Hurtownia wnętrz. Opowiadanie okolicznościowe.

Leon Zguba był hurtownikiem. Umiał handlować. Pracując wytrwale przez lata zdobył fortunę i stworzył największą hurtownię wnętrz dla kobiet w Europie. Prowadził ją pod hasłami: „Poprawiamy stare wnętrza i oferujemy nowe”, „Jakość dożywotnio gwarantowana”, „Murowana satysfakcja”. Nikt nie negował niezwykłych osiągnięć Zguby. Był znany, ponieważ pomagał ludziom, prowadząc także rozległą działalność charytatywną, choć sam żył skromnie.

Jego wielkość miała dwie strony: w starszych klientkach wzbudzał wielką miłość, ale były też takie, głównie młode niewiasty, co odczuwały do niego niechęć. Było to już nowe pokolenie, nazywające siebie kobietami a nie niewiastami, wykształcone i przedsiębiorcze, bardzo zróżnicowane. Były wśród nich istoty o ciemnych kolorach włosów lecz jasnych poglądach, muskułach ćwiczonych na siłowni, jeżdżące na wrotkach i zajmujące wysokie stanowiska w biznesie, kobiety-naukowcy, adwokatki, robotnice i pracownice rolne.

Prowadzenie hurtowni wnętrz i oferowanie najlepszych usług było pasją właściciela. Miał on klarowne i zdecydowane poglądy na rzeczywistość. Stał mocno na ziemi dwiema nogami. Ogarniał wszystko i uprzedzał zdarzenia. Jego poglądy i umiejętności były tak cenne, że wydawał się wielu osobom być z żelaza. Poza hurtownią generalnie unikał ludzi, chowając się w cienistych wnętrzach budynków państwowych, kościołów i muzeów. Kochał takie wnętrza. Był samotnikiem i trzymał się z dala od ludzi.

– Jest ostatecznie najlepszym hurtownikiem wnętrz w kraju – bronili go przyjaciele, kiedy go oskarżano o brak słońca w życiu i w charakterze. – Wielkim ludziom wiele się wybacza.

Pewnego dnia Zguba wyszedł na świeże powietrze. Ujawnił się, jak to mówiono. Nie wiadomo czy przez zapomnienie czy celowo, zmieszał się z tłumem klientów, głównie młodych kobiet i towarzyszących ich mężczyzn. Było także trochę starszych osób, matek i ojców, a nawet dziadków. Wszyscy oni przybyli do jego hurtowni, aby obejrzeć towary. Skorzystał z tej okazji, wyszedł na podest, który mu zbudowano, aby był bardziej widoczny, i przemówił. W krótkich słowach wyjawił, że chce zmienić ich wnętrza, ponieważ wie najlepiej, jak ludzie powinni czuć się wewnątrz, co myśleć i jak postępować.

– Chodzi tylko o wnętrza. To co na zewnątrz jest bez znaczenia, to tylko ubranie. We wnętrzu natomiast rodzi się sedno sprawy, idea życia, miłość. Wnętrze ma wymiar boski i jest najważniejsze. I ja chcę zmienić je wam na lepsze. I nie o zmianę indywidualną tu chodzi ale o hurtową, powszechną. W skali kraju, a nawet całej Europy.

– Jak to? – pytano.

– Tak. W skali całego kontynentu, ponieważ dobre przykłady podchwytywane są przez inne narody. To, co dobre, upowszechnia się lotem jaskółki. Wierzcie mi, będziecie dużo lepsze i szczęśliwsze. Ochronię was przed wami samymi, waszym samolubstwem, wygodą, chciwością – przekonywał i zapewniał.

Kobiety tłumaczyły mu, że nie potrzebują zmiany. Podjęły dyskusję.

– My myślimy i czujemy inaczej. Chcemy być sobą, niedoskonałymi istotami, po prostu takimi, jakie jesteśmy, prostymi w naszej ludzkiej złożoności. Nie narzucaj nam swoich przekonań. Daj nam spokój – prosiły.

