Ja, Herkules. Powieść. Odc. 8/80

 

Odc. 1 Prezentacja 

Postanowiłem zostać celebrytą. Postanowiłem i słowa dotrzymałem. Oto stoję przed wami w całej krasie i okazałości, ja, Herkules Celebryta. Aby się nacieszyć, że to jestem ja, człowiek na piedestale sławy, chodzę regularnie do łazienki i patrzę w lustro. To mi sprawia przyjemność. Kiedyś tego tak nie odbierałem, dzisiaj jest inaczej. Nie uważam tego za narcyzm, tylko przypominanie sobie, jak wyglądam; ostatecznie nie patrzę na siebie nieprzerwanie. Oczywiście żartuję z tym chodzeniem do łazienki i podziwianiem siebie. Mam nadzieję, że nie dałeś się złapać na ten prościutki żart.

W niedzielę rano przeglądałem zdjęcia. W ręce wpadła mi kolorowa fotka z ambasady Stanów Zjednoczonych w Argentynie, z podpisem na odwrocie: US Embassy in Argentina, Avenida Colombia 4300, Buenos Aires. Jeden z dwóch mężczyzn na zdjęciu to byłem ja. Ten drugi to był ambasador amerykański. Pamiętam jak się nazywał: John Sidro. Znałem już wtedy protokół dyplomatyczny, umiałem się znaleźć i miałem dobre maniery. Byłem też pewny siebie. Dlatego też znalazłem się w tamtym miejscu.

Nie zawsze nosiłem imię Herkules, podobnie jak nie od dziecka jest się celebrytą. Ale zawsze miałem w sobie zalążki wielkości; nosiłem buławę hetmańską w plecaku, jak to mówią. Tak jak większość z nas, bo wiele jest genialnych dzieci. Będąc tego świadomym, trzeba też pamiętać ostrzeżenie, wypowiedziane przez kogoś chyba nie bez przyczyny:

– Jak to się dzieje, że jest tyle genialnych dzieci, a na starość tylu głupców?

To ostrzeżenie, że człowiek może ulec degeneracji.

Wracam do imienia. Byłem jeszcze młody, ale bez przesady, bo miałem już za sobą kawał udanego życia, kiedy poczułem w sobie taką parę, że przestraszyłem się, że wybuchnę jak kocioł parowy. Czułem się wtedy jak wypełniona paliwem rakieta wykonana ze stali nierdzewnej i tytanu, gotowa wzlecieć w przestrzeń kosmiczną. Był to moment, kiedy uznałem, że muszę zmienić imię na Herkules. To super imię, podoba mi się, idealnie pasuje do celebryty.

Czasem moi wielbiciele i wielbicielki proszą mnie:

– Opowiedz nam historię Herkulesa. Wiemy, że masz mało czasu, ale opowiedz choćby w dwóch słowach.

Niestety, odmawiam takim prośbom, bo nie sposób jest opowiedzieć historii półboga-półczłowieka w ciągu kilku minut. Kiedyś to oczywiście uczynię, w korzystniejszych warunkach, kiedy będę mieć więcej czasu. Obecnie jest to niemożliwe, jestem za bardzo rozchwytywany.

Były to lata, kiedy żyliśmy wszyscy w świecie chwiejącym się pod presją szalonych idei, zwariowanych przywódców, lokalnych wojen i zabójczego wirusa; każde nietypowe zachowanie zasługiwało wówczas na szacunek pod warunkiem, że było skuteczne, że stawiało cię przed innymi. Ponadto, co tu dużo mówić, ludziom znanym, słynnym i wybitnym, zawsze wiele się wybaczało.

Pamiętam, że w ambasadzie amerykańskiej w Buenos Aires, w czasie mojego wystąpienia w roli celebryty przed personelem dyplomatycznym ambasady i zaproszonymi gośćmi, przypomniał mi się kawał o słupie. Musiałem go opowiedzieć, bo był krótki i dobry. To było silniejsze ode mnie. Mam taką zasadę, że nigdy nie powinno się odmawiać sobie czegoś, na co ma się chęć. Oczywiście musisz liczyć się z następstwami. To, co robisz, może nieść ze sobą konsekwencje. Inaczej mówiąc, cenę, jaką zapłacisz. Ja nie zapłaciłem wówczas żadnej ceny, wręcz przeciwnie, dużo zyskałem jako człowiek z poczuciem humoru.

Wracam do kawału. Tematem był pijany w sztok mężczyzna, który chodził dookoła wielkiego betonowego słupa ogłoszeniowego, dotykał go rękami szukając wyjścia, szukał i szukał, w końcu pełen przerażenia krzyknął:

– Rany boskie! Zamknęli mnie! Zamknęli!

Tak naprawdę, to nie powinienem wtedy, ani w ogóle, opowiadać tej dykteryjki, bo pijaków nie znoszę. Znam nawet kilka obraźliwych określeń na ich temat: moczymorda, pijus, opój, oliwa, pijanica, alkoholik, ochlapus, gazownik, opilec. Dzisiaj bym tego raczej nie zrobił, mamy inne czasy, jest większa wrażliwość na losy ludzi, którym się nie powiodło, sam też jestem inny. Nie bez znaczenia jest też poprawność polityczna.

Wtedy w ambasadzie, zatrzymałem się po zakończeniu kawału, choć przychodziły mi do głowy inne, może nawet jeszcze lepsze kawały, i powiedziałem:

– Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki.

Były to lata, kiedy robiłem rzeczy dziwne i szalone, bo takie były warunki życia. Wszyscy zachowali się wtedy nietypowo; wirus mieszał ludziom w głowach i dezorganizował życie, każdy starał się radzić sobie z tym jak mógł. Dzisiaj jest tylko trochę łatwiej, ale nie za dużo. Nadal mamy przed sobą masę niepewności, nawet co do przyszłości samej cywilizacji ludzkiej.

Ja byłem uprzywilejowany, ponieważ wiedziałem już, jak uniknąć pułapek, jakie niesie życie. Tłumaczyłem moim zwolennikom:

– Nawet jeśli jesteś pewny siebie, masz w sobie dynamit, talent i pomysły, jak się wyróżniać, to nie wystarczy. Musisz stale się uczyć pamiętając, że są jeszcze sposoby widzenia, myślenia i postępowania inne niż twoje i warto się w nich ogarnąć, jeśli chcesz pozostać na topie.

Dzisiaj, mimo że zaszedłem daleko na drodze sławy, nie przestaję pracować nad sobą, bo bycie celebrytą ma swój początek ale nie ma końca. Oczywiście z wyjątkiem samobójstwa lub cichego pokoiku w szpitalu dla psychicznie chorych z widokiem na morze w miejscu, gdzie za oknami jest park i rosną rozłożyste drzewa. Rzecz jasna żartuję, ale tylko na temat widoku na morze w parku.

Odc. 2 Bagno i waga patriotyzmu

Wtedy, w ambasadzie, kiedy powiedziałem „Szlus. To już koniec kawału, dygresji i wyliczanki”, ambasador John Sidro zapytał mnie:

– Co ma pan na myśli? Jak należy rozumieć pańskie słowa?

