Dziewczyna z pieskiem. Opowiadanie.

Fredi żył pragnieniem zakochania się. Miał już dziewiętnaście lat i nie zaznał jeszcze rozkoszy prawdziwej miłości. Niewiele mógł zrobić w tej sprawie ciągu dnia, ponieważ pracował, a praca była absorbująca. Dobrze czuł się z marzeniami o wielkiej miłości; niepokoił się tylko, że ten wspaniały nastrój kiedyś się skończy. Chciałby go jak najdłużej utrzymać. Dotychczas nie spotkał nikogo, z kim mógłbym podzielić się tym niezwykłym nastrojem, porozmawiać, pochwalić się. Czekając na wielką miłość miał nawet wyobrażenie, jak ona będzie wyglądać; usta, oczy, piersi, nogi, nawet głos. O udach i brzuchu wolał nie myśleć, tak bardzo otaczała je tajemnica.

W życiu Frediego były dziewczyny i to nie jedna. Najchętniej rozmawiał o nich i o swoich doświadczeniach miłosnych z przyjacielem. Miał na imię Zeno i był jego rówieśnikiem. Byli do siebie podobni; obydwaj raczej drobni i szczupli, z rumianymi policzkami dopiero marzącymi o męskim zaroście. Łączyły ich też zainteresowania. Fredi opowiadał przyjacielowi o tym, że jak kiedyś zaryczał jak lew, to dziewczyny zbiegły się ze wszystkich stron, oferując mu wszystko, co miały najlepszego do zaoferowania. A to powieść-romans o szalonej miłości, a to pół kilograma orzechów laskowych, za którymi przepadał, a to dobrą radę, jak poprawić sobie cerę lub zmężnieć. Raz dziewczyna, którą niedawno poznał,  przyniosła mu nawet litr mleka prosto od krowy.

– To nie było zwykłe mleko, tylko ekologiczne. Sama dobroć, prawdziwa rozkosz dla podniebienia – powiedział Fredi z wielkim przekonaniem, po czym uzupełnił: – To mleko to nie była żadna reklamowa próbka, ale najprawdziwsza prawda.

Zeno nie wiedział, co o tym myśleć. Czasem rozmawiali ze sobą tak dziwnie, że czuł się zagubiony.   

Któregoś dnia, była to pierwsza ciepła wiosenna sobota, po skończonej pracy Fredi spotkał się z Zeno i jak zwykle podjął temat dziewcząt i miłości.

– Teraz już ryczę mniej, bo jestem zajęty pracą. Właściwie to prawie w ogóle nie ryczę, tak mnie wyczerpuje to, co robię. Pracuję dla pizzerii, rozwożę na rowerze pizze zamówione przez klientów i nieprzerwanie jestem w ruchu. Oprócz pedałowania po mieście muszę jeszcze biegać po schodach, czasem nawet na piąte piętro jak winda jest zepsuta. Wyżej niż piąte piętro bez windy nie dostarczamy. Tak naprawdę to ryczę tylko w święta kościelne, bo mnie motywują, ale nie państwowe, od czasu jak się przekonałem, że ludzie na świeczniku kłamią i to nałogowo.

Nadeszło lato. Od pierwszych dni czerwca Frediego coraz bardziej rozpierało rozkoszne uczucie pożądania. Było ono tak silne, że pewnego dnia zawołał jak tylko mógł najgłośniej „Boże dopomóż” w oczekiwaniu życzliwej pomocy. Ten krzyk skierowany do Najwyższego krył w sobie serdeczną prośbę o wielką miłość. Takie rzeczy zdarzały się Frediemu raczej dosyć często. Raz w zapomnieniu na własne zawołanie „Boże dopomóż!” odpowiedział sam sobie „Bóg zapłać, dobry człowieku!”. Po zastanowieniu się doszedł do wniosku, że było to dziwne i niejasne zdarzenie, ponieważ słowa nie należały do niego;  wcześniej nigdy takich słów nie używał.