Hurtownik miał chyba wadę słuchu, gdyż ich nie usłyszał albo nie zrozumiał. Albo miał w sobie wizję, której one nie rozumiały.

– To wy dajcie spokój. Żyję dużo dłużej niż wy i wiem to najlepiej. Jestem człowiekiem w pełni dojrzałym. Mam swoje lata, nawet kilka razy więcej od niejednej z was. Co wy możecie wiedzieć o życiu? – zapytał. Ponadto daję wam dobre warunki. Oferuję nowoczesne wnętrza na niezwykle korzystnych zasadach.

– Ma rację. Tylko on to wie. To samotnik, który miał czas wszystko zrozumieć i przemyśleć – powiedział starszy siwy mężczyzna. Poparła go stateczna matrona w czarnej sukni. Nie tylko oni popierali Zgubę, ale masa innych ludzi myślących hurtowo tak jak on.

Spór o idealne wnętrze narastał przez kilka lat. Nie sposób było rozstrzygnąć, kto ma rację. Czas płynął. Klientela hurtowni wnętrz była coraz młodsza, jej właściciela coraz bardziej pokrywała patyna czasu.

Jesienią, kiedy liście opadły z drzew i żarły je bakterie i wirusy, zagrażające nawet ludziom, Leon Zguba zdecydował, że jest to czas, aby ostatecznie dokonać zmiany ludzkich wnętrz. Wsparli go w tym patriarchowie, poważni mężczyźni, pobożni i stateczni, utrzymujący regularną łączność z Bogiem. Mieszkali w pałacach, których nie sprzątali sami, a tylko zaszczycali swoją nobliwą obecnością, gdyż większość czasu spędzali na rozmyślaniach i modlitwach w świątyniach, większych niż cokolwiek, co stworzył człowiek.

– Tak – powiedzieli. – Leon Zguba ma rację. Wnętrze kobiety trzeba zmienić. Bo jest to wnętrze z zasady doskonałe i takie powinno zostać, nienaruszone interwencją człowieka. Znaczy się, dziewicze, a nie takie, jak to wyobrażają sobie ich właścicielki.

Kiedy wieść o decyzji i determinacji Leona Zguby rozniosła się, zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Jedni nazywali to cudem, inni przewrotną podłością. Na placach i ulicach miast zebrały się młode kobiety w wielkich masach, wyszły na światło dnia i posuwając się ławą, śpiewały i krzyczały.

– Daj nam spokój, Leonie Zgubo! Nie chcemy twoich doskonałych hurtowych wnętrz. Chcemy pozostawić je takimi, jakie są, ukształtowanymi w sposób indywidualny, a nie zbiorowy. Nasze wnętrza nie zawsze są idealne. Czasem ulegają deformacji z niewiadomych przyczyn i to jest bardzo bolesne. I wtedy my, wspomagane przez naszych mężów, rodziny i przyjaciół, musimy podjąć decyzję, co z tym zrobić. Nikt inny nie może tego za nas uczynić.

Wtedy stał się drugi cud, zupełnie jak w Biblii. Zguba wyszedł z hurtowni i śmiało wkroczył w sam środek zgromadzenia kobiet, aby je przekonać do swojej prawdy. Mówił z pasją, bardzo sugestywnie, oferując jeszcze lepsze warunki. To tylko rozwścieczyło kobiety. Tłum wokół niego zawrzał żalem, rozpaczą i gniewem, słychać było straszne krzyki.

Po chwili nastąpiła głucha eksplozja i zapadła cisza. Stało się to w jednej chwili. Policja, która pojawiła się na miejscu prawie natychmiast, zastała na ziemi tylko kształt przypominający manekina. Obrysowano go białą kredą i przeprowadzono śledztwo. Szczątki sfotografowano i sporządzono ich dokładną ewidencję. Znalazły się wśród nich fragmenty ubrania, kępka siwych włosów, metalowe guziki i maska przypominająca ludzką twarz z ohydnie wykrzywionymi ustami. W miejscu, gdzie zwykle jest serce, znaleziono trochę zapiekłego czarnego osadu.