Z Johnem Sidro łączyła mnie oryginalna pasja filatelistyczna – zbierania znaczków i innych walorów pocztowych w tematach „Prymitywna jednostka społeczna” oraz „Zbiorowa głupota narodu”. Były to dwa zjawiska, które uznaliśmy za największe zagrożenie demokracji, a szerzej mówiąc zagrożenie wolności, którą obydwaj stawialiśmy na najwyższym piedestale. Poglądy nas zbliżały, tworząc coś w rodzaju wspólnoty ducha, łączącej ludzi i ułatwiającej porozumiewanie się w innych sprawach. Pamiętam, co mu odpowiedziałem:

– Dobrze, że pan pyta, panie ambasadorze, bo kto pyta, nie błądzi. Ale tylko wtedy, kiedy człowiek nie znajduje się na bagnie, bo tam, nawet jeśli zna się kierunek drogi, to i tak niewiele to pomoże. Bagno to bagno.

– To miejsce, gdzie możesz szybko utonąć i to w sposób bardzo bolesny, nabierając błota w usta. To ohydne – dodał ambasador, wykrzywiając boleśnie twarz i otwierając usta tak, jakby chciał schwycić ostatnią drobinę bagiennego powietrza.

Był to nasz frymuśny sposób rozmowy o sprawach poważnych, wolności, demokracji, mądrości oraz niebezpiecznej głupocie, reprezentującej najwyższą formę ludzkiej beznadziejności.

Wracając do bagna zrobię małą dygresję. Pisał o nim Arthur Conan Doyle (Co tu mówić! Ludzie kochali go za wyobraźnię detektywistyczną oraz znakomity adres zamieszkania przy Baker Street w Londynie). Conan Doyle był pisarzem-celebrytą. To nas łączyło. Oczywiście żył sporo wcześniej więc nie była to więź bezpośrednia tylko ezoteryczna. Uwielbiałem czytać fragment jego kryminału „Pies Baskervillów” opisujący bagna Grimpen-Mire, które stały się przedmiotem szczególnego zainteresowania Sherlocka Holmesa, a w filmie mroczną oprawą wystąpienia samego psa Baskerwilów. Była to przerażająca bestia, niesamowity, straszny; w nocy fosfor świecił mu się z mordy trupim blaskiem. Będąc wówczas chłopcem myślałem, że takiego psa dobrze było mieć, kiedy masz słabą latarkę albo zapomniałeś ją zabrać. Zwierzak oświetlał ci wówczas drogę, w dodatku miałeś towarzystwo.

Wskoczę teraz na sekundę w nurt fascynacji miłosnych, aby złożyć także i wobec ciebie deklarację, że kocham psy, czasem nawet bardziej niż człowieka. Jest to miłość odwzajemniana. Tylko raz pies mnie ugryzł, i to gdzie, w pośladek. Wybaczyłem mu to, ponieważ obydwaj byliśmy młodzi. Był jeszcze szczeniakiem, a ja pod względem dojrzałości byłem niewiele mądrzejszy od niego. Opowiem tę historyjkę przy innej okazji, ponieważ ma wydźwięk filozoficzny, jak postępować w warunkach zagrożenia.

Dzisiaj jest inaczej niż za czasów Conan Doyle’a, Sherlocka Watsona i psa Baskerwilów. Wciąż mamy pisarzy, detektywów i psy, ale bagien jest znacznie mniej, tych naturalnych oczywiście, no i technologie się zmieniły. Dziś masz latarkę w smartfonie, a niedługo będziesz mieć źródło światła wszczepione pod skórę dłoni zasilane energią produkowaną przez twój organizm. Inwencja ludzka nie ma granic, jestem o tym przekonany, a to nas prowadzi wprost do bramy nieba i piekła, gdzie droga rozdwaja się w bardzo ciekawy sposób. Którąkolwiek z nich nie pójdziesz, dojdziesz równocześnie w jedno i w drugie miejsce, to znaczy i do nieba i do piekła. Chodzi o to, że cokolwiek człowiek nie wymyśli, ma swoje zalety jak i wady. Taki samochód przykładowo. Masz wypasione limo, jeździsz nim gdzie chcesz, ale przestajesz używać nogi, w związku z czym obrastasz tłuszczem, kurczą ci się płuca, a serce zniechęca się coraz bardziej do działania. Eh! Jest to szeroki, słodko-cierpki temat, kwestia dwoistości zjawisk, inaczej mówiąc dualizmu. Na temat dualizmu rozmawiałem raz lub dwa razy z ambasadorem Sidro, częściej natomiast z mym przyjacielem Erazmem. Dualizm to mój konik, moja szczególna pasja. Jeśli chcesz być celebrytą, koniecznie musisz mieć coś takiego w sobie, bo to cię odróżnia także od innych celebrytów. Podobnie jak zabłocone buty od czystych lub kobietę z pełnymi piersiami od chudziny mogącej przestraszyć nawet własne, spragnione mleka dziecko.

Temat celebrytyzmu podjąłem kiedyś z profesorem Janem Zybe. Zybe to ten facet, który wynalazł wagę do mierzenia patriotyzmu. Dla mnie, urządzenie to bardziej niż wagę przypominało alkomat, który określa poziom patriotyzmu na podstawie wdychanego i wydychanego powietrza. Znielubiłem Zybego za to urządzenie. Była to jakaś perwersja, wynalazek z podszeptu szatana. O ile wiem, Zybe miał sugerować prezydentowi, żeby to wykorzystać w procesie przyznawania i odbierania obywatelstwa. To tak jakby powiedzieć:

– Oceńmy kandydatkę, czy jest dostatecznie patriotyczna, aby zająć stanowisko dyrektora państwowej kopalni węgla kamiennego.

Myślę, że równie dobrze można oceniać przejrzystość człowieka, czy nie będzie nadmiernie zasłaniać światła stojąc naprzeciw okna. Temat jest nie bez znaczenia w małych mieszkaniach, sklepikach, komórkach, kurnikach, celach więziennych, piwnicach i garażach, gdzie jest tylko jedno okno. Wybacz, że jestem taki zgryźliwy, ale to kwestia krytycyzmu. Celebryta musi umieć krytycznie oceniać rzeczywistość, aby nie robić z siebie durnia jak niektórzy politycy. Niektórych nie znoszę do tego stopnia, że chętnie bym ich rozstrzelał. Nie bierz tego dosłownie, przyjmij to jako wyraz celebryckiego poczucia humoru.

Ostatnio zadzwonił do mnie profesor Zybe, aby przekonsultować definicję celebrytyzmu, nad którą pracował. Jak wspomniałem, facet był a może i nadal jest doradcą prezydenta. Nie przepadam za jednym ani za drugim ale też nie unikam z nimi kontaktów.

