Domek nad jeziorem

Przez życie Alleny Aleksiejewy przewaliły się wszystkie fale nieszczęść i radości. Nieszczęścia bardziej czuła niż pamiętała, bo było to bardzo dawno. Czasami widziała je jak za mgłą a czasem wyraźnie jakby stały jej przed oczami: susze, powodzie, wojny, wybuch bomby atomowej, wirus i epidemia oraz małe i wielkie grupy okropnie krzyczących ludzi.

Allena Aleksiejewa była już starszą panią. Tak ją określano. Czasem ktoś zwracał się do niej inaczej, ale nie mogła sobie przypomnieć, kto to był. Kiedyś była naczelniczką poczty, oddaną pracy i obowiązkową jak mało kto. Bardzo ją ceniono. Zawsze taka była, już od dziecka. W szkole nauczyciele chwalili ją za dokładność, pracowitość i wzorowe zachowanie. W domu miała dwa odznaczenia za wzorową pracę na poczcie i wiele dyplomów.

Zwolniono ją, kiedy w krótkim czasie trzy razy zgubiła klucze od urzędu pocztowego. Dwa razy odnalazła je sama, za trzecim razem ktoś je znalazł i odniósł, bo miały metalową przywieszkę z wygrawerowanym imieniem, nazwiskiem i telefonem. Być może nic by z tego nie wynikło, gdyby urzędu nie okradziono. Brak śladów włamania przesądził sprawę. Wszyscy wiedzieli, że to nie ona, ale na żądanie prokuratora jej dom został przeszukany. To było bardzo przykre. Płakała wtedy kilka razy. Wszystko to pamiętała tylko do czasu. Potem niedobre wspomnienia zblakły i zostały tylko te lepsze, głównie z dzieciństwa.

Po wszystkich złych i dobrych przeżyciach została sama. Miała domek nad brzegiem jeziora. To był dorobek całego jej życia. Miała go, bo się zadłużyła w banku i długo spłacała, dorabiając wieczorną pracą w sklepie. Latem, kiedy siedziała na tarasie, ktoś powiedział:

– Takie miejsce. Żyć nie umierać!

Nie pamiętała już kto to był. Nie miało to zresztą znaczenia, bo miała swój świat i nic innego się nie liczyło.

Mieszkała sama i jakoś sobie radziła, choć zimą nie było łatwo. Najtrudniej było kiedy mróz barwił okna warstwą siwego szronu w gwiazdy, gałązki, koła i kwadraty. Chodziła wtedy grubo ubrana i była dobrej myśli.

Najbardziej nie lubiła samotności. Dokuczała jej coraz mocniej. Tak bardzo, że postanowiła uporządkować swoje życie, aby było jej lżej.

W gęstwinie drzew i krzewów otaczających domek odkryła kilka gniazd, a w nich ptaki. Upatrzyła sobie dwa z nich. Złapała pierwszego, był to gil lub czyżyk, nie była pewna. Potem okazało się, że jest to gil. Poznawała go po ubarwieniu i po śpiewie. Włożyła go do małej klatki znalezionej na poddaszu domu, nakarmiła i napoiła. Klatkę umieściła wśród drzew przed domem po lewej stronie. Zrobiła to wtedy, kiedy w pobliżu nie było kota. Nie chciała, aby to widział, bo był niebezpieczny. Wieczorem chodziła nakręcać gila, aby śpiewał. Nastawiała czas porannego śpiewu: godzina siódma rano. Przy okazji sprawdzała miniaturowy głośniczek oraz bateryjkę, taki paluszek, ile w niej było energii. Jeśli bateryjka była ciepła, to znaczyło, że ma dużo energii. Jeśli była zimna, wtedy ją wymieniała. Nie martwiła się o nią, bo miała w domu w szufladzie jeszcze inne bateryjki w zapasie.

Od pewnego czasu bateryjka ją dziwiła. Zawsze była bardzo ciepła, prawie gorąca.

– Jak to może być, zadawała sobie pytanie, że ptak śpiewa a bateryjka jest stale pełna energii. To ją niepokoiło. Jak tylko przestawała o tym myśleć, niepokój znikał. Było to tak wygodne, że w końcu w ogóle o bateryjce zapomniała.

Potem był czyżyk, mogła to być też zięba. Nigdy nie udało jej się wyjaśnić tego do końca. Umieściła go w drugim końcu pasma drzew przed domem po prawej stronie. Postępowała z nim tak samo jak z gilem, z tym, że czyżyk, czy też zięba, rozpoczynał śpiew dwadzieścia minut później. Słyszała ich trele przez cały dzień.

– Jeden kończy, drugi zaczyna. Zupełnie jak dyżur na poczcie – mówiła sobie. Czuła się z tym szczęśliwa.