– To prawdopodobnie jest Golem, sztuczna istota stworzona z gliny i przypominająca człowieka, ale pozbawionego duszy – sugerował mężczyzna z bokobrodami, który w towarzystwie dwóch kobiet stał na boku i przyglądał się pracy policji.

Policjant prowadzący śledztwo obrócił się w jego kierunku.

– Bardziej mi to wygląda na humanoidalnego robota, automatycznie wykonującego ustalone zadania. Po niemiecku nazywa się to Maschinenmensch. Prawdopodobnie eksplodował z nadmiaru energii.

Wszyscy się dziwili, jak łatwo wielki hurtownik uległ unicestwieniu. Przedstawiano różne oceny zdarzenia. Bardzo radykalna była ocena organizatorki demonstracji kobiet, Aldony Zygadło. Przybyła na miejsce kilka minut później. Mówiła wyraźnie patrząc prosto w ekran kamery telewizyjnej.

– Leona Zgubę rozerwała niezwykła gorliwość uszczęśliwiania kobiet na siłę. Sam sobie zafundował taki los kierując się obłędnym przekonaniem, że to wie najlepiej, czego Bóg oczekuje od kobiety.

Zwolennicy Leona Zguby, hurtownika wnętrz, postawili mu na centralnym placu miasta masywny pomnik ze spiżu, aby stał tam dając dowód niezłomności i wiary w nieskazitelne ludzkie wnętrze. Potem zbudowano drugi i trzeci pomnik poświęcony jego pamięci. W sumie powstało ich co najmniej kilkanaście.

Następnego roku, w rocznicę tragicznego zdarzenia, w centrum miasta zgromadziła się wielka manifestacja. Czekano na oficjalne rozpoczęcie uroczystości. Zawiał wiatr, nie był to nawet mocny powiew, i na oczach osób stojących na placu pomnik od ognia zwykłej świeczki zapalił się jak wiązka wysuszonej trawy i spłonął w ciągu kilku minut.

– To niemożliwe – mówili świadkowie, przecierając oczy ze zdumienia.

Najgorsze miało nadejść. W ciągu kilku tygodni spłonęły wszystkie pozostałe pomniki Wielkiego Leona Zguby, jak go nazywano od dnia dziwnego zniknięcia.

Mimo intensywnych dochodzeń, policji nie udało się wyjaśnić, jak to się stało, że wszystkie pomniki wystawione na cześć wielkiego hurtownika wnętrz, okazały się również wykonane z dykty. Podejrzewano, że maczały w tym palce kobiety uczestniczące w manifestacji przed hurtownią, nie było na to jednak żadnych dowodów.

Michael Tequila
Gdańsk, 29 października 2020

0Shares

Stadny instynkt. Opowiadanie.

Siedzieli na ławce na dziedzińcu więzienia-szpitala psychiatrycznego w miejscowości Raena leżącej na granicy pustyni. Byli spokojni. Dawano im chyba brom, staromodny, ale sprawdzony i skuteczny środek. Władze więzienia nie chciały, aby męczył ich nadmiar energii. Aby się pobudzić, więźniowie jedli w ciągu dnia drobinki mielonej kawy pozostałej na dnie kubków. Było to powolne i mało skuteczne, ale i tak nie mieli niczego innego do roboty, oprócz spania, czytania i dyskusji. Niektórzy z nich szlifowali język. Nie wszyscy oczywiście, tylko ci uważający się za bardziej rozumnych, którym pozostały w głowie resztki dobrych nawyków z okresu nauki szkolnej.

Czy więzienie-szpital psychiatryczny było położone przy pustyni Atakama, jak im mówiono, tego nie wiedzieli. Nie miało to zresztą znaczenia. Było to więzienie psychiatryczne dla morderców z symptomami zbrodniczej osobliwości. W każdym z nich miała odmienną formę. Kiedy Zafra spytał o położenie więzienia kapitana Karmę, psychiatrę pełniącego rolę strażnika i opiekuna, odpowiedział mu wzruszeniem ramion.