Decyzja utrzymywania kontaktów z ludźmi, których nie lubimy, jest bardziej racjonalna niż uczuciowa. Powiedziałem sobie kiedyś, że uczucia i emocje rezerwuję dla rodziny, przyjaciół oraz zwierząt, a w szerszym sensie przyrody. Inne byty postanowiłem traktować bardziej racjonalnie, inaczej mówiąc rozumowo czyli chłodno. Pozwala to zachować równowagę ducha w kontaktach z otoczeniem, które staje się coraz bardziej niezrozumiałe, żeby nie powiedzieć zwariowane. Za przejaw niezdrowego szaleństwa, rodzaj łagodnego debilizmu społecznego, uważam wszystko, co budzi racjonalny jak i emocjonalny sprzeciw człowieka.

Może to być urządzenie elektroniczne zdolne pełnić tysiąc różnych funkcji, z których przeciętny użytkownik wykorzystuje tylko pięć procent, bo nie potrzebuje więcej. Ta reszta tylko komplikuje mu życie, kiedy usiłuje coś zmienić, na przykład ustawić głośność. Pojawiają się wtedy przeróżne przyciski, guziki, opcje i warianty, które sprowadzają go na manowce. Taka jest natura wynalazków mających ułatwić ci życie; potrafi je zdrowo skomplikować. Tak jak niewinny, maciupci wirus; miał służyć za pokarm bakteriom, a tu okazuje się, że zjada ci płuca. Mój znajomy chirurg, który żenił się trzy razy, określił go  dosadnie:

– To taka samosiejka, co to niewinnie wyrasta ci pod domem, aby zabrać ci w jednej chwili szopę, samochód, psa, jego budę i zabawki dzieci twoich, twojej żony, waszych wspólnych oraz tych z poprzednich małżeństw. 

Jest to wyraźne także w przypadku celebrytów. Mogą oni mieć potężne wady, że tak powiem systemowe. Żeby nie gmatwać, za taką wadę uważam odbieranie sobie życia, kiedy ma się wszystko, łącznie z majątkiem, zdrowiem, sławą i rodziną, aby w pełni cieszyć się życiem.

Odc. 3 Definicja celebryty

Profesor Zybe zadzwonił wieczorem i od razu przeprosił, że odrywa mnie od pracy. Te poniekąd niepotrzebne przeprosiny dobrze przyjąłem, pomyślałem o nim życzliwiej niż zawsze. Zależało mu na mojej opinii. Dzwonił, aby zapytać mnie, co sądzę o jego definicji celebryty. Przygotowywał jakiś materiał dla prezydenta do oficjalnego wystąpienia. Byłem ciekaw o co chodzi, ale profesor zasłonił się tajemnicą służbową. Sumitował się niezdarnie jak dzieciak wyrwany nagle do tablicy.

– Prezydent by mi oberwał … no, wie pan … proszę zrozumieć … mam na ustach kaganiec, takie czasy … władzy też nie jest lekko…

Pomyślałem, że prosi mnie o opinię także dlatego, aby mi zrobić przyjemność. Nie chwaliłem go za bardzo, żeby nie wbił się w zachwyt nad samym sobą. Wysłuchałem jego definicji. Nie powiem, sprokurował ją dosyć zgrabnie.

„Celebryci to jednostki wyższej klasy, promieniujące niezwykłością, w blasku której pragną się kąpać tłumy wielbicieli i naśladowców. Celebryta jest mistrzem, gwiazdą i idolem, postacią złożoną, zewnętrznie piękną i szlachetną, uśmiechającą się, rozdającą autografy i wyrozumiałą. Jeśli ma słabości lub przeżywa rozterki to czyni to w ukryciu, najczęściej w domu, bo to sprawa prywatna, choć czasem obnaża się publicznie ze swoim bólem, niepokojem lub niepowodzeniem. W momentach kryzysu celebryta ratuje się alkoholem, narkotykami, seksem, a czasem przemocą wobec najbliższych, co należy uznać za fatalny przejaw bezsilności. W podsumowaniu, można by powiedzieć, że celebryta jest jednostką niezwykłą, bez typowych ludzkich wad, dzięki czemu staje się idolem wielu osób, zwłaszcza ludzi młodych.”

Definicja była poetycka choć nieco przesadna w opisie. Poetyckość stylu profesora zapisałem mu na plus, zważywszy że to urzędas państwowy, posługujący się na co dzień językiem sztywnym jak wilgotny dywan wystawiony na silny mróz. W opisie doszukałem się także wpływów religijnych, konkretnie pobłażliwego wybaczenia, idealizacji i uwielbienia. Zasugerowałem profesorowi, aby nie ujmował ostatniego fragmentu w sposób bezpośredni „nie bez wad”, lecz jakiś łagodniejszy. Było to niejako także w moim interesie.

Zaraz potem pomyślałem, że profesor sam jest niezłym narcyzem: w momencie kiedy czytał mi definicję celebryty, stał nagi przed lustrem, podziwiał się i idealizował. 

– A to niesforny onanista! – tak to mi się sfomułowało. Wyglądał mi na takiego z tą swoją rumianą twarzyczką i rączkami rozpieszczonego intelektualisty.

Muszę wyjaśnić, że celebryci od czasu do czasu też odkrywają w sobie twardą ludzką duszę. Potrafią nie tylko wdzięczyć się do tłumu słuchaczy, widzów, dziennikarzy, fotografów i reporterów ale i przekląć, powiedzieć coś dosadnego, wyzłośliwić się na kogoś, walnąć pięścią w stół lub głową w ścianę.

Rozpędziłem się, a nie chcę przesadzać. Domyślam się, chyba słusznie, że wielu admiratorów celebrytów i celebrytek, chciałoby wiedzieć, czy przyjaciele i osoby im najbliższe mają tak pozytywny stosunek do nich, jak to opisał profesor Zybe.

Otóż niekoniecznie. Mój przyjaciel Erazm Jansen na przykład nie znosi celebrytów. Powiedział mi to wprost. Trochę to mnie nawet zabolało, że nie powiem ubodło. Erazm uważa każdego celebrytę za niereformowalnego narcyza, rodzaj diabła-anioła, z przewagą elementów piekielnych, a w najlepszym przypadku za anioła-diabła z akcentem przesuniętym również w kierunku demonizmu. Pozory nieba w celebrycie tłumaczy Erazm podstępnością, pokazywaniem pięknej twarzy, pozorowaniem uprzejmości. W rzeczywistości – cytuję mego przyjaciela – „w każdym nadętym celebryci jest narcyzm, egoizm, egocentryzm, co cuchnie czarcim łajnem na odległość”.

Oczywiście odrzucam tego rodzaju krytyki, jako nieuzasadnione.

W profesorskim opisie była jakaś niesamowitość. Udzieliła mi się ona, choć wiedziałem, że jest w niej przesada. Przyszło mi na myśl, że i ja muszę być niesamowity, skoro uznają mnie za celebrytę.

– Ten wyuzdaniec prezydencki połaskotał mnie w czułe miejsce – pomyślałem i od razu poczułem się lepiej, choć i tak czułem się doskonale.

Dobre samopoczucie jest sztuką, której potrzebuje się nauczyć każdy adept celebryzmu. Jest to szczególnie ważne dla radzenia sobie w niesprzyjających sytuacjach.