Kilka razy, kiedy wychodziła z domu, aby odwiedzić ptaszki, zagubiła się. Błąkała się wtedy po lesie wśród chaszczy i po nierównej plaży nad jeziorem, szukając drogi do domu. Nie mogła jej odnaleźć. Najgorzej było, kiedy zapominała czego szuka. Było to bardzo niemiłe. Na szczęście teren był ogrodzony i w końcu odnajdywała dom. Czasem nawet ktoś jej pomagał ale nie wiedziała kto. Pamiętała tylko, że ta osoba miała ciepłe ręce i miły głos.

Raz Allena bardzo zmarzła, bo padał deszcz i cała przemokła. Kiedy wróciła do domu, w kuchni czekała już gorąca herbata i pigułki na przeziębienie. Zdziwiła się, bo nie pamiętała, kiedy je tam położyła.

Po ptaszkach przyszły zwierzęta. Odczuwała ich brak i często o nich myślała. Musiała coś sobie wybrać.

– Pies ani kot nie, bo jedzą mięso. To niezdrowe. A ponadto, skąd tu wziąć mięso? Ponieważ sama była wegetarianką, więc mięso wykluczyła. Krowy nie chciała, choć lubiła mleko, bo była za duża. Po prostu bała się jej. Koza? To była następna możliwość.

– Tak! – starsza pani uznała, że to dobre rozwiązanie.

Kiedy zwierzę pojawiło się przy domu, Allena Aleksiejewa była zdziwiona skąd się wzięło. Najważniejsze, że koza podobała jej się. Była brązowo-biała i miała bródkę. Była bardzo przyjazna, wręcz sympatyczna. Beczała nie za często, więc nazwała ją Istria. Myślała o imieniu Mećka, było jednak zbyt pospolite, aby nadać je zwierzęciu domowemu mieszkającemu tak jak ona nad jeziorem. Kiedy Allena miała już własne towarzystwo, poczuła się naprawdę szczęśliwa.

Ogólnie rzecz biorąc, nie przyjmowała gości, ale kiedy przychodzili, zapraszała ich bez wahania na werandę, bo tam było najwygodniej. Wpadali do niej niezapowiedziani, bo jej telefon nie działał. Sama nie dzwoniła, ponieważ po drugiej stronie linii nigdy nikogo nie było. Ponadto nie miała do kogo dzwonić.

Gościom przynosiła ciasto, zawsze miała jakieś w zapasie, i od razu proponowała kawę lub herbatę. Do jej naparzania używała dużego imbryka. Pamiętała nawet, kiedy i gdzie go kupiła. Podobał jej się, bo był biały w czerwone kropki, przez co był dobrze widoczny.

Goście dużo rozmawiali. Byli młodzi i lubili mówić a ona słuchała. Czasem do niej mówili “mamo” lub “babciu”, ale nie za bardzo to rozumiała.

– Młodzi jesteście, to musicie się wygadać. Ja już się w życiu dosyć nagadałam – tłumaczyła im.

Kiedyś przyjechała karetka pogotowia. Allena nie miała pojęcia, kto ją wezwał i po co. Lekarz badał ją bardzo starannie zadając pytania. Na koniec powiedział do siebie albo do swojego pomocnika:

– Starsza pani ma zaniki pamięci ale na szczęście jakoś sobie radzi. Dzielna kobieta.

Powiedział to głośno i Allena Aleksiejewa to zrozumiała. Coś jeszcze mówił, ale to już do niej nie dotarło, bo myślała o czymś innym. Potem zapytał się:

– Czy pani czuje się tutaj szczęśliwa?

Odpowiedziała, że tak i od razu zapomniała. On to chyba rozumiał, bo się ucieszył, że w domku nad jeziorem była szczęśliwa. Nie znała innego świata.

– Czy można było czegoś innego się spodziewać?

Odpowiadając na pytanie tłumaczyła sobie.

– Sami to zrobiliśmy. Te powodzie, susze, bomba atomowa i ci ludzie przechodzący z miejsca w miejsce.

Zanim odjechali, obwieźli ją dookoła jeziora i przywieźli z powrotem. Wkrótce karetka odjechała. Przed odjazdem Allena poprosiła doktora, aby kupił jej wełny.

– Kolor czerwony, cztery kłębki i kolor szary … Zawahała się. – Też cztery kłębki. Będę robić sweter dla brata.

– A jeśli brat nie zechce go nosić? – Zapytał lekarz, uśmiechając się tajemniczo.

Patrzyła na niego, ale nie widziała, aby otwierał usta. Domyśliła się, że był sztucznym tworem. Był dziwnie ubrany; nosił luźny biały strój i miał czarną brodę.

– To wtedy dam tym sportowcom, co tu biegają rano. Temu najchudszemu, bo jemu jest najzimniej.

