Szopka świąteczno-noworoczna. Odc. 5: Rozmowa o przyszłości

Anna, sekretarka dyrektora Kukuły, kończyła śniadanie, kiedy zadzwonił telefon. Dyrektor mówił w pośpiechu, jakby był ponaglany przez kogoś stojącego obok.

– Pani Anno! Proszę jak najszybciej przyjechać do biura. Musi mi pani pomóc. Mam ręce pełne roboty. Udzielam dziś wywiadu, muszę się przygotować. Przewiduję różne pytania.

– Dzisiaj przecież teatr nie pracuje! Mamy dzień wolny od pracy.

– Pracuje, nie pracuje, proszę przyjechać. Pilnie potrzebuję panią. Jest mi pani bardzo potrzebna.  

Nie mogła odmówić, musiała przyjechać. Była zła, bo była już spakowana. Obiecała siostrze, że ją odwiedzi. Przeczuwała, że w pracy szykuje się coś niezwykłego, ponieważ dyrektor kilka razy używał słowa „muszę” lub „musimy”. Pomyślała, że będzie się czuć lepiej mając kogoś za ścianą. Ostatnio nie wyglądał dobrze. Chodził jak podminowany.

*****

Dyrektor Kukuła spodziewał się, że po transmisji wywiadu udzielonego niezależnej telewizji nastąpi burza medialna.

– Muszę być przygotowany na najgorsze – mruknął do siebie.

Kiedy Anna weszła do sekretariatu, wokół panowała cisza. Zdjęła ubranie i zapukała do drzwi gabinetu dyrektora, weszła do środka i zamieniła z nim kilka słów. Otrzymała instrukcje i wróciła do swego pokoju. Czekała na przyjście gościa. Nie martwiła się, że będzie się nudzić. Zawsze nosiła ze sobą książkę do czytania. 

Wkrótce usłyszała podniesiony głos dyrektora. Rozmawiał z kimś. Nie mogła to być reporterka, bo nikt nie dzwonił do drzwi wejściowych. Anna pomyślała, że to ktoś z zarządu teatru, kto miał klucze do bocznych drzwi budynku.

*****

Dyrektor zaprosił reporterkę, aby usiadła na fotelu naprzeciw jego biurka. Była inaczej ubrana i jakby wyższa. Nie zastanawiał się nad tym. Czekał na pytania. Nie zaskoczyły go.

– Nad jakimi projektami pracujecie państwo teraz? Kto będzie zajmować się ich realizacją?

Dyrektor słuchał wpatrując się w maskę wiszącą na ścianie nad fotelem. Przez chwilę miał wrażenie, że fotel odsuwa się od niego w kierunku ściany. Skoncentrował się.

– Mamy przed sobą wyzwań co niemiara. Angażujemy się w życie społeczności lokalnej, ponieważ jesteśmy jej częścią. Uczestnictwo w jej życiu jest także źródłem naszej inspiracji. Mamy mnóstwo pracy, ale radzimy sobie. – Zapewnił dyrektor.

– Rozumiem, ale jakie macie państwo plany na najbliższe miesiące? Pański teatr jest już dobrze znany poza krajem. Czy planuje pan jakieś spektakle za granicą?

– Mamy taką sztukę na tapecie. Nasza społeczność jest trochę zaśniedziała, potrzebujemy ją rozkręcić. Negocjujemy też występy za granicą, liczymy na powodzenie.

– Kto się tym zajmuje?

Dyrektor popatrzył na kobietę z uwagą. Zastanawiał się, dlaczego o to pyta.

– Teo Dua, nasz plenipotent. On reprezentuje nas w kwestiach formalnych, prawnych i międzynarodowych. Ma pełnomocnictwo do podpisywania umów. To uczciwy i spolegliwy człowiek, niezwykle pracowity. Mogę go zbudzić o północy, od razu jest chętny wykonać zlecenia. Sprawdzam regularnie, czy utrzymuje się w kondycji. Potrzeba nam takich ludzi.

Dyrektor przerwał wyjaśnienia. Chwilę błądził wzrokiem po ścianie gabinetu, starając się wydobyć coś z pamięci lub sformułować myśl. Zatrzymał się na masce, która odwzajemniła jego spojrzenie nienaturalnym wytrzeszczem oczu wykonanych z opalizującej muszli. Podjął temat ze wzmożoną energią.

