Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 22: Partia konsoliduje swój pogląd

Kiedy Barras Blawatsky miał niewiele ponad rok życia rodzice kupili mu konia na biegunach. Stał się on jego namiętnością. Chłopiec nieprzerwanie bujał się na nim, dopóki nie zdarzył się wypadek. Na idealnie równej podłodze koń, zwykła drewniana zabawka, stanął dęba i przewrócił się do tyłu. Mały jeździec boleśnie uderzył głową o podłogę. Na szczęście nic mu się nie stało. Wypadek pozostawił w nim jednak przykre wspomnienia.

Kilka lat później rodzice chłopca wynajęli domek wakacyjny nad morzem. Następnego dnia Barras zauważył przez okno konia pasącego się przed domem na soczystej trawie niestrzyżonego od kilku dni trawnika. Koń zachowywał się spokojnie; w pewnym momencie podniósł łeb i przerażająco zarżał, a potem parskał i prychał. Tej nocy Barras nie mógł zasnąć i moczył się, co mu się wcześniej nie zdarzało, budzony wspomnieniem zwierzęcia rżącego jak szalone i przyglądającego się chłopcu stojącemu w oknie.

Niechętny stosunek Barrasa do koni pogłębił się, kiedy doszedł do władzy. Często odwiedzał wsie i małe miasteczka, aby rozmawiać z ludźmi i poznawać ich problemy i oczekiwania. Były to udane spotkania, szczere, obustronnie satysfakcjonujące. Docierały tam jednak do niego niedobre wieści o koniach. Uznał je za niebezpieczne zwierzęta. W małej miejscowości, której nazwy nie zapamiętał, zaprzężona do wozu para koni wpadła w amok w rozgardiaszu jarmarcznym i stratowała trzy osoby. Gdzie indziej spokojny dotąd koń jednym uderzeniem kopyta zabił swojego właściciela. Ludzie dobrze zapamiętali to wydarzenie, ponieważ w czaszce mężczyzny powstało wgniecenie odpowiadające dokładnie kształtowi podkowy. Na innym spotkaniu z wyborcami, hodowcy krów i owiec skarżyli się, że konie wyjadają trawę na pastwiskach, ograniczając możliwości produkcji mleka, skór i wełny.

W ocenach koni Blawatsky nie był bezkrytyczny. Odrzucił doniesienia o koniach wystraszonych pożarem, które stratowały stado owiec, uznając to zdarzenie za tragiczny zbieg okoliczności, instynktowną ucieczkę przed ostatecznością zwierząt kierowanych przerażeniem.

– Może jestem nadmiernie uczulony, a może za bardzo biorę do serca to, co niedobre i niepokojące, a nie to, co pozytywne i z czego należy się cieszyć? – Kiedy Barras wyrażał takie wątpliwości, wyłączał się, ziewał, mrugał i popadał w zadumę, czasem do tego stopnia, że towarzyszący mu ochroniarze musieli dyskretnie budzić go z letargu, jak to nazywali między sobą. Kiedy tłumaczył im, że to tylko chwilowa zaduma, zgadzali się, jednakże w ich oczach widział co innego. W końcu ustalili, że to mikrosen, w który zmęczony człowiek może popaść w każdej chwili.

Niechęć do koni umocnił ostatecznie w przewodniczącym Barrasie premier Csudo, wyjaśniając, że koń jest przeżytkiem.

– Koń jako siła pociągowa blokuje postęp techniczny w gospodarce, w pracach polowych, w transporcie, trochę mniej w wojsku, gdzie kiedyś był powszechnie używany. Traktory, ciągniki polowe, kombajny i podobne urządzenia są bardziej wydajne i tańsze w eksploatacji, nie wymagają tyle zachodu i opieki co zwierzęta, nawet najbardziej oddane człowiekowi.

Rozmowy z premierem przekonały Barrasa, że postępu technicznego nie da się uniknąć i że konie są gatunkiem zwierząt zdolnym do przeżycia jedynie w rezerwatach przyrody, jeśli w ogóle. Był już całkowicie pewien, że los koni jest przesądzony, nie przez partię lub rząd, ale przez postęp techniczny i los, który wszystkich traktuje z jednakową bezwzględnością. Nie bez znaczenia były także mroczne wspomnienia, jakie wżarły się w jego mózg i wypaliły w nim dziurę odrazy, od której uciekał. Ucieczka nie była jednak możliwa, ponieważ zapisy złych przeżyć zakodowały mu się w siatce neuronów z miliardami połączeń elektrycznych i chemicznych.

W tej sytuacji złowrogie zamysły ekoterrorystów stały się dla Barrasa i Csudo absolutną oczywistością, ewidentnym zagrożeniem władzy, podobnie jak dla ekoterrorystów władza stała się śmiertelnym zagrożeniem dla koni, istot którym brakowało tylko nieco bardziej pofałdowanego mózgu, aby skutecznie upomnieć się o swoje prawa.