Głowy w autobusie do Jaipuru. Opowiadanie. Odc. 11: Park Narodowy Chitwan.

Na terenie Parku Narodowego Chitwan podróżnicy spędzili prawie dwa dni, doświadczając urzekającego piękna dziewiczej przyrody. Park należał do światowej klasy zabytków UNESCO. Położony między dwoma dolinami rzecznymi miał ponad dziewięćset kilometrów kwadratowych. Teren był pagórkowaty, przepływały przez niego trzy rzeki, Narayani, Rapti i Reu, zasilające i utrzymuje w dobrej kondycji obszary bagien i mokradeł. Większość terenu porastały drzewa damarzyka mocnego, na suchszych wzniesieniach rosły sosny, było także sporo palm. Na wilgotniejszych stokach zachwycała bogatą różnorodność gatunków bambusa.

Iwanowi Iwanowiczowi park zdał się być wielką, naturalną arką Noego, goszczącą sześćdziesiąt gatunków ssaków i trzysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Królem był tygrys bengalski, w parku żyło ponad trzysta tych zwierząt.

Drugim źródłem chluby administracji parku były nosorożce indyjskie, łącznie sześćset pięćdziesiąt sztuk, gatunek zagrożony wymarciem podobnie jak tygrysy bengalskie.

Od czasu do czasu przenikały na te tereny dzikie słonie z Valmiki National Park w poszukiwaniu damskiego towarzystwa.

Inne zagrożone gatunki zwierząt żyjące w parku to gawial gangesowy, hubarka bengalska, lampart, kotek cętkowany, gaur, suzu gangesowy, krokodyl błotny, sambar jednobarwny i wargacz leniwy. Gatunki wszystkich żyjących tu ssaków podawano tylko w języku angielskim i nepalskim. Iwan Iwanowicz zanotował je i po powrocie do Nomadii odszukał w Internecie rodzime nazwy. O większości tych zwierząt słyszał po raz pierwszy w życiu: jeleń Hyelaphus, mundżak, aksis czytal, kuna żółtogardła, cyweta, kot błotny, szakal, hiena pręgowana, lis bengalski, dzioborożec wielki, wężojad czubaty, rybożer białosterny. Za dnia zwierzęta były mało aktywne; tylko nieliczni turyści mieli szczęście zobaczyć jakieś zwierzęta. Z ptakami było łatwiej.

*****

Cała grupa numer trzynaście z samego rana zakwaterowała się w parkowym hotelu. Warunki zamieszkania były niewyszukane. Iwan Iwanowicz dzielił pokój z Kindżałem na parterze budynku.

Siedząc na tarasie pod dachem czekali na Przewo, kiedy nieoczekiwanie spadł deszcz. Krople wody głośno uderzały o liście palm przypominających wychudłe, szarozielone butelki. Nad ich głową, piętro wyżej, przebudził się rój pszczół zaczepiony pod krawędzią dachu jak gruba, ruszająca się, trójkątna chusta. W łazience przeciekała umywalka, nie dawała się naprawić nawet prowizorycznie, więc przestali o niej myśleć. W atmosferze oczekiwania, deszczu i narastającej wilgoci znikała chęć rozmowy o czymkolwiek.

– Nie ma co się przejmować. Przemieszkamy tu tylko jedną noc – pocieszali się nawzajem.

– Najważniejsze, aby nie ci zamokły sztylety. Mogłyby zardzewieć – ostrożnie sugerował Zegarmistrz.

– A tobie pamięć i notatki; nie dałoby się ich odzyskać, gdyby nie daj Boże rozmokły w wodzie – Kindżał nie pozostał dłużny. Zaśmiali się obydwaj.

Pierwszym punktem programu zwiedzania był spływ kajakowy. Płynęli rzeką Rapti po dwie osoby w kajaku. Oprócz ptaków, widzieli tylko dwa lub trzy gawiale wylegujące się na brzegu.

Dla ludzi nieobytych z dziką przyrodą była to niezwykła była bliskość; niebezpieczne zwierzęta żyjące na wolności kilkadziesiąt metrów od człowieka. Lokalny przewodnik wyjaśnił, że rzeka staje się coraz uboższa w wodę, klimat coraz bardziej suchy, a gleba bardziej pylista.

Następnego dnia, a może nawet tego samego, odbyli jeszcze jedną wyprawę, na słoniach, dumnie określaną mianem safari. Pobyt w parku zakończyła przejażdżka wozami ciągnionymi przez bawoły. Tę drugą imprezę Zegarmistrz zapamiętał jako niekończące wleczenie się prymitywnych dwukołowych wozów po zalesionych bezdrożach. Siedział na samym początku pierwszego wozu, mimowolnie obserwując grzbiety zwierząt pociągowych. Przyglądał im się, ich zachowaniu, sposobie poruszania się. Lewy był dużo wolniejszy. Woźnica, starszy, szczupły pan w okularach na twarzy profesora wyższej uczelni, łagodnie poganiał go, lekko dotykając batem końca jego grzbietu lub nasady ogona. Z dwóch zwierząt ciągnących wóz, ten jeden zawsze pozostawał z tyłu, podobnie jak jego jarzmo na grubym karku w stosunku do jarzma towarzysza. Siedząc obok poganiacza podróżnik chętnie wdałby się w pogawędkę, gdyby nie to, że profesor był prostym wieśniakiem bez znajomości choćby jakichkolwiek dwóch wyrazów obcych.