– W sprawach bieżących teatru decydujący głos ma administrator, Jeremi Smukły, powszechnie zwany adminem. To człowiek wysokich kwalifikacji, mam do niego pełne przekonanie. Sam nie mam dostatecznie dużo czasu, aby zająć się wszystkim. Moją rolą jest być inspiratorem, promotorem i animatorem tego, co się tutaj dzieje. Jak już wspomniałem, piszę także scenariusze i reżyseruję każdą sztukę. Admin natomiast ustala plany, koordynuje ich wykonanie, pilnuje spraw bieżących. Nie tylko teatralnych, gdyż jesteśmy forpocztą szeroko rozumianej kultury. Angażujemy się w różne projekty, współpracujemy z innymi organizacjami. W razie potrzeby Admin wygłasza też przemówienia, na przykład z okazji oddania do użytku pomnika, otwarcia izby pamięci, śmierci, a nawet awansu kogoś znaczącego, przypomina o ważnych wydarzeniach kulturalnych, zapowiada obchody i demonstracje. Ostatnio informował o klęskach żywiołowych, okropnym pożarze i powodzi. Jesteśmy rodzajem kroniki ważnych wydarzeń i kreatorem rzeczywistości, nowym rodzajem teatru, który nazywam obywatelskim.

Naszym najnowszym pomysłem jest przedstawienie dotyczące sprawności i sprawczości. W jego przygotowanie najbardziej zaangażował się Zbig Stanucha, nasz inscenizator. Pracownicy teatru nazywają go człowiekiem w kapturze. Sztuka, o której mówię, ma mocno wstrząsnąć widzem. Społeczeństwo mamy raczej statyczne, potrzebujemy je rozkręcić, zwiększyć w obywatelach wiarę w przyszłość, uelastycznić. Sztuka dotyczy niezwykle ważnego obszaru działań, w którym decydująca rola przypada sędziom, prokuratorom i zarządom więzień. Te trzy role integrujemy w jedną. Chcę, aby ludzie gotowi złamać prawo, widząc kogoś takiego, doznawali wstrząsu, poczuli dreszcz na plecach, ten rodzaj uczucia, jakie wywołuje w człowieku solidny kryminał czy dobry mecz bokserski. Chodzi o stworzenie nowej świadomość i moralności, które nazywam strumieniem natchnienia obywatelskiego. Stanucha to były wojskowy. Jest specjalistą od zaskoczenia, ładunków wybuchowych i eksplozji. Publiczność bardzo to lubi, ten dreszcz emocji, wstrząs, poczucie, że zaraz coś się zawali.

Dyrektor Kukuła ożywił się.

– Wyznam szczerze, chcę zrobić tę sztukę lepiej niż Franz Kafka ten swój “Proces”. Bohaterów dodatkowo uszlachetnimy i wzmocnimy, pokażemy ich co najmniej z dwóch stron: z jednej strony sędzia, z drugiej prokurator. Niektórzy mogą mieć jeszcze trzecią twarz, naczelnika więzienia, ewentualnie kata. To będzie mocny przekaz.

*******

Po zakończonym wywiadzie, dyrektor Kukuła poprosił sekretarkę do siebie. Zapytała go wówczas:

– Z kim pan rozmawiał, panie dyrektorze? Dzisiaj teatr jest nieczynny. Nikt do budynku nie wchodził. Główne wejście było zamknięte, klucz miałam cały czas przy sobie. Oprócz mnie i pana nikogo tu nie było.

Kukuła patrzył na nią uważnie jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Był zamyślony. Ubierał się powoli wpatrując się w maski na ścianie. Przyciągały jego uwagę. Potem poszukał wzrokiem swojej czarnej teczki, w której trzymał dokumenty. Jeszcze raz przyjrzał się sekretarce, podszedł do niej i ucałował jej dłoń na pożegnanie.

– Proszę nie zapomnieć zamknąć na wszystkie zamki drzwi wejściowe.

– Rozmawiał sam ze sobą? Dziwne. Wygląda na zmęczonego, ma cienie pod oczami – pomyślała Anna.

Michael Tequila w Empiku: https://tinyurl.com/y52br67b  

0Shares

Moja najnowsza powieść “Cztery portrety cudze i jeden własny” już w księgarniach.

Z wielką przyjemnością ogłaszam Urbi et Orbi, że moja najnowsza powieść „Cztery portrety cudze i jeden własny” ukazała się właśnie w księgarniach. Link poniżej. Wkrótce, bo w dniu 9 września, będzie ona dostępna także w wersji elektronicznej ePub i Mobi.

Zachęcam do zakupu, zwłaszcza osoby, które spotykają się z dawnymi przyjaciółmi ze szkoły czy uczelni. Książka mówi o takim spotkaniu.  

https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

Przy okazji zamieszczam link do strony znanej recenzentki Pani Izabeli Wyszomirskiej, gdzie ukazały się pierwsze informacje o powieści.  

https://www.facebook.com/718659221618798/posts/1396920747125972/

Dla zachęty przedstawiam jej kolejny fragment.

