą. Dziadek przypatrywał mu się uważnie, po czym wyciągnął rękę szarpnął go za ramię. To go zabolało, zacisnął więc zęby. Napoleon zacisnął zęby. Milczał, nie będąc stanie wykonać najmniejszego ruchu. Karzeł – trzymając go wciąż za ramię – drugą ręką wyciągnął zza pleców przedmiot przypominający małe widły i zaczął go żgać. Napoleon usiłował wyrwać się i uciec. Po kolejnym bolesnym pchnięciu wiedział, że musi zrobić coś drastycznego. Zaangażował w to całą siłę woli. Podjął decyzję. Zwarł się w sobie i kiedy oprawca nieznacznie się obrócił, skoczył mu na plecy, aby go okiełznać jak dzikiego mustanga i zmusić do pracy w kieracie własnych poleceń.

– Będziesz posłusznie zmieniać moje nieudolne obrazy w użyteczne  przedmioty, które ludzie będą kupować – krzyknął dziadkowi do ucha. Na wszelki wypadek powtórzył polecenie, lecz usłyszał tylko szept. To go tak zaniepokoiło, że się obudził.

Wstając z łóżka, popatrzył na duży zegar ścienny rozjaśniony bladym światłem księżyca. Była godzina pierwsza piętnaście. Poczuł ucisk w dole brzucha i pomyślał, że pęcherz jest bardziej regularny niż budzik. Pierwszą potrzebę wyjścia do toalety odczuwał zawsze o tej samej godzinie.

Po powrocie z łazienki Napoleon nie kładł się już spać. Był przekonany, że nie zaśnie. Za bardzo się ożywił. Postanowił zająć się swoim biznesem. Nie był to pierwszy raz, kiedy zdecydował się pracować po nocy.

Najpierw włączył komputer i sprawdził pocztę elektroniczną. Ucieszył się; czekało na niego kilka emaili w sprawie grafik wiszących w galerii „Bufor” w centrum miasta. Miał kupców na trzy z nich. Były jeszcze emaile od osób pytających, czy mogą liczyć na rabat kupując większą ilość gadżetów z nadrukami jego grafik wystawionych na aukcji.

Siedząc wygodnie w fotelu pomyślał, że dobre wieści warto uczcić kieliszkiem wina. Podszedł do barku i wyjął kieliszek i butelkę. Przypatrywał się jej przez chwilę, po czym uznał plan za nieprzyzwoity. Przypomniał sobie zasadę, że nie pije przy pracy. Wrócił do biurka i zabrał się do roboty.

Miał szczęście, bo pracowało mu się bardzo dobrze. Nocna praca stała się normalną praktyką. W dzień malował obrazy, wykonywał grafiki i rysunki, głównie ilustracje książek, noc zaś poświęcał na ich promocję, sprzedaż oraz obsługę klienta. Robił to głównie przez Internet korzystając z poczty elektronicznej, rzadziej Skype’a. Z telefonu starał się korzystać jak najmniej; rozmowy telefoniczne uważał za stratę czasu.

Po udzieleniu odpowiedzi osobom zainteresowanym kupnem grafik, Napoleon podsumował wartość prac sprzedanych w ostatnim tygodniu  oraz sprawdził, ile pieniędzy ma na koncie w banku. Teraz miał czas na przyjemności.

W ciągu niecałej godziny opracował „dobową teorię życia artysty”. Wydała mu się niebanalna, ponieważ porządkowała działania twórcy sztuki w ciągu doby, co robił, o której godzinie i po co. Teoria miała sens praktyczny; była odpowiedzią na wyzwania i niepokoje codziennego życia. Pomysł chodził mu po głowie od dwóch miesięcy. Był to projekt natury prawie naukowej. W akademii sztuk pięknych, gdzie studiował malarstwo, nachodziły go ciągoty, aby zostać naukowcem. Myśląc o tym, zapisał tytuł i streszczenie teorii. Ostateczny tekst postanowił opracować w późniejszym czasie. Kiedy skończył, od razu zadzwonił do Erazma, wieloletniego przyjaciela, podobnie jak on aktywnego nocą. Chciał pochwalić się nietypowym osiągnięciem i usłyszeć jego opinię.