Przejażdżka na słoniach była nieporównywalnie ciekawsza. Kindżał, Zegarmistrz, Fotograf i Wysoka z Kokiem jechali razem. Na palankin umocowany na grzbiecie słonia wsiadali z drewnianej wieżyczki. Jej płaski szczyt miał postać małej platformy ogrodzonej barierką z czymś w rodzaju niskiej furtki, przez którą trzeba było fizycznie przesunąć się na palankin.

Słoń jako uniwersalny pojazd terenowy okazał się nadzwyczajny. Powoził nim mieszkaniec lokalnej wsi, jego właściciel, opiekun i poganiacz. Podróżnicy nie potrzebowali wiele czasu, aby zorientować się, że poganiacz i jego zwierzę w jakiś szczególny sposób komunikują się ze sobą kierując się podobnymi odczuciami. Obydwu sprawiało radość, kiedy zwierzę podchodziło pod stromy brzeg rzeki lub schodziło gwałtownie w dół po nierówności terenu.

Kiedy turyści przechylali się czując, że zaraz wypadną z palankinu, malutkie oczka słonia rozjaśniały się drobniutkimi iskierkami. Podobnie na niepokój podróżnych reagował poganiacz. Ich przywilejem był z kolei swobodny komentarz we własnym języku.

– Słoń i poganiacz chyba lepiej rozumieją się nawzajem, a może nawet są sobie bliżsi, niż my i on, choć jesteśmy przedstawicielami tego samego gatunku.

– Co to za gatunek, co wyrzyna się nawzajem jak barbarzyńcy a w krańcowych wypadkach głodzi bliźnich na śmieć lub upodla do granic możliwości, aby w końcu przepuścić ich przez komin obozu koncentracyjnego? – Reakcja Kindżała zaskoczyła towarzystwo. Nikt czegoś takiego się nie spodziewał. Kindżał nigdy tak nie reagował, miał raczej pogodne, filozoficzne usposobienie. Jego wypowiedź przecięła rozmowę jak najostrzejszy z jego sztyletów. Zamilkli wobec szokującego rozmiaru prawdy, jakim potworem potrafi być człowiek w porównaniu z najdzikszym zwierzęciem.

Na równym terenie jazda przypominała swobodne huśtanie się na grzbiecie słonia. Dla urozmaicenia drogi przez busz poganiacz demonstrował niezwykłe zdolności swego zwierzęcia. Rzucał jakiś przedmiot w górę i kiedy ten już upadł na ziemię, jego pupil go odszukiwał, chwytał koniuszkiem trąby i podawał mu do ręki. Zawiadamiał też trąbieniem, kiedy w pobliżu znajdowały się inne zwierzęta.

– Słoń trąbi w różny sposób, w zależności od tego, jakie zwierzę, a nawet ptaka, widzi w pobliżu. – wyjaśnił Nepalczyk.

Chodziło oczywiście nie o gatunek zwierzęcia, ale o jego wielkość. Niebezpieczny tygrys czy też spokojniejsze, ale duże zwierzę, wzbudzało w sposób naturalny inne odczucia kierującego się instynktem słonia.

-– O! Teraz na przykład sygnalizuje, że gdzieś w pobliżu jest krokodyl – przerwał ciszę poganiacz koncentrując wzrok na rzece Rapti, w kierunku której zmierzali. I rzeczywiście, chwilę potem zobaczyli gawiala wylegującego się na słonecznym skrawku ziemi po drugiej stronie rzeki.

Historiami o umiejętnościach i zachowaniu słonia podróżnicy dzielili się z innymi uczestnikami wyprawy w trakcie posiłku. Kindżał z poważną miną przedstawił historię okularów przeciwsłonecznych, które upadły mu na ziemię, kiedy nadmiernie wychylił się do przodu. 

– Słoń to zauważył, zatrzymał się, odszukał okulary w trawie, jaka tam rosła, chwycił je koniuszkiem trąby, niezwykle delikatnie i podniósł na wysokość mojej twarzy – Kindżał zamyślił się, co dalej zełgać, kiedy odezwał się czyjś niecierpliwy głos:

– Opowiadaj! Opowiadaj! Co dalej?

– Nic! Kiedy wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę, słoń wziął ją ode mnie, przetarł soczewki i nałożył mi okulary na nos. To było niesamowite.

Reakcja słuchaczy była mieszana.

*****

W trakcie wypraw po parku i okolicach Iwan Iwanowicz z wytrwałością godną lepszej sprawy notował nazwy sklepów, firm, szkół i organizacji. Wydawały mu się zbyt egzotyczne, aby powierzyć je tylko pamięci. Miały dla niego niepowtarzalny urok, podobnie jak żywa przyroda widziana oczami człowieka nawykłego do betonu, asfaltu, mechaniki i konstrukcji miejskiej natury jego cywilizacji. W istocie rzeczy były oryginalne: Jayamata Kalika Oil Store, Ratopul, Sipradi Autoparts, Gausala, Kalanki, Gaushala Internet Travel, Baidehi Guest House, Matrix Energy, Drinks Yeti Yatalat, Panchakanya, Pashupati Area, Shree Gansesh, Sipradi Shiva Ratin Palace.

Iwan Iwanowicz mimo dojrzałości swego wieku lubił bawić się podobnie jak dzieci. Tłumaczył to sobie naturalną skłonnością do dziecinnienia w miarę starzenia się. Było w tym jeszcze coś głębszego, mianowicie przekonanie, że naturalna ciekawość świata jest najpiękniejszą z cech dziecka, ideału człowieczeństwa, którą zbyt szybko i bezpowrotnie traci ucząc się kłamstw i manipulacji osób dorosłych.

0Shares