Pozdrawiam bardzo serdecznie,

Michael Tequila

Fragment książki:

Czekając na przyjazd Poety, Mistrz przypomniał sobie rozmowę z ciotką. Potrafiła być niemiła, druzgocąc go swoimi poglądami na temat jego postępowania i osoby, ale naprawdę to go kochała. Było to poprzedniego wieczora. Zapytała go bez ogródek:

– Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co ci najbardziej utrudnia życie? Jakie są twoje najgorsze przywary?

Domyślał się, o co jej chodzi. Zdawał sobie sprawę, ale unikał tego tematu, aby nie wywoływać niepotrzebnej dyskusji. Chodziło o jego rzeczywiste i domniemane wady, jakie ciotka chciała wyeliminować. Tym razem podjął wyzwanie. Odpowiedział.

– Zdaję sobie doskonale sprawę, ciociu.

– No więc!? – Odrzuciła rękawicę.

Zaczął wymieniać swoje wady. Mówił jak przepowiadacz, który, obdarzony intuicją pozaziemską, jest w stanie powiedzieć wszystko o człowieku. Trochę ironizował.

– Nie mogę jeździć po nocy, ponieważ wzrok przykleja mi się do szyby, a oczy zachodzą mgłą złych wspomnień lub gniewu na pijanych kierowców, którzy w dodatku mają źle ustawione światła w samochodzie. Ponadto dzielę włos na czworo, mam swój zamknięty mały świat, kocham do szaleństwa moje wnuczki i niepotrzebnie martwię się o żonę, kiedy prowadzi samochód.

Kiedy skończył, ciotka czule pocałowała go w czoło.

– Myślałam, że tego nie wiesz, a to, że w ogóle ty sam o tym powiesz, to nawet do głowy by mi nie przyszło. Ale nie powiedziałeś całej prawdy, co?

– Nie powiedziałem? – Nie udawał zaskoczenia. – Czego nie powiedziałem?

– Jeśli nie pamiętasz, to ci dopowiem. – Ciotka jak zwykle była przygotowana do ataku. Miał wrażenie, że bierze szablę do ręki i prowadzi na niego szarżę lekkiej brygady. Mimo że umiał przewidywać jej zachowania, zaskoczyła go. Nie spodziewał się tego.

– Lubisz obnażać się, aby robili ci zastrzyki w pośladek, a także rozmowy z pielęgniarkami.

Mistrz zaoponował, ale bez przekonania.

– To nie wszystko – kontynuowała ciotka. – Lubisz gadać z żeńskim personelem szpitalnym i to tylko w limitowanym przedziale wieku do trzydziestego piątego roku życia. – Nie dała mu czasu na reakcję. – Ponadto wciąż żyjesz wśród zdeprawowanych i nieszczęśliwych ludzi, którym służyłeś pomocą, swoim czasem i energią. To twoje dziwactwo niczemu dobremu nie służy.

Gwizd nadjeżdżającego pociągu wystraszył gołębie i przerwał myśli kilku osób stojących na peronie. Pies siedzący obok nich zaskowytał z przerażenia i usiłował zerwać się ze smyczy.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 78: Rozmowy Sefardiego z Kanapą

Od pewnego czasu Sefardi rozmawiał z Kanapą podobnie jak ludzie rozmawiają z psem lub małym dzieckiem, które niewiele pojmuje. Zaczęło się to mniej więcej w połowie Planu Czterdziestu Dni. Mówił do niej, jakby była żywą osobą i mogła go zrozumieć. Najdziwniejsze, że mu odpowiadała, tak to odbierał, reagując przytomnie na jego słowa. Było mu to bardzo na rękę, ponieważ wprowadzało w jego życie poczucie spokoju, którego mu czasem brakowało. W rozmowie mógł bez pośpiechu wyłuszczyć swoje poglądy na dowolną sprawę, przedstawić argumenty, nie będąc kontrowany od samego początku, jak to robiła Penelopa czy też, w nieco mniejszym wymiarze, inne osoby, które zazwyczaj dochodziły do wniosku, że jest on apodyktyczny.

Z szacunku myślał o Kanapie jako o Meblu przez duże M, tak jakby to było imię. Mebel sugerował imię męskie, choć sama Kanapa była rodzaju żeńskiego. Na początku mu to nie przeszkadzało. Po pewnym czasie sytuacja się zmieniła i dwoistość imion skonfrontowana z martwą naturą przedmiotu zaczęła mu dokuczać coraz bardziej. Stała w sprzeczności z logiką.