Prezentując teorię Sapieha nie dopuścił przyjaciela do głosu. Zrobił to celowo. Mówił tak, aby Erazm mógł się wypowiedzieć dopiero wtedy, kiedy poznał całą treść. Był przygotowany na krytyczne uwagi przyjaciela, którego uważał za osobę mądrą i wyjątkowo zrównoważoną. Na ogół były one pozytywne. Tym razem Erazm zaskoczył go dosadnym i kwiecistym wezwaniem.

– Napoleonie! Doskonale wiesz, jak bardzo jestem ci życzliwy i dlatego boli mnie to, co muszę ci powiedzieć. Nie podoba mi się twoja teoria. Jest dobra dla biologa albo lekarza. Nie widzę czemu miałaby służyć. Nie widzę też rzesz artystów, którzy mieliby się nią entuzjazmować. Co innego twoje obrazy, rysunki i grafiki. W tym jesteś naprawdę dobry, osiągasz sukcesy, masz przed sobą perspektywy, których większość malarzy, grafików i rysowników mogłaby ci pozazdrościć. Jesteś doskonałym artystą, ale marnym teoretykiem. Teoria to nie jest twoja działka do uprawy.

Po zakończeniu rozmowy, Napoleon jeszcze raz uważnie przeczytał „dobową teorię życia artysty”. Uznał ją za niepotrzebny wybryk, nawet wygłup. Dziwił się sobie, że wcześniej myślał zupełnie inaczej. Wydrukowaną kartkę złożył w zamyśleniu w czworokąt, a potem jeszcze dwa razy przylegające do siebie trójkąty. To mu przypomniało Talesa z Miletu, twórcę geometrii nazwanej później euklidesową, wynalazcę pojęć punktu, prostej, płaszczyzny, twierdzenia i teorii. Kiedy przypomniał sobie, że miało to miejsce w szóstym wieku przed Chrystusem i było niezwykle odkrywcze, wyrzucił kartkę z zapisem teorii do kosza na śmieci. Pomyślał o nim, że jest to pojemnik zużytych myśli i poronionych wyobrażeń.

Po odrzuceniu zbędnego balastu, Napoleon wrócił do łóżka. Ułożył się wygodnie i od razu zasnął. Nie spał jednak długo. Organizm zasilony wodą mineralną w czasie pracy przypomniał mu o sobie. Malarz po raz kolejny udał się do toalety.

Ponowny powrót do łóżka okazał się przyjemniejszy niż się spodziewał. Zapadł w głęboki sen. Otoczyła go obfitość dziwnych rekwizytów teatralnych. Najpierw były to figury geometryczne, co go nie zdziwiło. Zaraz po nich pojawiły się damskie figi i stringi w ciapki, sztuczny członek męski średnich rozmiarów oraz szczegóły damskiej anatomii ukryte w cieniu rudego uwłosienia. Był to prawdopodobnie efekt teorii Freuda i jego kontynuatorów, którymi Napoleon delektował się w chwilach, kiedy znajdował czas na czytanie dla przyjemności. Większość akcesoriów kojarzyła mu się jednak z teatrzykiem szkolnym, w którym występował jego jedyny wnuk, pięciolatek Pawełek.

Teatralia nie były największym zmartwieniem Napoleona, gdyż chwilę później napadła go nocna zmora. Nie wyglądało to na przywidzenie, ale zwyczajną, brutalną rzeczywistość. Zjawa hipnotyzowała go oczami bazyliszka, po czym zaczęła go dusić. Czując jej ciężki oddech na sobie, Napoleon stawiał opór, aby nie dać się sprowadzić do parteru jak w zapasach. Napięcie było tak wielkie, że z gardła wyrwał mu się okrzyk.

– Tym razem, zakało, skuję ci mordę!

Chwilę potem Napoleon był już górą; założył potworowi nelsoński chwyt i go dusił. Cieszył się słysząc, jak charczał. Było to przerażające przeżycie.