Wypowiedział je rano w radio ksiądz Bonafide, o którym mówiono, że to przyszły święty.

– On ma być wkrótce beatyfikowany jako Ojciec od Siedmiu Boleści – w zaufaniu powiedział mu Zeno.

– Jeszcze za życia? – Fredo nie był pewien, czy było to możliwe.

Wkrótce zapomniał o księdzu i beatyfikacji. Żył własnym życiem, pewnym uduchowienia. Pragnienie wymarzonej miłości go nie opuszczało.

W niedzielę obudził się jak zwykle około godziny ósmej rano i pomyślał: – Dzisiejszy dzień przeżyję również w stanie miłosnego uniesienia, może nawet podwójnego, gdyż czuję jak wypełnia mnie balon gorących pragnień.

Fredi liczył na cud spotkania dziewczyny gotowej dzielić z nim szalone rokosze miłosne. Wierzył w to, wiedząc, że życie często zupełnie nieoczekiwanie spełnia ludzkie marzenia. Mieszkał w dwudziestopiętrowym wieżowcu, gdzie okazji do spotkania kogoś interesującego lub nowego nigdy nie brakuje. To go umacniało w jego optymizmie. 

Po wyjściu z mieszkania w celu udania się na przechadzkę spotkał przy windzie dziewczynę. Nie widział jej nigdy wcześniej. Musiała niedawno zamieszkać w bloku. Była to śliczna blondyneczka z koralowymi ustami i marzącymi orzechowymi oczami, nieco niższa od niego. Fredi skoncentrował się i odrzucił od siebie mgliste zamyślenie. Zamienił się cały we wzrok. Oczy lekko przykrył powiekami, aby nie wypaść nachalnie w ocenie dziewczyny. Serce biło mu głośno jak młotem. Bał się, że wystraszy tym piękną nieznajomą. Kiedy spojrzała mu w oczy, owym powłóczystym spojrzeniem, jakim dysponują tylko niektóre kobiety, nie mógł powstrzymać się od okrzyku:

– Tak chciałbym być piękną, młodą dziewczyną! Być piękną dziewczyną, to dopiero byłoby szczęście! Powłóczyste spojrzenia, oczy jak brzoskwinie, dorodne i soczyste, a u nogi wierny pies!

Nie miał pojęcia, skąd przyszła mu do głowy myśl o zwierzęciu. Kiedy ją ujawnił, dziewczyna popatrzyła w dół. Poszedł za jej wzrokiem. Psa zauważył dopiero po uważnym wpatrzeniu się w podłogę. Podjęli rozmowę o nim. Był to miniaturowy sznaucer. Czekając na windę, rozmawiali o nim.

– To cudowne stworzonko. Takie aksamitne i posłuszne. Ciocia przywiozła mi go z Anglii. On dobrze rozumie po angielsku. Czy to nie wspaniałe? – Dziewczyna podniosła zwierzątko do góry i przytuliła je czule do policzka.

Po zakończeniu rozmowy o psie, Fredi przedstawił się rozmówczyni. Ona krępowała się ujawnić swoje dossier. Zapadło niezręczne milczenie. Po chwili jednak się przełamała, uniosła w górę długie rzęsy i wyjawiła imię: Estassia. Potem mu powiedziała, czym się zajmuje: studiowała.

Fredi tego się spodziewał. Jak tylko ją ujrzał, od razu wiedział, że jest studentką a nie jakąś wyrobnicą na linii produkcyjnej tanich sandałów czy pomocą przy noszeniu worków z ziemniakami, marchewką i pietruszką z samochodu dostawczego do sklepu gdzieś na peryferiach miasta.

O swoich studiach Estassia mówiła szczerze i bardzo konkretnie. Miała znakomite wyniki w nauce.

– Wszyscy mnie lubią, a nawet kochają – dodała opuszczając wzrok.

