Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 199: Ruch wyzwolonych kobiet.

Kościół Hierarchiczny od początku był przeciwny ruchowi wyzwolonych kobiet, uznając go za wynalazek szatana. Z czasem musiał pogodzić się z sytuacją. Nie było to łatwe. Eminencja zmagał się ze sobą.

Pod presją sił atakujących kościół i żądających zniesienia celibatu, ustępował. Z niechęcią i niepokojem zawiesił celibat na czas nieokreślony. Uczynił to zastrzegając, że traktuje to jako sytuację przejściową, wynikającą z konieczności pokonania kryzysu demograficznego. Nie przyszło mu to łatwo. Był sam, nie mógł liczyć na wsparcie gubernatora, który coraz częściej popadał w niedyspozycję psychiczną.

Niezadowolenie z powodu ustępstw w sprawie celibatu rekompensowała Eminencji satysfakcja płynąca z budowy Świątyni Wiary i Prokreacji. Było to jego największe osiągnięcie. Powstanie świątyni uważał za przełom w historii wiary w Boga. Nigdy wcześniej nie stworzono tak potężnego mechanizmu umacniania wiary, służącego równocześnie ratowaniu społeczeństwa.

*****

Na spotkaniu z gubernatorem i Babochłopem, Eminencję przeraziła skala agresywności wyzwolonych kobiet. Babochłop złożył ustny raport.

– Wściekłe baby … przepraszam, ale nie mogę ich nazywać inaczej … tłumaczył się policjant – nie zawahają się przed niczym. Wykorzystują wszystko, co się da dla umocnienia swojego buntu. Bez skrupułów stosują propagandę i pranie mózgów. Ich kierownictwo to dobrze wykształcone, zamożne, czynne zawodowo i pewne siebie jednostki, głoszące szalone poglądy na temat szkodliwości prokreacji. Trafiają one przede wszystkim do uszu i serc kobiet niepewnych i wahających się. – Dla uzasadnienia tej opinii Babochłop przedstawił nagranie video z manifestacji wyzwolonych kobiet.

– Obserwowaliśmy to towarzystwo przez miesiąc. Był to okres wystarczająco długi, aby upewnić się, że ruch rozprzestrzenia się jak ogień buszu w czasie koszmarnej suszy. Ruchowi przewodzi kilka kobiet o niezwykłej sile przekonywania. Przywódczynie zmieniają się na zasadzie rotacji. Jest ona płynna, ponieważ kobiety mniej rywalizują ze sobą w odróżnieniu od mężczyzn. To wielkie źródło ich siły. Ruch ma charakter antyprokreacyjny oraz antyklerykalny; kościół nie rozwinie tam swoich skrzydeł. Podejrzewam, że stowarzyszenie może nabrać charakteru paramilitarnego.

Zaintrygowało to gubernatora.

– Jeśli policja to udowodni, to natychmiast rozwiążę stowarzyszenie.

Były to złudne nadzieje. Stowarzyszenie było zarejestrowane jako fundacja rozwoju kobiet pilnująca, aby nie przekraczać zakresu swoich uprawnień.

Video pokazało burzliwy przebieg demonstracji. Uczestniczki głosiły radykalne poglądy. Przedstawiały je odczytując krótkie komunikaty o sytuacji kobiet i dzieci w różnych krajach.

– Dzieci nie chodzą do szkoły. Bo zniszczona. Dziecko jest same, bo śmiertelnie się boi. Dzieci umierają na cholerę. Wojna jest najokrutniejsza dla dzieci. Dzieci są porywane, zabijane, gwałcone, okaleczane, zmuszane do zabijania. Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo.

Ktoś podchwycił ostatnie zdanie. Kilkanaście sekund później cały tłum na Plaza Central skandował podnosząc do góry pięści: „Każde nowe dziecko to jedno dziecko za dużo”. Słowa wyrywały się z gardeł, wzmacniając determinację pozostania w stanie bezdzietnym. 

Babochłop potwierdził prawdziwość informacji.