Zbudziło go łomotanie do drzwi. Kiedy otworzył oczy, w pokoju paliło się światło. W progu obszernej sypialni, służącej mu także za gabinet i atelier malarskie, stał przerażony Rafał.

– Usłyszałem potworne krzyki! Co się stało? Czy wezwać pogotowie?

Napoleon uspokoił się. Patrząc na bladego jak ściana syna, zdał sobie sprawę z wrażenia, jakie mógł wywołać wśród domowników krzycząc przeraźliwie po nocy. Uspokoił syna i przeprosił. Po jego wyjściu z pokoju, zasnął po raz kolejny, nie zauważając nawet, że usta ma suche jak wiór i należałoby je zwilżyć.

Rano rodzina spotkała się przy śniadaniu. Napoleon Sapieha wyglądał na zmęczonego, oczy miał podkrążone a twarz oblekał mu wyraz znużenia. Pawełek, ukochany wnuczek, patrzył na niego spod oka kilka razy zanim się odezwał.

– Dziadek się zmienił. To nie jest ten sam dziadek. Bardziej podobał mi się ten poprzedni. Ktoś go nam podmienił w nocy – dzieciak był tak poruszony, że się rozpłakał i nie sposób było go uspokoić.

Rafał nie dostrzegł w ojcu żadnej zmiany, podobnie jak synowa. Dla nich był tym samym Napoleonem Sapiehą, człowiekiem, którego dręczą potworne sny i prześladuje mania pracy nocą.

Syn był niewyspany i zły. Miał pretensje do ojca.

– Ty mnie wykończysz swoim nocnym życiem. Zachowujesz się jak nietoperz. Z tym, że nietoperz porusza się cicho, ty natomiast robisz raban. To jest nie do zniesienia – skarżył się głośno. – Cały czas chodzisz po nocy, przestawiasz meble, prowadzisz z kimś rozmowy. Nad ranem, słyszałem to wyraźnie, rozmawiałeś przez drzwi wejściowe z listonoszem. Powiedziałeś mu, żeby zostawił listy w skrytce pocztowej przy furtce. Tato! Co się z tobą dzieje?

– Opowiadasz dziwactwa. To nie było tak – zaprotestował senior. – To ty musiałeś mieć jakieś niedobre sny. Ja pracowałem, robiąc wszystko po cichu. Nie było mowy, abym mógł kogokolwiek zbudzić. Owszem, otrzymałem i wysłałem kilka emaili, ale nie telefonowałem i nie odbierałem od nikogo żadnej przesyłki, ani z nikim nie rozmawiałem przez drzwi wejściowe. Wydrukowałem sobie natomiast założenia pewnej teorii. Można to sprawdzić, bo kartkę wyrzuciłem do kosza na śmieci.

Odpowiedź ojca jeszcze bardziej rozdrażniła Rafała. Uznał, że czas wyjaśnić ostatecznie jego nienormalne zachowania, to, co robi po nocy. Zastanawiał się chwilę, układając plan działań. Włożył buty i wyszedł na zewnątrz, przed dom. Na ścieżce prowadzącej z domu do furtki wyjściowej na ulicę nie było widać żadnych śladów, które by wskazywały, że ktoś nad ranem tamtędy chodził. Rafał popatrzył na skrytkę pocztową umocowaną przy furtce wejściowej. Tknęło go przeczucie. Wrócił do domu i zabrał klucz do skrytki. Wewnątrz nie było żadnych listów. Po powrocie do domu sprawdził kosz na śmieci w pokoju ojca. Znalazł tam złożoną kartkę papieru z opisem jakiejś dziwacznej teorii. Ojciec był skrupulantem i dokładnie oznaczał dokumenty datą i godziną ich aktualizacji, aby nie myliły mu się kolejne wersje.

Po nieudanej ponownej rozmowie, Rafał miał wszystkiego dość. Wytłumaczył żonie i dzieciom, że muszą natychmiast wracać do domu, bo zapomniał, że ma ważną pracę do wykonania na poniedziałek.

