Powieść. Laboratorium szyfrowanych koni. Cz. 76: Wyprawa rowerowa i świnie

O czwartej czterdzieści pięć, razem z głosem kukułki wielkiego zegara ściennego, słońce wtargnęło do sypialni i poraziło promieniami Sefardiego, wyrywając go bezpardonowo ze snu. Mistrz nigdy nie wstawał tak wcześnie, tym razem uczynił wyjątek.

– Teraz to już na pewno nie zasnę – nabrał przekonania, usiłując wymacać stopami leżące na podłodze kapcie domowe. Ubrał się szybko, w pośpiechu wypił pół kubka gorącej herbaty i zjadł dwie kanapki z szynką z poprzedniego wieczoru. Od rana, bez powodu, ponosiły go nerwy. Byle drobiazg wyprowadzał go z równowagi. Pocił się, mimo że nie było gorąco, a nawet ciepło. Odszukał plecak i włożył do niego butelkę wody mineralnej, po czym zszedł schodami do garażu, gdzie trzymał rower. Kiedy znalazł się na zewnątrz, nie zastanawiał się, dokąd jechać. Uznał, że nie ma to znaczenia. Wsiadł na rower i ruszył przed siebie. Złościła go nazwa roweru „Kombinatoryka”, którą sam wymyślił, ponieważ tego ranka dłuższe nazwy wyjątkowo mu nie pasowały. Poprzedniego dnia nie udało mu się skończyć prostej naprawy zegarka, dłużyła mu się niepomiernie. W nocy potknął się o róg stołu i odczuł mocny ból w dolnej części krzyża, potem obudził się przedwcześnie i uznał, że nie będzie już mógł zasnąć. Był to zdecydowanie niedobry dzień.

Na drodze wiatr hulał silnymi porywami i na pierwszym ostrzejszym zakręcie o mało co nie powalił Sefardiego na ziemię razem z rowerem. W dodatku do głowy pchały mu się jakieś dziwaczne pomysły wynalazcze.

– Wszystko sprzysięgło się przeciw mnie – warknął w powietrze. Coś się w nim gotowało; ogarnęła go osobliwa mieszanka zdenerwowania, żalu, złych wspomnień i frustracji. Przypomniał sobie piekło Dantego Alighieri i jego złowieszcze słowa: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tutaj wchodzicie”. Cytat przyswoił sobie dzięki Paulowi, pogodnemu i zabawnemu Włochowi mieszkającemu na drugim końcu jego dzielnicy. Rzadko go spotykał; za każdym razem zamieniał z nim kilka słów, aby poduczyć się włoskiego mimo przekonania, że na nic mu się to nie przyda.

Na szczycie wzgórza, skąd roztaczał się rozległy widok na dolinę, schylił głowę pod silniejszym podmuchem wiatru. Dolina była malownicza, on jednak nie dostrzegł piękna ścielącego się mu przed oczami. Ponownie rzuciła mu się w oczy nazwa „Kombinatoryka” na ramie roweru.

– Przecież to kretyństwo tak nazywać rower. Jakieś urządzenie mogłoby się tak nazywać, nawet owca, ale nie dwukołowy pojazd. – podsumował z niesmakiem przypominając sobie, że była to jego własna decyzja, która w innej chwili w ogóle nie miałaby znaczenia.

Czas na wzgórzu był inny. Sefardi nie zdawał sobie z tego sprawy. Na myśl przyszła mu hodowla świń rasowych. Ot, tak sobie, jakby strzelił palcami. Dwa lub trzy razy powtórzył słowa „hodowla świń rasowych”, delektując się nią. Spodobała mu się.

– Mógłby to być dobry tytuł na przykład dla powieści – doszedł do wniosku starając się go zapamiętać.

Mając w dorobku poważne dzieła na temat wynalazków i zegarków, marzył o karierze pisarskiej, konkretnie o powieściach kryminalnych, których bohaterami byliby przestępcy równie precyzyjni jak zegarki, jakie projektował. Jak sięgał wspomnieniami w przeszłość, niejednokrotnie przeżywał chwile pisarskiego natchnienia. Przychodziły mu wtedy do głowy różne pomysły. Z niektórych powstały opowiadania, czasem jakaś idea przyniosła mu w darze nowelę, raz nawet urosła do rozmiarów niezłej powieści. Wszystko to trafiało do szuflady. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, ponieważ zawsze notował pomysły i idee wynalazcze, zegarmistrzowskie, literackie i wszelkie inne, jakie przychodziły mu do głowy, aby przetrwały do czasu, kiedy będzie mógł je wykorzystać. Unikał powierzania ich wyłącznie pamięci. Była zawodna.