Nie słuchała jego odpowiedzi. Wróciła do domku, obeszła wszystkie pomieszczenia i roześmiała się. Był to ten sam dom. Wkrótce pojawiła się koza. Allena Aleksiejewa zobaczyła ją przez okno i wyszła, aby pogłaskać zwierzaka. Chyba była zmęczona, bo usiadła na krawędzi tarasu i długo patrzyła na jezioro. Patrzyła i patrzyła, aż w końcu obraz rozmazał jej się przed oczami i wtedy zrobiło jej się bardzo smutno. Było to dziwne, bo zachód słońca był przepiękny. Do domu wróciła dopiero wtedy, jak zrobiło się ciemno i zimno. Była też już głodna.

Następnego dnia, jak tylko obudziła się, opuściła nogi na podłogę i włączyła radio. Wydawało jej się, że kiedyś wyrzuciła je na śmietnik. Chwilę słuchała muzyki lecz bez większej przyjemności. Potem popatrzyła przez duże oszklone drzwi prowadzące na taras. Stały tam kwiaty i uśmiechały się do niej. Odpowiedziała im uśmiechem. Nie śpieszyła się nigdzie, miała dużo czasu.

Michael Tequila
Gdańsk, 23 listopada 2020

0Shares

Niesforny starzec. Groteska. Cz 1.

Z okazji wydania mojej powieści „Cztery portrety cudze i jeden własny”, zamiast się upić z radości, napisałem opowiadanie. Nie wiem, kiedy dopiszę drugą część, ale postaram się to zrobić jak najszybciej. Taki jestem dzisiaj uczuciowy. 

Opowiadanie

Chodzi o mężczyznę mocno zaawansowanego w latach, przez przyjaciół zwanego radosnym emerytem, choć taki radosny, jak im się wydawało, to on nie był. Takiej opinii była jego rodzina. Jeden z jej członków, proszący o nieujawnianie imienia ani nazwiska, a nawet pseudonimu, przedstawił sprawę krótko i jasno:

– To facet, który źle sypia, chodzi po nocy, dziecinnieje, sprawia najbliższym kłopoty, pije do upadłego, twierdzi potem, że były to zioła, choć śmierdziało od niego alkoholem. Jednym słowem jest to zaraza, inaczej mówiąc, zakała rodziny. W dodatku na imię ma Radzisław, a jest to imię znienawidzone w naszym rodzie, bo w jego przeszłości, która sięga Łokietka, podobno nie był on królem, ale udawał ważniaka, ludzie o imieniu Radzisław okazywali się pedofilami albo, nie będąc prawdziwymi księżmi, chodzili w sutannach, co na jedno wychodzi.

Rodzina zmordowana wybrykami starca wywiozła go dwa razy do lasu, aby przewietrzył się, otrzeźwiał i doszedł do siebie, jak mówili, albo pozostał tam w celu upokorzenia i śmierci głodowej, jak mówił on. Niby w sumie nic się nie stało, bo w lesie Radosław ożywał, nabierał wigoru, przypominał sobie, że kiedyś był komandosem i to gdzie, w Legii Cudzoziemskiej w Maroku, o którym z pasją opowiadał. Kiedy przypominał sobie wojenną przeszłość, przypomniał sobie też wszystkie triki i zwody napastniczo-obronne, dzięki czemu wychodził z lasu obronną ręką.

Jego cudowne ocalenia nie kończyły się dobrze dla rodziny, ponieważ organizacje seniorów za każdym razem z całą bezwzględnością oskarżały ją o zaniedbania i próbę jego zabójstwa, mimo jej wyjaśnień i tłumaczeń, a nawet dowodów zdjęciowych, że starszy pan sam uciekał z domu do lasu z powodu utraty pamięci i tęsknoty za naturą.

– Przypominała mu się wtedy partyzantka, w której nigdy nie był. Niszczy go fatalna niepamięć, że nie powiem demencja, bo to straszny wyraz. On patrzy w lutro i pozdrawia lub wygania z domu człowieka, którego tam widzi. – Tłumaczyła synowa, mająca na pieńku z Radosławem od czasu, kiedy powiedział, że widział ją nocą na moście z naćpanym facetem.

– Po co przyszedłeś, pytał tego w lustrze, a potem krzyczał głośno: – Nikt cię tu nie zapraszał. – Było to w nocy, wyjaśniała synowa. – Zbiegli się sąsiedzi, zrobiła się awantura, że najpierw ktoś kogoś zaprasza, a potem jest taki niegościnny, że wypędza.

Jak ustaliło dochodzenie policyjne, były to słowa mężczyzny z lustra. Jak się okazało, był to starszy brat Radosława. W ogóle było niemiło, jak to przy każdym zbiegowisku, kiedy ludzie są spragnieni, a nie ma wódki tylko okazje do kłótni.