– Przypomniano mi to telefoniczne. To bardzo ważne. Przepraszam was za to, że zapomniałem.

Jadąc samochodem razem z żoną i dziećmi, Rafał milczał. Zastanawiał się nad tym, co zaszło w nocy. Czuł, że coś jest nie w porządku i to niekoniecznie z ojcem. Przypomniał sobie, co mówiła mu przed laty nieżyjąca już sąsiadka, która znała Grzegorza Ordę.

– Pański pradziadek pod koniec życia miał problemy z głową. Zdziwaczał, stał się odludkiem, w dodatku nerwowym i wybuchowym. Męczyła go mania prześladowcza. Wpadał we wściekłość. Nie można było do niego podejść, bo chyba by człowieka rozszarpał na kawałki. Zdawało mu się, że ludzie go śledzą i robią mu na złość, że ktoś go nachodzi nad ranem, nawet w niedzielę. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił na głos, bo ludzie się go bali. Starsi ludzie pamiętali, że taki sam był jego dziadek czy też pradziadek. Bezpieczna była tylko jego żona, pańska babka, oraz pańska matka. Ten karzeł kochał je do szaleństwa.

Rafał przejechał kilkaset metrów i zatrzymał samochód. Przypomniał sobie, jak kilkakrotnie wpadał we wściekłość na jadącego przed nim kierowcę, który zwalniał przed zakrętami blokując mu drogę. Myślał wtedy, aby go wyprzedzić i gwałtownie zahamować. Raz nawet to zrobił. Zakończyło się to na szczęście tylko stłuczką i przekleństwami poszkodowanego właściciela samochodu. Raz pomyślał nawet, aby zjechać na przeciwny pas jezdni i zderzyć się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka samochodem.

Żona i dzieci siedzieli spokojnie czekając, aż im powie, dlaczego się zatrzymał.

– Wyjdę na chwilkę, aby się przewietrzyć. Nie czuję się dobrze po wczorajszej nocy. Ojciec mnie przeraża. Pobyt u niego źle na mnie wpłynął.

Popatrzył na żonę.

– Przesiądź się, Adrianno, na siedzenie kierowcy, zanim wrócę. Wolę, abyś ty prowadziła.

Autor: Michael Tequila
Gdańsk, sierpień 2020

0Shares

Jeśli nie polityka, to co? Oczywiście dobra powieść, gdzie prawda jest spontaniczna a kłamstwo nie udaje prawdy.

Zadałem sobie pytanie o politykę i poczułem do siebie taki wstręt, że wyszedłem na ulicę, aby się publicznie wybatożyć i upokorzyć, wznosząc okrzyki: “Należy mi się to! Należy mi się to!” Ludzie, jak tylko dowiedzieli się o co chodzi, zachęcali mnie do  chłostania się aż do upadłego. Uznałem to za przesadę, przypominając sobie boleśnie, że to moje ciało, nie ich, więc szybko zakończyłem.

W sercu zachowałem jednak urazę, że w ogóle myślę o polityce i władzy, która co raz to chwali się jakimś oryginalnym sukcesem: jak nie podniebne loty tanie jak barszcz, to trolle i hejty na najwyższym piętrze, albo hotel na godziny prowadzony przez wysokiego nominata, który okazuje się niewinny aż upadłego. Dzisiaj, kiedy pokażesz nawet nieboszczyka, to jeden czy drugi pseudointelektualista w okularach z cienkimi oprawkami będzie twierdzić, że nieboszczyk jest tak długo żywy, dopóki mu się nie udowodni w sądzie, że nie żyje.

Nie o tym chciałem pisać, ale o czymś pozytywnym, w dodatku pokazać to w kolorach. Oto dwie bardzo udane okładki moich książek oraz ich projektant, Lechosław Martyński, na zdjęciu z synkiem, który inspiruje go do efektywnej pracy pytaniami w rodzaju “Tato! Kiedy wreszcie pójdziemy na lody?” Trzeba przyznać, że zdjęcie jest wyjątkowo urocze.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Cztery-portrety-str-przed.png

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Okładka-Klęczy-352x500-do-Lubimyczyt-Leszek-1.png

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie Leszek-Martyński-i-Jaś-1.jpg

Do wyznań o pięknie, efektywności i lodach dołączam fragment powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”, jako zachętę do jej przeczytania. Książka jest od wczoraj we wszystkich księgarniach internetowych.