Tym razem nie miał jak zanotować tytułu „Hodowla świń rasowych”; nie zabrał ze sobą długopisu ani dyktafonu, najbardziej poręcznych narzędzi rejestracji myśli. Czuł rosnący zamęt w głowie. Powodował go prawdopodobnie zmienny i porywczy wiatr. Miał wrażenie, że nie poznaje samego siebie.

– Może to brak kawy, która podniosłaby mi ciśnienie – spekulował czując, jakby głowa miała chęć opaść na kierownicę roweru.

Z ciśnieniem krwi zawsze miał problemy. Chyba od dziecka. Mógł zasnąć omalże w dowolnym miejscu i czasie. Czuł się niekiedy tak podle, że zasypiał w warunkach, które można by określić mianem absurdu do kwadratu. Raz zdarzyło się to w basenie kąpielowym. Zbliżał się wtedy zmierzch, nie zapalono jeszcze świateł wewnątrz budynku. Woda była ciepława i rozleniwiająca. Ogarnęła go niezmożona senność, przestraszył się, że głowa opadnie mu do wody i utonie, nie zdając sobie nawet sprawy, kiedy i jak. Z trudem podpłynął do krawędzi basenu, stanął na dnie i kilka razy uderzył się mocno po twarzy. Teraz przeżywał to samo uczucie zasypiania i tonięcia. W dodatku czuł, jak ucieka mu z pamięci pomysł z hodowlą świń rasowych, co doprowadzało go do rozpaczy. Nie zamierzał zrezygnować z tak dobrego tytułu. Mimo usiłowań, myśl oddalała się od niego bezpowrotnie.

Tak to go wyprowadziło z równowagi, że zdecydował się wystrzelać wszystkie świnie. Sam się zdziwił tym bezmiarem okrucieństwa, nigdy przedtem czegoś takiego nie uczynił. Stanął w drzwiach wejściowych chlewu i walił seriami z pistoletu maszynowego, który nie wiadomo jak znalazł się w jego rękach. Opony roweru szumiały po asfalcie, lecz bez jego udziału, ponieważ znajdował się w chlewie strzelając do Bogu ducha winnych zwierząt. W trakcie egzekucji ogarnął go straszny niepokój, że kiedyś będzie musiał wytłumaczyć, a może i odpowiedzieć za akt obłąkanej agresji. Szukał usprawiedliwienia.

– Niewinna świnia! Co za kretyńskie określenie! Świnia to świnia, zwłaszcza taka, która usiłuje uciec kradnąc nazwę „Hodowla świń rasowych”. Powtórzenie tych wyrazów jeszcze bardziej wzmocniło jego przekonanie, że byłby to doskonały tytuł książki. Miał wiele pomysłów powieści, lecz większość bez przyzwoitej nazwy. Zdobyć dobry tytuł było prawdziwą sztuką. Kiedy o tym pomyślał, palec na spuście zacisnął się jeszcze mocniej i Sefardi przesuwając się wzdłuż chlewni z rosnącą odrazą rozwalał zwierzęta w kolejnych przegrodach. Czuł okropne obrzydzenie do świń, do świata i do siebie. Nie chciał odwrócić głowy, aby ogarnąć wzrokiem jatkę, jaką rozpętał.

– Tyle mięsa! – krzyknął do siebie, po czym wybieg na drogę, zbliżył się do nadjeżdżającego w jego kierunku wieśniaka na furmance, który przyglądał się w zdumieniu szaleńcowi zachęcającemu go głosem i rękami, aby jak najśpieszniej udał się na farmę „Hodowla Rasowych Świń” i nabrał sobie na wóz rąbanki, ile dusza zamarzy. Tylko tyle Sefardi zdążył przekazać, a furman usłyszeć, gdyż rozdzieliła ich odległość.

Po incydencie ze zwierzętami i wieśniakiem Sefardi zapragnął jak najszybciej wrócić do domu. Zjechał na boczną ścieżkę biegnącą wzdłuż lasu. Zbliżał się do wsi, o czym świadczyły pojawiające się kolejno domy i zabudowania gospodarcze. Ścieżka przeszła w polną drogę. Panował na niej spokój, nie było nikogo w zasięgu wzroku. Sefardi musiał uważać, aby nie wpaść w koleinę. Po przejechaniu długiego odcinka drogi balansując ciałem i rowerem, poczuł głód i zmęczenie. Zatrzymał się w zacisznym miejscu, osłoniętym krzakami z trzech stron, słonecznym i otwartym na drogę. Położył rower na ziemię i sięgnął do plecaka, bez którego nigdzie się nie wybierał. Szperał w nim z niewielką nadzieją znalezienia czegoś do zjedzenia. Miał szczęście. Na dnie plecaka leżało pół tabliczki czekolady z bakaliami zawiniętej w szeleszczącą plastikową torebkę. Ucieszył się, że choć raz zapomnienie okazało się dobroczynne.