Było zbyt gorąco, aby się ruszali. Taki upał zabiłby nawet lisa pustynnego odpornego na wysokie temperatury. Ale on był inny niż człowiek: uzupełniał płyny z ciała upolowanych zwierząt, był niewielkich rozmiarów, miał puszyste futro, spowolnioną przemianę materii, wysokie pH moczu oraz duże uszy, przez które zrzucał nadmiar ciepła. Dowiedzieli się tego od współwięźnia Alfa, biologa, stanowiącego dla więźniów  rodzaj encyklopedii przyrody. Sam był niezwykłym okazem; podobnie jak oni miał sumienie skażone okropnym morderstwem .

Oprócz Alfa, psychoterapeutów w roli strażników i opiekunów, więźniowie mieli jeszcze dostęp do kapelana  o nazwisku Runo, odwiedzającego skazanych przynajmniej raz w tygodniu. Miał pogodne usposobienie i nie był ułomkiem. Czasem ćwiczył z więźniami na siłowni.

– Po co osobie duchownej siła fizyczna? – zapytano go kiedyś.

– To na wypadek, gdyby ktoś usiłował mnie przekonać, że nie mam racji wierząc w Boga i miłość w takim miejscu jak więzienie na pustyni. W takim miejscu jak Raena nawet diabeł nie mówi dobranoc, bo go tu nie ma. Upał by go zabił.

Było ich dziesięciu. Już od godziny tkwili nie ruszając się z miejsca na ławce pod drzewem w piekielnym upale i rozmawiali. Obok Zafry siedzieli, po lewej stronie Lago, a po prawej Rusy. Był to już okres, kiedy klimat się wyostrzył; w tamtym rejonie był jeszcze bardziej suchy i gorący.

– Fenomenalnie wściekły – mawiali.

Nie nudzili się. Właściwie to słuchali wyłącznie Dzieciątka Rebelde, który ze swadą opowiadał im swoje niesamowite przeżycia. Rebelde był ich bohaterem numer jeden, bo popełnił największą ilość zbrodni, wszystkie elegancko udokumentowane, i cierpiał na te same zaburzenia, co oni. Nikt z nich nie miał tak bogatej przeszłości.

Historię zbrodniczej osobliwości tłumaczyli im na indywidualnych spotkaniach strażnicy-psychoterapeuci, ich bezpośredni opiekunowie. Twierdzili, że zasadniczo chodziło o proporcje tego, co określa się jako zło i dobro, normalność i nienormalność. Strażników było wielu bo człowiek nie jest w stanie wytrzymać takiego obciążenia psychicznego, z jakim mieli do czynienia. Wszyscy mieli kwalifikacje policyjne i psychoterapeutyczne, niektórzy w cywilu byli psychologami i psychiatrami.

Strażnik – psychoterapeuta regularnie odbywający rozmowy z Zafrą był w stopniu kapitana. W pustynnym uniformie wyglądał doskonale, każdemu by zaimponował. Na pamiątkę Zafra zwędził mu przywieszkę identyfikacyjną: Kapitan Jan Józef Karma, strażnik-psychoterapeuta.

Na czwartkowej sesji indywidulanej powiedział Zafrze, kiedy ten już się rozkręcił:

– Człowieku, każdy z nas strażników-psychoterapeutów by tu zwariował, gdyby nie było nas wielu i nie wymienialibyśmy się regularnie w pracy.

Mówił do Zafry “Człowieku”, bo zgodził się na to w trakcie wcześniejszych sesji terapeutycznych. Obowiązywały tu zasady, że formy zwracania się do więźniów-pacjentów były ustalane już początku ich pobytu i dla porządku nagrywane. Każdy wywiad, rozmowa, kontakt słowny był rejestrowany, aby potem nie było wątpliwości, co kto powiedział.

– Trzy razy w tygodniu pańscy adwokaci kierowaliby do sądu sprawę przeciwko mnie lub któremuś z moich kolegów o nadużywanie władzy lub inne naruszenie regulaminu więzienia psychiatrycznego gdyby nie te nagrania – powiedział kapitan Karma, strażnik-psychoterapeuta. Wyglądał, jakby był dumny z tego regulaminu.