– Chwal siebie, zachwyć się sobą, uznaj się za niezwykłego człowieka, przynajmniej od czasu do czasu! To część bycia celebrytą – to mój postulat dla ciebie przynajmniej na dzisiaj.

Odc. 4 Rok wirusa

Wirus, a wraz z nim epidemia, pojawił się w styczniu i zapisał się w kalendarzu światowych przemian jako Rok Wirusa Quagga. Sytuacja rozwijała się tak dynamicznie, że większość obywateli Bangrolu nie nadążała śledzić zmian fali zakażeń i statystyk. Na początku nikt nie umiał nawet opisać sytuacji. Premier Jonasz Chudy ustami swego rzecznika prasowego przedstawiał pewne definicje, ale albo ich nie rozumiano, albo nie akceptowano. Wydawało się, że każdy obywatel ma swoją własną definicję.

Wieczorem Erazm Jansen spotkał się z Herkulesem na Skajpie, aby porozmawiać na te tematy. Przedtem telefonicznie zaoferował się przedstawić ocenę stanu epidemii.

– Będzie ona konkretna i wyczerpująca. Myślałem dłużej na ten temat, bo jesteśmy w głębokim kryzysie. Nawet celebryci ją zrozumieją. Nie mówię tego pod twoim adresem, tylko wszystkich celebrytów jako takich.

Herkules nie brał do serca słów przyjaciela, wiedział, że lubi się podrażnić, zwłaszcza kiedy mucha mu usiądzie na nosie. Rozmawiali o tym i o owym, zanim Erazm nie sprowadził rozmowy na właściwy temat.

– Od kilku dni nikt w kraju o niczym innym nie mówi, tylko o wirusie Quagga, jego możliwych i niemożliwych mutacjach, o epidemii, jej ryzykach i kosztach, lokautach i bezrobociu. Jednym słowem czarna rozpacz. Wszyscy się boją wirusa, z wyjątkiem ludzi młodych, narkomanów, alkoholików, otępiałych starców, pająków i zwierząt. Może nawet one też się go boją, ale to niemowy, więc nic ci nie powiedzą. Ja takiego poglądu nie podzielam, bo ludzie to też zwierzęta.

– Więc jaka jest w końcu twoja definicja sytuacji? – W głosie Herkulesa zabrzmiał nutka zniecierpliwienia. Bardzo się śpieszył się do swoich obowiązków. Tego dnia miał być jeszcze fotografowany na tle domu i na tle ulicy, udzielić dwa wywiady, pokazać się publicznie na spotkaniu wolontariuszy organizacji dobroczynnej, którą sponsorował, odkrycia rąbka jakiejś tajemnicy osobistej oraz podpisywania autografów. Śpieszył się do tych obowiązków.

– Najpierw był wirus, koncentracja regionalna, podobna do obozu nowej ideologii, potem epidemia, ogarniająca coraz szersze kręgi świata przenosząc się samolotami z jednego kraju do drugiego, w końcu pandemia, która ogarnęła sobą cały świat.

– Jak pożoga lasu w Australii podsycana gorącym oddechem wiatru nasączonym palnym olejkiem eukaliptusowym – dodał Celebryta.

Rząd Bangrolu dwoił się i troił tworząc zasady, przepisy i mechanizmy ograniczające dalszy rozwój epidemii. Mimo jego wysiłków, krytykowano go.

– Ludzie są niewdzięczni – skarżyli się ministrowie premierowi na spotkaniu gabinetu.  – Zaharowujemy się jak woły, a nawet wiązki siana nikt ci nie postawi przed oczy – rzucił minister rolnictwa. Rozgoryczenie wylewało się z niego. – Mam na myśli siano w sensie symbolicznym, jako podziękowanie za ciężką pracę, cięższą nawet niż przy pługu, w dodatku bardziej niebezpieczną.

Krytyka rządu była powszechna. Erazm mówił z podnieceniem równym niezwykłości wirusa, istoty niepojęcie małej, a bardziej zabójczej niż najbardziej zjadliwa bakteria Zonna364. Herkules czuł przez skórę, jak przyjaciel wymachuje rękami, wyrażając gniew i frustrację. O rządzie mówił nie wprost, ale „oni”, aby dać wyraz swej odrazie do praktyk gorszych niż zwierzęce.

– Oni tworzą przepisy, ale ich nie wyjaśniają. Wiem to dobrze, bo rozmawiam codziennie z ludźmi na ulicy. Czuję ból ich niepewności, a nawet rozpaczy. Nikt im nie mówi także kiedy to się wreszcie skończy. Ci z góry dają fatalny przykład; nie pokazują się w miejscach publicznych, aby zademonstrować, jak prawidłowo nosi się maseczki, zasłaniając w pełni nos i usta. Ważne jest też zachowanie odległości. Nikt jej nie mierzy.

– To widać na oko – Herkules przerwał potok mowy przyjaciela rzeczową uwagą. Erazm nie pozostał dłużny.

– Na oko to chłop w szpitalu umarł, drogi Herkulu – odparł mężczyzna, przerywając tylko na chwilę krytykę władz. – Sami nie przestrzegają bezpiecznej odległości dwóch metrów. Widziano ich, jak grupowo wchodzili na teren gorzelni zamkniętej z powodu epidemii oraz do obiektu sportowego, gdzie obowiązywał zakaz wchodzenia. Rzekomo po to, aby wypróbować nową partię obuwia sportowego, mającego stanowić prawdziwy hit eksportowy. Takie postępowanie władz wywołuje ferment społeczny; ludzie zaczynają ignorować przepisy. To nie wszystko. Najpierw premier Chudy zarządza lockdown, trzyma właścicieli biznesów w niepewności przez tydzień lub dwa, a potem wedle swojego widzimisię otwiera, co mu się podoba, jakby to była klatka z oswojonym kanarkiem lub paczka tanich papierosów. Potem dla odprężenia trochę pojeździ z dzieckiem na kucyku na domowym torze hippicznym i znowu dekretuje, otwiera i zamyka przedsiębiorstwa, sklepy, punkty usługowe, kina  i szkoły. Co to za postępowanie?!

Odc. 5. Dwa obozy

W kraju utworzyły się dwa obozy, zwolenników i przeciwników wszystkiego, czym żyło społeczeństwo: wirusa, maseczek, rękawiczek oraz ograniczeń i nakazów ustalanych przez rząd. Większość obywateli akceptowała ograniczenia lecz niemało było buntujących się przeciwko nim. Strach przed wirusem wziął się za bary z buntem przeciw zakazom wprowadzanym przez władze. Najbardziej ludzie obawiali się zakażenia się wirusem i pobytu w szpitalu oraz utraty pracy i dochodów.