Jadąc dalej, żuł w ustach czekoladę przymykając oczy pod wpływem słońca i bronił się przed ogarniającą go sennością. Zasypiał i budził się.

Hiszpania 4: Costa Brava we wrześniu. Obserwacje niedouczonego turysty.

Osobliwością Costa Brava, a konkretnie miejscowości Malgrat de Mar, był brak owadów. Moje drzwi balkonowe na siódmym piętrze hotelu Reymar Playa (w głębi na zdjęciu od strony morza – nie mylić z hotelem Reymar, który jest kilkaset metrów dalej w kierunku Santa Susanna), mogły być otwarte przez całą noc, a do pokoju nie wtargnęła ani jedna muszka, komar czy podobne stworzenie. Mógł to być efekt bliskości mocno zasolonego Morza Śródziemnego, wiatru, pory roku, może także jakichś innych czynników. Tylko w jednym miejscu, na otwartej przestrzeni restauracji/baru/kawiarni przy promenadzie, gdzie zatrzymaliśmy się wczesnym popołudniem, aby napić się Sangrii i zjeść crepes, zauważyłem i odczułem małe muszki. – Oby je ziemia pochłonęła – niereligijnie o nich pomyślałem.

Jeśli jechać na Costa Brava, to chyba najlepiej we wrześniu lub maju. Byłem we wrześniu. Idealna pora. Dużo mniej turystów, prawie w ogóle nie ma dzieci (skończyły się wakacje), spokojniej, nie tak gorąco. Pogoda była doskonała, temperatura powietrza idealna, choć woda w morzu nieco zbyt rześka jak na mój gust. Nie znoszę zimnej wody. Samo wejście do morza zajmowało mi minutę lub dwie. Rano i około południa morze było mało sfalowane, później po południu, około godziny 17-18, fale robiły się większe i kłopotliwe.

Lubię pływać. W przeszłości mieszkałem wiele lat w Australii i dużo pływałem. 29 września, w dzień moich imienin, udało mi się przepłynąć wzdłuż brzegu około 1,5 km. Zacząłem na wysokości przejścia pod ulicą na plażę w Malgrat de Mar w miejscu, gdzie Francuzi regularnie grają w kule, do hotelu stojącego przed hotelem Caprici w Santa Susanna. To mój rekord życiowy. Było to możliwe dlatego, że woda jest silnie zasolona i łatwo unosi ciało na powierzchni, wiatr był niewielki, niska fala, a ja chciałem uczcić ten dzień. Miałem okulary pływackie, bez których trudno jest pływać w słonej wodzie. Płynąłem bez pośpiechu, wyznaczając sobie kolejne cele, a to koniec kompleksu brązowych hoteli, zielony parasol, żółty parasol, duże głazy na brzegu. Płynąłem dalej tylko dlatego, że wyjątkowo dobrze mi szło. Innego dnia był tak silny wiatr, że nie udało mi się pokonać nawet dystansu dwustu metrów.

Dla nieumiejących pływać kąpiel w morzu w Malgrat de Mar wiąże się, jeśli nie z ryzykiem, to z pewnością z niedogodnością. Plaża wchodzi dosyć stromo w morze i w odległości półtora/dwa metry od brzegu dno załamuje się raczej gwałtownie, dalej nie można już sięgnąć dna. Jeśli nie umie się pływać, przebywanie w odległości do dwóch metrów od brzegu jest trudne, zwłaszcza jeśli jest akurat większa fala.
Po wycieczce do Tossa de Mar (patrz zdjęcie), przyszedłem na plażę około godziny 18.30. Było jeszcze jasno, ale plaża była prawie całkowicie pusta, w morzu nie było już nikogo. Mimo wielkiej chęci, aby wykąpać się, nie zdecydowałem się wejść do morza tego wieczoru; było po prostu nieprzyjemnie. Wróciłem do hotelu, aby wykąpać się w basenie hotelowym na otwartym powietrzu. Nie był to kąpielowo udany dzień; basen w Reymar Playa zamykają o godzinie 19.00. W innych hotelach jest lepiej, basen jest otwarty dłużej.