Strażników były dwie kategorie: strażnik-psychoterapeuta oraz psychoterapeuta-strażnik. Zafra na początku nie za bardzo orientował się w zawiłościach słownych, ale szybko aktualizował wiedzę, zwłaszcza od czasu, kiedy w więzieniu wprowadzono metodę przyśpieszonego uczenia się i komunikacji.

Sprawę strażników objaśnił mu kapitan Karma w prosty sposób.

– Tytuł zawodowy zależy od proporcji. Ja jestem strażnikiem-psychiatrą, bo mam więcej obowiązków strażnika, tych związanych z administracją więzienną niż z psychiatrią. Mój przyjaciel jest psychiatrą-strażnikiem, bo ponosi więcej odpowiedzialności za wasze zdrowie psychiczne i fizyczne. Obowiązki jednego i drugiego strażnika nie są łatwe, proszę mi wierzyć.

Zafra wierzył mu, bo kapitan był przyzwoitym człowiekiem. Rozmawiał z nim szczerze, odpowiadał na jego pytania, nie okazywał mu pogardy. Nie przyszło to łatwo ani jednemu, ani drugiemu, bo obydwaj byli nieufni w stosunku do innych. Zafra podejrzewał, nawet w stosunku do siebie samych. Jego myślenie miało ręce i nogi, bo był już po drugim przesileniu, co znaczyło, że dwa razy usiłował popełnić samobójstwo. Wyjście z dwóch prób samounicestwienia się było dowodem, że jakoś sobie radzi, a może nawet wraca do normalności. Był to dowód niezbyt mocny, bo podejrzewano go także o symulowanie, ale jednak. Pozytywne myślenie mu pomagało.

Wracając do zbrodniczej osobliwości, kapitan Karma wytłumaczył Zafrze, że każdy z więźniów-pacjentów ma na sumieniu zarówno prawdziwe jak i urojone zbrodnie.

– Inaczej nie można sobie tego wytłumaczyć – wyjaśnił.

Kiedy kapitan milczał, słuchając Zafrę lub patrząc w nieokreślonym kierunku, jego usta poruszały się jakby nadal mówiły. Był to dziwny spektakl, jakby zakłopotania, że on, ceniony strażnik-psychoterapeuta, nie umie znaleźć wytłumaczenia zachowań ludzi, jakimi się osobiście zajmował.

– W niektórych przypadkach nie sposób jest ustalić, kto popełnił zabójstwo, bo jest kilku podejrzanych i każdy z nich składa podobne zeznanie. To zupełnie nowe zjawisko. Na podstawie ich zeznań, zeznań osób trzecich, świadków przestępstwa, analizy śladów i innych dowodów, policja ustala szczegóły i okoliczności popełnienia przestępstwa. Kiedy porównuje się te informacje z zeznaniami innych podejrzanych, okazuje się, że są one prawie takie same. Wygląda to tak, jakby każdy z nich był sprawcą zabójstwa. Najbardziej kłopotliwe dla nas psychiatrów jest to, że nie wiemy, jak to się dzieje, że wszyscy oni posiadają tę samą wiedzę o morderstwie i ofierze. Nie wiemy, czy w grę wchodzi telepatia, zdalna teletransmisja danych czy też jakiś inny sposób wymiany wiedzy miedzy rzeczywistym a domniemanym mordercą. W jednym przypadku aż trzy osoby przyznały się do tego samego czynu. Prokuratura niebyła w stanie ustalić, który z podejrzanych jest prawdziwym mordercą, a który nie, który mówi prawdę, a który łże jak rudy pies.

Po tych słowach kapitan Karma przerwał, popatrzył na Zafrę jakoś smętnie i powiedział:

– Nie powinienem użyć określenia „rudy pies” w negatywnym sensie, bo jest to źle odbierane przez więźniów, szczególnie tych lubiących zwierzęta.

– Ponieważ sugeruje to zwierzęcość ludzkiej natury, nieprawdaż? – wymądrzył się Zafra, stojąc na gruncie odkryć naukowych. – Jesteśmy zwierzętami z ludzkimi odruchami, takimi jak na przykład dręczenie ofiary. Bo żadne zwierzę tego nie robi.