Poruszył to w rozmowie z Kanapą. Przedstawił jej rozterkę logiczno-semantyczną, jaką przeżywał i zdziwił się, że nie zareagowała na jego słowa, choć z drugiej strony uznawał jej prawo do zachowania innego niż oczekiwał. Szanował je podobnie jak prawo każdej innej istoty do nieudzielania odpowiedzi lub wstrzymania się z nią do czasu lepszego rozpoznania sprawy. Uważał, że każdy ma prawo do zastanowienia się. Nie znosił ludzi, którzy chlapali językiem zaraz po usłyszeniu pytania. Uznawał to za typowe dla polityków, szczególnie pewnej grubej jędzy z Partii Konserwatywnej. Nie znosił tego babsztyla.

Milczenie Kanapy w tej sprawie zaczęło mu ciążyć. W grę wchodził czas. Zawsze miał on dla Mistrza znaczenie. Mógł zrozumieć, że ktoś nie odpowiada od razu, ale brak jakiejkolwiek reakcji w rozmowie uważał za naganny. Im bardziej zagłębiał się w temat, tym bardziej nabierał przekonania, a z czasem pewności, że nie jest to problem Kanapy, tylko jego własnej osobowości.

Nie była to jedyna zgryzota. Drugą były omamy i urojenia. Pojawiały się i znikały. Na szczęście nie zdarzały się zbyt często. Miały różną postać: żywiołów z chińskich horoskopów i zjawy w rodzaju baby z pustymi wiadrami, także zmaltretowane postacie z obrazów Francisco Goi z czasów krwawej inkwizycji, jakie oglądał w Museo del Prado w Madrycie. Napisał nawet wiersz na ten temat, jakby na potwierdzenie prawdy o nawiedzających go chimerach. Kiedy sobie o nim przypomniał, odszukał go i odczytał na głos dwa razy. Pamiętał nawet, kiedy i gdzie go napisał.

Gdy umysł zasypia, budzą się potwory,
zaludniają rozpierzchłych pagórów ugory,
serce zbroi się w kaptur i zgęstniałą togę;
prawda nie spłonie – ja płonąć mogę.

Sędzią mnich obłąkany miłością do Boga,
kielich dym napełnia, unosi go trwoga.
Na płomiennych ołtarzach łkają innowiercy,
milknące oczy bluźnią samemu bluźniercy.

Nocą nawiedzały Sefardiego najgorsze potwory, zmory nocne, które go dusiły. Tych nie znosił najbardziej. Zastanawiając się nad nimi uznał, że problem i jego rozwiązanie tkwią chyba znowu w nim samym. Czuł przez skórę, że coś z nim nie jest w porządku. Mówił to sobie po cichu, jakby bał się, że ktoś inny może je usłyszeć.

Był to początek świadomości Mistrza, że ogarnia go szaleństwo. Uznał je za rzecz straszną jak i niezmiernie pasjonującą. Interesując się psychologią wiedział, że ludzie zaburzeni psychicznie dzielą się na tych, którzy nie mają świadomości, że coś z nimi jest nie w porządku, oraz tych, którzy tę świadomość mają. Obydwie grupy zrównywał fakt, że nie umieją sobie poradzić z problemem.

Rozumienie sprawy nie zmieniło postawy Sefardiego wobec Kanapy. Nadal był przyjaźnie do niej usposobiony i wciąż z nią rozmawiał, może tylko rzadziej. Starał się przy tym pamiętać, aby zwracać się do niej „Kanapo”, co było zgodne z naturalną płcią rozmówczyni. Oczywiście nie chodziło mu o płeć, ale o rodzaj. Było to jak zapadanie się w przepastny śnieg. Pogorszenia samopoczucia nie były częste, stopniowo jednak nasilały się, co go tylko umacniało w przekonaniu, że decyzja przyspieszonego zakończenia życia jest jak najbardziej na czasie. Do tajemnicy nie dopuszczał nikogo, nawet Anastazji, którą darzył szczególnym zaufaniem, ani Amizgao, który był jego najbliższym przyjacielem i powiernikiem. 

If you like this story, you will also enjoy other books by Michael Tequila: : https://tinyurl.com/y7cza5nc 

4Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 29: Rozmowa o relacjach państwo-obywatel

Zbliżając się do gabinetu Mistrza, Isabela usłyszała głośne słowa. Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, z kim wynalazca mógłby mieć spotkanie o tak wczesnej porze. Zazwyczaj przyjmował gości dopiero po godzinie dziesiątej rano. Niepewna, co uczynić, zapukała. Przygotowała sobie usprawiedliwienie: dostarczy herbatę i wyjdzie. Z wewnątrz nie dobiegał żaden głos zapraszający do wejścia. Zapukała jeszcze raz, odczekała kilkanaście sekund i nacisnęła klamkę.