Nie będę się odgrażać, ale w dalszych blogach zamierzam napisać jeszcze m. in. o korzystaniu z komputera, o bibliotece publicznej, wymianie waluty, znalezieniu restauracji z ulubioną potrawą, rynku lokalnym (mercado), wynajmie roweru i języku.

Na koniec, jak zwykle, dodatek w postaci fragmentu trzeciego opowiadania z mojej ostatniej książki „Niezwykła decyzja Abuelo Caduco. Humoreski i inne opowiadania”.

„Lou maszerował jak w hipnozie. Ani przez chwilę nie tracił z oczu obiektu swej artystycznej adoracji, która przerodziła się w atawistyczny strach. Nagle coś zaczęło się zmieniać. Patrząc na byka z odległości już nie większej niż kilkanaście metrów, Lou nie wierzył własnym oczom. Najpierw ogarnęło go zdumienie, potem niepokój, a następnie panika. – To jakaś potworność! – szepnął Lou, czując, jak serce wali mu w piersi w obliczu czegoś niezrozumiałego i budzącego grozę. W miarę zbliżania się ku człowiekowi, byk kurczył się. Był nadal wielki, ale już nie potężny jak kilkanaście sekund wcześniej. Wyglądało to tak, jakby zwierzę zapadało się w sobie pod wpływem ogromnego ciśnienia z zewnątrz. Kurczenie się żywego stworzenia sprawiało malarzowi psychiczny ból. Byk wyraźnie malał w oczach. Lou uznał, że jest to jakaś sztuczka ze strony zwierzęcia, prowadzącego z nim niepokojącą, niezrozumiałą grę. Poczuł się podle oszukany. W głowie mu zaszumiało, zacisnął zęby i pięści. Rozsierdzony nie wiedział, co z sobą zrobić. Byk zbliżał się coraz bardziej. Odległość zmniejszyła się już do kilku metrów. Powiał nagły wiatr i Lou poczuł ohydny, przyprawiający o mdłości zapach wilgotnej sierści zwierzęcia.”

Wiadomości dnia bieżącego i minionych czternastu dni

Czas biegnie tak szybko, że nawet nie zauważyłem, kiedy przekłusowały obok mnie ostatnie dwa tygodnie. Przyczyną były przeżycia, które wypełniły mnie bardziej niż pragnienie czynienia dobra przez obecny rząd (oby służył nam wiecznie!). Byłem w Perle Roztocza czyli w Zwierzyńcu na Lubelszczyźnie, gdzie przez dziesięć dni odbywał się pokazy Letniej Akademii Filmowej, w skrócie LAF.

W Zwierzyńcu widziałem cuda, a co najmniej rzeczy dziwne. Mężczyzna, obserwowałem go dłuższy czas, dał psu lody w waflu do lizania. Kiedy pies skończył, on zaczął lizać, potem znowu pies lizał, a potem jego właściciel. To jest miłość zwierząt! W drodze na Floriankę, urocza i wygodna trasa rowerowa, dosyć długa, dziesiątki ludzi na rowerach. Jedna grupka, sześć osób, szła pieszo. Milczeli. Zapytałem ich: – Dlaczego milczycie? – Zachowujemy energię. Chcemy wrócić do domu przed wieczorem.

Widziałem też mężczyzn i kobiety na rowerach ciągnących za sobą dzieci w klateczkach na kółkach. Przyzwyczajali ich do małych zamkniętych przestrzeni. Kiedy dorosną i winda zatnie się na 24 godziny między ścianami, odporność na klaustrofobię jak znalazł.

Pierogi z jagodami, moje ulubione, dostępne były tylko do godziny 13 maksimum 14. Towar reglamentowany, podobnie jak inne – tylko do określonej godziny. Potem możesz zęby wbić w ścianę z tęsknoty za ulubionym daniem, nie dostaniesz.

Dwa lata temu w Zwierzyńcu były dwie firmy organizujące spływy kajakowe po Wieprzu, tego roku co najmniej sześć, choć mówiono mi, że jest kilkanaście. Wersje spływu: 4 km, 6 km, 8 km, 11 km, 23 km, ile zechcesz. Żyć nie umierać. W spływie uczestniczyłem dwa lata temu, doświadczenie piękniejsze niż niejeden film na festiwalu. Sporo filmów było „odgrzewanych” – sprzed kilkunastu a nawet sprzed kilkudziesięciu lat, jeszcze z PRL-u. Obejrzałem Wajdy „Piłat i inni”, nie przypadł mi do gustu, choć reżyser genialny, mój ulubiony.