Fredi przyjął jej nieśmiałość za wyjątkowo pozytywną cechę. Sam był trochę nieśmiały.

– Niektórzy z pewnością nawet pragną – pomyślał. Przeszył go dreszcz pożądania. W duszy widział już moment gorącego zbliżenia.

Estassia mówiła o sobie. Była zachwycająca we wszystkim co mówiła i robiła. . Fredi słuchał jej z napiętą uwagą. Winda jechała, a ona opowiadała. Fredi marzył, aby winda nigdy się nie zatrzymała.

– Rodzice, rodzeństwo, dziadkowie, pies, koleżanki, koledzy. Zapamiętał to wszystko, szczegóły mu się jednak pogubiły. Pożerały go myśli i pragnienia. –

– Chciałbym być chociaż kolegą takiej dziewczyny. Ma cudowne orzechowe oczy. Orzechy dobrze mu się kojarzyły, bo bardzo je lubił. Sam miał oczy koloru zielonkawej butelki dobrze schłodzonego piwa „Chwilowe. Potrójnie warzone”. W wersji eksportowej, niemieckiej, nosiło ono nazwę „Kanclerz”.

W windzie Fredi po raz drugi zdobył się na odwagę. Postanowił być rozmowny, pokazać się z najlepszej strony.

– Pani jest taka piękna! Czy są w ogóle brzydkie dziewczyny?

Popatrzyła na niego surowo, oceniająco, chyba nie podobało jej się pytanie. Po chwili uśmiechnęła się jednak promiennie, jak to potrafią tylko piękne i dobre dziewczyny, i odpowiedziała głosem pełnym słodyczy płynnego miodu akacjowego:

 -Brzydkich dziewczyn nie ma. Są tylko brzydkie kaczątka, a te jak wiadomo …

Młodzieniec wysłuchał z uwagą tej cennej wiadomości. Starał się ją zapamiętać. Nie był jednak w stanie. Tkwił w milczeniu, ponieważ informacja uzyskana od dziewczyny kłóciła się z jego wcześniejszą wiedzą o świecie. Raz widział taką dziewczynę, znaczy się brzydulę; zawstydziła się swojej niepiękności tak bardzo, że przez ten wstyd stała się piękna.

– Tak brzydka, że za piękna – powtórzył Fredi w duchu.

Pies miał na imię Maksio. Fredi miał wrażenie, jakby on sam mu to powiedział. Oczywiście nie w jakiś bezpośredni sposób, ale tak zaszczekał, że Fredi prawie domyślił się jego imienia. Pomogła mu w tym wzmianka Estassi, na jaką literę zaczyna się imię psiaka.

Maksio był tak malutki, że wydawało się, że w ogóle nie rzuca cienia. Fredi musiał uklęknąć na podłodze, aby przyjrzeć mu się dokładniej; przy okazji go pogłaskał. Pomyślał, że może dlatego, że żarówka słabo świeci. Oczy Maksia świeciły mocniej niż żarówka. Wyglądały jak nafosforyzowane. Fredi uznał, że Maksio jest podobny do psa Baskerwilów z powieści Artura Conan Doyle’a. Skojarzenie z literaturą dobrze mu zrobiło. Poczuł, że stoi na pewniejszym gruncie.

Estassię zobaczył ponownie kilkanaście dni później przy tej samej windzie. Na powitanie uśmiechnęła się łagodnie. To rozświetliło jego wnętrze i dodało mu otuchy. Wydała mu się jeszcze bardziej krucha i delikatna niż pierwszym razem. Jego serce zapałało dziwnym uczuciem. Uwierzył, że tym razem dojdzie między nimi do prawdziwego zbliżenia. Zdobył się na odwagę i zapytał Estassię o nazwisko. Sam ujawnił swoje przy pierwszym spotkaniu.