– Zapisałem dane z nagrania i sprawdziłem je. Co czwarte dziecko na świecie żyje w strefie wojny lub katastrofy. Pięćdziesiąt milionów dzieci musiało uciekać z domu. Wojny pozbawiły dwieście sześćdziesiąt tysięcy dzieci ręki lub nogi. Za każdą koszmarną historią przemocy, wypędzenia i głodu stoi dziecko. Te cholerne baby to wspólnota scementowana poglądami i wartościami – podsumował. – W wielu sprawach mają rację. – Mimo to nie znoszę ich buty. – Mruknął dolewając sobie koniaku do kieliszka. Chętnie korzystał z najlepszych trunków gubernatora, kiedy uczestniczył w naradzie w jego gabinecie.

Gubernator zastanawiał się, czy słowa policjanta dotyczące buty wściekłych bab były szczere.

*****

Następnego dnia Babochłop pokazał gubernatorowi i Eminencji nagranie z zamkniętej imprezy wyzwolonych kobiet wykonane ukrytą kamerą. Spotkanie prowadziła zawodowa psycholożka. Było to szkolenie wypełnione fantazjowaniem erotycznym, stanowiącym rodzaj terapii. Miało ono na celu zastąpienie naturalnej skłonności do macierzyństwa innymi popędami i motywacjami, przede wszystkim fantazjowaniem, ale nie tylko. W trakcie zajęć uczestniczki opowiadały sobie sny i marzenia seksualne. Jedna z kobiet opisała, jak we śnie przekazywała swoim towarzyszkom prezerwatywę na długim kiju, co psycholożka zinterpretowała jako strach przed seksem.

Gubernator, Czarna Eminencja i babochłop doszli zgodnie do wniosku, że kobiety wyzwolone stanowią przeszkodę nie do pokonania; w przypadku próby zdecydowanej interwencji rządu staną murem jedna za drugą.

– Bezpośrednią konfrontacją nic nie wskóramy. Kobiety łączą tragiczne przeżycia Apokalipsy i strach przed przyszłością. Teraz ważny jest dla nich awans społeczny, odzyskanie poczucia wartości osobistej i niezależności. Mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją. – Kończąc zdanie, gubernator poczuł suchość w gardle. To on odpowiadał za losy kraju. Klęska demograficzna oznaczała jego upadek. Wyobraził sobie, jak niedobitki obywateli kwitnącego niegdyś kraju wyciągają do niego z wściekłością ręce, aby schwycić go, wrzucić na wóz z cuchnącym gnojem i wywieźć na bagna zasiedlone przez kajmany. Po raz pierwszy od długiego czasu ogarnął go paraliżujący strach. Usiadł w pośpiechu.

0Shares

Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 98: Gubernator i klakierzy

Szczególną rolę na wiecach odgrywali klakierzy. Byli oni oczkiem w głowie gubernatora, źródłem jego przewagi nad konkurencją. Wśród najbliższych współpracowników gubernator nie wahał się nazywać ich awangardą wiecową, wyróżnioną kastą lub przyboczną gwardią. Była to tajemnica poliszynela, nie upowszechniająca się nadmiernie, bo był to jego poliszynel, umiejący milczeć.

Klakierzy byli – można by rzec – dzieckiem gubernatora, bo naturalnych dzieci nie miał. Oczywiście nie w sensie dosłownym, bo klakę wynaleziono dużo wcześniej. Stosowano ją już w starożytnym Rzymie, w teatrze, gdzie wynajęci ludzie burzą entuzjastycznych oklasków wywoływali w publiczności przekonanie, że sztuka jest absolutnie rewelacyjna, wręcz boska, że o tak niesamowitym spektaklu nigdy nie mogli nawet marzyć, i że nic lepszego nie było, nie ma i nie będzie.

Gubernator nie dobierał sam klakierów, ale ustalał kryteria wyboru. Byli to głównie mężczyźni, osobnicy zdrowi, entuzjastycznie nastawieni do życia i do jego partii, wszyscy bez wyjątku o wielkich dłoniach, które uderzane o siebie budziły entuzjazm tłumu, mobilizowały, wzniecały podniecenie. Uczestnicy wiecu samoistnie podrywali się wtedy na nogi, bili brawo i skandowali:

– Brawo gubernator! Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!, aby zakończyć potężnym Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras! – Nazwiska gubernatora nie używano; imię było krótsze, bardziej poręczne, przez co czyściej i mocniej brzmiało i o to właśnie chodziło.