W niedziele Radosław chodził do najbliższego parku i wygłaszał przemówienia polityczne, w których oskarżał premiera o rozdwojony język i krzywoprzysięstwo, co można było różnie tłumaczyć, albo malował obrazy.

– Hyde Parku mu się zachciało – Mówił wtedy jego starszy brat z najwyższym oburzeniem.

Inni ludzie byli pozytywnie nastawieni do Radosława.

– To dusza artystyczna – wyjaśniali – kiedy wypisywał graffiti na ścianie przystanku kolejowego, jednego z tych nowoczesnych, gdzie jest miejsca do diabła i trochę.

– To trzeba zagospodarować – mówił Radosław – i spokojnie malował graffiti. Raz o mało co nie wywołał wypadku; ludzie tak się gapili na jego malunki, uważając, że były doskonałe, że kiedy pociąg wjeżdżał na peron, w ogóle tego nie zauważyli. Maszynista gwizdał i gwizdał, lecz niewiele to pomogło. Tak byli zaślepieni sztuką muralną, że o mało co nie powpadali pod pociąg. Jeden z mężczyzn stojących na peronie spadł na szyny i złamał sobie nogę. Był to słynny wypadek, opisywała go prasa. Nazwano go wypadkiem z psem Baskerwilów, bo na torach znalazł się także wielki dog duński, ogromnie zwierzę, który skoczył za swoim panem na szyny, prawdopodobnie dlatego, że był na smyczy. Świadkowe mówili, że z pyska ziało mu fosforem. Właściciel przyznał, że faktycznie poprzedniego dnia pies wypił mu połowę farby do malowania ścian, tej kolorowej, we wzory, fosforyzującej w nocy.

Cztery portrety cudze i jeden własny w księgarni: https://www.wyczerpane.pl/cztery-portrety-cudze-i-jeden-wlasny.html

0Shares

Wiosna zmian jest tuż, tuż. Powieść psychodeliczna. Odc. 2..

Zniechęceni rządem Nepomucena i własnym życiem obywatele spotykali się służbowo, towarzysko i rodzinnie, aby dyskutować, jak bardzo są nieszczęśliwi i wspominać, jak radosne dawniej było ich życie, kiedy posłuszeństwo było cnotą. Wystarczyło, że wykonywali to, co im zlecano.

Mieli jednak pewne osiągnięcia.

– Udało nam się zaadoptować demencję, Alzheimera i Parkinsona. To wyjaśnia nasze słabości. Teraz tylko brakuje nam wskazówek, jak myśleć, co robić, dokąd zmierzać. Czytamy stare almanachy, gdzie to niegdyś opisywano, ale niewiele tam znaleźliśmy, oprócz informacji o Ziemi Obiecanej, jak jest ona ważna i jak czyni człowieka szczęśliwym.

Ziemia Obiecana stała się tematem numer jeden. Tylko o niej rozmawiano. Nawet staruszkowie, z których ust nie schodziły tematy gerontologii, zapominali o dolegliwościach i rozprawiali o Ziemi Obiecanej. Chodziło o miejsce, gdzie rzeki płyną mlekiem i miodem, a z nieba spada manna.

– Wiem doskonale, że Ziemia Obiecana istnieje. Pisze o niej pismo święte. Sam wprawdzie o niej nie czytałem, ale wiem to na pewno. – Tłumaczył sąsiad sąsiadowi. – Najgorsze, że nie mamy nikogo, kto by nam ją obiecał. Bez tego ani du, du.

Wrażliwy na ludzkie losy Ptachu zwołał zebranie towarzyszy, przyjął od nich przysięgę na  milczenie i wierność do grobowej deski, i powierzył im wielką tajemnicę:

– Zdecydowałem się. Ludzie czekają na Ziemię Obiecaną. Obiecam im tę ziemię. Nikt nie zrobi tego tak dobrze, jak ja. Zrozumiałem to, kiedy wygłaszając z ambony orędzie noworoczne usłyszałem pieśń płynącą od ludu „Pod twoją obronę”. Wszyscy patrzyli w moim kierunku. To mnie przekonało. Wiem, co mam robić. Jeśli mi pomożecie, nie pożałujecie tego. 

– Pomożecie? – Zapytał, niepewny odpowiedzi.

– Pomożemy! – Ryknął tłum zebrany w sali. Niektórzy mieli wrażenie, że już kiedyś to krzyczeli, ale było to tylko echo.

– Pójdziemy za tobą w ogień, tylko obiecaj ludziom ziemię, gdzie mleko, woda i manna występują w obfitości! – Zapewniali go wzruszeni.

Ptachu skinął poważnie siwiejącą głową. Klamka zapadła.

0Shares