Wyszli z budynku na zewnątrz. Podnosząc oczy podała mu nazwisko przypominające brzmieniem dźwięk dużej stalowej agrafki upadającej na twardą powierzchnię: Sąsiadka. Oczarowany Fredi czekał, aż powie coś więcej. I rzeczywiście dziewczyna dodała:

– Na imię mam Bliska.

– Bliska. Piękny zestaw – pomyślał Fredi. – Bliska Sąsiadka.

– A Estassia? Podała mi pani to imię przy naszym pierwszym spotkaniu.

– Ach! – zaśmiała się serdecznie. – To jest mój pseudonim. Tak mnie nazywają koledzy i koleżanki na studiach.

– A jak się ma pani piesek? – Zapytał uprzejmie Fredi. Chciał ją wzruszyć pamięcią o jej ukochanym pupilu i ciepłym tonem swego głosu. Ze tego wzruszenia zapomniał języka w gębie, aby dodać coś jeszcze.

– Dobrze, że gęby nie zapomniałem – pomyślał z niechęcią. Pocieszył się, że przynajmniej nie zapomniał myśleć. – To rzecz nawykowa – doszedł do wniosku. – Jak ktoś się przyzwyczai do myślenia, to myśli, a jak się odzwyczai, to nawet nie wie, że warto myśleć.

– Jaki piesek? – odezwała się Bliska.

No, ta miniaturka. Maksio!

– A, Maksio! Jest tak mały, że ciągle gubi mi się w trawie. Powinnam chyba nosić ze sobą duże szkło powiększające.

Zawołała psa raz i drugi. Szukała go wzrokiem na trawniku z klombem w środku. Zdenerwowała się nagle.

– Maksio, ty gnido! Gdzie się podziewasz, parszywy gnojku? No odezwij się, pieprzona zakało! Chodź tutaj, to skopię ci dupę, ty małe gówno! Po chwili krzyknęła po angielsku. Come here, you little shit! I’ll kick your ass!

Fredi przeraził się. Nie miał pojęcia, co Bliska mówi i dlaczego tak się zdenerwowała. Nie znał angielskiego ani innego języka obcego. W ogóle nie rozumiał tej sytuacji. Poczuł się głęboko nieszczęśliwy.

Autor: Michael (Michał) Tequila
Gdańsk, dnia 30 03 2020

0Shares

Hrabina de Polo / fragment opowiadania

„…Po zakończonych podróżach zapragnąłem odwiedzić panią Hrabinę. Zachowałem ją we wdzięcznej pamięci czciciela kobiet dojrzałych ciałem i cnotą. Była wiosna i pani Hrabina zaoferowała mi gościnę w pokoiku w swoim obszernym domu przy ulicy Via Caccia 17 w Wiecznym Mieście.
Pierwszego dnia rozmawialiśmy dużo i szczegółowo o podróżach, moich i arystokracji za czasów młodości pani Hrabiny. Drugiego dnia do rozmowy, która odbyła się w kawiarni, zaproszona została Inez, aby – pani Hrabina ujęła to bardzo zgrabnie – otarła się o świat wielkich podróży i idei. Stało się wtedy coś niezwykłego. Wyjątkowo ciepły zmierzch zbudził do lotu zaspane do nieprzytomności nietoperze, a te, trzepocząc błoniastymi skrzydłami, musiały chyba zbudzić natchnienie Inez do wyznań. Dziewczyna otworzyła się jak kielich kwiatu, aby opowiedzieć o sobie. Mówiła z taką szczerością, że aż prawie zwątpiłem w szczerość samej szczerości, którą przecież można udawać, jak to czynią aktorzy w teatrze, gdzie pozór jawi się prawdą, a prawda pozorem.
– Z natury jestem osobą zamkniętą – Inez przyznała to po pewnym wahaniu wyrażającym się w odpychaniu rękami niewidzialnej przeszkody- z zadatkami na staropanieństwo, co nie jest skłonnością szczególnie miłą, ale też i nie obciążeniem. Młode istoty, takie jak ja, nie powinny wstydzić się mówić o swym głęboko ludzkim zagubieniu, kiedy nadejdzie godzina szczerości.