Każdą akcję budzenia tłumu inicjował kierownik zespołu klakierskiego, wynagradzany później przez gubernatora pochwałą, podziękowaniem, uściskiem ręki, czasem nawet klepnięciem po plecach lub bezpośrednio gotówką do ręki. Po latach wysługi klakierskiej mógł on liczyć nawet na awans na jakieś dobrze płatne stanowisko nie wymagające nadzwyczajnych umiejętności.

Co do wielkich dłoni klakierów, to opozycja żartowała, że są to wiosła, których użyje on, aby uratować się przed zagładą, kiedy nadejdzie żywioł sprawiedliwości i zmyje go razem z jego dziadowskim aparatem partyjnym i rządowym oraz wszystkimi nepotami i podłymi szwindlami, jakie miał na sumieniu. On sam nie miał uczucia, że postępuje niezgodnie z prawem, dobrymi zasadami czy choćby zdrowym rozsądkiem i wyczuciem politycznym, które były dla niego najważniejsze.

Gubernator rozstawiał klakierów równo po wszystkich sektorach; byli ubrani tak jak inni ludzie w sektorze, aby nie wyróżniali się, bo i po co. Na jego dyskretny znak, w odpowiednim momencie jego wystąpienia, zapoczątkowywali lawinę oklasków i entuzjazmu tłumu. Tym znakiem było uniesienie prawej ręki z otwartą dłonią skierowaną do przodu; gubernator poruszał nią trzy razy, nie mniej i nie więcej, jakby dla uspokojenia zebranych. Był to znak: teraz burza oklasków i okrzyków.

*****

Kiedy o godzinie czternastej sprzed kościoła wyruszył kondukt pogrzebowy z prochami Sefardiego Baroki i zabrzmiały pierwsze takty muzyki sakralnej Mozarta, w niezbyt odleglej dzielnicy Dos Corrientes rozpoczynał się wiec Partii Konserwatywnej z udziałem gubernatora Barrasa. Było to dla niego ważne spotkanie; zapowiadano je od miesięcy jako wydarzenie, które zadecyduje o przyszłości jego partii, kraju i stanowiska.

Godzinę wcześniej, przez kordon silniejszej niż zwykle ochrony, spokojnie przejechało czarne BMW z zaciemnionymi szybami oznaczone imienną tablicą rejestracyjną „Gubernator Blawatsky”. Limuzyna była jedyna w swoim rodzaju, znał ją cały kraj. Niezapowiadany wcześniej pojazd nie zdziwił ochrony ani służb porządkowych. Nie był to pierwszy raz, kiedy gubernator, zmieniając swój program, niespodziewanie przyjeżdżał lub odjeżdżał. Kilkanaście minut wcześniej dowódca ochrony wiecu otrzymał komunikat od osobistego kierowcy Barrasa, że gubernator zamierza nieco wcześniej opuścić wiec, aby udać się na bardzo ważne spotkanie. Samochód podjechał przed trybunę i zatrzymał się. Nikt z niego nie wysiadł. 

O godzinie czternastej na trybunie ukazał się gubernator, aby wygłosić przemówienie. Najpierw powitał zebranych, powiedział dwa lub trzy zdania i zrobił przerwę, jakby dla nabrania oddechu, a tak naprawdę, aby usłyszeć gromkie brawa i okrzyki. Wyglądało to bardzo naturalnie. Klakierzy zareagowali natychmiast, jak tylko kierownik grupy klakierskiej otrzymał umówiony sygnał od gubernatora. Rozległ się głos męskiego chóru: Gubernator! Gubernator!, któremu natychmiast towarzyszył okrzyk kobiet: Bar-ras! Bar-ras! Bar-ras!, po czym sekwencja ta powtórzyła się kilka razy stwarzając uczucie jedności poparcia uczestników wiecu dla gubernatora i jego partii.

1Shares