Oto kolejny fragment:

Po powrocie z wycieczki przyjaciele zasiedli w fotelach z takim zadowoleniem, jakby w trakcie pobytu w letniej rezydencji Ambasadora i jazdy samochodem odmówiono im nawet najkrótszego odpoczynku. Przez kilka minut milczeli. Rozglądali się po pokoju w poszukiwaniu inspiracji do dalszego działania. Wyglądało to tak, jakby usiłowali przypomnieć sobie, skąd znają to miejsce. Dosięgnęło ich znużenie nadmiarem przeżyć i dojrzałym wiekiem. W trakcie kilkugodzinnej jazdy samochodem miliony widoków przesunęły im się przed oczami.

– Na emeryturze nawet Pan Bóg ma prawo czuć się zmęczony – pomyślał Boss, przysypiając wygodnie w fotelu. Zanim dokończył pobożną myśl, nasunęła mu się druga, z zupełnie innego wymiaru. Wydało mu się, że jest referendarzem na kolei. Usiłował rozwikłać tę zagadkę.

– Skąd przyszedł mi do głowy taki pomysł? Przecież nigdy nie pracowałem na kolei. Przypomniał sobie, że w rodzinie miał referendarza, ale to było bardzo dawno. Ponadto była to kobieta. Nie przepadał za nią. Nie podobało mu się też określenie „referendarz”. Brzmiało brzęcząco i staromodnie. Uspokoił się tym wspomnieniem.

Spotkanie odbywało się w apartamencie Ambasadora, a konkretnie w salonie, stanowiącym równocześnie pokój gościnny. Wypełniały go tradycyjne meble i sprzęty, tapczan, biurko z ustawionym na nim komputerem, regał z książkami, kilka obrazów prezentujących postacie świętych oraz drobne akcesoria i bibeloty, których nie sposób było zliczyć. Podłogę salonu przykrywał gruby na trzy palce dywan perski w kolorach flagi Ambasadorii, dar serca pewnego bogacza, którego Ambasador rozgrzeszył z zamierzonego aktu głupoty. Skuteczność wynikała z uświadomienia grzesznikowi, że musi najpierw wybaczyć sam sobie, zanim spłynie na niego z góry łaska ostatecznej dyspensy. Obok salonu znajdowała się kuchnia i łazienka.

Goście doszli do wniosku, że właściciel jest o wiele bardziej uporządkowany niż jego mieszkanie. Po cichu wymieniali się uwagami na ten temat. Relaksując się w fotelach z ciemnozielonymi obiciami, trudnymi do zdefiniowania, opowiadali sobie historie i dykteryjki, prawdziwe i zmyślone, niekiedy tak zawiłe, że nie sposób było określić granicy między prawdą a zmyśleniem. Odnosiły się przeważnie do przeszłości, skłonnej po latach przeinaczać i zniekształcać wydarzenia. Od czasu do czasu towarzysze dawnych lat wybuchali śmiechem młodości, najlepszym z najlepszych, wyuczonym w chłopięctwie i niezapomnianym mimo upływu lat.

Czasem mówili jeden przez drugiego, bojąc się, że zapomną, co chcą powiedzieć, albo sprzeciwiając się jakiejś niewydarzonej ich zdaniem wypowiedzi. Tylko jeden raz rozczulili się jak prawdziwi staruszkowie, a nie poważni seniorzy, czujni w przestrzeganiu zasad dobrego zachowania. W sumie traktowali się przyzwoicie, nie raniąc się nawzajem niestosownymi aluzjami lub uwagami, które mogłyby być odebrane jako uszczypliwości, rozmyślne lub niezamierzone.

Michael Tequila w Empiku: https://tinyurl.com/y52br67b

0Shares