– No właśnie – powiedział kapitan z półprzymkniętymi oczami, jakby zasypiał. Była to maska. Zafra był pewny, że strażnik był świadomy, co robi i mówi, ponieważ dyskretnie poprawił kaburę rewolweru jakby przygotowując się do odparcia ataku.

– Byłem w kajdankach przymocowanych do metalowej poręczy przed biurkiem, ale raz się zdarzyło, że więzień wyswobodził się i zdrowo poharatał strażnika mimo, że ten zdążył jeszcze włączyć alarm. Mnie kapitan nie powinien się obawiać – tłumaczył swoim kompanom z celi. – Jestem spokojnym człowiekiem i rozumiem go aż nadto dobrze, bo sam kiedyś wykonywałem ten zawód. To znaczy nie strażnika-psychoterapeuty ale po prostu psychiatry.

To, że był psychiatrą, było faktem. Z dumą przyznawał się do tego, pokazując swój dyplom wszystkim, którzy mieli a nawet nie mieli wątpliwości.

– Dyplom należał mi się, ponieważ ukończyłem pięć lat studiów na wydziale psychiatrii Uniwersytetu Leonardo Da Vinci. Nie mogłem tego udowodnić, gdyż moja dokumentacja uległa zniszczeniu wskutek pożaru. Był to wielki pożar. Na dodatek spłonął również serwer, na którym przechowywano elektroniczne zapisy dokumentów.

– To jak to wykombinowałeś z tym dyplomem? – zapytał Zupak Psycho, młodszy więzień.

Zafra odmówił wyjaśnień. Poczuł się urażony nieufnością współwięźnia.

Zupak Psycho miał dziwną ksywę i domagał się, aby go tylko tak nazywać. Więźniowie przestrzegali tej zasady, ponieważ był silny i nieobliczalny. Większość czasu spędzał w karcerze. Wśród więźniów panowała wówczas zasada „Strzeż się innych wariatów, bo mogą być gorsi od ciebie”.

– Jeśli znałeś ludzi tak dobrze jak siebie samego, to wiedziałeś, że nie jest to czcze gadanie. Strażnicy-psychiatrzy zwracali się do nas przez pan, a zbiorowo przez panowie. Dziwiłem się, że mieli do nas tyle szacunku, bo my często gardziliśmy sobą jak wściekłe psy, albo i gorzej – wyjaśnił Zafra. Na chwilę wstał z ławki, na której siedzieli, aby wyprostować nogi.

Kapitan Karma wyjaśnił Zafrze, że dziwne zdolności morderców zaobserwowano dopiero po drugiej fali epidemii grypy typu Alfa. Można się było przeciwko niej zaszczepić. W użyciu była wówczas szczepionka skuteczna na kilka odmian grypy, nie tylko Alfa. Po trzech latach okazało się, że szczepionka zmieniała psychikę osób, które używały równocześnie leki zawierające składniki modyfikowane genetycznie.

– W ludziach ujawniły się instynkty stadne polowania i zabijania z odległej przeszłości, kiedy komunikowali się bez słów. Taka jest hipoteza. Tak to tłumaczą naukowcy.

Kiedy Karma przerwał swój wykład, Zafra nic nie odpowiedział. Siedział i czekał na ciąg dalszy. Chciał wszystko powtórzyć innym więźniom.

– Przypadło wam żyć w czasach, kiedy szczepionki przeciw grypie i leki modyfikowane genetycznie wywołują zmiany w sieciach neuronowych mózgu i sposobach komunikacji między ludźmi o podobnej osobowości. Będąc mordercami, jesteście panowie także ofiarami – podsumował  Karma. Był idolem Zafry. Więzień zazdrościł mu pozycji zawodowej, tytułu naukowego oraz możliwości pomocy ludziom o niezwykłej przeszłości, bogatej wyobraźni i ostrej jak brzytwa pamięci do szczegółów.

Michael Tequila
Gdańsk, dnia 19 października 2020

0Shares