W walce z wirusem pojawiły się dwie strategie, dwie koncepcje, dwa sposoby podejścia. Rząd szarpał się jak dzik na uwięzi, nie mając pojęcia, jak walczyć z epidemią godząc w dodatku często sprzeczne uczucia, oczekiwania i potrzeby społeczeństwa. Większość młodych ludzi, bardziej odpornych na wirusa, często przechodzący zakażenie bezobjawowo, reprezentowali twardą linii postępowania. Demonstrowali to ignorując polecenia władz, spotykając się towarzysko i na manifestach bez maseczek i rękawiczek. Zdecydowanie prezentowali swoje poglądy na forach internetowych. Przeważały głosy, że epidemia może się skończyć tylko w sposób naturalny, kiedy większość ulegnie zakażeniu i przechoruje to. Oznaczało to, że wymrze jakaś część społeczeństwa. To miał być nieunikniony koszt powrotu społeczeństwa do zdrowia. Traktowano to jak wyrok losu.

Na forum internetowym Głos Wolności młoda kobieta z twarzą zasłoniętą chustą i zdecydowanym głosem mówiła;

– Nie ma cudów, natura niczego nie wybacza. Jedyny sposób ocalenia społeczeństwa to zachowywać się naturalnie, odrzucić maseczki w kąt, plunąć na rękawiczki, wychodzić na ulice bez skrępowania i poruszać się swobodnie z otwartą przyłbicą. Pojawiły się hasła i zawołania:

– Czyś stary czy młody, musisz tak postępować. Bez tego społeczeństwo się nie uodporni. Większość z nas musi zachorować, aby to nastąpiło. Nie ma żadnego skrótu do celu, żadnego „zmiłuj się”. Takie są zasady gry. Dyktuje je nie rząd, ale wszechmocny wirus, część natury. To on dzisiaj jest panem.

Władze Bangrolu traktowały tego rodzaju poglądy i zachowania jako sabotaż walki z wirusem. Policja i prokuratura rozpoczęły dochodzenia, wkrótce nastąpiły pierwsze aresztowania i oskarżenia. Nie powstrzymywało to zwolenników pozostawienia wirusa w spokoju, aby płacąc daninę społeczeństwo odzyskało naturalną odporność.

Ludzie starsi i bardziej schorowani argumentowali:

– Ale w takim wypadku będziemy mieć wkrótce mieć na ulicach zwały trupów tak jak w czasie wielkiej epidemii w Konstantynopolu. To, do czego usiłujecie nas przekonać, to prawa dżungli.

Anarchiści, przeciwnicy wszelkiej władzy i ładu społecznego, stanęli pośrodku.

– Chcesz nosić maseczkę ochronną – bardzo dobrze, nie chcesz jej nosić – też bardzo dobrze.

Erazm ocenił sytuację zwięźle ale zupełnie niezrozumiale.

– Zamieszanie i rozgardiasz pojawiają się równie szybko jak nieszczęście. Czy będzie to powódź, osunięcie się mas ziemi, wybuch wulkanu, czy śmiertelny wirus. Nie musimy na nic czekać, już jesteśmy w bagnie. Ja nawet czuję śmierdzący gaz wydobywający się z niego.

Zdziwiłem się, skąd u niego takie słowa. Popatrzyłem na jego twarz, rozmawialiśmy na Skajpie, i pomyślałem, że chyba wypił. Zawsze miał słabą głowę. Jego żona dawała mi znaki zza jego pleców, aby nie brać go poważnie.

Wieczorem wróciłem do tej rozmowy. Wiedziałem swoje. To nie może być takie proste, jak uważa Erazm, ani też nie może być nadmiernie wyszukane. To nie byli żadni spiskowcy, anarchiści, burzyciele, rebelianci, czy ekstremiści. To musiała być jakaś większa organizacja czy grupa ludzi, która w niepokoju społecznym wietrzyła jakiś śmierdzący interes dla siebie. Ktoś chciał na tym zarobić. Ale kto? Sugestie nasunęły mi się od razu, nie wiedziałem jednak, która z nich była słuszna: właściciele sieci szpitalnych, wielkie firmy farmaceutyczne, producenci trumien i akcesoriów pogrzebowych, właściciele prosektoriów i cmentarzy. Może mafia zarabiająca na wszelkich ludzkich nieszczęściach? Może nawet jakieś ugrupowanie chcące zbuntować społeczeństwo, aby położyć rząd na łopatki i przejąć władzę?

Tej nocy nie spałem spokojnie. Miałem się nad czym zastanawiać.

Odc. 6 Konferencja

Rząd tworzył w pośpiechu fundusze pomocy i rozdzielał środki ludziom i biznesom w potrzebie. Wkrótce pojawiły się wieści przekrętach i aferach oraz krytycy działań władzy. Wyszli na barykady z czerwonymi sztandarami protestu krzycząc, że dysponenci pomocy rozdają ją przede wszystkim swoim zwolennikom; wzywano społeczeństwo do buntu. Nie przebierano w słowach.

– Winni przekrętów są premier Chudy i jego sponsor, milioner Leon Sawiłło-Kukuła. To on decyduje komu dać dużo, komu dać mniej a komu w ogóle nie dać. To jemu Chudy zawdzięcza stanowisko i gotów jest mu buty czyścić. To ma być demokracja? To łajdactwo!

Erazm Jansen uważnie obserwował wydarzenia. Zadzwonił do Herkulesa z prośbą, aby przyłączył się do głosów potępiających nieuczciwe praktyki rządzących.

– Herkulu! Jesteś znaną osobą. Wiesz dobrze, że pomoc państwowa jest kierowana nie do najbardziej potrzebujących lecz do przyjaciół i znajomych królika. To jest fakt. Wykazały to czarno na białym badania prowadzone przez Uniwersytet Humboldta oraz kilku niezależnych dziennikarzy. Skala rozdawnictwa na rzecz zwolenników tego despoty jest porażająca. Rząd wydaje tyle pieniędzy, że nie wystarczy na zakupy szczepionek, które właśnie ukazały się na rynku.

– Mówisz ciągle „ królik”. Króliki skaczą u ciebie jak po zagonie kapusty. Wiem, co to znaczy królik, ale kogo konkretnie masz na myśli? To, że partia Kukuły zadecydowała, kto jest premierem, to wszyscy wiedzą – trzeźwo podsumował Herkules.

Od początku było wiadome, że ostatecznym ratunkiem przed wirusem i epidemią są szczepionki. Czekano na nie jak na zbawienie. Kiedy w końcu pojawiły się, rząd dokonał zakupów. Kupował, gdzie się dało. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Szczepionki były pakowane po sto sztuk dla usprawnienia dystrybucji do punktów szczepień i musiały być przechowywane w bardzo niskiej temperaturze. Pierwsze dwie partie próbne po tysiąc sztuk zapakowano niestarannie lub też w transporcie wystąpiły jakieś problemy, gdyż część przesyłki uległa uszkodzeniu, została zniszczona. Sprawę usiłowano zatuszować. Opozycja zażądała przeprowadzenia śledztwa. Minister zdrowia poinformował, że jest ono w toku. Jonasz Chudy to potwierdził. Występując w telewizji, obydwaj nie patrzyli przed siebie w obiektyw kamery, tylko w ziemię. Wydawało się, że nikt nie panuje nad sytuacją. 