W pokoju był tylko Sefardi. Ubrany w brązowy tużurek, jasne domowe spodnie oraz kapcie, chodził po pomieszczeniu głośno perorując. W ręku trzymał kilka kartek. Kobieta rozejrzała się po pokoju, zaintrygowana, z kim rozmawia.

– Dziwak! Gada sam ze sobą – Isabela poczuła niechęć do mężczyzny. Zdecydowała się zostawić herbatę i wyjść. Kiedy odwróciła się w kierunku drzwi, Sefardi powstrzymał ją gestem ręki.

– Proszę nie dziwić się, że chodzę po pokoju i rozmawiam ze sobą. Powtarzam tylko tekst, który napisałem. Słysząc każdy wyraz i każde zdanie łatwiej jest mi je ocenić i poprawić. Jeśli coś nie brzmi tak, jak trzeba, natychmiast szukam lepszego sformułowania.

– Dziwne. Nigdy nie słyszałam, aby komuś pomagało gadanie ze sobą.

– Nie gadam ze sobą, tylko precyzuję swoje myśli. To mi oszczędza mnóstwo czasu na poprawianiu tekstu.

– A to, co pan poprawia, to naprawdę coś ważnego?

– Tak. Analizuję stosunki między władzą a obywatelami. Czy pani wie, Isabelo, że władza i obywatele to najbardziej trwały element każdego państwa? Nie ma takiego kraju, gdzie nie istniałaby władza i nie byłoby obywateli, dawniej zwanych podwładnymi.

– Jakie to ma znaczenie dla pana albo dla mnie? – w głosie kobiety zabrzmiał ton cierpkości. Rozważania Sefardiego uważała za jałowe i niepotrzebne. – Po co zastanawiać się nad czymś, czego i tak nie możemy zmienić? Zawsze jest jakaś władza i nikt z nią nie wygra. Obywatele, nie obywatele. Zresztą ci pańscy obywatele też są diabła warci. Nie dalej jak wczoraj słyszałam w telewizji…

– Znowu wpadła w swój kretyński nawyk natychmiastowej dygresji, niezależnie od tematu – pomyślał Sefardi, decydując się interweniować. Czasem słuchał jej wywodów, bo go bawiły, niekiedy znajdował w nich coś interesującego. Tym razem ważniejsza była praca.

– Isabelo! Niech się pani opamięta. Znowu chce mnie pani częstować tandetnymi wiadomościami telewizyjnymi. Ja mówię o poważnych sprawach. Niepokoi mnie to, co dzieje się w kraju. W głowie mam wzór idealnego mechanizmu, jakim jest nowoczesny zegarek. Czy pani wie, że dobry zegarek może chodzić kilkadziesiąt lat i więcej, i niezawodnie wskazywać godzinę? Raz na rok wymaga tylko minimalnej korekty czasu i to wszystko. Są zegarki, które nawet i tego nie potrzebują, ponieważ bezprzewodowo odbierają sygnały czasu zegara atomowego.

Na twarzy Isabeli pojawił się grymas irytacji. Sefardi przerwał wykład o nadzwyczajności zegarka.

– Powiem krótko, bo nie zamierzam pani nudzić. Nie jest dobrze. Mamy dwie wielkie partie. Jedna ma ogromną władzę i chce ją jeszcze bardziej powiększyć. To byłoby niebezpieczne. Druga partia straciła orientację i nie jest zdolna skutecznie jej się przeciwstawić. Obywatele na tym tracą, ale nie to interesuje mnie najbardziej. Mnie interesują konkrety: dlaczego wydatki państwa rosną dużo szybciej niż przewidywano i dlaczego wysocy urzędnicy otrzymują coraz wyższe uposażenia. Przecież one już są niewyobrażalnie wysokie. Za kilka miesięcy pracy prawie każdy z nich może kupić sobie dom.

Sefardi zamierzał coś jeszcze uzupełnić, ale Isabela przerwała jego wyjaśnienia.

– Przepraszam, muszę już iść, bo mam obowiązki. Życzę powodzenia.

Jej obcesowa reakcja sprawiła mu przykrość. Po jej wyjściu chwilę wpatrywał się w wygaszony monitor komputera, po czym machnął ręką, jakby wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Poprawianie tekstu odłożył na później. Czekał na telefon od dziennikarza, którego poprosił o przeprowadzenie ważnego dochodzenia.

 

0Shares