– Chyba pod wrażeniem uroczystej spowiedzi Inez kilka razy nabierała powietrza w usta, aby dotlenić płuca i odświeżyć pamięć.
– Czasami mam wrażenie, tak jak dzisiaj, że jestem uduchowioną Cyganką, zdolną do intuicyjnego przeniknięcia istoty człowieczeństwa i przepowiadania przyszłości. Jest to domena osób o wyższej niż przeciętna wrażliwości, do której skromnie zaliczam także siebie.
– Powiedziawszy to, Inez zapragnęła złagodzić wrażenie zarozumialstwa wywołane nietypową autoprezentacją, i zażartowała. – To chyba wpływ kombinacji słodkiej bułeczki i gorzkiej herbaty Ulung Tabuki. – Wymawiając z łatwością chińskie słowa, uśmiechnęła się kącikami ust i dołeczkami w policzkach. – Nadzwyczajny smak potraw i nastrój wieczoru skłaniają mnie do powiedzenia o sobie więcej i szerzej. Byłam dzieckiem delikatnym i drobnym, szaleńczo kochanym, wręcz ubóstwianym, przez rodziców i to pozostawiło we mnie ślad w postaci podwyższonej wrażliwości.
– W czym wyraża się pani wrażliwość, droga Inez? – Zapragnęła wiedzieć Hrabina, osoba również wrażliwa, lecz wychowana w warunkach rządów despotycznych, kiedy nauczycieli, wychowawców, opiekunów, rodziców i generalnie zwierzchników osób młodocianych i młodych obowiązywała rzeczowa i zimna bezpośredniość.
– Wyraża się ona, szanowna pani Hrabino, w trójkącie równoramiennym. Proszę mi wybaczyć, że posłużę się figurą geometryczną, której bokami są dokładność, higiena i delikatność. Lubię pieścić się rzeczami, które trzymam w ręku oraz tymi, które pozostają w mym bezpośrednim zasięgu. Jeśli obieram jabłko to bardzo grubo, co nie jest objawem niedokładności, ale wrogością wobec zarazków, które są niebezpieczne. Tak, więc gotowa jestem wyrzucić jabłko, choćby było niezauważalnie nadgniłe. Jeśli zmywam naczynia ręcznie, co czynię chętnie, to wykonuję to dłużej niż inni, ponieważ powierzchnia naczynia musi lśnić jak lustro odzwierciedlające dokładność kobiecej natury i umiłowanie czystości.
Jest to czynność, którą wykonuję attentivement et proprement, czyli uważnie i starannie. Nie lubię ani nie umiem czynić niczego łapu-capu, choćby okoliczności nawet wymagały tego ode mnie. Widzę w tym mądrość i piękno życia. …”

– Cóż może pani, droga Inez, wiedzieć o życiu, w tak młodym wieku? – Hrabina westchnęła na wspomnienie przeszłości podnosząc brwi w pełnym zdumienia oczekiwaniu, co może powiedzieć o brutalnym spektaklu życia osoba wychowana w ustroju obdarzającym kobietę pieszczotami nieporównywalnie częściej niż kuksańcami.
– W życiu nie lubię się śpieszyć. Bardzo mi odpowiada przysłowie festina lente, którego wyuczyłam się na pamięć i przypominam sobie w myślach. Śpiesz się powoli – wyjaśniła Inez, delektując się słowami. – Na wszystko potrzebuję więcej czasu niż inni, na przykład na ubieranie się, czynność ważną dla niewiasty w każdym wieku. Osobiście przepadam za przebieraniem się, ponieważ lubię wyglądać dobrze, widzieć siebie jako kobietę zadbaną.

Powyższy fragment pochodzi ze zbioru opowiadań  Michael Tequila: „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco”

1Shares