W końcu marca, w samym środku epidemii, odbyła się konferencja poświęcona ocenie przebiegu, skutków oraz strategii walki z wirusem. Szukano wyjaśnień, jak mogło dość do epidemii i co należało dalej robić. Dobrą atmosferę obrad zburzyła na koniec profesor Karolina Hopkins, biolożka ewolucyjna. Była ubrana na czarno i miała ochrypły głos.

– Mówi, jakby połknęła kłębek wełny – skomentował wąsaty mężczyzna siedzący obok Herkulesa Celebryty.

Jej głos dobywał się gdzieś z głębi gardła, a wygląd i sposób mówienia sprawiały wrażenie mowy pożegnalnej nad grobem.

– Wirus Quagga jest odpowiedzią natury na eksplozję demograficzną ludzkości i monstrualną dewastację środowiska naturalnego. To są ekscesy naszej cywilizacji. Wywołały one z uśpienia wirusa i spowodowały epidemię na skalę światową. Sami to sprowokowaliśmy, my jako gatunek dominujący na świecie. Teraz mamy to, co mamy. Niszcząc planetę okazaliśmy się samobójcami.

Część sali wstała, aby gromkimi brawami wyrazić swoje poparcie. Pozostała część milczała, patrząc w podłogę lub na mówiącą z niedowierzaniem lub niechęcią. Zakończenie wystąpienia profesor Hopkins było jeszcze prostsze i wymowniejsze.

– Quagga nas wytłucze, o ile nie wypowiemy jej totalnej wojny. Chyba nie zanosi się jednak na to. Mamy rząd pozorujący aktywność, któremu brak jest energii i zdecydowania. My sami, jako społeczeństwo, jesteśmy zbyt podzieleni w opiniach, aby to uczynić.

Udzielając wywiadu grupie dziennikarzy i reporterów profesorka spokojniej już wyjaśniała.

– Powiedziałam to celowo. Musiałam spoliczkować słowami wszystkich nadętych urzędasów i ich popleczników, którzy nie wiedzą, co maja robić, lub nie maj chęci zrobić, co wymaga sytuacja, aby ratować naród przed zagładą. A i tak nie wiem, czy zrozumieją moje przesłanie.

– Jak pani widzi naszą przyszłość?

Profesor popatrzyła na pytającego z niechęcią.

– Wyłącznie w czarnych barwach. Nie ma w tym żadnego pesymizmu. Nie jestem pesymistką, tylko kobieta myśląca. To bardzo realistyczna ocena.

Zwolennicy profesorki i jej poglądów byli zachwyceni. Chwalono jej naturalność i szczerość wypowiedzi. Zachwycano się łatwością, z jaką wywaliła prawdę i rozprawiła się z władzą, z jaką przeszła od oceny pandemii do walki z nią.

Po zakończeniu konferencji, na prośbę organizatorów konferencji, profesor Hopkins dała popis gry na harfie. Okazało się, że oddawała jej się przy każdej okazji, kiedy miała nieco więcej czasu.

– Harfa to moja największa pasja – pochwaliła się, uśmiechając się radośnie.

Po zakończonej konferencji otoczyła mnie grupa zwolenników i admiratorów. Znowu poczułem się w roli autorytetu i idola. Oczekiwano mego komentarza.

– Zapisałem sobie w notatniku ważniejsze fragmenty wystąpień profesor Hopkins. W większości spraw zgadzam się z nią, z niektórymi nie. Osobiście najbardziej podobał mi się jej pokaz gry na harfie. Pani Hopkins jest doskonałą harfistką a ja uwielbiam ten instrument. To szczere wyznanie. Jej występ muzyczny mile mnie zaskoczył. W morzu nieszczęść wywołanych przez wirusa Quagga jej niewymuszone, radosne i szczere zachowanie jest na wagę złota.

– A jaka jest pańska ocena konferencji, panie Herkulesie?

– Powiem tylko tyle: profesor naładowała mnie energią. Dała nam wszystkim przykład, jak postępować w tym tragicznym czasie. Być bezkompromisowym, uczciwym i mieć coś osobistego, co pozwala odciąć się od mrocznej rzeczywistości.

Odc. 7 Nowe wyzwania

Pod koniec wiosny sytuacja epidemiologiczna Bangrolu pogarszała się coraz szybciej, już nie z tygodnia na tydzień, ale z dnia na dzień. Wirus Quagga dokonywał masowych spustoszeń; nazywano go seryjnym mordercą bez opamiętania.

Zamieszanie i niepewność nie mogły być większe. Tak się na początku wydawało wielu ekspertom. Dezorganizacja życia objęła wszystkie ważne dziedziny i sprawy: ochronę zdrowia, edukację, gospodarkę, transport, rozrywkę i wypoczynek. Portale informacyjne podsumowywały hasłowo liczne bolączki i niedomagania: długie kolejki do testów, niepewny transport szczepionek, kolejki do szczepień, koncerny farmaceutyczne opóźniające dostawy, niedostatek lekarzy i pielęgniarek, niestabilna edukacja, stres, depresja i bezsenność.

Wkrótce pojawiły się zachowania irracjonalne, szerzyły się plotki, chętniej też wierzono ludziom mającym nietypowy stosunek do rzeczywistości. W ostatni piątek miesiąca przed głównym dziennikiem telewizji publicznej ukazały się wywiady z ludźmi określanymi jako „zwykli obywatele”. Najpierw był kierowca autobusu, a po nim ekspedientka w sklepie piekarniczym, Zofia Makowska, osoba tęga i rumiana, o twarzy wyglądającej jakby upudrowanej mąką, z okularami zasłaniającymi pół twarzy. Stwarzała wrażenie osoby słabowidzącej, choć nic w jej zachowaniu na to nie wskazywało.

– Ten wirus nas nie zabije, tylko umocni. Ludzie dadzą sobie radę. Widzę to najlepiej z perspektywy sklepu. Rozmawiam z tyloma ludźmi, że wiem chyba wszystko, co dzieje się w mieście, kto przeżył a kto umarł, co ludzie wiedzą i myślą o tym wirusie. Przede wszystkim ma bardzo dziwną nazwę, tak jakby nie był prawdziwy. Ludzie mówią mi, że najważniejsze jest mieć co do ust włożyć. Wszystkie problemy jakie mamy, ze służbą zdrowia, szpitalami i maseczkami, w ogóle ze wszystkim, to nie ludzie są winni, ale wirus. Najważniejsze jest to, aby rząd przetrwał, bo jak nie będzie rządu, to będzie wojna i głód.

Badania przeprowadzone dwa dni później pokazały, że duża część społeczeństwa przyjęła bardzo dobrze jej wyjaśnienia. Na pytanie, czy bardziej wierzą ekspedientce Zofii Makowskiej czy premierowi Jeremiaszowi Chudemu, głosy rozłożyły się prawie po równo.

– Z czego wynika pana/pani przekonanie do ekspedientki a nie do premiera, ludzie odpowiadali w podobny sposób:

– Bo ona mówi językiem zrozumiałym dla mnie, z przekonaniem, i nie ma nic do ukrycia. To nie ona odpowiada za szczepienia, tylko premier.

Rządząca Partia Powszechnego Dobrobytu już nawet się nie broniła tylko usiłowała zrzucać z siebie winę i obarczać nią opozycję i media.

– W tym trudnym czasie nie ma warunków, aby zajmować się czymkolwiek innym, jak tylko jałowym roztrząsaniem pandemicznych wydarzeń. Wirus przysłonił wszystkie inne problemy stając się skumulowanym nieszczęściem Bangrolu – powiedział pisarz Albin Ramo.

Rząd w pośpiechu tworzył system zbierania danych i modele analityczne, które pozwoliłyby mu monitorować i choćby częściowo rozumieć rozpowszechnianie się wirusa i zachorowania, ale jego starania były opóźnione w stosunku do wirusa. Ten zawsze był w przodzie. O prognozach nikt nawet nie myślał. To była zbyt odległa perspektywa.

Pocieszano się, że w innych krajach nie jest lepiej. Zabójcza atmosfera udzielała się wszędzie. Każdy kraj borykał się z epidemią w samotności odcięty fizycznie od świata po zawieszeniu wszystkich lotów i połączeń drogowych, kolejowych i morskich. Wszędzie pojawiły się zniechęcenie, rozpacz i depresja.

W obozie uchodźców koło Islamabadu, stolicy Pakistanu, widziano rodzinę składającą się z ojca, matki i trojga dzieci. Byli w stanie głębokiej apatii; nie było z nimi niemal żadnego kontaktu. Uciekali nie widomo dokąd przed epidemią wirusa Quagga. W drodze przez górskie przełęcze ojciec, by ocalić resztę rodziny, by mogli dalej maszerować, zabił najmłodsze dziecko. Tak podała prasa. On sam milczał. Nie odzywał się nawet słowem, tylko patrzył w ziemię albo w ścianę niewidzącym wzrokiem.

W Europie media donosiły o imigrantach mężczyznach błąkających się we mgle na granicach, którym straż graniczna łamała nogi, aby ich odstraszyć od prób przekraczania granicy. W niektórych krajach mówiono  o paramilitarnych bojówkach, organizujących polowania na ludzi bez maseczek, zarzucając im celowe rozpowszechnianie wirusa. Byli to głównie imigranci, którzy przybyli do kraju wcześniej legalnie oraz całkiem ostatnio nielegalnie. Mówiono o policjantach współpracujących z mafiami wymuszającymi haracze od firm handlujących maseczkami antywirusowymi, rękawiczkami, szczepionkami i innymi akcesoriami użytecznymi w walce z wirusem. Celem ataków dla okupu byli także ludzie gwarantujący miejsca w szpitalach, gdzie były jeszcze wolne łóżka i respiratory.

Odc. 8 Minister zdrowia

W kwietniu w Bangolu wprowadzono godzinę policyjną. Po ulicach krążyły patrole wyposażone w pałki teleskopowe używane dotychczas przez tajnych agentów pracujących po cywilnemu, paralizatory elektryczne do zatrzymywania osób szczególnie agresywnych i niebezpiecznych oraz małe miotacze gazu pieprzowego. Policja zdecydowanie rozpędzała zgromadzenia osób zbierających się w jakimkolwiek celu. Kilku dziennikarzy aresztowano, a ich sprzęt i nagrania zostały zniszczone. Powszechne stało się atakowanie na ulicach cudzoziemców, których winiono za przywleczenie wirusa do kraju. Tylko nieliczni ludzie brali ich w obronę.

– Kiedy nadchodzi godzina policyjna i pustoszeją ulice, to właśnie oni, imigranci, ludzie pragnący utrzymać się na powierzchni, nie bojąc się wirusa rozwożą na rowerach gorące dania na nasze stoły – bronił imigrantów właściciel restauracji z niezbyt fortunną w okresie pandemii nazwą „Szampańska zabawa”.

Wraz z tragedią, pojawiła się fascynacja wirusem, heroldem śmierci. Pisarz Albin Ramo określił to zjawisko treściwie mówiąc, że  „wirus Quagga emituje światło śmierci ale i nadzwyczajnej ludzkiej ekscytacji”. Niezwykłości wirusa dopatrywano się w jego ulotności, nieokreśloności i skrytości, nagłym pojawianiu się i znikaniu. Grupa bezrobotnych tancerzy w Agarze, stolicy kraju, skrzyknęła się i wystawiła w przestrzeni wirtualnej nowatorski spektakl „Chocholi taniec śmierci”. W galeriach i na rynku pojawiły się oryginalne dzieła sztuki, rysunki, obrazy, plany miejsc najbardziej tragicznych na mapie ofiar wirusa, artystyczne wizerunki epidemii a nawet wyobrażenia publicznych egzekucji z wykorzystaniem wirusa, w których ofiara umiera w wyniku zainfekowania wirusem o wzmożonej zjadliwości. U artystów już wczesnej ekscytujących się śmiercią fascynacja wirusem pogłębiła się.

Minister zdrowia poprosił o pilne spotkanie z premierem. Wyglądał fatalnie. Premier patrzył na niego zaniepokojony. Widział zupełnie innego człowieka niż ten, z którym spotykał się prawie codziennie: zmęczona twarz, sine podkówki pod oczami, zazwyczaj uczesane włosy w nieprzyjemnym nieładzie. Pogłębione zmarszczki między nosem a krawędziami warg wprost demonstrowały przygnębienie i smutek ich właściciela.   

– Co ci dolega? Bardzo źle wyglądasz. Chyba nie Quagga? Jeśli jesteś chory i masz gorączkę, natychmiast załatwimy ci miejsce w szpitalu wojskowym!

– Chcę się podać do dymisji. Nie chodzi o wirusa ani epidemię i to co one z nami wyprawiają. Martwi mnie … Nie! Nie! Nie martwi, ale wręcz dobija mnie stan psychiczny i duchowy społeczeństwa! Wygląda to na początek ciężkich zaburzeń psychicznych. Idziemy w dół po równi pochyłej prosto do piekła!

Zanim premier wyraził w duchu życzenie, aby słowa ministra nie okazały się prorocze, ten upadł na kolana i zaczął się głośno modlić. Chudy przestraszył się. Usiłował go uspokoić.

– Co takiego się stało, że tak się zdenerwowałeś? Nigdy nie widziałem cię w takim stanie.

– Nie wiesz nawet, co to znaczy zaburzenie psychiczne. W rodzinie mojej żony był taki przypadek. Jej dalszy kuzyn, trzydzieści pięć lat, w sile wieku, raczej drobnej budowy. Odbiło mu. Kiedy dostawał ataku, stawał się demonem. Był w wojsku porucznikiem, kiedy ja kończyłem służbę wojskową na studiach w stopniu sierżanta sztabowego. To był wariat. Wydawał mi komendy, powstań, padnij, kazał meldować mi się stojąc na baczność, groził przeczołganiem. Unikałem go jak ognia. Wiem, co to znaczy. Nie chcę mieć z takimi ludźmi więcej do czynienia!

Premier poprosił sekretarkę o wezwanie karetki pogotowia. Kiedy odjechała, wezwał do gabinetu swoich ochroniarzy.

– Macie milczeć jak grób. On się załamał. Ale my musimy być silni. Aby was zachęcić do jeszcze większej wytrwałości, od jutra podwyższam wam uposażenia.

W domu Chudy opowiedział żonie, zaraz po przybyciu, co się stało. Dodał na koniec:

– Upadamy coraz niżej. Czuję się bezradny wobec siły i przewrotności tego wirusa. Zaczynam przekupywać ludzi, aby dalej pełnili swoje regularne obowiązki. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie, będę musiał chyba używać policji i wojska dla utrzymania porządku w kraju. To straszne, kiedy ludzie stają się masowo anormalni.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 18: Początki kariery Blawatsky’ego vel Mesjasza

©Photo. R.M.N. / R.-G. OjŽda

Mesjasz. Nie było to prawdziwe nazwisko, lecz pseudonim nadany przewodniczącemu Partii Konserwatywnej przez entuzjastów jego talentu i charyzmy. Naprawdę nazywał się Barras Blawatsky i jak wielu innych obywateli Nomadii był potomkiem dawnych imigrantów. Żyjąc długo na pustyni, gdzie upał zabójczo uderza ludziom do głowy, mieszając im czasem zmysły, Barras nabrał przekonania, że Bóg powierzył mu rolę przewodzenia narodowi. Nie był tego całkiem świadomy, dopóki nie zauważył, że jest głęboko religijny i że pobożność i bogobojność przemawiają silniej do obywateli niż słowa.

Barras zaakceptował ksywę „Mesjasz”. Stała się ona jego drugim imieniem, odpowiadając wierze, że jest najlepszym pasterzem ludu Nomadii. To przekonanie umacniały w narodzie zwarte szeregi jego wielbicieli, zwolenników twardej ręki, którzy w okresach kryzysowych rodzą się wszędzie, nawet na kamieniu. Był w tym jakiś nomen-omen, ponieważ Barras ubóstwiał kamienne konstrukcje, obeliski, posągi, figury i rzeźby, świątynie i pomniki, symbole wielkości jednostki i historii kraju. Wszystko, co go otaczało, choćby nawet zwykły manekin, musiało być solidne.

Kiedyś w czasie studiów przyniesiono mu uszyty specjalnie na miarę uniform marszałka, dowódcy armii. Barras miał go nosić na sobie w trakcie odtwarzania historycznej sceny bitewnej w dniu ważnej rocznicy państwowej. Był to strój paradny zdobiony złotymi odznakami, wężykiem generalskim, dwiema skrzyżowanymi buławami oraz szerokoskrzydłym orłem na naramiennikach. Do stroju dochodziły jeszcze akcesoria: buława marszałkowska, czapka z dwoma galonami w postaci srebrnych pasków na daszku i dwiema skrzyżowanymi buławami na otoku oraz proporczyk marszałkowski na limuzynie wojskowej.

Barras nie patrzył na strój, tylko na manekina wykonanego z pianki poliuretanowej, tak lekkiej, że pod wpływem przeciągu przewrócił się w najmniej oczekiwanej chwili. To zbulwersowało go do tego stopnia, że kazał natychmiast wymienić manekina na figurę wykonaną z solidnego materiału.

– Jakiego materiału? Czy ma pan coś konkretnego na myśli? – zapytał krawiec, który nabywał potrzebne mu body forms w lokalnej wytwórni manekinów krawieckich i wystawowych.

– Właśnie! Z konkretnego materiału. Z kamienia, betonu lub metalu. Co najmniej z solidnego drewna – Barras mówił to jak najbardziej poważnie.

Świadkowie tej sceny, koledzy i koleżanki skłonni do żartów, wzięli go wtedy prawie za wariata. Ale on tak myślał naprawdę. Było to już w czasach, kiedy przeczuwał, a może nawet wiedział, że pisana jest mu sława i ćwiczył się w manipulowaniu ludźmi, narzucaniu im swojej woli.

– Tu chodzi o władzę, o rządzenie – tłumaczył na spacerze koledze, z którym utrzymywał szczególnie dobre stosunki. Kiedy coś powiesz, to cię usłyszą, albo i nie. Jak natomiast tupniesz, że aż podłoga zadrży, to każdy cię usłyszy i zrobi to, o co ci chodzi. W życiu nie jest ważna lekkość spojrzenia i swada mówienia, ale zdolność wzbudzania szacunku w otoczeniu, pokazanie, kto naprawdę rządzi. 

Barras sam obmyślał konstrukcje z kamienia i podobnych materiałów. Potem, kiedy już zdobył władzę i pieniądze, chętnie je także stawiał, gdzie tylko się dało, na miejskich skwerach i placach, w parkach, na lotniskach i dworcach autobusowych, na placach zabaw dla dzieci, aby i one uczyły się myśleć historycznie. Raz nawet ustawił kamienną rzeźbę Wenus o niebieskich oczach na działce rekreacyjnej, gdzie z ziemi wytryskiwało źródło krystalicznej wody i rosły niezapominajki, przetacznik polny i ożankowy oraz cykoria podróżnik, rośliny o niebieskich kwiatach idealnie oddających nastrój słonecznego nieba i wody żywo rozpryskującej się na kamykach. 

– Jej oczy wspaniale współgrają z kwiatami, niebem i wodą – wyjaśniał z przekonaniem użytkownikom sąsiednich ogródków działkowych, którym jego pomysł nie przypadł do gustu.

Masywne konstrukcje były jego słabością. Cenił je, ponieważ były symbolem potęgi, władzy i historii. Ich pomysły rodziły się w jego głowie równie obficie jak kijanki na wiosnę. Wszyscy to wiedzieli. Niektórym się to nie podobało, uważali to za dziwactwo, może nawet za coś nienormalnego. Inni go za to uwielbiali, zwłaszcza duchowni i ludzie starsi, którym cmentarze i płyty nagrobne kojarzyły się pogodnie jak wiosenny spacer dziecku lub wiązka soczystej trawy spracowanemu koniowi.

– Właściciel partii i rządu! – Mesjasz lubił te słowa, sam je często powtarzał, kiedy się rozmarzył albo w chwili spokoju zagłębił w myśli o losie i przeznaczeniu narodu, którym przyszło mu kierować. Wyrazy szacunku okazywanego mu na każdym kroku już go nie dziwiły, gdyż miał za sobą lata solidnej pracy, osiągnięć oraz osobisty czar zwany charyzmą. Nic go już nie dziwiło, ani uwielbienie tłumów, ani nienawiść pulsująca w żyłach i sercach przeciwników. Nie przyznawał się do tego nikomu, choć nie przyniosłoby mu to ujmy, bo był już znanym obywatelem, ale nienawiść ludzka podniecała go; czuł wtedy, że żyje.

5Shares